na horyzoncie

14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty – Wrocław, 24.07 – 3.08

nowe-horyzonty-2014-plakatFestiwal trwa, dotknęłam go tylko po skraju. Trzy weekendowe dni i wygrany voucher na 12 filmów. Obejrzalam 11, prawie zgodnie z tym, co zaplanowałam, choć kilka tytułów przeszło mi koło nosa. I tak: nie obejrzałam Zimowego snu Nuri Bilge Ceylana, Bezpańskich psów Tsai Ming-lianga, izraelskiej Śruby oraz  Żony policjanta Philipa Gröninga. I – rzecz spodziewana – nie dostalam się na Swobodne opadanie György Pálfiego. Ale i tak zestaw, który wytypowałam był – z grubsza – wart obejrzenia. Gdybym była oddała festiwalowi duszę na 11 dni, to mogłabym wybierać spośród większej puli tytułów. Co tu mówić! – tyle dzieje się wokół tego, co główne, że chyba każdy ma problem z odcinaniem nadmiaru.

Moje résumé jest więc bardzo mało reprezentatywne. Jeden film z sekcji Filmy o Sztuce (Siewca), jeden z Konkursu Nowe Horyzonty (Biały cień), coś z retrospektywy Rehy Erdema (Kobiece pieśni) i takie tam. Uwagi zestawiam według kolejności oglądania, starając się je minimalizować. Bo przecież jedenaście zamaszystych omówień w jednej notce byłoby nazbyt absorbujące (uwagę i cierpliwość czytelnika).

Spoiwem może być podróż. Do filmowych światów, ale często również dosłownie, do wyznaczonego w przestrzeni celu. Przemierzanie miast, pustyń, dróg przecinających lasy, nawet przestworzy nieba… to niemal wszechobecny trop.

1. Ten ostatni rok – reż. Oksana Bychkova, Rosja 2014
Moskwa. Od sylwestra 2012 do sylwestra 2013, mniej więcej. On jest taksówkarzem, ona pracuje w reklamie. Młode małżeństwo. Tak różni, że aż dziw jak na siebie wpadli. Żenia lgnie do ludzi, lubi się bawić, potrzebuje bywać na koncertach, oglądać i czytać to, co jest w obiegu w jej środowisku. Igor mówi: „ja jestem głuptak, Ty – królewna”.  Czasem się mijają, gdy Komar wraca z nocnej zmiany. A Żenia wtedy przytula się, wygrzewa, mości się w życiu. Tak po nazwisku zwraca się do męża: Komarku, Komarze… Skoro awers i rewers to można zgadnąć, że Igor jest dość tradycyjny, praca nie inspiruje go do większych odkryć, imprezy woli kameralne, wieczorami chętnie siedziałby w domu, z Żenią. Żeby nie było skojarzeń z negatywnym stereotypem, dodam, że ma poczucie humoru, a gdy jest przy Żeni, świat nie jest w stanie ich rozdzielić.

Bardzo naturalna więź, podkreślona symbiozą seksu – czułego, zatracającego – pierwszą scenę przyjęłam jako ilustrację jeszcze jednej sfery życia, potem było już jasne, jak nie do pominięcia to spoiwo. Serio: nie o namiętność tu chodzi a o bliskość, która unieważnia drobiazgi i daje siłę. 

Ten ostatni rokTrzy sceny. Jedna jest wyprawą do galerii handlowej, by kupić Komarowi kurtkę. Komar chce tylko czarną albo granatową. Żenia namawia: kup żółtą, takiej nikt nie ma, ładna. Komar: nie, nie będę wyglądał jak semafor! Druga dotyczy wieczornego seansu przy laptopie. Komar marudzi, że kopia słaba, beznadziejne przebarwienia, zero akcji. Żenia wyjaśnia, że to Kieślowski, filtr koloru specjalnie właśnie taki, że to wysublimowane etc. Trzecia – impreza w pracy Żeni. Ona szaleje, on siedzi w kurtce bez ruchu. 

Ok. Różnice, które naturalnie doprowadzą do napięć i próby. Gusty, potrzeby, zainteresowania – odmienne. Mimo to nie sposób nie obstawać za taką wersją losu, w której ta bliskość będzie trwać. Bo o co chodzi? Przecież tysiąc wspólnych poglądów nie daje żadnej gwarancji na dopasowanie. Ten ostatni rok jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o tym, że bliskość wymyka się logice i prawdopodobieństwu. Jest też filmem o Moskwie, o jej kontrastach, o tym, że na każdym kroku zderzają się w niej różne światy. 

To film z sekcji Ale Kino+, nie nazbyt nowohoryzontowy, ale świeży. Najsympatyczniejszy z tych, które obejrzałam.

2. Wróg – reż. Denis Villeneuve, Kanada, Hiszpania 2013
WrógToronto
Hmm… za dwa tygodnie wchodzi do kin. Mnie przyciągnął duet reżyser-aktor. Gyllenhaal zagrał niedawno w Labiryncie Villeneuve`a, pomyślałam, że to dobry znak. Tym razem aktor gra podwójną rolę. Jest sobą i sobą. ;) Bo rzecz o sobowtórze. Wykładowca (czego? dwukrotnie słyszę fragment jego wykładu o manipulacji, o totalitaryzmie odbierającym indywidualność) rozpoznaje siebie w aktorze. Świadomy absurdu dąży jednak do kontaktu. Dwa odrębne (?) życia zaczynają na siebie nachodzić. Scenariusz powstał na podstawie powieści José Saramago, a czuje się, że podszewkę tkał Franz Kafka. Niepokój, kolejne odkrywane analogie, niepewność swego życia… Poruszył mnie na tyle, że miałam nadzieję dobrnąć do kulminacji. Gyllenhaala świetnie się ogląda, lecz – nie wiem dlaczego – wrażenia rozpryskują się jak bańka tuż po seansie.

W katalogowym opisie znalazłam diagnozę: „utwór upajający się własną tajemnicą”. Lepiej, gdyby obyło się bez tego upojenia. I bez pająków. Słowem: na liście widzianych przeze mnie filmów tego reżysera miejsce drugie. Wyżej niż Pogorzelisko, niżej niż Labirynt. A klimat każdego tytułu zupełnie inny.
Sekcja Panorama.

3. Ścieżki – reż. John Curran, Australia 2013
Australia (od Alice Springs do Oceanu Indyjskiego, wskroś australijskiej pustyni, 1 700 mil)
Znów sekcja Panorama i film bez formalnych eksperymentów. Fabularnie nieco jednowymiarowy, więc nie zostawił we mnie śladów, z którymi musiałabym się mierzyć. Ale obrazy wchłonęłam – zresztą wybrałam ten tytuł właśnie dla wizualnej podróży. 

Ścieżki. bMia Wasikowska wciela się w postać Robyn Dawidson, młodej „Wielbłądziarki”, która postanowiła przemierzyć pustynię samotnie i dokonała tego w 1977 roku, co odnotował i nagłośnił „National Geographic”. Podróż trwała 7 miesięcy. Końcowe zdjęcia prawdziwej Robyn niesamowicie odpowiadają fizyczności Mii: krucha, drobna blondynka z wielbłądem u boku. Dziewczyna jest zdeterminowana: by wyruszyć (choć wszyscy pukają się w czoło), by przetrwać, by dotrzeć. To się musi dobrze skończyć, więc dramaturgia niczego tu nie nakręca. Mia jest ładna, gdy się uśmiecha i gdy umorusana i brudna jak diabeł opada z sił. 

Groteskowy fotograf, dojeżdżający co kilka tygodni na trasę, by uwiecznić jej wysiłek, irytuje tyleż charakterem co schematem. Świetny jest epizod z Aborygenem, który towarzyszy Robyn, by przeprowadzić ją przez święte miejsca, dla samotnych kobiet niedostępne. Opowiada całym ciałem, buzia mu się nie zamyka, nic nie szkodzi, że jest nieprzetłumaczalny. 

Sedno filmu to obrazy. Piękna, zmienna, niekończąca się pustynia. Nie bardzo wiem, po co wyruszyła w tę podróż Robyn Dawidson (są różne deklaracje), ale dla mnie, siedzącej bez ruchu w fotelu, było to odświeżające, przenoszące w dziewicze rejony piachu i horyzontu rozsuniętego bez granic. Cóż, z wielbłądami nie dałabym sobie rady. Nawet nie podjęłabym próby.

4. Biały cień reż. Noaz Deshe, Tanzania, Niemcy, Włochy 2013
Tanzania
White ShadowO, tak. Wreszcie Nowe Horyzonty (konkurs główny). Zdecydowanie trafiony tytuł i choć mam w głowie luki, potknięcia, choć trochę się gubiłam w odbiorze, to nie na tyle, by się w niego nie wkręcić. Moja literacka podróż do Afryki z Chimamandą Ngozi Adichie dostała obuchem po głowie. W filmie Noaza Deshego Afryka jest zdolna do najdzikszych, obłędnych posunięć, jest nieprzetłumaczalna. 

Biały cień jest kinem społecznym, ważnym, interwencyjnym. Dotyczy sytuacji albinosów (w Tanzanii jest ich podobno 150 tys.), którzy wedle wierzeń świetnie nadają się na amulety. Ten przesąd napędza biznes. Zabić albinosa, poćwiartować, dobrze sprzedać – to  nie thriller, to się dzieje naprawdę. Na dużą skalę. 

Bohaterem jest Alias, dorastający chłopak, którego ojciec w jednej z początkowych scen pada ofiarą napaści. I ojciec, i syn to albinosi. Naznaczenie w Afryce niesamowicie mocne i nawet bez opętańczej akcji odcinania kończyn i genitaliów byłoby trudne. Matka wysyła syna do wujka, nie potrafi ochronić Aliasa przed agresją. Świadomość zagrożenia i zagubienia, totalnej dezorientacji narasta i podskórnie oczekuje się na zwiększenie absurdu. Sceny kręcone były z udziałem lokalnej społeczności, czuje się siłę tłumu i jego bezwzględność.

Nie przeszkadzałoby mi, gdyby fabułę nieco uprościć. Natomiast sposób opowiadania jest szalenie sugestywny. Intensywna muzyka,  montaż zaskakujący i to, co podobało mi się najbardziej: mieszanie dosłownej brutalności ze scenami surrealistycznymi, oddającymi wewnętrzną ucieczkę, niemal dziecięcość chłopca.

5. Jauja – reż. Lizandro Alonso, Argentyna & inne 2013
Argentyna
Jauja
Moje pierwsze spotkanie z Lizandrem. Na wrocławskim festiwalu natrafić na film, który snuje się z wolna, nie dba o akcję, dialogów prawie nie potrzebuje… no, naprawdę nietrudno. Ale kilka nazwisk to twórcy tyleż skrajni, co mocno samoswoi i uznani za tutejszą specjalność artystyczną. Wysoko oceniani, nawet jeśli z seansu ciurkiem wychodzą ci, którzy weszli nieświadomie albo chcieli się zmierzyć i nie dali rady. Carlos Reygadas (Meksyk). Lubię. Nuri Bilge Ceylan (Turcja, tu snucie jest jednak przyspieszone). Bardzo lubię! Nieżyjący już, więc mniej obecny Theodoros Angelopoulos (Grek). Lubię, nieczęsto wracam. Béla Tarr (Węgry). Tak. Tsai Ming-liang (Tajwan). Absolutnie mam dość. I – nieostatni przecież na liście – Lizandro Alonso (Argentyna). Lubię? Nie lubię? Raczej tak, byle nie po obiedzie.

Patagonia. Obszar pustynny, urozmaicony roślinnością i skałami, przecinany akwenami wodnymi. Niezwykła przestrzeń, która wchłania bohatera. A bohaterem jest pewien duński oficer, wypełniający tu jakąś misję, ale gubiący chyba wszystko, co możliwe: 15-letnią córkę, której desperacko szuka, cel zleconego mu zadania, kierunek poszukiwań, konia etc. Jest schyłek XIX wieku. Legenda przypomniana w tytule mówi, że Jauja jest mityczną krainą szczęścia, której nie sposób znaleźć; szukając, nie znajdujesz, a gubisz to, co masz. Inna legenda, przytoczona w filmie straszy dezerterem, polującym na zbłąkanych. Nie jest więc bezpiecznie. Im bardziej w głąb, tym bardziej wiadomo, że droga donikąd nie prowadzi. Póki żyjemy, idziemy. Samotni. Spotkanych ludzi jest niewielu i nie na długo dają nam swoje wsparcie.

Co ja o tym myślę? Że poetyckie to bardzo. Piękne i dręczące. Z tajemnicą, o której od początku wiem, że się nie wyjaśni. Ale oglądałam, nie podsypiając.

6. Kobiece pieśni reż. Reha Erdem, Turcja, Niemcy, Francja 2013
Turcja
Kobiece pieśni
Reha Erdem ma we Wrocławiu swoją retrospektywę. Znam kilka jego filmów (mój ulubiony to Kosmos), obejrzałam najświeższy. Bardzo dziwny i gdybym musiała interpretować, co wynika z tak ukazanego świata i międzyludzkich relacji, to miałabym problem. Nie dlaego, by trudno było odebrać tę opowieść. Wciąga, jest momentami zabawna, czasem baśniowa, to znów podsuwa nam pod nos ludzkie słabości, irytując lub budząc chęć kopnięcia bohatera w tyłek. Jakoś zbyt jednoznacznie przydzielone są energie: kobieca i męska. Tytułowe kobiece pieśni są niczym rzucane czary, uzdrawiają duszę, dodają wiary w siebie, rozanielają. Kobiety potrafią się w nich schronić, może dzięki temu widzą w świecie znaki (np. jelenia na leśnej dróżce), które przywracają mu sens i czystość. Mężczyźni tak nie potrafią. To marudy, hipochondrycy, podstępni choć naiwni starcy lub żółtodzioby głupie i nieopierzone.

Podział energii ze względu na płeć jest naiwny. Reżyser potwierdza w rozmowie, że tak właśnie widzi świat. Nie będę dyskutować, drzwi są dawno wyważone. Chyba że nie dostrzegam innych, bardziej egzystencjalnych? Drzwi to drzwi. Schemat to schemat. Ale naiwność bardzo dobrze współgra z całością. Otulona jest i nostalgią (dosłownie i w tym rozszerzonym znaczeniu, gdy mowa o tęsknocie za utraconym życiem) i gotowością do ofiary, zdolnością przemiany. 

Rzecz rozgrywa się na wyspie, z której ewakuuje się mieszkańców, bo nadciąga trzęsienie ziemi. Niektórzy mimo to zostają. Albo nie mają pieniędzy na rozpoczęcie nowego, albo liczą na szczęście, albo nie wierzą w telewizyjne wiadomości, bo przecież zawsze rządzą nami jacyś złodzieje, którzy chcieliby, byśmy coś zrobili, a my im pokażemy figę z makiem! Wokół umierają konie. Padają zarażone chorobą, przeczuwają kres? Jeśli więc świat wokół jest zielony, momentami piękny, to jednak podszyty apokalipsą.

 7. Masaż niewidomych reż. Lou Ye, Chiny, Francja 2014
Pomyłka. Opis w katalogu zwiódł mnie na manowce.

8. Dziewczynka z kotem – reż. Asia Argento, Włochy, Francja 2014
Rzym. Też podróż, jeśli uwzględnić jak często 10-letnia Aria, córka aktora i pianistki jest wyrzucana z domu i wędruje z kotem w klatce to tu to tam. Groteska, przerysowania, coś, co kojarzy mi się z kinem Paola Sorrentino (wyjątek dla Wielkiego piękna, bo świetne) tylko słabsze. Może da się tę poetykę wytłumaczyć spojrzeniem dziecka. Nie kupuję. Szkoda, że oglądałam na początku dnia – gdybym była zmęczona, ucięłabym sobie drzemkę.

9. Zrywa się wiatr – reż. Hayao Miyazaki, Japonia 2014
Japonia
Zrywa się wiatr
W samą porę, po dwóch niewypałach trafiłam na animację. Baśń o marzeniach, nagrodzonych miłością, okupionych utratą i kontrowersją, której nie sposób od zrealizowanych marzeń odłączyć.

Jirô jest chłopcem w okularach, który już wie, że słaby wzrok nie pozwoli mu zostać lotnikiem. Postanawia, że będzie projektował piękne jak ptaki (albo ości makreli) samoloty. We snach rozmawia z włoskim mistrzem,  panem Caproni, który choć od niego starszy, gdy mówi o samolotach, jest rówieśnikiem Jirô.

Śledzimy dzieciństwo, młodość, dorosłość… Jirô żyje swą pasją, jest szlachetny i skromny. A czasem potrafiący zaryzykować wszystko, gdy wymaga tego miłość. Wątek melodramatyczny dodaje tej historii gorzkiej słodyczy. Słodkie jest przeznaczenie i sama miłość, gorzka choroba i rozłąka. Ukochana ma gruźlicę, nic więc dziwnego, że pojawi się kontekst Czarodziejskiej góry, która przywołana w rozmowach odnosi się tyleż do leżakowania i czekania na zdrowie, ile do sytuacji tuż przed nadchodzącym kataklizmem. Nadciąga wojna. Druga światowa.

Jirô ma swoj pierwowzór w autentycznej postaci. Padają określenia: film biograficzny. Nie wiem, jaki jest stopień wierności i czy aby wątek melodramatyczny tu czegoś nie lukruje. Ale lukry topnieją, gdy uświadamiamy sobie kilka konfliktów natury politycznej i moralnej, które nękają bohatera. Konkretnie: mówimy tu o legendarnym japonskim konstruktorze, którego dziełem był myśliwiec Mitsubishi Zero. Piękne maszyny sunące niebem, zwiększające swą prędkość, zapierające dech w piersiach – to bombowce, które m.in. zniszczą Pearl Harbor. Jirô Horikoshi obmyślił je w 1940 roku. 

Zrywa się wiatr, więc trzeba żyć, poderwać się do lotu, mimo ciężaru doświadczeń czy rozczarowań. W tej opowieści jest taka czystość i dobro, że wcale nie chcę zakłócać tej aury rozmyślaniem, że samoloty bojowe może i bywają piękne, ale na ogół są też diabelnie skuteczne. Marzenia materializują się z dużym hukiem.
Film z sekcji Panorama.

10. Siewca – reż. Julie Perron, Kanada 2013
Kanada, prowincja Quebec.

SiewcaDokument z sekcji Filmy o Sztuce, którego bohater – niegdysiejszy kabereciarz i mieszczuch – osiada na wsi i żyje z produkcji nasion. Film powstawał w ciągu czterech lat i jest portretem Patrice’a Fortiera, a także jego pracy – żmudnej przecież, systematycznej, fizycznej, ale wykonywanej z dużym artystycznym zacięciem.

Patrice Fortier uprawia rośliny, z których później selekcjonuje ziarno (bardzo dba o jakość) i sprzedaje. Bez żadnej nadbudowy jestem gotowa zaliczyć pracę ogrodnika do działań artystycznych. :) W tym przypadku wszystko zaczęło się od artystycznego projektu i chyba wciąż jest przeplatane działaniami przypominającymi performence.

Performence, czyli na przykład wystąpienia z przyjaciółmi w perukach z kopru, skanowanie marchewek, kreowanie uścisku roślin, z których jedna jest podporą drugiej etc. – jest efektowny i zabawny. Mnie jednak najbardziej interesuje praca. Wyszukiwanie ziaren rzadkich roślin, przywracanie ich do obiegu, pogaduszki z klientami o słodyczy buraka czy ogórka, którego nasiona są dokładnie takie, jakie sprzedawano w latach 40. Taka na przkład kucmerka. Popularna w XVIII wieku – ona jeszcze może powrócić! Ja się na to piszę. Zjadłabym kucmerkę. Trzymam kciuki, film bierze udział w konkursie.

11. Wędrówka na Zachód – reż. Tsai Ming-liang, Francja, Tajwan 2014
Marsylia
Wędrowka na Zachód
Tsai Ming-liang jest przereklamowany. Moim zdaniem: król jest nagi. Rzecz o niczym, pod którą można podłożyć dowolnie rozbudowaną filozofię, można też przeżyć objawienie, wszystko można. Ale to nie jest immanentną cechą dzieła, lecz dobrych chęci odbiorcy lub jego podatności na impuls.

Na festiwalu głośno o Bezpańskich psach tegoż twórcy. Mnie było dane obejrzeć 56-minutową Wędrówkę na Zachód.

Nie ma dialogów, chyba że jakieś przypadkowe słowa wyłowione z ulicznego gwaru. Nie ma fabuły i żadnej przyczynowo-skutkowej logiki wiążącej sceny. To informacja, nie ocena. Choć im bardziej wpatruję się w w obrazy Tsaia, tym bardziej tęsknię za opowieścią. 

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, na film składa się 10 scen, więc na każdą przypada statystyczne 5 minut; nie są jednakowej długości, najdłużej trwa „przejście podziemne”. Scena rozpoczynająca: twarz mężczyzny wypełnia cały ekran, on patrzy wprost na mnie, ja na niego. Proszę: ludzka twarz. Jest jak księga, można z niej wyczytać niejedno. Skoro jednak nie mam żadnych danych, wszystko, co wyczytam, sama w tę twarz włożę. Uruchomię myśl interpretującą, która rzeczywistość zniekształca. Trzeba więc raczej być przed tą twarzą i czekać. Jeszcze dwukrotnie wrócą męskie oblicza, tym razem z profilu i na tle morza. 

Motywem przewodnim jest wędrowanie mnicha. Ok, taki performance. Idzie sobie mnich. Tak wolno, jak tylko można, a nawet bardziej. Każdy krok uruchamia te same mięśnie, zawiesza się, ruch jest statycznością niemalże. Świat wokół żyje jakimś swoim tempem, mnich zachowuje niezależność. Zdecydowanie bliższe jest to prowokacji niż „byciu sobą”. Ludzie mijają go, czasem się obejrzą, nic szczególnego się nie wydarzy. Tylko w jednej scenie dołączy do mnicha mężczyzna. To znany z Holy Motors Denis Lavant (vide: zdjęcie). Spektakularna jest scena schodzenia w podziemne przejście. Trwa najdłużej. Może akcja dzieje się w Marsylii, ale schody wszędzie wyglądają podobnie, więc jestem przez circe 10 minut nigdzie. A mnich się gimnastykuje: lewa, oddech, prawa, oddech. 

Ok, jest jeszcze motyw lustra, jest motyw odwróconego obrazu i padają wygłoszone z offu słowa sutry. Nie przykładam do nich wagi, bo są dołączone jak metka do towaru. Coś o ułudzie, że działanie zawsze są ulotne jak bańka mydlana czy podmuch wiatru. Uff, nie szastajmy szlachetnym słowem minimalizm. To jest mniej niż minimum. 

Wróciłam nieuwiedziona żadnym filmem, lecz nasycona. Żal, że nie biorę udziału w całości, bo to inna jakość oglądania. Ale też spokój, szansa na wyprostowanie i rozruszanie ciała. Bez pośpiechu, ale szybciej niż mnich. ;)

Advertisements

21 thoughts on “na horyzoncie

  1. szwedzkiereminiscencje

    renée, jak ty jestes pracowita! ja caly czas nie moge sie zabrac do zrecenzowania czterech ksiazek, a ty tyle filmów na raz opisalas! jakie by te filmy nie byly to chyba i tak warto – dla samej atmosfery festiwalu? teraz wlasnie wpadlam na to, ze festiwal to z tego rdzenia co festivity, po szwedzku festglädje. czyli radosc swietowania. czujesz sie uswietowana?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)
      Widać był mus. Teraz już wiem, że zdecydowanie nie żałuję (i zapamiętam) nr 1,4,5,9,10. Tuż po seansie zdecydowanie wolałam 6 niż 5, a teraz odrotnie. Niektórzy takie rzeczy wiedzą bez pisania, a ja sobie muszę przepowiedzieć. ;)
      Święto było głównie wieczorem (u Ewy!).
      Do Wrocławia jeżdżę odkąd wprowadził się tam festiwal. Nigdy nie pojechałam do Cieszyna, a starzy bywalcy mówią, że tam aura była intensywniejsza. Lubię to, co znam. Choć rozmach festiwalu jest tak duży, że każdy chodzi inną drogą, czego innego doświadcza, czym innym się umęczy. Wspólnotowość doświadczeń jest mocno wątpliwa. No chyba że się jedzie zwartą ekipą (spotkałam swoich uczniów, oni to właśnie tak). A ja kocim stylem się snuję.
      Jak wrócę z gór, będzie Transatlantyk w Poznaniu. Tak sobie przepowiadam, że czas na lokalne. Ale ze świętem bardziej kojarzy mi się Wrocław.
      Weź się w garść i rozbierz te cztery lektury w try miga. ;)
      Pozdrawiam!

  2. ZygmuntMolikEWA

    Widzieć siedząc i nie drzemiąc to jedno, a zapamiętanie i opisanie w pigułce to drugie. A może to nie kondensacja tylko rzecz cała, skoro w większości filmów „nuda… nic się nie dzieje… brak akcji jest…”. My chyba więcej byśmy pogadały, nawet na koniu, słoniu i wielbłądzie…
    Pomyślałam przy okazji o kucmerce, co by tu ugotować „z marka” ? może na parze z masełkiem jest mniamuśna? W każdym razie poddaję pod rozwagę; http://www.potrawyregionalne.pl/279,2730,KUCMERKA_.htm – z cyklu: O sztuce (gotowania) :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ha, ha:) Cykl o Sztuce…gotowania jest jak aorta!
      Ale świetny opis. Więcej tu o kucmerce niż w filmie, choć u Patrica, nie powiem, okaz kucmerki był zachęcający.
      Więc to jest inaczej „marek”. Obstaję przy kucmerce. Nazwa na piątkę. Myślę, że z masełkiem, bez żadnych sosów. Mniamuśne. :)

      Taaaak, przegadać tych introwertycznych reżyserów nietrudno. Czasem człowiek przez sen mówi więcej niż wszyscy aktorzy Lizandra Alonso razem wzięci. O Tsaiu nie wspomnę, bo tam w ogóle nie mówią. ;)
      Żeby jednak nie było uproszczenia: działo się, działo. Dawało do myślenia, do widzenia i …do kontemplacji.
      Pozdrawiam Wrocław!

    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dołącz :)
      Osobiście pozostaję na etapie zebrania informacji o kucmerce. Ale Ewa już ją pewnie zjadła. :)

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Do Wrocławia to tak układaj sobie plany, żeby trafić na jakiś festiwal, to nam się linie zbiegną.
      Może coś trafiło w marynatę?
      Ale masełko z bułeczką to chyba nie do przebicia. ;)

  3. ZygmuntMolikEWA

    No to się nawyrabiało na linii polsko-szwedzkiej. Tak to jest jak się rodacy spotkają (nawet w pięknych okolicznościach blogów), zaraz im suty stół w głowie.
    Przy okazji przypominam, że są też karafki; może nalewka z kucmerki?
    Sygrydo, sporządź i… przybądź!

    Odpowiedz
    1. szwedzkiereminiscencje

      ewo, musze koniecznie znalezc, jak sie ta przepyszna kucmerka po szwedzku wabi! pewnie sie ja zbiera na nowiu, boso i po rosie? i czy wystarczy zodiakalna panna, czy tez koniecznie musi ja zbierac dziewica? i czy na czczo? jak widzisz zdobycie surowca do nalewki wiaze sie z duza iloscia pytan – jak mi sie tylko te zawile kwestie uda wyjasnic, to zaleje i jako lup do wroclawia powioze…

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Jest jeszcze kwestia nowiu lub pełni. Jeśli to pierwsze, to najbliższy nów przypada 25 sierpnia, najbliższa pelnia księżyca – uwaga! – już 10 sierpnia. Czas więc się stroić, wianek wić, zaklęcia rzucać. ;)
      Może choć jeden filmowy akcencik? Podobizna Jacka Nicholsona na koszulce, czy coś w tym stylu?

  4. szwedzkiereminiscencje

    oj, ewo – dawno sie tak nie usmialam!!! toz to bede musiala sie udac do mojego syna, kt j specjalista wlasnie od WoW. a ja myslalam, ze on czas na te gry marnuje ;-) czyzbys i ty grywala on-line?

    Odpowiedz
  5. ZygmuntMolikEWA

    Nie gram, Sygrydo Dumna, ale mało co tak do ciebie pasuje, ze względu na przybrane miano blogowe. A ponieważ sama uśmiałam się tęgo, liczyłam i na twój szeroki uśmiech. Udało się!

    Odpowiedz
  6. Wspolnik

    Dziękuję bardzo za te refleksje i spostrzeżenia, będące jednocześnie rekomendacjami lub sugestiami, by raczej sobie dany film odpuścić. Moje spotkanie z tegorocznymi Nowymi Horyzontami było jeszcze bardziej naskórkowe, bo z planowanego weekendu ostał się tylko jeden dzień i cztery filmy. Ale w nieszczęściu tym los mi sprzyjał o tyle, że żadnego wyboru nie żałuję i ostatecznie cała wizyta była bardzo satysfakcjonująca. Zresztą, jak widzę, nasze ścieżki częściowo się przecięły. Nie wiem czy tylko repertuarowo, czy też czasoprzestrzennie – oglądając dwa „wspólne” filmy na tych samych pokazach.
    Ale z relacji tamaryszkowej wynika, że jednak to, co postrzegałem w kategoriach straty, bo nie udało się obejrzeć, w większości przypadków rzeczywistą stratą jest. Żałowałem bardzo, że nie zobaczyłem „Tego ostatniego roku”. Nie wiedziałem, że obiektem żalu powinien być też „Jauja”, ale skoro pojawia się w kontekście tego filmu zestawienie z moim ukochanym Reygadasem, to dopisuję na prywatną listę „musów”.
    Świetnie, że widzieliśmy oboje dwa te same filmy („Biały Cień” i „Wróg”), można więc podyskutować, tym bardziej, że właśnie te dwa najbardziej mnie poruszyły, na różne sposoby. Pierwszy, to z perspektywy decyzji publiczności i jury, typ jawiący się jako oczywisty. Ale, gdy my dokonywaliśmy wyboru, by go obejrzeć, to jednak wcale to takie oczywiste nie było – mieliśmy zatem oboje nosa ;) To, że ten film przekonał zarówno „profesjonalistów”, jak i „amatorów” (cudzysłów w obu przypadkach absolutnie niezbędny) wcale mnie nie dziwi. Połączenie fantastycznego warsztatu (reżyserskiego, scenariuszowego, operatorskiego) oraz ogromnego ładunku emocji, który udziela się widzom to najczęściej niedościgniony cel wszelkich blockbusterów, gdzie jednak najczęściej kończy się profesjonalną ckliwością i oszustwem. Tu jest inaczej. Podobnie diagnozujemy też, chyba najmocniejszy, walor filmu, czyli – jawiące się jako bardzo naturalne – łączenie naturalizmu i swoistej metafizyki. Mnie nawet w tym tak bardzo nie przeszkadzała niezrozumiałość pewnych scen, tych bardziej surrealistycznych. Postrzegałem to bowiem jako pokazanie, że być może takiego samego pomieszania i „ogłupienia” doznaje główny bohater, gdy musi opuścić swój fantazyjny świat, by zderzyć się z rzeczywistością, w której nie ma odrobiny sensu. To, co jeszcze postrzegam jako duży atut „Białego Cienia”, to umiejętne rozegranie wątku religijnego. Z jednej strony brutalny lokalny szamanizm. I z drugiej strony ci, którzy sugerują, że chcą przed tym szaleństwem ratować. Ale zdolni są tylko do rozpętania szaleństwa równie krwawego. Symboliczna jest scena, gdy główny bohater trafia do kościoła chrześcijańskiego, tam znajduje schronienie, dostaje nowe odzienie. Gdy wydaje się, że reżyser się tu „potknął”, zbyt nachalnie stając po jednej ze stron, okazuje się, że tak naprawdę i szaman i kaznodzieja uruchamiają i korzystają z tych samych mechanizmów instrumentalizujących jednostkę. Film, bez cienia emfazy, wybitny.
    A „Wróg”? Film-zagwozdka. Bardzo lubię Villeneuve’a, nie przepadam za Saramago. Wiem – choć nie z czytelniczej autopsji – że „Wróg” to nie jest bardzo wierna adaptacja „Podwojenia” autorstwa tego ostatniego, ale jednocześnie wydaje mi się, że wierna na tyle, iż reżysera dotknęła przypadłość, którą nazwałbym „syndromem Saramago”. Choć nie znam twórczości Portugalczyka wyczerpująco, to jednak moje kolejne próby mierzenia się z jego książkami kończyły się zniechęceniem. Główną przyczyną było poczucie wyrachowania na którym osadza się proza Saramago. Wydaje mi się, że jest to wszystko tak bardzo wystudiowane i przemyślane, a jednocześnie tak swoiście abstrakcyjne (nie do końca określone miejsca i czasy akcji, w których rozgrywa się akcja tych „przypowieści”), że zawsze odczuwałem przede wszystkim dystans wobec tych jego powieści przez które próbowałem przebrnąć (zupełnie nie dostrzegam tego u Coetzee’go, który pomysł na strukturę i poetykę swych historii ma moim zdaniem bardzo podobny, z zaangażowaniem ideowym też jest podobnie, u niego jednak czuje się intensywność, jakiej u Saramago nie odnalazłem). No i ten sam dystans udzielił mi się podczas oglądania „Wroga”. To dla mnie historia dokładnie rozpisana (choć niejednoznaczna), zaaranżowana, na poziomie formalnym wyrafinowana, ale jednocześnie chyba wręcz przestylizowana (nieprzypadkowo podczas projekcji, w której uczestniczyłem, w co bardziej przerysowanych scenach, niektórzy widzowie wybuchali śmiechem – to momentami wręcz zahaczało o campową zabawę kinem grozy, i to nawet bez angażowania pająków). Ale jednak coś takiego jest w tym filmie, że męczy i męczy i nie daje o sobie zapomnieć. Kto wie, czy to nie wartość większa niż jednogłośne „ochy” i „achy”. Ale przywołany cytat: „utwór upajający się własną tajemnicą”, który w programie przeoczyłem, idealnie komponuje się z moimi odczuciami, choć jednocześnie dodałbym, że to upajanie jest dla mnie całkiem zimne i zrodzone z kalkulacji, cóż to więc za upojenie, udawane jakieś…
    Dostrzegłem właśnie długość swych wywodów i oceniam ją jako wysoce niestosowną (ale, że długo się nie odzywałem, to proszę o wyrozumiałość), muszę jednak jeszcze wspomnieć o dwóch pozostałych filmach, które widziałem. Pierwszy to „Masło na zasuwce”, tytuł dziwny, ale film jeszcze dziwniejszy. Momentami film rozgrywany na granicy komunikatywności, igrający ze wszystkimi aspektami filmowej poprawności, ale mnie wciągnął i urzekł. To typowy przykład mojej ulubionej współczesnej niszy w kinematografii, czyli amerykańskiego kina niezależnego: swobodne podejście do dbania o formę i stronę wizualną, dużo słowa mówionego (w znacznej mierze improwizowanego), brak wyraźnie nakreślonej historii (co ci bardziej złośliwi widzowie lub krytycy skwitują stwierdzeniem, że mamy do czynienia z filmami „o niczym”). Traktowałem ten film jako wprawkę do jesiennego American Film Festival (czy Tamaryszek też się wybiera?), co okazało się bardzo trafne, bo reżyserka ma przyjechać do Wrocławia ze swym nowym filmem. Drugi obejrzany film to „Pieta” Kim Ki-Duka. O nim krótko – reprezentatywny dla reżysera, wypełniony przemocą i trudny, wręcz „wypychający” z kina. Ale za ostatnie kilkadziesiąt sekund – chapeau bas! Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby dla możliwości pokazania tej sceny reżyser wymyślił całą resztą filmu…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Te „wspólne” oglądałam w piątek, po seansie Białego cienia było spotkanie z reżyserem, ciekawe.
      Rany, Wspólniku, Ty adekwatnie do pseudonimu mógłbyś moje naskórkowe wrażenia uzupełniać analizą! :))

      No to przybijam piątkę w temacie Reygadasa.;) Kim Ki-Duk niby też w sąsiedztwie, ale już inna tonacja. Pietę odpuściłam, bo jeszcze trwa stan wyczerpania po Arirangu. Ale mam w świadomości ten tytuł (film ubiegłego sezonu). Ostatnie kilkadziesiąt sekund?
      Masło na zasuwce było na celowniku. Jechałam do Wrocławia trochę w ciemno, bez rezerwacji, bo będąc w posiadaniu vouchera, byłam zdana na to, co będzie wolne, gdy dotrę do kina. Oczywiście, dlatego wyjechałam z P-nia bladym świtem i pędziłam do kasy z dokładną rozpiską. Na każdą godzinę miałam wytypowany tytuł nr 1., rezerwa nr 2, rezerwa nr 3 etc. Tak więc Masło… kojarzę, choć nie posmakowałam.

      Co do Saramago… zaskoczyłeś mnie. Bo ja co prawda wciąż mam nadzieję, że coś mi przypasuje, ale tak się może nie zdarzyć. Z ulgą stwierdzam, po Twoim osądzie, że może w tym życiu już sobie daruję? Wróg się nie udał. Im dalej od seansu, tym mniej we mnie pozostało. Dobra była tylko aura, niepokój, fatalizm, osaczenie etc. Zdecydowanie lepszy Labirynt, który z racji konwencji jest może łatwiejszy w odbiorze, ale to niczego nie umniejsza. Labirynt jeszcze mi siedzi w głowie. Zmęczenie Gyllenhaala, desperacja Jackmana… Coś reżyser się zanadto przywiązał do metafizyki fizjonomii J.G. i za mocno na to postawił.

      Biały cień… Fajnie skomentowałeś. To taki film, który może widzem zawładnąć. Nie jest łatwy. Mam wrażenie, że trwa w nim nieustanna żonglerka. Tempem, konwencjami, montażowym cięciem (nie umiem teraz przywołać konkretnych przykładów, ale przeskoki były wyraziste). Surrealizm dawał wytchnienie. To, co realne – raz, że po prostu okrutniejsze, bardziej piekielne, a dwa – zagmatwane. Pojawiają się jakieś równoległe wątki, miałam wrażenie, że się gubię. Na pewno świetny, magnetyczny był Hamisi Bazili jako Alias. O, sprawdziłam nazwisko na FilWebie i widzę, że jest videorelacja z rozmowy z reżyserem. LINK Bo właśnie chciałam dodać, że zrobił na mnie wrażenie sam projekt, którego się podjął. To jakaś niełatwa akcja społeczna: kręcić w Tanzanii, z udziałem tubylców (nie aktorów), angażując bezpośrednio dotknięte problemem osoby. Podobno osoba grająca ojca Aliasa (kilka początkowych scen) jest kimś koordynującym „ruch” albinosów w tym kraju. Absolutnie było warto obejrzeć ten film. Pewnie pojawi się w kinach na fali NH Tornee na przedwiośniu. Ale wolę nowohoryzontowe kino obejrzeć podczas festiwalu. Lepiej się sprawdza niż na seansie upchniętym gdzieś w codzienne zabieganie.

      Tak! Planuję wyjazd na American Film Festival! :)

  7. Wspolnik

    No tak, to był TEN piątek. Spotkaliśmy się więc – w pewnym sensie i nieświadomie – w sali kinowej, a może i minęliśmy gdzieś na dworcu, bo ja również wcześnie rano pędziłem pociągiem do Wrocławia. A późnym wieczorem z kolei biegłem niczym Linda w „Przypadku” na pociąg powrotny, do którego wskoczyłem niemalże w ostatniej chwili. I dlatego na spotkaniu z reżyserem „Białego Cienia” zostać nie mogłem, choć bardzo żałowałem.

    Być może zatem nasze ścieżki przetną się także – już w sposób w pełni uświadomiony – na AFF…

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s