przeszłość…

Przeszłość, reż. Asghar Farhadi, Francja, Włochy 2013

… każdy ją ma. I choć można by sądzić, że co passe, to zamknięte (minione, skończone, rozpoznane), to bywa wręcz odwrotnie. Przeszłość w filmie Farhadiego nakręca teraźniejszość. I nie dlatego wcale, by ktoś ją rozpamiętywał. Wszystkim zależy na tym, by skończyć stare, zacząć nowe. Dlatego właśnie Ahmad przyjeżdża po czterech latach na prośbę Marie: przeprowadzą rozwód, zalegalizują to, co i tak jest stanem faktycznym, a ona wejdzie w nowy związek z Samirem. 

Ale przeszłość wraca nieprzywołana, w dodatku inna niż zdawała się być.  Jakie są szanse łatwopalnych na wyjście z próby ognia?

Przeszłość

Absolutne dziesięć na dziesięć! Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co potwierdzają dwa objawy. Pierwszy: po dwugodzinnym seansie mogłabym bez zwłoki obejrzeć film drugi raz. Pewnie obejrzę. I może lepiej, że odrobina czasu upłynie. Ale mogłabym od razu. Kto tak pisze scenariusze?! Tamaryszkowy zachwyt!

Drugi objaw to rzadko mnie nachodząca obawa, że nie umiem o tym filmie pisać.

Niczego nie powinno się ujawniać, bo najcenniejsza jest ta perspektywa Ahmada, którego nie było przez cztery lata, a teraz jest i miniony czas odsłania mu się dużymi porcjami. My wchodzimy w świat Marii jak to widzowie: rozglądając się, diagnozując układy i scenerie. Ale wchodzimy też tak, jak wchodzi Ahmad. Koncentrując się na szczelinach, z których sączy się to, co odmienione, co dostrzec może ktoś, kto długo tu był, zniknął i wraca po czterech latach. A co dziwi jego, jakimś zrządzeniem losu, zaczyna dziwić uczestników rozgrywki. I to jest dobry chwyt, bo najłatwiej nitkę do kłębka znaleźć temu, kogo nie było, gdy ona się przędła. 

Wszystkim zakochanym, ufnie radosnym, którym przeszłość niczego nie powinna gmatwać, którzy nie potrzebują zbędnych frustracji, bo wolą fruwać… – mogę odradzić. Melodia Byczka Fernando i uśmiech Amelii niech będą strawą wiecznie zieloną i świeżą. Ale tak w ogóle, tak poza tym, to … naprawdę warto.

NIE CZYTAĆ PRZED SEANSEM
(niczego, żadnych recenzji)

Film trzyma w napięciu. A dramaturgię buduje odsłanianie tajemnic. Nie do wiary z jak wielu niejasności, mylnych wyobrażeń i domysłów składa się nasze rozeznanie we własnym świecie. Przesuwam akcent na „nasze”, bo Farhadiemu udało się opowiedzieć historię poszczególną (na tyle niezwykłą, że nie szukam w niej echa moich doświadczeń), ale uniwersalną. Kilkakrotnie miałam ochotę zatrzymać film i powtórzyć scenę, którą przecież rozumiałam w mig, a chciałabym obejrzeć raz jeszcze, bo bolała i koiła jej trafność. I tak mniej więcej, na swój prywatny użytek, definiuję sztukę. Tego w niej szukam.

Co komponuje tę opowieść? Efekt domina i nakładające się na siebie trójkąty. Działa to tak, że jedna tajemnica prowadzi do następnej. I to jest dość oczywiste. Ale w Przeszłości idzie to w parze ze zmianą jej nosicieli. W różnych fazach filmu kto inny wydaje się być postacią główną. Można powiedzieć – każdy zatrzymuje coś dla siebie: Maria, jej siedemnastoletnia córka (Lucie), Samir (mężczyzna, z którym układa sobie życie), synek Samira, Fouad, który widzi i słyszy za dużo jak na pięcioletnie dziecko, etc.
Ahmad też, choć on niewiele ujawni. A gdy w jednym z końcowych dialogów pyta Marię: „Chcesz wiedzieć, dlaczego wtedy odszedłem?” – to omal mu nie odpowiedziałam: tak, właśnie to chcę wiedzieć! Niestety, Maria gasi szansę i seria wyznań nie zostaje zamknięta. „Nie chcę wyjaśnień. Zniknij już wreszcie”.

Zamykanie jest trudne, chcielibyśmy, by decyzja odcinała przeszłość we wszystkich sferach. Na ogół tak jednak nie bywa. Pamiętam tę rozmowę Ahmada z przyjacielem, szefem irańskiej restauracji, który radzi mu kategorycznie, by ciąć, zostawiać za sobą, amputować. Pamiętam też rozmowę Marie z Samirem, gdy uświadamia sobie, że po raz kolejny niczego nie zbuduje. „- Utknąłeś między mną a żoną”. „- Tak. Dopiero teraz to widzisz?” Świetnie rozegrany dialog, w którym padają celne strzały, a przecież oboje dopiero mówiąc, uświadamiają sobie, że trafiają. „- Byłam po to, byś mógł zapomnieć.” „- A jaką pustkę ja miałem zapełnić?”

I tak jak odchodzenie nie jest ostateczne, tak wyjawione prawdy zwodzą, są półprawdami. Mylnie można by się zasugerować, że cienie przeszłości to zaszłości relacji Marii z Ahmadem. Od tego bohaterowie jednak się odżegnują. Choć jeśli przypomnieć sobie scenę na lotnisku (Maria obserwuje przez szybę jak Ahmad szuka walizki), to w spojrzeniach jest ślad bliskości, a rozmowa w aucie uświadamia, że pamięć zawodów pulsuje we krwi. Napięcie między nimi jest silne, mimo że  nie chcą wchodzić po raz drugi w ten sam nurt.

Trójkąty? Wyliczmy. Maria – jej były (Ahmad) – jej obecny (Samir). Samir – jego uwięziona w śpiączce żona (Céline) – narzeczona Marie. Nastoletnia Lucie i jej wejście pomiędzy Samira i Marię (albo Samira i Céline). Mały Faud, który bywa niegrzeczny, bo sytuacja go przerasta (co sam komentuje westchnieniem, że ma po prostu przechlapane) – jest między mamą a Marią i między kategorycznym tatą i rozumiejącym Ahmadem. Rzecz w tym, że opowieść nie oscyluje wokół jednej linii napięcia, lecz wokół wielu, przecinających się.

W ostatnich sekwencjach pojawia się ten element przeszłości, który wydawał się najbardziej zażegnany. Miłość Samira do żony. Oddalił się od Céline, bo raniła go jej domniemana obojętność. Gdy wiązał się z Marie, dawny związek wydawał się martwy. Depresja, targnięcie się na życie, kilkumiesięczny stan wegetatywny… Czy potrzebna była próba samobójcza, by uświadomić komuś, że zdrada boli? 

Ważnym tematem, znów rozłożonym na licznych aktorów, jest temat winy. Ale – tak mi się zdaje – to jest wina, z którą trzeba się nauczyć żyć. Myślę, że trudna to sztuka, lecz próby prowadzą do katharsis.

***

Mam w głowie wiele scen. Przekora (albo mądra samoobrona) Fauda w metrze. Kłótnia Marie i Ahmada. Wiele sytuacji, w których Marie nie panuje nad sobą (zarazem pozwalając wierzyć w jej wrażliwość i bezbronność). Próba docierania zapachem do pamięci Céline … Bardzo męskie zachowania Ahmada (tak je odbieram). Lubię tę postać i choć to nie jest najważniejsze dla wymowy filmu, mnie najbardziej intryguje, dlaczego zniknął z życia Marie. Wielka szkoda, że zniknął. I że nie ma powrotu. Bo, rzecz jasna, nie ma.

Asghar Farhadi ma niekwestionowane miejsce wśród moich ulubionych filmowców. A Bérénice Bejo należał się Złoty Glob, bezdyskusyjnie. Można by tymi mega nagrodami obdarować kilkoro innych twórców Przeszłości. 

Advertisements

14 thoughts on “przeszłość…

  1. Libreria

    doskonały obraz, ja widziałam film w poniedziałek i od razu wiedziałam, że zobaczę go jeszcze raz. bezapelacyjnie lepszy od Rozstania. Mnóstwo pytań. I taki bolesny, dla mnie szczególnie, bo dotykał sfer, które gdzieś zapomniane zaczęły pojawiać się ponownie i wiercić dziurę w brzuchu, ale nie o to chodzi, ważne, że udało się reżyserowi tak poprowadzić aktorów, że każdy z nich miał swoje pięć minut i dla mnie każdy z nich był wiarygodny, a podobno nie zna dobrze francuskiego. I jeszcze jedna rzecz ku mojej uciesze – cieszyłam się, że osadził akcję w Europie, to jeszcze bardziej przybliżyło mi ten film, czułam go mocniej, bo na moim podwórku.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oj, cieszy mnie, że Ciebie też tak bardzo poruszył! Ja widziałam w czwartek i wciąż bardzo mocno jest we mnie ten film. Bardziej intuicyjnie niż analitycznie. Do poukładania emocji służy mi tamaryszek. Nie miałam czasu, by wybrać się ponownie (ledwie pokątnie skleciłam ten post). A jestem arcyciekawa, czy wrażenie się utrzyma.
      Nie wiedziałam przed seansem nic i to jest właściwy punkt wyjścia. Póki co i po seansie nie czytam. Zajrzałam na Filmweb dla danych personalnych, a tam dyskusja, że flaki z olejem. Jakie flaki?! Cudo absolutne.

      Potwierdzam, że z jednej strony film uderza w nasze zaplątania, po trosze jest o nas. Ja też słyszę w nim echo czegoś, co znam. Pomimo dość oryginalnej, nasyconej niepowszednimi sytuacjami fabuły. Mistrzostwo w tym, że gdy już jesteśmy wciągnięci w odkręcanie zaplątań, to jednak intryga nie dominuje nad subtelnym sensem tych relacji. Taki francuski klimat.

      Napisałaś na FB, że brak słów! Najprawdziwsza prawda, trudno go uchwycić. Pozdrawiam!

  2. ZygmuntMolikEWA

    Kolejna miłosna bolesność. I jeszcze niegłupia (dla zmyłki), jak słyszę.
    Momenty (choć) były? czy tylko tak sączyło ciureczkiem z ranek? Eh, młodość.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Scen miłosnych sensu stricto brak. :)
      Nie, coś musiało źle się wyważyć w poście, jeśli czujesz, że to film miłosny. Dużo mocniejsza sprawa. Bardzo mocno zaakcentowany jest też wątek dzieci. A właściwie tych wszystkich odczuć i porcji samotności, które dotyczą będących poza układem „on i ona”.

      Sięgam po cytaty, które mnie szczególnie uderzyły. To są słowa złowione „na ucho”, więc może niedokładnie przeniesione. Ale wywołują we mnie dreszcz. Każdy ma jakąś swoją (często fizjologiczną) reakcję na takie chwile odkryć. Mnie się spowalnia rytm oddechu. Wiesz, aż się boję, że kiedyś trafię na taki film, że w ogóle zapomnę oddychać. ;)

      Gdy w rozmowie Samira i Marie padają słowa, że to w czym pokładali nadzieję (szansę) okazało się łataniem pustki, to boli.
      Niczego dobrego nie wróży zapełnianie czyjejś pustki po kimś. Już nie mówię o pustce wrodzonej. ;)
      Pomyślałam, że jednak często tego szukamy – zapełnienia niewypełnionych czy wydrążonych przestrzeni. Po filmie Farhadiego myślę, że jesteśmy pełni pustych miejsc po tym, co minęło, co się nie udało lub po prostu skończyło w jakikolwiek sposób. I że tak musi być. Że trzeba szukać pełni, nosząc w sobie liczne pustynie.
      Optymistycznie twierdzę, że to nie jest niemożliwe.

      Może wiedziałam to wcześniej. Dobre kino często wydobywa na wierzch stare prawdy i są jak nowe. :)

      Młodość? Absolutnie niekoniecznie.

  3. buksy

    No to nie czytam dalej bo wygląda na to ze jednak się wybiorę. Choć miałam ten film odpuścić, to jednak po tak entuzjastycznej ocenie nabrałam ochoty żeby go zobaczyć. Ech narobiłaś ;), bo nie bardzo mam kiedy do tego kina iść.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Zapomnij, że „zachwyt”, pamiętaj, że „nie przeoczyć”. Wbrew pozorom – o ile takie istnieją – też nie wiem, gdzie szpilkę wcisnąć w rytm dnia. Skoro jednak mieści się tyle, to trochę więcej też się da. Znaczy się: seans.
      Raczej nie obawiam się pretensji o bezkrytyczność. Jeśli nie w całości, to po części – zostanie w pamięci.
      Pozdrawiam!
      Dobrego, elastycznego tygodnia. :)

  4. czara

    Bardzo, bardzo mocny film ale choć byłam zachwycona Rozstaniem, tutaj mam więcej dystansu. Szkoda, że już tyle czasu minęło, lepiej bym uargumentowała moją perspektywę. „Przeszłość” wydała mi się filmem zbyt ciężkim, nawet jak na moje upodobanie do rozgrzebywania ran. Tak naprawdę żadna z postaci nie jest sympatyczna – każdy grzęźnie, po prostu grzęźnie w swoim egoizmie. Od córki począwszy, przez panów, ale już na Marii kończąc, bo tej egoistce miałam nie raz ochotę przyłożyć, po prostu butem rzucić w ekran. Na moje usprawiedliwienie zacytuję „Co Ty mi zrobiłaś?” rzucone córce… oczywiście co ona robi innym, to nie ma znaczenia, z czym boryka się córka… A już dzieci w ogóle – jak przedmioty, przestawmy z tego kąta do tego, bo tu nam niewygodnie…
    Farhadi jest naprawdę zdolny, ostatnio widziałam świetny Perski Nowy Rok z 2006 i byłam zachwycona. Aktorzy w Przeszłości – wszyscy na pięć z plusem. Ale czasem zastanawiam się, czy on nie za bardzo zasiedział się w tym schemacie – poplątani ludzie egoiści usiłują coś rozplątać wszystko przy tym pogarszając?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Znam tylko Przeszłość i Rozstanie. Jeśli nadarzy mi się okazja zobaczyć inne – nie przegapię.

      A pamiętasz tę scenę, gdy Lucie przytula się do śpiącej Marie, przeprasza, szuka bliskości. A Marie pięknie ją okazuje. Tak naturalnie, przez sen, instynktownie. Bo reakcja, o której wspominasz jest histeryczna. Bardzo mocna scena, gdy Marie (której zależy na Lucie – od początku obserwujemy, że niepokoi się zerwaną więzią z córką) wpada w szał. Dziwne, ale nie przyszedł mi na myśl egoizm. I zdziwił mnie w Twoim komentarzu. Choć może i tak, po prostu nie nasunęło mi się wcześniej to słowo.

      Jeśli nie egoizm, to co? Desperacja, nerwy, świadomość, że nie da się wygładzić tafli. I że po raz kolejny (!) wszystko, co ważne, się rozsypie. Marie zależy na relacji z Samirem (z mężczyzną) – trochę za bardzo. Kocha? Chce zapomnieć o tym, co nieudane? Sugestia, że Samir ma wyleczyć ją z Ahmada jest dość wyraźna. Jest pewna, że chce z nim być (dziecko!) i zdecydowana o to walczyć. Bardzo ją lubię. Ale od początku wiem, że jest na straconej pozycji. Właśnie o tym myślało mi się podczas seansu: dlaczego jej nie wychodzi? Jest toksyczna? Coś robi nie tak? Dlaczego odszedł Ahmad? Czy bagaż doświadczeń ma moc przeznaczenia? Może jesteśmy winni nieudanym relacjom? Może, ale już wolę nie dokładać nieszczęśnikom dodatkowego obciążenia.

      Nerwy i napady upierdliwości nie wydają mi się czymś normalnym dla Marie. Ahmad wychwytuje je jako znak rozstrojenia. Sytuacja ją przerasta. Co mnie wcale nie dziwi.

      Co do tafli: gładka już nie będzie. Bo naprawdę się nie da. Jest mały Faud, któremu nic nie zrekompensuje doświadczeń i strat. Jest Lucie, której nie podoba się relacja matki z Samirem – ale to przecież nie może wymuszać na Marie podporządkowania córce własnych wyborów. Jest w tle żona Samira… Niesamowita sytuacja. Czy Marie wolno układać sobie życie z mężczyzną, którego żona jest w stanie nieświadomości (hmmm… wiem, że ze śpiączki można się wybudzić, wiem, że póki żyje – dzięki aparaturze medycznej – póty nie można się z nią nie liczyć…, ale…). Poczucie winy narasta wraz z odsłanianiem kolejnych poranionych. Jednych ranimy celowo, innych niechcący, a są i tacy, których poobijaliśmy, nie zdając sobie z tego sprawy.

      Ahmada można lubić. Zdecydowanie.
      Jasne, że poważny temat. Ale mnie się wydał niesamowicie klasycznie zrobiony. Nie epigońsko-klasycznie, lecz mimo wszystko bez eksperymentów. Podejrzewam, że przemawia przez mnie doświadczenie nowohoryzontowych smutów. Tam nie dziwi, że jak reżyser chce pokazać rozpad czy upadek, to nie ograniczy się do fabuły – widz sam doświadczy tych stanów. Wyjdzie z seansu w proszku. Asghar Farhadi jest litościwy. ;)

      Czaro, pozdrawiam! Nareszcie!

  5. czara

    Odpozdrawiam :) Nareszcie! Szkoda tylko, że jakiś poślizg mamy w tych filmach, bo przez brak „na świeżo łatwo daję się przekonać ;) A poważnie, to zrobiło mi się głupio: u mnie tylko może powierzchowna krytyka (mówię o postawach bohaterów), a u Ciebie pełne miłosierdzie… Może się mylę, stawiając dobro dzieci nad tym rodziców i pewnie kiedy będę mieć swoje, boleśnie się o tym przekonam. Może rzeczywiście „interesujący stan”, jak to mówią Francuzi, powinien też być okolicznością łagodzącą dla Marie. Ale ja jej nie polubiłam, już nie chodzi o histeryczność, ale raczej jej skłonności do manipulacji, co ona wyprawia z tym biednym Ahmadem? W jakiej sytuacji stawia Samira, sprowadzając mu do domu innego mężczyznę, który od razu rowerek i kran naprawi, plasterek nieswojemu synowi przyklei… Dlaczego nie pozwoliła mu jechać do hotelu? Dlaczego Ahmad odszedł? To może być po części odpowiedź, ale moim zdaniem odpowiedź znowu kryje się w moim słowie-kluczu, z którym się nie zgadzasz, trudno: egoizm. Poniekąd wyjaśnia to rozmowa z restauratorem, który jeśli dobrze pamiętam mówi coś w stylu „Mówiłem ci, że tacy jak ty nie wytrzymują z dala od kraju”. Podsumujmy: mężczyzna jest w paroletnim związku z kobietą, która go kocha (od pierwszej sceny przez cały film widać, że tu nie ma mowy o wypaleniu uczuć), ojcuje jej córkom, które bardzo się do niego przywiązują, ale sobie cierpi na depresję, na „mal du pays”, tęsknotę za ojczyzną… Egoistycznie więc porzuca ich wszystkich („Nigdy nie dotrzymujesz obietnic” mówi Marie na początku). Stąd i moja sympatia do Ahmada jest bardzo względna, znowu nie mogę w pełni podzielać Twoich uczuć…
    Przeskoczmy teraz na Samira – pomijając, że swoją żonę po prostu zdradza, niech ocenia i osądza kto chce, ale co mnie uderzyło to relacjonowana scena przed samobójstwem, scena konfliktu między żoną a pracownicą pralni (ewidentnie podkochującej się w jej mężu!) „A potem wziął mnie za rękę, o tak… – relacjonuje pracownica – i powiedział, że ja zostaję, a ona ma się wynosić”… I ten synek przestawiany z kąta w kąt… Naprawdę – jak tu kogokolwiek z nich lubić?
    Co do klasycyzmu, to jeśli masz na myśli niesamowity rygor scenariusza, gdzie każdy gest jest symboliczny i precyzyjny i bezbłędną jego reżyserię to tak, zgadzam się. Ciekawa jestem co byś sądziła o „Co wiesz o Elly?”. Mnie ten film po prostu się nie podobał, wydał mi się sztuczny, ale chyba jestem jedyną fanką Farhadiego, która tak go surowo ocenia ;) Ty byś na pewno dojrzała w nim wiele więcej.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O! To,to,to! Prawda, mnóstwo niejednoznaczności. Mnie wciągała ta gra między nimi. Świadoma? Półświadoma? Marie może sobie mówić do Ahmada: „zniknij już wreszcie”, ale przecież wiadomo, że on się wciąż dla niej liczy. Może i nie dotrzymał jakiegoś słowa, ale wprowadzenie do domu rozbraja granice. Jeśli coś się zabliźniło przez 4 lata, to właśnie na nowo zostało otwarte. Jako rana lub jako potrzeba. Nie ma czystych/jednoznacznych wskazań. Marie manipuluje? Pytanie: jak zachowuje się kobieta, która spotyka swą zakończoną, niewybrzmianą miłość? Nie umiem sobie wyobrazić, że mogłaby wejść w neutralność. Musi albo tłumić wszystkie fale i rygorem trzymać dystans… albo instynktownie (i chyba bez złudzeń) podjąć walkę. Pełna racja, że obaj faceci są w potrzasku. ;)

      Objaśniłaś mi Ahmada! No tak! Tak mogło być! W ogóle nie zarejestrowałam nostalgii za Iranem. Może w polskim tłumaczeniu zginęła ta aluzja. Została niedookreślona depresja.
      Samir jest dla mnie postacią z drugiego planu, która niespodziewanie(w finałowej scenie) przejmuje cały film.
      Tak, jego można nie lubić. Dla mnie czymś absolutnie kuriozalnym byla scena wymuszania przeprosin
      Dzieci… Strasznie patchworkowy jest świat współczesnych rodzin. Dzieci partnera, dzieci własne z panem X, dzieci pana X z panią Y…etc. Kto dla kogo kim?
      Mały Faud jest fantastyczny! Ta scena, w której mówi, że nie chce chodzić do szpitala. Że nie rozumie, dlaczego mama nie może umrzeć, skoro przecież tego chciała? Niezwykłe.
      Widać tak już jest, ale nie ma wielkiej rozbieżności – nawet jeśli ja optuję za „miłosierdziem”, a Ty za „wypunktowaniem egoizmu”.
      Jeszcze raz sobie przejrzałam w myślach ten film, dzięki rozmowie z Tobą.

  6. peregrinopl

    mogę tylko mieć nadzieję, że dotrze za ocean do kin studyjnych albo na Netflix.. zorientowałem się, że to twórca ‚Separacji; który uważam za jeden z najlepszych fimów dekady ( przypominał mi traktat nieodżałowanego naszego Kieślowskiego) .. i ze zdjęcia nie rozpoznałbym Berenice z Artysty :^))
    zgodnie z instrukcją nic nie czytam :^)) przed obejrzeniem

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dotrze. Na pewno. My z Czarą jesteśmy fankami, czasem coś dzieląc na czworo, niemniej uznając maestrię i czekając na kolejną porcję przeżyć. Ja mam kilka do nadrobienia. A to prawda, że Farhadi i Kieślowski są jakby… z tej samej kategorii. Co do Berenice, nie sprawdziłam przed seansem kto w tym filmie gra. Jej uśmiech (odmieniony, smutniejszy niż w Artyście) coś mi przypominał i wcale nie od razu przyszło rozpoznanie, że to Dziewczyna z Pieprzykiem, Peppy Miller! :)

    2. peregrino

      Tamaryszku po roku tu wracam .. niesamowite .. film ten ‚uciekł’ mi na początku roku w ‚moim’ kinie Arbor 8 w Austin kiedy byłem cały czas w rozjazdach ..
      ale co za zbieg okoliczności ku mej radości był dostępny teraz w samolocie United Airlines w locie z Frankfurtu do Houston. i objerzałem jak nieruchomy
      wspaniała przypowieść .. film zrobił na mnie równie wielkie wrażenie jak Separacja a w pewnym sensie chyba jeszcze większe przez być może bliższe realia i jeszcze większe skupienie na tych kilku postaciach .. przypowieść jest uniwersalna i trochę jak dramat w teatrze

      Berenice jest wspaniała co za niezwykła aktorka … całkowicie się z Tobą zgadzam ..

      nadal myślę, że ten sposób filmowania postaci i dowiedywanie się o nich tak przez ‚szczelinę’ jak napisałaś i koncentracja na ich twarzach bardzo mi przypomina osczędne kino Kieślowskiego ..
      tak jak w Separacji w filmie panuje cisza muzyka jest dopiero przy napisach :^)

      pozdrawiam bardzo ciepło i tak się cieszę, że tu do Ciebie trafiłem kiedyś i moge czytać Twoje wrażenia filmowe i literackie :^)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Cieszę się i ja. :)
      Zwłaszcza, że tym sposobem mogę dłużej przebywać w filmach i wracać odświeżona czyimś spojrzeniem. Farhadi absolutnie wart jest obserwacji i czekania na kolejny obraz. Nie umiałabym zdecydować, który z tych dwóch (Rozstanie – polski tytuł – czy Przeszłość) bardziej mnie ujął. Chyba podobnie jak Ty czuję, że Przeszłość uruchamia bliższe mi realia. A poprzedni tytuł miał siłę arcydzielnej kompozycji. Tak, coś z teatru, coś z tragedii. Bo na początku jest chaos, a później, gdy już wyświetlą się napięcia i uwikłania, i ciężar winy i drżąca nadzieja na przyszłość… robi się jak w greckiej tragedii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s