Archiwa miesięczne: Lipiec 2014

na horyzoncie

14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty – Wrocław, 24.07 – 3.08

nowe-horyzonty-2014-plakatFestiwal trwa, dotknęłam go tylko po skraju. Trzy weekendowe dni i wygrany voucher na 12 filmów. Obejrzalam 11, prawie zgodnie z tym, co zaplanowałam, choć kilka tytułów przeszło mi koło nosa. I tak: nie obejrzałam Zimowego snu Nuri Bilge Ceylana, Bezpańskich psów Tsai Ming-lianga, izraelskiej Śruby oraz  Żony policjanta Philipa Gröninga. I – rzecz spodziewana – nie dostalam się na Swobodne opadanie György Pálfiego. Ale i tak zestaw, który wytypowałam był – z grubsza – wart obejrzenia. Gdybym była oddała festiwalowi duszę na 11 dni, to mogłabym wybierać spośród większej puli tytułów. Co tu mówić! – tyle dzieje się wokół tego, co główne, że chyba każdy ma problem z odcinaniem nadmiaru.

Moje résumé jest więc bardzo mało reprezentatywne. Jeden film z sekcji Filmy o Sztuce (Siewca), jeden z Konkursu Nowe Horyzonty (Biały cień), coś z retrospektywy Rehy Erdema (Kobiece pieśni) i takie tam. Uwagi zestawiam według kolejności oglądania, starając się je minimalizować. Bo przecież jedenaście zamaszystych omówień w jednej notce byłoby nazbyt absorbujące (uwagę i cierpliwość czytelnika).

Spoiwem może być podróż. Do filmowych światów, ale często również dosłownie, do wyznaczonego w przestrzeni celu. Przemierzanie miast, pustyń, dróg przecinających lasy, nawet przestworzy nieba… to niemal wszechobecny trop.

1. Ten ostatni rok – reż. Oksana Bychkova, Rosja 2014
Moskwa. Od sylwestra 2012 do sylwestra 2013, mniej więcej. On jest taksówkarzem, ona pracuje w reklamie. Młode małżeństwo. Tak różni, że aż dziw jak na siebie wpadli. Żenia lgnie do ludzi, lubi się bawić, potrzebuje bywać na koncertach, oglądać i czytać to, co jest w obiegu w jej środowisku. Igor mówi: „ja jestem głuptak, Ty – królewna”.  Czasem się mijają, gdy Komar wraca z nocnej zmiany. A Żenia wtedy przytula się, wygrzewa, mości się w życiu. Tak po nazwisku zwraca się do męża: Komarku, Komarze… Skoro awers i rewers to można zgadnąć, że Igor jest dość tradycyjny, praca nie inspiruje go do większych odkryć, imprezy woli kameralne, wieczorami chętnie siedziałby w domu, z Żenią. Żeby nie było skojarzeń z negatywnym stereotypem, dodam, że ma poczucie humoru, a gdy jest przy Żeni, świat nie jest w stanie ich rozdzielić.

Bardzo naturalna więź, podkreślona symbiozą seksu – czułego, zatracającego – pierwszą scenę przyjęłam jako ilustrację jeszcze jednej sfery życia, potem było już jasne, jak nie do pominięcia to spoiwo. Serio: nie o namiętność tu chodzi a o bliskość, która unieważnia drobiazgi i daje siłę. 

Ten ostatni rokTrzy sceny. Jedna jest wyprawą do galerii handlowej, by kupić Komarowi kurtkę. Komar chce tylko czarną albo granatową. Żenia namawia: kup żółtą, takiej nikt nie ma, ładna. Komar: nie, nie będę wyglądał jak semafor! Druga dotyczy wieczornego seansu przy laptopie. Komar marudzi, że kopia słaba, beznadziejne przebarwienia, zero akcji. Żenia wyjaśnia, że to Kieślowski, filtr koloru specjalnie właśnie taki, że to wysublimowane etc. Trzecia – impreza w pracy Żeni. Ona szaleje, on siedzi w kurtce bez ruchu. 

Ok. Różnice, które naturalnie doprowadzą do napięć i próby. Gusty, potrzeby, zainteresowania – odmienne. Mimo to nie sposób nie obstawać za taką wersją losu, w której ta bliskość będzie trwać. Bo o co chodzi? Przecież tysiąc wspólnych poglądów nie daje żadnej gwarancji na dopasowanie. Ten ostatni rok jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o tym, że bliskość wymyka się logice i prawdopodobieństwu. Jest też filmem o Moskwie, o jej kontrastach, o tym, że na każdym kroku zderzają się w niej różne światy. 

To film z sekcji Ale Kino+, nie nazbyt nowohoryzontowy, ale świeży. Najsympatyczniejszy z tych, które obejrzałam.

2. Wróg – reż. Denis Villeneuve, Kanada, Hiszpania 2013
WrógToronto
Hmm… za dwa tygodnie wchodzi do kin. Mnie przyciągnął duet reżyser-aktor. Gyllenhaal zagrał niedawno w Labiryncie Villeneuve`a, pomyślałam, że to dobry znak. Tym razem aktor gra podwójną rolę. Jest sobą i sobą. ;) Bo rzecz o sobowtórze. Wykładowca (czego? dwukrotnie słyszę fragment jego wykładu o manipulacji, o totalitaryzmie odbierającym indywidualność) rozpoznaje siebie w aktorze. Świadomy absurdu dąży jednak do kontaktu. Dwa odrębne (?) życia zaczynają na siebie nachodzić. Scenariusz powstał na podstawie powieści José Saramago, a czuje się, że podszewkę tkał Franz Kafka. Niepokój, kolejne odkrywane analogie, niepewność swego życia… Poruszył mnie na tyle, że miałam nadzieję dobrnąć do kulminacji. Gyllenhaala świetnie się ogląda, lecz – nie wiem dlaczego – wrażenia rozpryskują się jak bańka tuż po seansie.

W katalogowym opisie znalazłam diagnozę: „utwór upajający się własną tajemnicą”. Lepiej, gdyby obyło się bez tego upojenia. I bez pająków. Słowem: na liście widzianych przeze mnie filmów tego reżysera miejsce drugie. Wyżej niż Pogorzelisko, niżej niż Labirynt. A klimat każdego tytułu zupełnie inny.
Sekcja Panorama.

3. Ścieżki – reż. John Curran, Australia 2013
Australia (od Alice Springs do Oceanu Indyjskiego, wskroś australijskiej pustyni, 1 700 mil)
Znów sekcja Panorama i film bez formalnych eksperymentów. Fabularnie nieco jednowymiarowy, więc nie zostawił we mnie śladów, z którymi musiałabym się mierzyć. Ale obrazy wchłonęłam – zresztą wybrałam ten tytuł właśnie dla wizualnej podróży. 

Ścieżki. bMia Wasikowska wciela się w postać Robyn Dawidson, młodej „Wielbłądziarki”, która postanowiła przemierzyć pustynię samotnie i dokonała tego w 1977 roku, co odnotował i nagłośnił „National Geographic”. Podróż trwała 7 miesięcy. Końcowe zdjęcia prawdziwej Robyn niesamowicie odpowiadają fizyczności Mii: krucha, drobna blondynka z wielbłądem u boku. Dziewczyna jest zdeterminowana: by wyruszyć (choć wszyscy pukają się w czoło), by przetrwać, by dotrzeć. To się musi dobrze skończyć, więc dramaturgia niczego tu nie nakręca. Mia jest ładna, gdy się uśmiecha i gdy umorusana i brudna jak diabeł opada z sił. 

Groteskowy fotograf, dojeżdżający co kilka tygodni na trasę, by uwiecznić jej wysiłek, irytuje tyleż charakterem co schematem. Świetny jest epizod z Aborygenem, który towarzyszy Robyn, by przeprowadzić ją przez święte miejsca, dla samotnych kobiet niedostępne. Opowiada całym ciałem, buzia mu się nie zamyka, nic nie szkodzi, że jest nieprzetłumaczalny. 

Sedno filmu to obrazy. Piękna, zmienna, niekończąca się pustynia. Nie bardzo wiem, po co wyruszyła w tę podróż Robyn Dawidson (są różne deklaracje), ale dla mnie, siedzącej bez ruchu w fotelu, było to odświeżające, przenoszące w dziewicze rejony piachu i horyzontu rozsuniętego bez granic. Cóż, z wielbłądami nie dałabym sobie rady. Nawet nie podjęłabym próby.

4. Biały cień reż. Noaz Deshe, Tanzania, Niemcy, Włochy 2013
Tanzania
White ShadowO, tak. Wreszcie Nowe Horyzonty (konkurs główny). Zdecydowanie trafiony tytuł i choć mam w głowie luki, potknięcia, choć trochę się gubiłam w odbiorze, to nie na tyle, by się w niego nie wkręcić. Moja literacka podróż do Afryki z Chimamandą Ngozi Adichie dostała obuchem po głowie. W filmie Noaza Deshego Afryka jest zdolna do najdzikszych, obłędnych posunięć, jest nieprzetłumaczalna. 

Biały cień jest kinem społecznym, ważnym, interwencyjnym. Dotyczy sytuacji albinosów (w Tanzanii jest ich podobno 150 tys.), którzy wedle wierzeń świetnie nadają się na amulety. Ten przesąd napędza biznes. Zabić albinosa, poćwiartować, dobrze sprzedać – to  nie thriller, to się dzieje naprawdę. Na dużą skalę. 

Bohaterem jest Alias, dorastający chłopak, którego ojciec w jednej z początkowych scen pada ofiarą napaści. I ojciec, i syn to albinosi. Naznaczenie w Afryce niesamowicie mocne i nawet bez opętańczej akcji odcinania kończyn i genitaliów byłoby trudne. Matka wysyła syna do wujka, nie potrafi ochronić Aliasa przed agresją. Świadomość zagrożenia i zagubienia, totalnej dezorientacji narasta i podskórnie oczekuje się na zwiększenie absurdu. Sceny kręcone były z udziałem lokalnej społeczności, czuje się siłę tłumu i jego bezwzględność.

Nie przeszkadzałoby mi, gdyby fabułę nieco uprościć. Natomiast sposób opowiadania jest szalenie sugestywny. Intensywna muzyka,  montaż zaskakujący i to, co podobało mi się najbardziej: mieszanie dosłownej brutalności ze scenami surrealistycznymi, oddającymi wewnętrzną ucieczkę, niemal dziecięcość chłopca.

5. Jauja – reż. Lizandro Alonso, Argentyna & inne 2013
Argentyna
Jauja
Moje pierwsze spotkanie z Lizandrem. Na wrocławskim festiwalu natrafić na film, który snuje się z wolna, nie dba o akcję, dialogów prawie nie potrzebuje… no, naprawdę nietrudno. Ale kilka nazwisk to twórcy tyleż skrajni, co mocno samoswoi i uznani za tutejszą specjalność artystyczną. Wysoko oceniani, nawet jeśli z seansu ciurkiem wychodzą ci, którzy weszli nieświadomie albo chcieli się zmierzyć i nie dali rady. Carlos Reygadas (Meksyk). Lubię. Nuri Bilge Ceylan (Turcja, tu snucie jest jednak przyspieszone). Bardzo lubię! Nieżyjący już, więc mniej obecny Theodoros Angelopoulos (Grek). Lubię, nieczęsto wracam. Béla Tarr (Węgry). Tak. Tsai Ming-liang (Tajwan). Absolutnie mam dość. I – nieostatni przecież na liście – Lizandro Alonso (Argentyna). Lubię? Nie lubię? Raczej tak, byle nie po obiedzie.

Patagonia. Obszar pustynny, urozmaicony roślinnością i skałami, przecinany akwenami wodnymi. Niezwykła przestrzeń, która wchłania bohatera. A bohaterem jest pewien duński oficer, wypełniający tu jakąś misję, ale gubiący chyba wszystko, co możliwe: 15-letnią córkę, której desperacko szuka, cel zleconego mu zadania, kierunek poszukiwań, konia etc. Jest schyłek XIX wieku. Legenda przypomniana w tytule mówi, że Jauja jest mityczną krainą szczęścia, której nie sposób znaleźć; szukając, nie znajdujesz, a gubisz to, co masz. Inna legenda, przytoczona w filmie straszy dezerterem, polującym na zbłąkanych. Nie jest więc bezpiecznie. Im bardziej w głąb, tym bardziej wiadomo, że droga donikąd nie prowadzi. Póki żyjemy, idziemy. Samotni. Spotkanych ludzi jest niewielu i nie na długo dają nam swoje wsparcie.

Co ja o tym myślę? Że poetyckie to bardzo. Piękne i dręczące. Z tajemnicą, o której od początku wiem, że się nie wyjaśni. Ale oglądałam, nie podsypiając.

6. Kobiece pieśni reż. Reha Erdem, Turcja, Niemcy, Francja 2013
Turcja
Kobiece pieśni
Reha Erdem ma we Wrocławiu swoją retrospektywę. Znam kilka jego filmów (mój ulubiony to Kosmos), obejrzałam najświeższy. Bardzo dziwny i gdybym musiała interpretować, co wynika z tak ukazanego świata i międzyludzkich relacji, to miałabym problem. Nie dlaego, by trudno było odebrać tę opowieść. Wciąga, jest momentami zabawna, czasem baśniowa, to znów podsuwa nam pod nos ludzkie słabości, irytując lub budząc chęć kopnięcia bohatera w tyłek. Jakoś zbyt jednoznacznie przydzielone są energie: kobieca i męska. Tytułowe kobiece pieśni są niczym rzucane czary, uzdrawiają duszę, dodają wiary w siebie, rozanielają. Kobiety potrafią się w nich schronić, może dzięki temu widzą w świecie znaki (np. jelenia na leśnej dróżce), które przywracają mu sens i czystość. Mężczyźni tak nie potrafią. To marudy, hipochondrycy, podstępni choć naiwni starcy lub żółtodzioby głupie i nieopierzone.

Podział energii ze względu na płeć jest naiwny. Reżyser potwierdza w rozmowie, że tak właśnie widzi świat. Nie będę dyskutować, drzwi są dawno wyważone. Chyba że nie dostrzegam innych, bardziej egzystencjalnych? Drzwi to drzwi. Schemat to schemat. Ale naiwność bardzo dobrze współgra z całością. Otulona jest i nostalgią (dosłownie i w tym rozszerzonym znaczeniu, gdy mowa o tęsknocie za utraconym życiem) i gotowością do ofiary, zdolnością przemiany. 

Rzecz rozgrywa się na wyspie, z której ewakuuje się mieszkańców, bo nadciąga trzęsienie ziemi. Niektórzy mimo to zostają. Albo nie mają pieniędzy na rozpoczęcie nowego, albo liczą na szczęście, albo nie wierzą w telewizyjne wiadomości, bo przecież zawsze rządzą nami jacyś złodzieje, którzy chcieliby, byśmy coś zrobili, a my im pokażemy figę z makiem! Wokół umierają konie. Padają zarażone chorobą, przeczuwają kres? Jeśli więc świat wokół jest zielony, momentami piękny, to jednak podszyty apokalipsą.

 7. Masaż niewidomych reż. Lou Ye, Chiny, Francja 2014
Pomyłka. Opis w katalogu zwiódł mnie na manowce.

8. Dziewczynka z kotem – reż. Asia Argento, Włochy, Francja 2014
Rzym. Też podróż, jeśli uwzględnić jak często 10-letnia Aria, córka aktora i pianistki jest wyrzucana z domu i wędruje z kotem w klatce to tu to tam. Groteska, przerysowania, coś, co kojarzy mi się z kinem Paola Sorrentino (wyjątek dla Wielkiego piękna, bo świetne) tylko słabsze. Może da się tę poetykę wytłumaczyć spojrzeniem dziecka. Nie kupuję. Szkoda, że oglądałam na początku dnia – gdybym była zmęczona, ucięłabym sobie drzemkę.

9. Zrywa się wiatr – reż. Hayao Miyazaki, Japonia 2014
Japonia
Zrywa się wiatr
W samą porę, po dwóch niewypałach trafiłam na animację. Baśń o marzeniach, nagrodzonych miłością, okupionych utratą i kontrowersją, której nie sposób od zrealizowanych marzeń odłączyć.

Jirô jest chłopcem w okularach, który już wie, że słaby wzrok nie pozwoli mu zostać lotnikiem. Postanawia, że będzie projektował piękne jak ptaki (albo ości makreli) samoloty. We snach rozmawia z włoskim mistrzem,  panem Caproni, który choć od niego starszy, gdy mówi o samolotach, jest rówieśnikiem Jirô.

Śledzimy dzieciństwo, młodość, dorosłość… Jirô żyje swą pasją, jest szlachetny i skromny. A czasem potrafiący zaryzykować wszystko, gdy wymaga tego miłość. Wątek melodramatyczny dodaje tej historii gorzkiej słodyczy. Słodkie jest przeznaczenie i sama miłość, gorzka choroba i rozłąka. Ukochana ma gruźlicę, nic więc dziwnego, że pojawi się kontekst Czarodziejskiej góry, która przywołana w rozmowach odnosi się tyleż do leżakowania i czekania na zdrowie, ile do sytuacji tuż przed nadchodzącym kataklizmem. Nadciąga wojna. Druga światowa.

Jirô ma swoj pierwowzór w autentycznej postaci. Padają określenia: film biograficzny. Nie wiem, jaki jest stopień wierności i czy aby wątek melodramatyczny tu czegoś nie lukruje. Ale lukry topnieją, gdy uświadamiamy sobie kilka konfliktów natury politycznej i moralnej, które nękają bohatera. Konkretnie: mówimy tu o legendarnym japonskim konstruktorze, którego dziełem był myśliwiec Mitsubishi Zero. Piękne maszyny sunące niebem, zwiększające swą prędkość, zapierające dech w piersiach – to bombowce, które m.in. zniszczą Pearl Harbor. Jirô Horikoshi obmyślił je w 1940 roku. 

Zrywa się wiatr, więc trzeba żyć, poderwać się do lotu, mimo ciężaru doświadczeń czy rozczarowań. W tej opowieści jest taka czystość i dobro, że wcale nie chcę zakłócać tej aury rozmyślaniem, że samoloty bojowe może i bywają piękne, ale na ogół są też diabelnie skuteczne. Marzenia materializują się z dużym hukiem.
Film z sekcji Panorama.

10. Siewca – reż. Julie Perron, Kanada 2013
Kanada, prowincja Quebec.

SiewcaDokument z sekcji Filmy o Sztuce, którego bohater – niegdysiejszy kabereciarz i mieszczuch – osiada na wsi i żyje z produkcji nasion. Film powstawał w ciągu czterech lat i jest portretem Patrice’a Fortiera, a także jego pracy – żmudnej przecież, systematycznej, fizycznej, ale wykonywanej z dużym artystycznym zacięciem.

Patrice Fortier uprawia rośliny, z których później selekcjonuje ziarno (bardzo dba o jakość) i sprzedaje. Bez żadnej nadbudowy jestem gotowa zaliczyć pracę ogrodnika do działań artystycznych. :) W tym przypadku wszystko zaczęło się od artystycznego projektu i chyba wciąż jest przeplatane działaniami przypominającymi performence.

Performence, czyli na przykład wystąpienia z przyjaciółmi w perukach z kopru, skanowanie marchewek, kreowanie uścisku roślin, z których jedna jest podporą drugiej etc. – jest efektowny i zabawny. Mnie jednak najbardziej interesuje praca. Wyszukiwanie ziaren rzadkich roślin, przywracanie ich do obiegu, pogaduszki z klientami o słodyczy buraka czy ogórka, którego nasiona są dokładnie takie, jakie sprzedawano w latach 40. Taka na przkład kucmerka. Popularna w XVIII wieku – ona jeszcze może powrócić! Ja się na to piszę. Zjadłabym kucmerkę. Trzymam kciuki, film bierze udział w konkursie.

11. Wędrówka na Zachód – reż. Tsai Ming-liang, Francja, Tajwan 2014
Marsylia
Wędrowka na Zachód
Tsai Ming-liang jest przereklamowany. Moim zdaniem: król jest nagi. Rzecz o niczym, pod którą można podłożyć dowolnie rozbudowaną filozofię, można też przeżyć objawienie, wszystko można. Ale to nie jest immanentną cechą dzieła, lecz dobrych chęci odbiorcy lub jego podatności na impuls.

Na festiwalu głośno o Bezpańskich psach tegoż twórcy. Mnie było dane obejrzeć 56-minutową Wędrówkę na Zachód.

Nie ma dialogów, chyba że jakieś przypadkowe słowa wyłowione z ulicznego gwaru. Nie ma fabuły i żadnej przyczynowo-skutkowej logiki wiążącej sceny. To informacja, nie ocena. Choć im bardziej wpatruję się w w obrazy Tsaia, tym bardziej tęsknię za opowieścią. 

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, na film składa się 10 scen, więc na każdą przypada statystyczne 5 minut; nie są jednakowej długości, najdłużej trwa „przejście podziemne”. Scena rozpoczynająca: twarz mężczyzny wypełnia cały ekran, on patrzy wprost na mnie, ja na niego. Proszę: ludzka twarz. Jest jak księga, można z niej wyczytać niejedno. Skoro jednak nie mam żadnych danych, wszystko, co wyczytam, sama w tę twarz włożę. Uruchomię myśl interpretującą, która rzeczywistość zniekształca. Trzeba więc raczej być przed tą twarzą i czekać. Jeszcze dwukrotnie wrócą męskie oblicza, tym razem z profilu i na tle morza. 

Motywem przewodnim jest wędrowanie mnicha. Ok, taki performance. Idzie sobie mnich. Tak wolno, jak tylko można, a nawet bardziej. Każdy krok uruchamia te same mięśnie, zawiesza się, ruch jest statycznością niemalże. Świat wokół żyje jakimś swoim tempem, mnich zachowuje niezależność. Zdecydowanie bliższe jest to prowokacji niż „byciu sobą”. Ludzie mijają go, czasem się obejrzą, nic szczególnego się nie wydarzy. Tylko w jednej scenie dołączy do mnicha mężczyzna. To znany z Holy Motors Denis Lavant (vide: zdjęcie). Spektakularna jest scena schodzenia w podziemne przejście. Trwa najdłużej. Może akcja dzieje się w Marsylii, ale schody wszędzie wyglądają podobnie, więc jestem przez circe 10 minut nigdzie. A mnich się gimnastykuje: lewa, oddech, prawa, oddech. 

Ok, jest jeszcze motyw lustra, jest motyw odwróconego obrazu i padają wygłoszone z offu słowa sutry. Nie przykładam do nich wagi, bo są dołączone jak metka do towaru. Coś o ułudzie, że działanie zawsze są ulotne jak bańka mydlana czy podmuch wiatru. Uff, nie szastajmy szlachetnym słowem minimalizm. To jest mniej niż minimum. 

Wróciłam nieuwiedziona żadnym filmem, lecz nasycona. Żal, że nie biorę udziału w całości, bo to inna jakość oglądania. Ale też spokój, szansa na wyprostowanie i rozruszanie ciała. Bez pośpiechu, ale szybciej niż mnich. ;)

kisiel na wakacje

Marta Kisiel, Nomen omen, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2014

Kierunek: Wrocław

To dziwne jest. Jakby mi brakło jakiegoś genu. I to nie w sferze percepcji bezpośredniej, lecz tej przetwarzającej. Czytam z przyjemnością. Tak, to jest jazda bez trzymanki! Styl zakręcony jak korkociąg. Aż chce się go naśladować i mówić à la Niedaś, pić herbatki do wtóru z siostrami Bolesnymi, może nawet wywinąć orła temperamentnie jak Salka albo zapleść włosy w gruby warkocz i rozejrzeć się kogo przywabię.

Szalenie mi się podobały blogowe recenzje książek Marty Kisiel (Nomen omen i wcześniejszego Dożywocia). Aż kipi w nich od zachwytu, dziękczynnej radości i nadwyżki wygibasów, które jak nic wskakują w idiolekt piszących za sprawą kontaktu z Autorką. Może do dwóch odeślę, bo ja tak fajnie nie napiszę.  Bo we mnie przyjemność nadzwyczaj szybko się ulatnia. Nie odmienia mnie i nie przymusza do wyczekiwań na następny tytuł pani Marty. Rdza jest raczej po mojej stronie, gdyż zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Taki rozkrok. Przyklaskuję zachwyconym recenzjom – bo wymienione w nich atuty są adekwatne. Niemniej jednak… wakacyjny szlagier nie będzie mi towarzyszył zbyt długo. Odsyłam do Bazyla i do Padmy.

Nomen omen

Drążenie tematu, czyli szukanie słabych stron, by uzasadnić swój brak uniesienia, byłoby grubą nieprzyzwoitością. Co mnie cieszy? Dlaczego warto było zająć lekturą dwa popołudnia?

Hmm… za moment wybiorę się do Wrocławia, by oglądać nowohoryzontowe kino. Tymczasem tu, po krótkim preludium w Kotlinie Kłodzkiej, trafiam wraz z Salką na ulice tego miasta, niejedną rozpoznaję i choć axis mundi, czyli domek czarownic na Lipowej 5, jest mi nieznany, to i tak wrocławskie tło jest dużym atutem. Zwłaszcza, że to i Wrocław, i Breslau zarazem. Współczesność i historia (los uchodźców) przyprawione gotycką fantastyką. 

Bohaterowie są wyraziści. Nie da się powiedzieć, że pełnowymiarowi, bo nie taka intencja przyświeca humorystycznej powieści. Coś z Chmielewskiej pobrzmiewa na drugim planie, i może coś z Niziurskiego. To także walor, który przeniósł mnie do czasów, gdy uhahanie* podczas lektury i adrenalinka przygodowa były mi bliższe niż dziś. Wszyscy są do polubienia. U mnie numer jeden to Jadwiga Bolesna-Tupatajkowa, czyli środkowa z 85-letnich „sióstr ksero”. Zaraz na drugim miejscu – starsza od niej o trzy minuty – Matylda, niegdysiejsza profesor od łaciny, sypiąca jak z rękawa sentencjami, a przy tym poważna, przenikliwa i nie do zdarcia. A Jaga i tak górą – za młodzieńczość. Za potańcywanie w kuchni i za pstrokate stroje („niczym reinkarnacja Isadory Duncan na ostrym haju”). Za to, że nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i budzi popłoch na każdym szpitalnym oddziale (jako że wieki świetlne temu szkoliła medyczną kadrę na uniwersytecie). No i rzecz jasna – za buńczuczną miłość do komputerowych nowinek, zwłaszcza do gier z serii Warcraft, w które angażuje się niczym roznamiętniona nastolatka. 

Salka Przygoda, od pierwszej sceny budząca sympatię i chęć udzielenia wsparcia, może aż nadto często się przewraca, a jej młodszy brat Niedaś, mówiący rezolutnym językiem, tak jak mnie oczarował, tak później nieco umęczył. „Seryjnie”. ;)

Powiedzmy, że to jest karkołomne do potęgi: wplatać w przygodową fabułę wątki z polskiego romantyzmu! Aż trudno uwierzyć jak zgrabnie to wyszło. Słowacki i Mickiewicz, ale jacyś wyzwoleni z brązu wieszczów, choć przywołani z pełną świadomością, że zna ich tak naprawdę ledwie ułamek gnębionego szkolną wersją narodu. W roli tegoż ułamka wystąpił Bartek, doktorant polonista. Jakżesz świeżutko wskakują na scenę dziady i Upiór! Jak pięknie Juliusz S. snuje myśl o melancholii… Cytat nieodzowny. Rozmówcy: ojciec Salki, Paweł Przygoda i Bartek, jej „fatygant”, tekst wyjęty z Anhellego.

„– Miło mi poznać młodego człowieka! – huknął, chwytając dłoń Bartka i ściskając ją serdecznie. – Przygoda! Technik elektronik, agnostyk, empirysta!
– Tokarski! – odhuknął Bartek odruchowo. – Filolog polski, ateista, romantyk.
– Romantyk? – Brązowe oczy aż się roziskrzyły. – „Chorobą zgubną mówię: jest melancholija i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy…”
– „Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się” – Bartek dokończył gładko.
Paweł Przygoda o mało nie pęknął, czując, jak wraz z tym cytatem łączy ich marynarskimi węzłami lina okrętowa w postaci całego dziewiętnastego wieku z przyległościami.
– Synu! – wydusił przez ściśnięte wzruszeniem gardło. – Mów mi ojcze”.

Długo by można wybierać, które fragmenty najlepiej oddadzą aurę językową powieści Marty Kisiel. Samotny cytat mówi niewiele. Ten styl ma swadę, energię, upodobanie do neologicznych zawijańców, do zdań poskładanych wielostopniowo, lecz tak lekko, że czytelnik sunie jak z górki, bierze wszelkie zakręty i w ogóle go nie bolą biodra. Cecha priorytetowa: zmysł humoru. I to w różnych tonacjach. Bo inaczej jest, gdy Niedaś (student) mówi szyfrem żargonu, inaczej gdy fatalistyczny dowcip uruchamia Salomea, a inaczej gdy od niechcenia odbiją piłkę panie starsze. A przecież nuta dominująca to sama narracja. 

„– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!”

„– Siostra, tobie też tak to zryło beret? (…) Ta myśl pomału torowała sobie drogę przez zryty beret Niedasia. Zamrugał, gdy w końcu dotarła do celu i padła tam wycieńczona”.

„Piątka z plusem, blok i kredki”. Bez względu na to, „o co kaman?”. To był rollercoaster. Doceniam, smakuję, ale w głowie mi się kręci. O, jak miło będzie znów pospacerować. I jeśli to prawda, że gdzieś nad brzegiem Odry stoi krasnoludek i pierze sobie portki – to ja go znajdę! 

***************

* Istnieją dwie wersje zapisu, podobnie jak z onomatopeicznym „ha! ha!” i „cha! cha!”. Zdaje się, że ta z „ce-ha” jakby bardziej lansowana, ale obstaję przy dźwięcznym „ha”. Sprostowanie ma mnie rozgrzeszyć z ewentualnych posądzeń o dysortografię.

amerykaana

Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014

Kierunek: Nigeria & USA

Gdy ostatnio obwieszczałam, że Bukareszt. Kurz i krew jest najlepszą książką tych wakacji, to jednak trochę się pospieszyłam. Bo oto na szali stawiam świeżutką Amerykaanę Chimamandy Ngozi Adichie i waga ani drgnie. One właściwie nie mogą konkurować, bo eseistyczno-reporterski portret miasta trudno zestawiać z pełnokrwistą powieścią. Och! Chodzi mi o to, że to było cudne przeżycie! Książka jest grubiutka (760 stron, ale czcionka dość wyraźna), czytałam trzy dni, spowalniając pod koniec, żeby trwać w niewiedzy jak najdłużej… Szkoda, że już się trzeba rozstać. 

Zamiast brzydkiej okładki umieszczam zdjęcia autorki (znalezione na stronie Uniwersytetu Princeton oraz na osobistej stronie Chimamandy Ngozi Adichie). Po części z prostego powodu: jej uroda działa magnetycznie. Po drugie: przyglądam się włosom, bo one stanowią jedną z historii równoległych, współtworzących Amerykaanę. Powieść zaczyna się właśnie tak, że trzydziestokilkuletnia Ifemelu, stypendystka Princeton i znana blogerka, po trzynastu latach życia w USA postanawia wrócić do Nigerii. A przed powrotem chce sobie zrobić nowe warkoczyki. W salonie fryzjerskim spędzi ok. sześciu godzin. Kotłują się w nim zapachy, brzęczy zmasakrowany angielski, w chwilach przerwy fryzjerki oglądają kiczowate filmy z Nollywood. Ifemelu nie miała tu po drodze, bo świat, w którym mieszka jest inny: czysty, z udogodnieniami, amerykański – gdzie większość Afrykanek prostuje włosy i pozbywa się akcentu, który naznaczał ich angielszczyznę w rodzimym kraju. 

W tej zdawkowej informacji jest niejedna odsłona. Tak, to powieść o kobiecie coraz bardziej świadomej siebie – swoich pragnień, swej tożsamości, swej siły. Siły? Ifemelu nie jest może przebojowa, ale szczera (wobec siebie), poszukująca i inteligentnie bezpośrednia. Bardzo kobieca… Nie wiem, jak powieść Adichie czytają mężczyźni, bo wydaje mi się, że w tej historii jest pewna nadwyżka, którą rozkodują właśnie kobiety. Uwaga! nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z czytadłem dla pań. Mamy do czynienia z fenomenem. Mądra, uniwersalna, przenikliwa książka, pełna obserwacji socjologicznych i obyczajowych. Subiektywnie dodam: najwyższych lotów. A zarazem: nie ma wątpliwości, że pisała ją kobieta (mistrzowsko potrafiąca opowiadać!).

Chimamanda Ngozi Adichie. Princeton

O czym jeszcze jest Amerykaana? Tytuł jest ironicznym określeniem, jakim Nigeryjki diagnozują przybyłe  z Ameryki koleżanki, którym uderza do głowy sodówka. Dziwią się, że kuchnia nigeryjska jest tak nieodtłuszczona, że inaczej są obsługiwane w restauracjach etc. Słowem: powieść bierze na warsztat kwestie tożsamości i korzeni. Kilkanaście lat adaptowania się Ifemelu w Ameryce pokazuje, jak niełatwo i jakim kosztem przebiega asymilacja. Pomnóżmy obserwacje razy kilka, bo nie tylko spojrzenie głównej postaci zostało naświetlone. Stany Zjednoczone (zwłaszcza) i Wielka Brytania śnią się nigeryjskim nastolatkom latami. To wymarzone światy, Eldorado, prawdziwe życie. I często (nie zawsze) udaje im się niejedno z tych marzeń zrealizować. Aspirują wysoko: zdobywają dyplomy uczelni z Ligi Bluszczowej, wychowują dzieci, które zajść mają jeszcze dalej, żyją w demokratycznym świecie, w którym nikt nie użyje słów „czarnuch”, „Murzyn”, a nawet „Afrykańczyk” i „Afrykanin” nie pojawiają się często, by kamuflować różnice w myśl zasady „nienazwane nie istnieje”. [Zabawny epizodzik. Ifemelu kupuje w butiku  sukienkę. Ekspedientka, u której reguluje rachunek, wypytuje, która z dwóch dziewczyn jej doradzała. Czy miała długie włosy? (obie miały), czy była szczupła (obie były), itp. Nie pyta o najoczywistszą z różnic, bo byłaby to polityczna niepoprawność (czy obsłużyła ją biała czy czarna?).]

Tożsamość tych, którzy podjęli próbę życia na emigracji i którzy z jakichś (przeróżnych) powodów wracają odmienieni w rodzinne strony – to temat główny. Ale motorem opowieści, najsilnieszą nicią osnowy jest wątek starej, nierdzewiejącej miłości, przeplatany próbami odnalezienia szczęścia w związkach, które są możliwe i wypełniają lukę po czymś, co miało trwać wiecznie. Naprawdę nie tylko miłość wciąga w Amerykaanę, ale miłość wciąga naprawdę – ostatecznie to ona przecież uruchamia wszystko inne: dojrzałość, odpowiedzialność, gorycz i zgodę na rozstania i wreszcie odwagę bycia sobą, jak najpełniej.  

Chimamanda Ngozi Adichie, Hay festival 2012

Ifemelu pisze bloga: rasowe obserwacje czarnej nie-Amerykanki na temat życia plemiennego w USA. Kąśliwie wskazuje „plemienność” w dojrzalym demokratycznym społeczeństwie, ale ma po temu powody. Aż dziw jak bardzo jej komentarze są zasadne. Później bierze na warsztat Nigerię i tropi jej specyfikę, szuka tego, z czym może się utożsamić, ale też bezceremonialnie demaskuje pozerstwo. 

Blogowe zapiski okraszają raz po raz narrację powieści. Ja wolę te, które powstają na użytek nigeryjskiej odsłony. Dla blogerów to smaczny kąsek, bo choć popularność Ifemenu jest oszałamiająca i nie każdemu dana, to można tu odnaleźć emocje, bliskie wszystkim tworzącym posty. Na przykład gorączkowe tropienie tematu, który by się nadawał do obróbki. ;)

Czytanie Chimamandy Ngozi Adichie to przyjemność. Niegdyś urzekła mnie jej Połówka żółtego słońca, doceniłam późniejsze opowiadania (To coś na twojej szyi) i choć to wbrew moim przyzwyczajeniom (żadnych rankingów i „ulubionych” pisarzy!) deklaruję, że na jej opowieści będę czekać z utęsknieniem. I sądzę, że z obu równie istotnych powodów: bo są takie nigeryjskie, zanurzone w świat dla mnie nierozpoznany i dlatego, że absolutnie mogę się w nich odnaleźć – afrykańskie znaczy uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dla Nigeryjczyków ta powieść może mieć kolosalne znaczenie. Gdyby istniał jej polski odpowiednik – byłby czymś błogosławionym.

amerykaana***

Tymczasem główną inspiracją do tworzenia mojego postu było coś, czemu ostatecznie poświęcę ostatni fragment. Siła powieści. 

Najpierw dwa epizody. Pierwszy – w salonie fryzjerskim jedna z klientek podpytuje zaczytaną Ifemelu:
” – Dobra?
– Tak.
– To powieść, prawda? O czym?
Czemu ludzie pytają «o czym jest?», jakby powieść była tylko o jednej rzeczy. Ifemelu nie znosiła tego pytania (…)”. (s.312)

Drugi epizod ma miejsce w Nigerii, podczas jednej z imprez dla nowobogackich. Oczytany Obinze, który całą młodość pochłaniał amerykańskie powieści i wpatrywał się w filmy stamtąd, zagaduje młodziutkiego chłopaka, z sympatią obserwując jego zagubienie. Rozczarowuje go jednak płytkość odpowiedzi. 
„Yemi studiował angielski na uniwersytecie i Obinze zapytał go, jakie książki lubi, ucieszony, że w końcu porozmawia o czymś interesującym, ale szybko okazało się, że dla Yemiego książka nie była literaturą, jeżeli nie zawierała wielosylabowych słów i niezrozumiałych fragmentów.
– Problem w tym, że powieść jest zbyt prosta, człowiek nie używa żadnych wielkich słów – powiedział Yemi”. (s.56)

Z zazdrością i podziwem przyglądam się temu jak opowiada Adichie. Oczywiście, to jest proste. Bez erudycyjnych akapitów i filozoficznych dywagacji właściwych esejom. Żeby jednak powieść była „nie tylko o jednej rzeczy” potrzebna jest pisarska intuicja, rzemiosło kompozycji, wykreowanie świata, który – nie tak jak w świecie fantasy, gdzie wymyśla się go od początku – szkicuje się dialogami, sytuacjami, zdarzeniami nie zawsze kluczowej wagi, całym tym ekwipunkiem retrospektywnej pamięci i introspektywnych namyśleń, i niewypowiedzianych, bo nieuświadamianych sobie przez bohaterów (a otwartych przed czytelnikiem) rozpoznań. Łatwość powieści jest złudna.  Gdy dobrze skrojoną historię próbuje się ogarnąć ponownie, otwierają się całkiem nowe znaczenia. Przynajmniej takie są moje wrażenia, gdy po dobrnięciu do okładki, zaczęłam wertować strony z przylepionymi karteczkami. 

ciastko z gorzką czekoladą

Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

Kierunek: Rumunia

Po serii lektur, w których było za dużo słów, wreszcie coś, co pasuje jak szyte na miarę – na miarę gustu i potrzeb. Chyba najlepsza książka tych wakacji. Niby lato jeszcze trwa, ale trudno przebić taką przygodę. Super! Wyprawa do Bukaresztu z Małgorzatą Rejmer. I Bukareszt jest trafiony, i autorka, i słowa są dobrze dobrane. 

Zacznijmy od słów. Mariusz Szczygieł, przytoczony na okładce, docenia u autorki talent reporterski i eseistyczny. Reportaż jest melodią prowadzącą – obyczajowy, społeczny, historyczny…. Skupiony wokół postaci, o których było głośno (wieloletni przywódca Nicolae Ceaușescu, ale i zagłodzony na śmierć w polskim więzieniu Claudiu Crulic). Albo biorący pod obserwację współczesnych, mniej lub bardziej anonimowych Rumunów czy mieszkających w Rumunii Polaków. Reportaże rozegrane wokół bohatera lub problemu (tym rzeczywiście blisko do eseju). Trzydzieści kilka niedługich rozdziałów, które czyta się narkotycznie. Bo też czasami są one raczej felietonami, baśnią (!), anegdotą. 

A fost odată ca niciodată – tak zaczynają się rumuńskie bajki. Dawno, dawno temu było tak, jak nigdy nie było.
I była sobie kraina porośnięta zrudziałymi trawami, krwistymi makami i zmęczonymi słonecznikami, których sczerniałe, nadpalone słońcem głowy opadały ku ziemi. W krainie pustki najszczęśliwiej miała się nędza”. (s.17)

„Bukareszt jest jak ciastka, które kupowałem zawsze w niedzielę dla mojej rodziny, gdy tam mieszkaliśmy. Niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Bukareszt jest słodko-gorzki. Nie znajdzie się w nim łatwego piękna”. (s.265) [Wypowiedź rumunisty, prof.Kazimierza Jurczaka.]

Wszystko wskazuje na to, że swój zachwyt nad książką dzielę ze sporą grupą tych, którzy po Bukareszt… sięgnęli. Nominacje do nagród, świetne recenzje, analizy, prezentacje. W tym szkopuł. Bo już brałam rozbieg, by ogarnąć tekst po swojemu, gdy zrozumiałam, że nie bardzo jest po co. Nawet moje radosne odkrycie analogii między rumuńską przygodą z Rejmer a czeską przygodą ze Szczygłem pojawia się w co drugim komentarzu. Będę więc – o ile się da – unikać śpiewania w chórze, wspierając się cytatami.

Dość nietypowy układ treści. Trzy części: pierwsza skupia się na epoce Ceaușescu i tym, co po niej pozostało; druga sięga do międzywojnia, znajdując w latach 20. i 30. korzenie mitu o Wielkiej Rumunii i antysemickich postaw; trzecia część to miks tematów zaczepionych w rzeczywistości ostatnich 24 lat. Wiele się można dowiedzieć, a narracja nie przypomina wypisów z podręcznika. Przefiltrowana przez kogoś, kto w 2009 roku odwiedził Bukareszt po raz pierwszy, zobaczył chaos nie do ogarnięcia i kto wielokrotnie powracał, by zrozumieć więcej i więcej. Bardzo mi ta strategia odpowiada.

Małgorzata Rejmer – choć wie dużo i niejednego doświadczyła – wciąż pozostaje tą, która się dziwi i tą, która w Bukareszcie czuje się u siebie. Paradoksalne? Wszystko jest tu paradoksem podszyte, a to oznacza jakość pierwszej klasy. Czasami autorka jest tą, której przydarza się przygoda z niemiłą konduktorką i nie może zrozumieć, dlaczego cały przedział pociesza ją, lecz w gruncie rzeczy akceptuje łapówkarstwo i naginanie przepisów. Albo olbrzymieją jej od nonsensu oczy, gdy cudem niepożarta przez bezpańskie psy, słucha zapewnień Rumunów jak to u nich bezpiecznie (bo przecież gdyby nie jechała rowerem, psom nie chciałoby się ogonem machnąć). Podobnie – gdy o bezpieczeństwie mówi szalony taksówkarz. Bezpiecznie jest: „Wprawdzie kiedyś podszedł do mnie jakiś facet, z całej siły uderzył mnie pięścią w twarz i straciłem przytomność, ale gdy ją odzyskałem, okazało się, że niczego mi nawet nie ukradł”. (s.237)

Zapytana przez bukaresztańską dziewczynę po co tu przyjeżdża, skoro może być gdzie indziej, opowiada o magii tego miasta. Wyobrażam sobie, że ten pean jest impulsywny i dyktowany improwizacją. „Powiedziałam jej, że Bukareszt jest nieobliczalny i piękny. Że ciągle można znaleźć w nim tureckiego ducha. Że kiedyś był nazywany Białym Miastem, bo kamienice lśnily bielą tynków. Że bulwary Bălcescu i Magheru zbudowali żydowscy architekci, którzy po wojnie tworzyli Tel Awiw”. (s.267)

Małgorzatę Rejmer przyciąga egzotyka, ale jeszcze bardziej wabi ją pokrewieństwo. Czarny humor i zamiłowanie do raczej mrocznych scenariuszy. Pesymistka (zgaduję i zakładam), ale z olbrzymim poczuciem humoru i wrażliwością na absurd. Rozmawia raz przez telefon z rumuńskim przyjacielem, który zaprasza ją na kolację: „… przyjdę, tym bardziej, że od jakiegoś czasu jesień w Bukareszcie nastraja mnie dwuznacznie, to znaczy czuję się dobrze, ale nie na tyle, żeby wychodzić z domu”. (s.262)

Bukareszt. Kurz i krewSmaczkiem, za którym będę tęsknić, są przeróżne – cienkim woalem rozpostarte – odwołania kulturowe. Tu Mircea Elliade, Herta Müller lub Tristan Tzara czy Ionesco. Albo anonimowy poemat Jagniątko, który być może jest kluczem do zrozumienia Rumunów, ale klucz to magiczny, bo interpretacji tekstu jest pewnie nie mniej niż Rumunów.

Lubię rumuńskie kino, a 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni Cristiana Mungiu zyskał po tej lekturze wiele odcieni. Film sprzed siedmiu lat – o dwóch studentkach, które usuwają niechciane ciąże w Bukareszcie, gdzie tego robić nie wolno. Wstrząsający, ale – co mnie zawsze dziwiło – jakby poza moralnym dylematem, który dominowałby w kinie polskim. Uwaga skupiona jest nie na tragizmie zabijania, lecz na samotności kobiet, które radzą z tym sobie wbrew prawu. Rozdział, w którym Małgorzata Rejmer pisze o dekrecie Nicolasa Ceaușescu (1966), który zabronił aborcji i sprowadził na świat tysiące „niechcianych dzieci”, jest dla mnie chyba najmocniejszym fragmentem książki. To nie takie proste, by zrelacjonować tu zawarte w nim myśli – odsyłam. Nie jest jednoznaczny, bo moralność też taka nie jest, a pozytywne dyrektywy ściągają czasem nieszęść ponad miarę.

„Historie, w których jest tylko cierpienie, nie mają żadnej wartości. Po co je opowiadać?” (s.39) – to przytoczona wypowiedź jednej z bohaterek. W Bukareszcie… są takie opowieści. Jakimś cudem nie przytłaczają, więc autorce udało się je ocalić, nie niszcząc wiary w ich sens. W to, że można o cierpieniu czytać i nawet w tym bezsensownym widzieć „kroplę krwi w morzu bólu” – w morzu, ktore już ma swoją wagę, a może nawet sens. 

Przeplata się to, co poważne, z tym, co przewrotnie lekkie i kuriosalnie absurdalne. Rumuńskie przekleństwa, wiara w urok rzucony spojrzeniem, przekuwanie tragizmu w komizm. Absurdalny jest przede wszystkim Dom Ludu: „ta piramida chciwości Ceaușescu, marmurowa stodoła na cześć jego pychy i szaleństwa, która miała być szczerozłotym pałacem, a okazała się dlań luksusowym grobowcem, to największa atrakcja Bukaresztu. Tłumy z całego świata nic tylko się dziwią, jakie to poniekąd proste: wyburzyć tysiące domów, kilkanaście cerkwi, kilka szkół i szpitali i postawić pałac inspirowany zabudową Księżyca”. (s.64)

I zostanie mi w pamięci rumuńska nieufność. Brzmi zniechęcająco, lecz ona idzie w parze z życzliwością, może również z pokorą. Tyle że dużo w niej samotności i fatalizmu, świadomości, że nikt nie zdejmie z nas naszych traum i że w obliczu zła wsparcie wcale może nie nadejść. Czy tak jest rzeczywiście? Może nie. Lecz Rumun najpewniej by potwierdził: Asta e – tak już jest”. Bo wiele, zadziwiająco wiele mentalnych torów jest zaprojektowanych przez doświadczenie historii. Takiej, nie innej, bezdyskusyjnej.

polski dokument na lato

Ojciec i syn, reż. Paweł Łoziński, Polska 2013 (TVP1, 3.07.2014)

Obejrzałam wczoraj późnym wieczorem i obudziłam się z tym filmem w tyle głowy. Chcę go dla siebie zatrzymać, więc spróbuję nazwać wrażenia. I chcę polecić – okazje się przecież powtarzają. Telewizyjna Jedynka seansem o Łozińskich rozpoczęła cykl Lato z polskim dokumentem. Kolejne filmy nadawane będą w czwartki, późną porą. Adresaci to ci, którym żal kończyć dzień wraz ze zmianą daty. Inauguracja cyklu bardzo udana. Po pierwsze: Łozińscy. Po drugie: podróż. Po trzecie: rozmowa. Trzy wabiki.

Bohater

marcel łozińskiJak w ostatniej scenie Amatora Kieślowskiego: kamera, którą dotąd Filip Mosz rejestrował rzeczywistość wokół siebie, skierowana zostaje na niego. Świat to również TY, może nawet przede wszystkim. Tu podobnie. Dwaj świetni dokumentaliści opowiadają słowem i obrazem o wzajemnej relacji. Pierwszy kadr to obiektywy przyłożone do twarzy. Dwa obiektywy, bo obaj bohaterowie występują w potrójnej roli: reżysera, autora zdjęć i bohatera. Ról jest zresztą więcej. To, że nie są anonimowi, filtruje opowieść, uruchamia wcześniejsze skojarzenia, sentymenty.

Cenię twórczość p.Marcela i p.Pawła, wracam do ich filmów (stoją na półce). Jakiś czas temu pisałam o Książce, którą wydał kolejny z rodu, Mikołaj Łoziński (odsyłam, by nie powtarzać prezentacji). Film przypomniał mi niektóre wyczytane w Książce wątki. 

Autobiografizm rodzinny to najwidoczniej jakiś dodatek do rodowej hemoglobiny. Potrzeba pamiętania, zrozumienia, określenia siebie w kontekście miejsca i ludzi, wśród których się wyrasta. Łozińscy mają skłonność do takich konfrontacji. Naturalne – bo gdy się stawia pytania innym, to dlaczego omijać siebie? Odważne – bo stawianie pytań podstawowych – bez znieczulenia – zawsze niesie z sobą dawkę bólu. Mniejszą lub większą. 

Sytuacja

Paweł ŁozinskiJest tak, że Marcel i Paweł wyruszają w podróż. Ojciec i syn. Paweł w roli kierowcy, Marcel pasażer. Znaczące przydzielenie ról, bo stery są w rękach syna. Pytania stawiają obaj, ale ojciec dąży do bilansu, częściej poddaje się ocenie, chce wiedzieć, jaki ślad zostanie po nim w synu. Syn wybrał wygodniejszą pozycję. Jest na półmetku życia. Co nie wyszło, jeszcze zdąży naprawić. Teraz ma ochotę uświadomić ojcu swoje rozczarowania i obciążenia. Pyta tuż po starcie, czy na pewno ma być bez taryfy ulgowej? A gdy zyskuje potwierdzenie, nie wstrzyma się przed odpowiedzią, która musi zaboleć. Krótko mówiąc: nikt nie dokopie ci jak własny syn. Bo przed nim zdejmujesz tarczę.

Sytuacja bycia w drodze – w podróży z Polski do Francji – to ogrywanie toposu starego jak świat. Oderwani od codzienności, skazani na siebie, dokądś zmierzający. Okaże się, że celem jest Ogród Luksemburski, w którym przed laty Marcel zakopał (potajemnie) prochy swojej matki. Dzień, w którym skoczyła z okna, nazwie najgorszym dniem w swoim życiu. Niewiele mówi o innych traumach. Choć Paweł podpytuje (o pobyt w domu dziecka – na przykład). Syn i ojciec – dwie biografie, dwa charaktery, dwa typy dociekliwości. Syn wciąż jest na etapie uwalniania się od „eksperymentu” jak nazywa styl, w jakim został wychowany. Ojciec jest gotów całą swoją tożsamość zamknąć właśnie w tej roli: „- Kim jesteś? – Ojcem. Przede wszystkim”. Zapytany o najszczęśliwszy dzień swego życia Marcel Łoziński odpowiada – „4 grudnia 1965, dzień, w którym się urodziłeś. Spadł wtedy śnieg”. 

Słowa i obrazy

Specyfiką sytuacji jest również to, że panowie Łozińscy mają świetne wyczucie kamery. Trochę problemów sprawiało mi zrozumienie wszystkich słów (dykcja!). Ale kadrowanie i dobór scen są świadome i bezpretensjonalne. Na przykład scena, w której Marcel Łoziński naciąga skórę wokół twarzy. Wygląda niczym ropuch, skóry jest jakby za dużo, co nieco się deformuje. Cóż, lata… Zwłaszcza że obok własnego dziecka każdy czuje się ciut starzej niż w gronie równolatków. To naciąganie jest autoironiczne.

Albo scena w przydrożnym barze, gdy umawiają się, by nakręcić 5-minutowe ujęcie, w którym nie pada żadne słowo. Lub na opak: gadać „jak Żydzi”, przez 5 minut, nie przerywając ani na sekudę. Ostatecznie nie eksperymentują. W tym siła filmu, że nie jest nadmiernie wygładzony i ustawiony. Bywa, że Marcel, dotknięty komentarzem, chce przerwać, Pawłowi natomiast zależy na wybrzmieniu. Mnie ujęło to mieszanie się szczerości i autentyzmu ze świadomością kamery. Nie wykluczają się te opcje.

I choć główny temat rozgrywa się tu i teraz, dotyczy relacji ojciec-syn, to w tle raz po raz powraca francuska piosenka. Korzenie polsko-żydowsko-francuskie są nie do rozplecenia. Piosenka brzmi retro i ilustruje czas zaprzeszły – dzieciństwo i młodość Marcela. Taka piękna scena, którą mam przed oczami: stanie na głowie. Zderzenie ujęć – archiwalnego z bieżącym. Na archiwalnym – ojciec (Marcel) jest młody, bez problemu wchodzi w pozycję, ma sprężyste ciało. Wokół plaża. Podbiega kilkuletni chłopiec i podtrzymuje tatę, śmiejąc się radośnie. W ujęciu teraźniejszym Marcel podejmuje próbę, ale nie udaje mu się wskoczyć w „główkę”. Gdzieś na łące… Paweł nie ma z tym problemu – i wtedy ojciec porzuca kamerę i biegnie podtrzymać syna. A potem przewracają się obaj, obejmują się, ściskają. Jest bliskość. 

Dużo ważnych słów. Chropawość. Uniwersalność – bo czyż toksyny nie są wliczone w każdą sztafetę pokoleń? Korci mnie, by tu parafrazować filmowe dialogi, ale to chyba bez sensu. Lepiej samemu obejrzeć, posłuchać. Tylko dodam na koniec, że dla mnie najmocniejszy jest fragment, gdy Marcel, przełknąwszy gorzką pigułę wspomnień syna, podsumowuje zaczepnie, domagając się sprostowania.
„- Nauczyłem cię tylko prowadzenia samochodu? I lutowania?… K…a, to trochę mało”. Przecież chodzi o to, by usłyszeć, że nasze wartości, styl życia, sposób patrzenia na świat… są godne ocalenia i kontynuacji. Czy tracą wiarygodność, gdy nie mają naśladowców?

***

Podróż tyleż horyzontalna co introspektywna. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne lato nie będzie zbyt wędrowne. Dlatego stawiam na podróżowanie pośrednie. Śladami, tropem, wirtualnie i książkowo. Cdn.