kisiel na wakacje

Marta Kisiel, Nomen omen, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2014

Kierunek: Wrocław

To dziwne jest. Jakby mi brakło jakiegoś genu. I to nie w sferze percepcji bezpośredniej, lecz tej przetwarzającej. Czytam z przyjemnością. Tak, to jest jazda bez trzymanki! Styl zakręcony jak korkociąg. Aż chce się go naśladować i mówić à la Niedaś, pić herbatki do wtóru z siostrami Bolesnymi, może nawet wywinąć orła temperamentnie jak Salka albo zapleść włosy w gruby warkocz i rozejrzeć się kogo przywabię.

Szalenie mi się podobały blogowe recenzje książek Marty Kisiel (Nomen omen i wcześniejszego Dożywocia). Aż kipi w nich od zachwytu, dziękczynnej radości i nadwyżki wygibasów, które jak nic wskakują w idiolekt piszących za sprawą kontaktu z Autorką. Może do dwóch odeślę, bo ja tak fajnie nie napiszę.  Bo we mnie przyjemność nadzwyczaj szybko się ulatnia. Nie odmienia mnie i nie przymusza do wyczekiwań na następny tytuł pani Marty. Rdza jest raczej po mojej stronie, gdyż zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Taki rozkrok. Przyklaskuję zachwyconym recenzjom – bo wymienione w nich atuty są adekwatne. Niemniej jednak… wakacyjny szlagier nie będzie mi towarzyszył zbyt długo. Odsyłam do Bazyla i do Padmy.

Nomen omen

Drążenie tematu, czyli szukanie słabych stron, by uzasadnić swój brak uniesienia, byłoby grubą nieprzyzwoitością. Co mnie cieszy? Dlaczego warto było zająć lekturą dwa popołudnia?

Hmm… za moment wybiorę się do Wrocławia, by oglądać nowohoryzontowe kino. Tymczasem tu, po krótkim preludium w Kotlinie Kłodzkiej, trafiam wraz z Salką na ulice tego miasta, niejedną rozpoznaję i choć axis mundi, czyli domek czarownic na Lipowej 5, jest mi nieznany, to i tak wrocławskie tło jest dużym atutem. Zwłaszcza, że to i Wrocław, i Breslau zarazem. Współczesność i historia (los uchodźców) przyprawione gotycką fantastyką. 

Bohaterowie są wyraziści. Nie da się powiedzieć, że pełnowymiarowi, bo nie taka intencja przyświeca humorystycznej powieści. Coś z Chmielewskiej pobrzmiewa na drugim planie, i może coś z Niziurskiego. To także walor, który przeniósł mnie do czasów, gdy uhahanie* podczas lektury i adrenalinka przygodowa były mi bliższe niż dziś. Wszyscy są do polubienia. U mnie numer jeden to Jadwiga Bolesna-Tupatajkowa, czyli środkowa z 85-letnich „sióstr ksero”. Zaraz na drugim miejscu – starsza od niej o trzy minuty – Matylda, niegdysiejsza profesor od łaciny, sypiąca jak z rękawa sentencjami, a przy tym poważna, przenikliwa i nie do zdarcia. A Jaga i tak górą – za młodzieńczość. Za potańcywanie w kuchni i za pstrokate stroje („niczym reinkarnacja Isadory Duncan na ostrym haju”). Za to, że nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i budzi popłoch na każdym szpitalnym oddziale (jako że wieki świetlne temu szkoliła medyczną kadrę na uniwersytecie). No i rzecz jasna – za buńczuczną miłość do komputerowych nowinek, zwłaszcza do gier z serii Warcraft, w które angażuje się niczym roznamiętniona nastolatka. 

Salka Przygoda, od pierwszej sceny budząca sympatię i chęć udzielenia wsparcia, może aż nadto często się przewraca, a jej młodszy brat Niedaś, mówiący rezolutnym językiem, tak jak mnie oczarował, tak później nieco umęczył. „Seryjnie”. ;)

Powiedzmy, że to jest karkołomne do potęgi: wplatać w przygodową fabułę wątki z polskiego romantyzmu! Aż trudno uwierzyć jak zgrabnie to wyszło. Słowacki i Mickiewicz, ale jacyś wyzwoleni z brązu wieszczów, choć przywołani z pełną świadomością, że zna ich tak naprawdę ledwie ułamek gnębionego szkolną wersją narodu. W roli tegoż ułamka wystąpił Bartek, doktorant polonista. Jakżesz świeżutko wskakują na scenę dziady i Upiór! Jak pięknie Juliusz S. snuje myśl o melancholii… Cytat nieodzowny. Rozmówcy: ojciec Salki, Paweł Przygoda i Bartek, jej „fatygant”, tekst wyjęty z Anhellego.

„– Miło mi poznać młodego człowieka! – huknął, chwytając dłoń Bartka i ściskając ją serdecznie. – Przygoda! Technik elektronik, agnostyk, empirysta!
– Tokarski! – odhuknął Bartek odruchowo. – Filolog polski, ateista, romantyk.
– Romantyk? – Brązowe oczy aż się roziskrzyły. – „Chorobą zgubną mówię: jest melancholija i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy…”
– „Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się” – Bartek dokończył gładko.
Paweł Przygoda o mało nie pęknął, czując, jak wraz z tym cytatem łączy ich marynarskimi węzłami lina okrętowa w postaci całego dziewiętnastego wieku z przyległościami.
– Synu! – wydusił przez ściśnięte wzruszeniem gardło. – Mów mi ojcze”.

Długo by można wybierać, które fragmenty najlepiej oddadzą aurę językową powieści Marty Kisiel. Samotny cytat mówi niewiele. Ten styl ma swadę, energię, upodobanie do neologicznych zawijańców, do zdań poskładanych wielostopniowo, lecz tak lekko, że czytelnik sunie jak z górki, bierze wszelkie zakręty i w ogóle go nie bolą biodra. Cecha priorytetowa: zmysł humoru. I to w różnych tonacjach. Bo inaczej jest, gdy Niedaś (student) mówi szyfrem żargonu, inaczej gdy fatalistyczny dowcip uruchamia Salomea, a inaczej gdy od niechcenia odbiją piłkę panie starsze. A przecież nuta dominująca to sama narracja. 

„– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!”

„– Siostra, tobie też tak to zryło beret? (…) Ta myśl pomału torowała sobie drogę przez zryty beret Niedasia. Zamrugał, gdy w końcu dotarła do celu i padła tam wycieńczona”.

„Piątka z plusem, blok i kredki”. Bez względu na to, „o co kaman?”. To był rollercoaster. Doceniam, smakuję, ale w głowie mi się kręci. O, jak miło będzie znów pospacerować. I jeśli to prawda, że gdzieś nad brzegiem Odry stoi krasnoludek i pierze sobie portki – to ja go znajdę! 

***************

* Istnieją dwie wersje zapisu, podobnie jak z onomatopeicznym „ha! ha!” i „cha! cha!”. Zdaje się, że ta z „ce-ha” jakby bardziej lansowana, ale obstaję przy dźwięcznym „ha”. Sprostowanie ma mnie rozgrzeszyć z ewentualnych posądzeń o dysortografię.

Reklamy

15 thoughts on “kisiel na wakacje

  1. Bazyl

    Chyba młodym duchem, bo uhahanie wciąż dla mnie ważne, ale i pospacerować lubię, ba, czasem z ciężkim plecakiem, czego teraz właśnie doświadczam, Dzięki za zlinkowanie :D

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bazyl, uhahanie to poważna sprawa. :) Komu się udaje tak zamaszyście banany rozsiewać? I w ogóle: taki sobie wytyczyć kierunek, wiedząc, że komizm rzecz ulotna, łatwa do przeszarżowania. Za odkrycie Marty Kisiel, m.in. po Twojej notce, wielkie dzięki.
      Podoba mi się sama jazda. Fabuła zeszła na drugi plan. Stąd ten mój rozkraczony dualizm. Tramwajarz mnie nie poruszył (ucieszyłam się, że wiem, gdzie ta zajezdnia tramwajowa!). Ałtorka (!) bezcenna. Już sobie zakreślam fragmenty na (szkolne) warsztaty pisania.
      A ta rdza, co mnie gryzie, to mam nadzieję nie ze starości jeszcze, jeno z nieasymilacji prawidłowej wątków fantastycznych. To samo miałam przy ogólnie zachwalanych Rzekach Londynu. Jak najbardziej chcę być taką Jagą kolorową, czyli młodzieńczą staruszką w jedwabiach. ;)

    2. Bazyl

      Jedwabie jak jedwabie, ja mam nadzieję, że na emeryturze martensy też pasują :P A co do przeszarżowania, to chyba też sporo zależy od czytającego i potrzeb jego. Czasem jest faza na totalny odlot, a czasem totalny odlot daje w kość. Mi tak przesadą trąciła „Tak trudno być mną!” Dagmary Półtorak, ale i tak ubaw miałem nielichy :D

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Otóż właśnie: podkasana muza jest najtrudniejsza, najryzykowniejsza. Wystarczy niedostrojony czytelnik i powietrze uchodzi. I też wiele zależy od dawkowania. Ja raczej rzadko sięgam po humorystyczne opowieści. Żadnych uprzedzeń, tak się po prostu dzieje. Stąd mocniejsze uderzenie. ;) Nie znam też wielu nazwisk, które mogłyby stanąć w rzędzie z Martą Kisiel. Na pewno Anna Onichimowska (Zupa z gwoździa). I tyle. Czyli Ałtorka dla mnie cenna, oryginalna.

    4. Bazyl

      We wspomnieniach tuzów estradowych często wspomina się, że Szekspir, panie kochany, Szekspirem, ale z klasą ludzi zabawić, to jest naprawdę trudna sztuka, więc coś w tym jest :) O „Zupie …” nie słyszałem, więc notuję do kapownika :D

  2. szwedzkiereminiscencje

    wiesz co, tez mam inne wymagania co do lektury wakacyjnej, kt ma sie glównie wartko czytac w pociagu czy na plazy. tym niemniej te neologizmy chyba by mnie odstraszyly – czym sie ten „kaman” je???

    popieram uhahanie ;-)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M., zaaplikuję Ci jeszcze kawałeczek. Mam nadzieję, że książce nie szkodzę, bo ją się zdecydowanie pożera w całości.

      „W pierwszej sekundzie Salce pociemniało w oczach. W drugiej zaś, o parę ładnych stuleci wyprzedzając wynalazców skutecznej i bezbolesnej metody teleportacji, znalazła się na dole w salonie, nieomal wpadając do środka razem z drzwiami, futryną i kawałkiem ściany nośnej.
      – W moim łóżku leży facet! – ryknęła na podobieństwo jelenia na rykowisku.
      Pani Bolesna spokojnie dokończyła swoje sudoku i dopiero potem rzuciła okiem na poczerwieniałą ze wzburzenia Salkę, jej falujący z tych samych przyczyn dekolt i adekwatnie rozwiany rudy włos.
      – Moje gratulacje – odparła, przewracając kartkę i zabierając się do kolejnej łamigłówki. – Jeśli tylko znajdę gramofon, rano włączę wam Wagnera. A nuż zaraz po sutym śniadaniu zapragniecie wyruszyć razem do Walhalli. Albo urządzić sobie mały nalot na Wietnam”.

      „O co kaman?” O to, że jak ktoś jest zakręcony jak słoik, to nie może mówić jak talerz. ;)

    2. szwedzkiereminiscencje

      pani bolesna zdecydowanie mi sie podoba. natomiast z tym sloikiem nie do konca rozumiem: czy chodzi o przyjezdnego mieszkanca warszawy? tylko takiego troche bardziej zwariowanego (epitet: zakrecony)??

      a ten talerz to niby kto?

      spedzilam niedawno jeden (dlugi) weekend w PL, ale przemiany jezykowe zdaja sie postepowac tak szybko, ze chyba musze przyjechac na dluzej…

    3. tamaryszek Autor wpisu

      M., chyba zbyt wnikliwie mnie czytasz. :)) A ja czasem głupotę palnę, bez drugiego dna. Dopiero riposta mi uświadamia, że sama się nakręcam. Ale Kisiel bardziej. To chyba w niektórych fragmentach mialabyś wrażenie, że wykonujesz niekończący się piruet. :))

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Aha… Zaznaczyłam sobie ten fragment z kamuflażem Salki na facebooku i z opisem łakomstwa Niedasia (tu liczba mnoga). Pomarańcze i mandarynki powinny zostać pomszczone! Ale pani Mili mi żal. Że tak po obrzeżach tylko śmiga.

      No i tak się rodzi legenda. Ktoś czyta i chichocze w miejscu publicznym. Ciekawość budzi. Nic tylko: „podaj cegłę”. Na zdrowie! :)

  3. Eireann

    Ten krasnoludek piorący gatki to Pracz Odrzański; jakiś czas temu ktoś go porwał, zostawiając jedynie jego ciżemki na brzegu. Dawno tamtędy nie przechodziłam, więc nie wiem, czy już go odbito z rąk porywaczy…
    Jakoś jestem odporna na zachwyty nad książkami Marty Kisiel, ale „Nomen omen” przeczytam – jestem ciekawa, jak się udał ten portret Wrocławia.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A! Kiedyś, rok temu?, Ewa O-M. zalinkowała mi tu artykuł o wroclawskich krasnoludkach. Może znajdę link i artykuł będzie jeszcze istniał. Bo to by mi dało rozpoznanie. Teraz już jednak czuję się pewniej. Sporo blogerów mieszka we Wrocławiu. Miło wiedzieć. :)

      A ja się czuję trochę jak w kleszczach. Zamiast jak solidny recenzent wydać notę na z góry ustalonej skali, to miotam się jak na spytkach. Ale taka opcja jest bliższa prawdy. Fajnie się czyta. Cieszę się, że znam. Myślami już jestem gdzie indziej. Z tekstów Marty Kisiel skorzystam jeszcze w pracy. I kto wie, może sięgnę po Dożywocie? Nigdy nie wiem, co tak naprawdę przeczytam, ile mi życia i oczu starczy.
      A bardzo bym była ciekawa opinii wrocławianki, czy wie coś o cmentarzach przedwojennych itp, itd. etc. :)

  4. kasjeusz

    Czytam i czytam (tak, czytam wszystkie twoje wpisy, tylko czasu jakoś brakuje na pisanie komentarzy, wybacz!) tę relację, ale pewności nie nabrałam (a nie chcę, by powieść nabrała mnie – a może chcę?). Bo niby jest tu profesor od łaciny, doktorant polonista i cytaty, czyli odpowiednie składniki zapowiadające ucztę literacką. Jeśli nie ucztę, to chociaż kolację. Z drugiej strony – zryty beret i „Widziałam raz hasło w słowniku!”, dowcip, który słyszałam już wiele razy (ostatnio w szkole, matematyczka pyta: – M., a ty wiesz, co to punktualność?, M: – Zdaje się, że widziałem to hasło w słowniku). I który – niestety; ja to chyba drętwa jestem – niezbyt mnie bawi.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kajeuszu kochany, cieszę się, że zaglądasz!
      No i cudownie piszesz. Masz swoją rację. Ale nie wyłączną. ;)
      Słusznie mówi Bazyl, że giętkość czytelnika to podstawa. A ta podatność nie jest cechą immanentną, lecz sezonową. Trzeba więc po odpowiednie rzeczy w odpowiedniej porze sięgać. A ambaras w tym, że nie wiadomo co i kiedy, dopóki się nie spróbuje.
      Masz rację, przeczuwając, że pogłębienia romantyzmu nie należy się spodziewać (mimo doktoranta polonistyki!). To jest raczej lekka gra z motywami. Śmieszna. Komizm ma całkiem szeroką gamę. Bo jest qui pro quo (zamiast sowy i kruka atakujących ducha złego pana – jest papuga lubiąca śmietankowe wafelki…), są postaci lekko (!) karykaturalne, sytuacje, język (on uderzył mnie najsilniejszą dawką)…

      Hmm… zryty beret i hasło w słowniku może same się nie bronią. Ale to ja takie rodzynki z ciasta wyciągnęłam. Rzecz jasna – w cieście smakują inaczej.
      Mój problem z Nomen omen dotyczy raczej kiepskiej asymilacji wątkow fantastycznych. Mam taką przypadłość. Wszystko pięknie, gdy jednak zjawia się duch lub inne czary-mary, to raczej wyłączam uważność.
      A przecież i wydawnictwo, i Marta Kisiel są spod znaku fantastyki właśnie. Więc jeśli coś mnie uwiera, to nie jakość książki, lecz własny odbiór.
      Kasjeusz, jeśli czujesz opór, zaufaj intuicji. :))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s