o, bogowie!

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014

Religa (Kot)

„- To pan jest ten wariat ze skalpelem? Chciałem podziękować”.
Mówi lokalny „mafiozo” do Religi, który wzrokiem szacował, czy nie dostanie czegoś bardziej wprost. Ciosy odbierać umiał, bo los mu ich nie szczędził. I raczej nie w przewadze były te personalne. Obrywał, bo się o to prosił – wiedział, że zajmuje się czymś, co ma sens, a ma go dopóty, dopóki robi wszystko, co się da i przełamuje granice. Rzecz jasna, przesuwał granice możliwego tam, gdzie wielu bało się patrzeć. Ze strachu przed tabu (serce to nie mięsień, lecz szkaplerz ze świętościami), z inaczej pojmowanego respektu dla życia czy z powodu rutyny lub niewiary w siebie. Religa ma tę cudowną cechę, że nie chce czekać na cud i „musi spróbować”.

Fama niesie, że Tomasz Kot zagrał Religę brawurowo (zgarnął nagrody, a żaden potencjalny recenzent nie może przejść mimo tej kreacji). I fama w niczym nie przerasta wrażeń. Kot trafił na świetną postać, Religa ma szczęście, że wraca do nas w ciele i talencie Kota. Symbioza i sprzężenie zwrotne. Aż paraliżuje, gdy próbuje się znaleźć kilka słów, by ująć wrażenia. Mój sposób na przełamanie impasu to okrzyk: chapeau bas! Jaka radość, że film mnie tak uniósł! Wzroku nie sposób oderwać, energia zaraźliwa, sympatia calutka ulokowana po stronie docenta. Nie to, że postać-heros, bo przecież wicher nim miota i czasem znosi w rejony nonszalancji lub każe biegać po rondzie. Owszem, potrafi cofnąć pochopne zwolnienie z pracy, przyjąć pomoc od żony („nie jestem święta, jestem wkurwiona!”) i ogarnąć alkoholowe rozchełstanie. Nie ma wątpliwości, że trudno było z nim żyć, ale też zrozumiałe jest, że od takich ludzi się nie odchodzi. Bo trudno gdzie indziej znaleźć podobną temperaturę wrażeń, determinację i … radość gry drużynowej, którą prowadzi charyzmatyczny kapitan. Ukształtowany od pierwszych kadrów, ale i dojrzewający. Memento schorowanego profesora Molla: „pokora, panie kolego, ona jest najtrudniejsza” – trafia do Religi dość późno.

Słowem: postać jest siłą filmu. To, kim jest i w imię czego działa. To, jak rozgrywa realizację swych celów. To, jak chodzi, uśmiecha się, wścieka, patrzy spode łba, kopci papierosy, pruje swym żabim fiatem przestrzenie polskich dróg. Jak dziecko cieszę się, że we mnie ta postać zostanie i że – tak się akurat składa, choć dla jakości filmu nie jest to fundamentalne – zostawia pozytywne, ludzkie przesłanie.

Bogowie, papierosNie wiem, pod czyim adresem kierować słowa uznania za narrację, tempo, konstrukcję scen. W stronę reżysera (Łukasz Palkowski), bo on odpowiada za całość. Ale częściej przychodził mi na myśl scenarzysta (Krzysztof Rak), który rzecz rozpisał, wymyślił sceny i dialogi, pewnie niejedno odrzucił, by stworzyć coś, co rewelacyjnie łączy dramatyzm, dowcip, ówczesne realia i sprawy odwieczne. 

Pierwsza sprawa to wybór fragmentu biografii. Bo jest to film o Zbigniewie Relidze, lecz ujmujący jedynie wycinek jego losu. Preludium to rok 1969 – burza medialna po pierwszej operacji na żywym sercu, przeprowadzonej przez profesora Molla w 1969. Pionier i epigoni, polskie piekiełko mentalnego zaścianka: „Polak Polakowi nawet klęski zazdrości”. Ten wątek będzie towarzyszył percepcji osiągnięć Religi w światku rodzimej medycyny i za sprawą mediów będzie sączył wątpliwości w odbiór społeczny. Kulminacją opowieści są pierwsze próby transplantacji serca (1985-1986), czasy pionierskich eksperymentów (!) kończących się śmiercią pacjentów w krótkim terminie po operacji. Oczywiście, poprzedzone pokazaniem stylu pracy głównego bohatera, serii potknięć i sukcesów, ceny płaconej za – nie z własnej winy wynikające, ale jednak – niespełnienie nadziei pacjentów (vide: nastoletnia Ewa, „dająca się pociąć” przez sympatycznego Zbyszka). Niczego o tym, co ukształtowało Religę i niczego o tym, dokąd doszedł i w jaki sposób odszedł (2009). 

Druga rzecz to gatunkowy miks – bo ogląda się Bogów jak kino akcji, sensację podszytą komedią (!), dramat psychologiczny i obyczajowe studium środowiska i peerelowskiego społeczeństwa. Przy czym zgrabnie to wszystko wyważone i nakręcone w tempie, które wstrzymuje oddech.

Trzecia sprawa: dialogi. Żadnych przegadań, w ogóle: nie ma wielkich rozmów. A tego można by oczekiwać, bo na przykład relacja Religi z żoną mogła prowadzić do jakiejś spektakularnej wymiany zdań. Tymczasem: są emocje, jest więź i obecność, trwanie pomimo…, spojrzenia i wypalanie wspólnego papierosa. Podobnie rozgrywają się rozmowy ze współpracownikami, z oponentami, z pacjentami lub rodzinami pacjentów. W sam raz. Sporo kwestii zapada w pamięć. Nie wszystkie zabrzmiałyby dobrze wysadzone z kontekstu – a to walor, bo słowo w filmie wcale nie ma brzmieć jak tekst do cytowania. Jak choćby ekspresyjny wytrych „k…a”, który ma naprawdę polisemiczną wymowę. Podczas jednej z operacji asystująca pielęgniarka rzuca: „- Oczko”. „- Co oczko?” „- No dwudziesta pierwsza k..wa pana docenta”.

Przechodzień

Jedna z pierwszych scen: Religa idzie szpitalnym korytarzem (jak na zdjęciu poniżej) do sali, w której leży czyjeś martwe ciało. Nastawia zegar i w tempie możliwie najszybszym wyciąga serce. „Trzydzieści pięć minut, k.rwa, za długo!”. Za moment wciąga go wir nagłych okoliczności i decyduje się na operację, której nikt bez zgody szefa kliniki nie chce podjąć. A Religa migiem podejmuje decyzje, reżyseruje jakby wiedział, co robić, podczas gdy tyle samo zależy tu od wiedzy, co od intuicji i fartu. No ale alternatywa jest żadna. Do prosektorium wysyła kogoś, by po nim posprzątał. Istny Hitchcock! 

Scena, którą polubią chyba wszyscy. Zdjęcie powyżej. Religa właśnie zwolnił się z pracy w warszawskiej klinice z zamiarem wyjazdu do Zabrza. Wychodzi z torbą, w drzwiach szpitala zamieszanie, bo przywieźli pacjenta w stanie „nierokującym”. Religa wyławia strzępki komentarzy sanitariuszy, po czym rzuca tobołki i zaczyna operację w drzwiach. Serio. Wkłada rękę do środka, wydaje dyspozycje i już każdy ma swoją rolę. Dopiero po chwili któryś z sanitariuszy reaguje pytaniem: „-Kim pan jest?” „- A przechodziłem tędy…”

Oj, a początki słynnej kliniki w Zabrzu, której objęcie oferował mu znajomy! Propozycję przyjął, gdy zrozumiał, że na zielone światło dla transplantacji w Warszawie się nie doczeka. Przyjeżdża więc na Śląsk, a tu… plac budowy i zmieszanie inicjatora pomysłu, że na łóżka może starczy, ale ze sprzętem będzie krucho. Religa zakasuje rękawy i wyciąga kasę skąd się da. Seria świetnych scen. Czy to o „Jadzi”, której można coś podebrać, czy o dyrektorze, który mruczy, że no, tak, tak, wspieramy…, ale już myśli jakby uwolnić się od natręta. Spojrzenie Religi: „- Oddech płytki, otłuszczenie…, do zobaczenia, panie dyrektorze”.

Przyjmowanie kadry medycznej. Szczęście do młodych fachowców z pasją (Andrzej Bochenek, Marian Zembala) jest obustronne, bo nigdzie nie ma tylu szans na rozwój, co u Religi. Bezceremonialność i serdeczność: „- Ok, witam, skombinuj sobie jakiś fartuch”. Pielęgniarki, które zbudują później zaplecze mocnej ekipy, są świeżo upieczonymi przyjezdnymi adeptkami zawodu. Zembala martwi się o fachowość kadry, przecież co najmniej dwa lata potrzeba na przeszkolenie kardiochirurgicznej pielęgniarki! „- No to zaczynać. Nie ma na co czekać!” Rewelacyjna jest rozmowa Zembali z Religą, w której podpytuje docenta, „jak to się robi?” Jadą właśnie do Warszawy po zgodę na pobranie organu od dawcy, więc Religa odburknął – jak to jak, normalnie, ktoś się zgadza, potem przewóz, operacja. No ale Zembali chodzi o niuanse operacji właśnie. Religa puentuje rozbrajająco: „a tego to nie wiem, nie robiłem”.

Polski film z dobrą akcją, ze świetnymi dialogami, z postacią, która budzi w widzu ważne struny. I jeszcze sceny operacji, które oglądamy bez zażenowania porównaniem z którymś z amerykańskich seriali. O, bogowie, nie wierzę, ale widziałam, więc nie wątpię. Tak właśnie jest.

Kot jako Religa

Advertisements

29 thoughts on “o, bogowie!

  1. Paweł

    Bóg. Bo o Nim jest ten film. Film wciąga: ostrzegam. Nie zauważycie jak miną Wam dwie godziny ale przez ten cały czas jesteśmy całym sobą z NIM – Bogiem. Ma WIZJĘ i ją realizuje. Zarzut pierwszy i jedyny: nie ma sceny bez Religi. No może poza uśpieniem świni czy kradzieżą kanistra z ropą na stacji benzynowej.
    Amen – wyszedłem z kina i trudno było mi się pozbierać. Dlaczego ? Bo zrozumiałem jakie decyzje podejmuje Lekarz. DECYZJE. Sam, jeden. I bierze wszystko na ‚klatę’.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      1) Jak dobrze, że w tytule liczba mnoga! Bóg byłby prowokacją, zresztą i tak już przez niektórych wypatrzoną. W Wyborczej na weekend (on-line) rekomendowana jest biografia ZR Justyny Wartoły i Dariusza Kortka. Oczywiście w kontekście filmu. I w komentarzach wiele sprzecznych emocji. Hołd i równanie do dna (bo przecież odrzeć ze świętości potrafimy bezbłędnie). Dlatego dobrze, że twórcy dali spokój późniejszym rozdziałom, w których musiałaby pojawić się polityka. I że nie ma „boga”, są „bogowie”.
      Wydaje się, że władzę nad życiem mają dygnitarze, ale o wiele większa jest moc tych, którzy decydują o tym, czy nasze serce załapie rytm. Pamiętasz tę kwestię przy pierwszej transplantacji? – Religa wskazuje na pacjenta z komentarzem: „Facet bez serca”, po czym wkłada mu świeże. Podobny sens: gdy przegania ciemniaków politycznych do stu diabłów, ze wskazaniem, by dali spokój, bo lepiej, by miał ich kto leczyć.

      2) Świetna ekipa aktorska, fakt. Zwłaszcza Piotr Głowacki jako Zembala, a i Szymon Warszawski bardzo sympatycznie podobny do profesora Bochenka. Scena z poszukiwaniem świni. :) Albo jak Zembala się wścieka, gdy pacjent dwa dni po wszczepieniu bajpasów uciekł mu na piwko. Zewsząd gratulacje, a ten się odgraża: zabiję, jak wróci. ;)

      Świetny film. Sceny bez Religi udane, ale dobrze, że Kot nie znika na zbyt długo. :)

      ps. Teraz się zastanawiam, czy dobrze pamiętam. Ta scena z prosektorium: 35 minut czy sekund? Spora różnica, alem laik. Dzieje się tak szybko, że może chodzić o sekundy. Ale wyjęcie serca chyba jednak trochę trwa. W uszach mam minuty. Oczy podpowiadają sekundy. Pamiętasz?

    2. Paweł

      35 minut :) Nikt nie jest takim ‚bogiem’ by to zrobić w 35 sekund. Pamiętasz ? Przy pierwszej transplantacji były 52 minuty.
      Uzupełniając obsadę a właściwie to dodając też komentarz do scenariusza: delikatna ale mocna rola Magdy Czerwińskiej jako Żony. Pojawia się rzadko ale zawsze są to gęste od emocji sceny…

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Ok, minuty. Bo wiesz, to była sekcja zwłok, więc myślałam, że skoro bez wkładania, to szybciej.;) A wrażenie zasugerowane tempem tej sceny. Pamiętam, że od tego momentu wiedziałam, że będzie jak u Hitchcocka. I było.
      Żona bezdyskusyjnie dobra. Cudownie, że zrezygnowano z rozmów. Czerwińska mówiła na tysiąc innych sposobów. Kobieta jest obecnością.

  2. Paweł

    Tamaryszku: ‚mafiozo’ to był ówczesny Sekretarz KC Roman Barcikowski, którego Syna uratował Religa.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Grał go Krzysztof Janczar (?), ale pominięty w obsadzie, nie mogłam więc zidentyfikować jego postaci. Swoją drogą: PRL-owski mafiozo to musi być sekretarz KC. ;) W nocy wygląda jak opryszek, w świetle dnia jak spod igły. ;) Dzięki za dopełnienie.

  3. Joanna

    Tamaryszku, świadomie/nieświadomie układasz kolekcję doskonałych męskich kreacji. Po P. S. Hoffmanie trafił Ci się T. Kot. A temu Kotu ; ) jakby ktoś wszczepił organ odpowiedzialny za imitację. Raz po raz chciałoby się zakrzyknąć – Ot, Religa jako żywo. Mimo że kunszt aktorski nie polega przecież na ucharakteryzowaniu się na odtwarzaną postać, to w przypadku filmów biograficznych trzeba liczyć się z tą naturalną potrzebą widza, bardzo ryzykowną dla aktora.

    Jako weteran szpitalny bardzo cieszę się, że film buduje pozytywny wizerunek zawodu lekarza. Każda okoliczność dobra, by wzrastał w narodzie kapitał zaufania społecznego ; )

    No i świetnie, że można tak o fundamentalnych sprawach jak determinacja, pokora, przełamywanie tabu, zaufanie w zespole i małżeństwie – opowiedzieć dowcipnie (choć wątek świński w moim odczuciu rozegrany na cienkiej granicy).

    No i jeszcze nieodparte skojarzenie „Bogów” z dokumentem Kieślowskiego z 1976 r. Reżyser chciał pokazać ideę braterstwa. Zdecydował się na pokazanie nocnego dyżuru w tytułowym „Szpitalu”. Ekstremalne warunki pracy lekarzy (m.in. wyłączono zasilanie w czasie operacji w ramach oszczędzania prądu) zderzone z życiowymi tragediami i śmiesznostkami. Polecam uwadze szanownego Tamaryszka.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Asiu, przypomniałam sobie Kieślowskiego. Znałam. Ale to się dobrze ogląda! Młotek, dłuto, pręty, śrubokręt. Ja cię! Podoba mi się ten moment, gdy nad ranem (ok.5.00), totalnie zmęczeni, mówią, że strasznie im się nie chce wracać na kolejny dyżur. „Ja to się zawsze zastanawiam, czy nie zadzwonić, że jestem chory. A później mi przechodzi. No bo ludzie czekają…”. Świetne. I rzeczywiście korelacja z Bogami duża. Ile to kiedyś papierosów wypalała służba medyczna! Dziś tyko pokątnie.;)

      Temu Kotu ;) to nawszczepiali sporo organów odpowiedzialnych za sukces. Nikt inny w tej roli!

      Oczywiście, wszystko, co mi się w życiu uda, robię nieświadomie. :))

    2. Betka

      Czy tu nie chodzi o Kazimierza Barcikowskiego sekretarza KC w latach 1980-85? na temat Romana Barcikowskiego jako sekretarza KC nie moge znalezc zadnych informacji.

  4. buksy

    Ciągle się waham, iść czy nie iść. Bo z jednej strony wydaje mi się, że Kot jest w tej roli świetny, z drugiej natomiast obawiam się ze nie wytrzymam scen grzebana w bebechach i sprzątania operacyjnych stołów. Chyba będę musiała rzucić monetą ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nie, no iść! Jedyny szkopuł to te powszechne zachwalanki (do których dołożyłam cegiełkę). Dlatego właśnie wolę chodzić jak najszybciej, by mi nie przeszkadzały żadne recenzje. Których zresztą nie czytam. Czy to nie dziwne, że człowiek zajmuje się robieniem czegoś, czego nie oczekuje od innych (a nawet wolałby, by wszyscy tego zaprzestali)? ;)

      Jest ok, bo naprawdę niezła dramaturgia. Bez dłużyzn, ze zwrotami akcji, z konfrontacją postaw, z wyważeniem porażek i sukcesów etc. Dobre rzemiosło. Do tego temat, no i Kot. Ta fotka (ostatnia) – z żabiej perspektywy. Duuuuży, duuuuży Religa.

      A propos żaby, to polecam obserwację zielonego fiata 125! Cieszy oko. :)

    2. buksy

      No to pewnie pójdę. I jak już obejrzę to tu wrócę żeby przeczytać Twoją recenzje dokładnie bo teraz, przyznam szczerze tylko rzuciłam okiem i uciekłam żeby za dużo się naprzód nie dowiedzieć ;)Choć najpierw chciałabym zobaczyć czworo do pary. Widziałaś już może?

    3. buksy

      A to pewnie do mnie tutaj nie dotrze. Na razie króluje Pszczółka Maja, potem będzie rządzić pewnie Pinokio albo Miś Paddington ;).

  5. 5000lib

    Dzień dobry,
    Czekam z niecierpliwością na film. Wiem, że dostał nagrodę Festiwalu w Gdyni i ciepłe przyjęcie. Zastanawia mnie jednakże namolna (w moim odczuciu) reklama książki. Mam nadzieję, że ani jedno, ani drugie nie okaże się humbugiem. I jeszcze jedna refleksja mi się nasuwa, że my, jako społeczeństwo nie znamy swojej historii. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      W Poznaniu tydzień przedpremier, oficjalny start w przyszły piątek. Nie muszę polecać, zobaczysz na pewno. Tak nagle się dowiedziałam, że już jest szansa, by obejrzeć, ze żadne obawy nie zatruły mi oczekiwania. Pół narodu pewnie zobaczy. Ciekawe, czy w szpitalach zorganizują wyjścia grupowe. ;)

      Nie będzie humbuga.:) Dzięki za słowo. W sam raz do szkatułki rzadkich słów (a czytam właśnie wydaną przez Wyd.Czarne książkę o takich zapomnianych słowach – to akurat zapomniane być nie powinno, bo wciąż ma co nazywać). ;)

      Pozdrawiam:)

    2. 5000lib

      lubię słowa stare, Dziękuję baaardzo za książkę,jeżu co to będzie za uczta. Polecam się i mój blog.(Blog mój widzę ogromny :D), książki zaraz poszukam. O filmie nie mówię, trzeba będzie zobaczyć!
      „Odpozdrawiam” serdecznie

  6. xbw

    Też jestem pełna tego filmu, nadal. W lekkim zaszokowaniu trwam, ilekroć doskonały film rodzimej produkcji widzę. Rzadkość. Film gęsty. I gdyby trwał dwa razy dłużej też byłby materiał i moce twórców na silne zagęszczenie. Materiału było aż nadto, autentycznych sytuacji do kolejnych scen. Bo to gęsty człowiek był i jestem wdzięczna, że zostało mi to uświadomione. Autentyczna pasja i życie w całości do bólu jej podporządkowane.

    Lekarz „rodzinny” uświadomił mnie, że lekarze bardzo nie lubią wszelkich filmów o lekarzach i z zasady omijają szerokim łukiem.

    Dzięki za uświadomienie co do Kieślowskiego, nie znałam. Wpasowuje się w moją „fazę” na dokumenty i kino polskie ;)

    Odpowiedz
    1. xbw

      Przepraszam za nadużycie jednego słowa, tak wyszło, za szybko wciskam enter ;) Ale naprawdę czuję się bardzo mocno uświadomiona. Nie miałam, na przykład, pojęcia o istnieniu i dokonaniach kardiochirurga Jana Molla, o wcześniejszych próbach przeszczepów.

      Cieszy mnie odwaga autorów „Bogów”, konkretnie sceny ze świnią, jednak mocno kontrowersyjne. A motyw z komisją etyki doskonale pokazany. Dobrowolność. Wątroba? Nie, serce.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      A ja kojarzę prof.Molla z reportażu Hanny Krall (Zdążyć przed Panem Bogiem) – Marek Edelman był w jego drużynie.
      Tak! Scena z Religą przed komisją etyki! I znów papierosy. Niby „sąd”, więc powaga, ale dymki się snują po obu stronach „ławy”. Jest taki motyw: oskarżanie eksperymentów, jeśli niosą ze sobą choćby cień ryzyka. I nawet jeśli próba podejmowana jest z dobrą wiarą, z wiedzą, z jakimś połowicznym sukcesem (no niby połowiczność w grze o życie brzmi bez sensu), to zawsze tym, co wychodzą przed szereg można zarzucić, że chcieli za dużo, a odebrali komuś wszystko. Decydowanie o kwestiach takiej wagi wymaga jednak szalonej odwagi. I tu mój zazdrosny podziw dla kogoś, kto ma taki fach, że może swoją wiedzą tak konkretnie walczyć o życie. No ale – to już trzeba być jednym z bogów. :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Kieślowski jak najbardziej, 20` tylko (z 1976).
      Mogą nie lubić (lekarze o lekarzach), bo mają większą świadomość niuansów. Pewnie podobnie ma każdy cech (np. nauczyciele o nauczycielach też sceptycznie – bo jeśli jeden genialny, to reszta jest szarą masą). Ale to chyba małostkowe. Tu zalecałabym, by dać się ponieść.
      Właśnie: nie dziwne, że dobry, skoro nagrody dostał, ale nie miałam aż takich oczekiwań. ;)

  7. xbw

    Religa szedł jak „ruski czołg”, parł do przodu, szedł jakby po swojej wąskiej ścieżce do przodu, przedzierał się, ale jakby tylko on widział ją wyraźnie. Ten człowiek doskonale wiedział w czym jest dobry, na co w ogóle można się porwać, czego on sam może dokonać, jeśli pokona „płotki”. Na przykład w postaci komisji etyki. Myślę, że to właśnie pokazanie pasji i determinacji Religi tak ujmuje, zwykły szary człowiek nie zdawał sobie sprawy, że lekarz może być aż tak charyzmatyczny.

    Odpowiedz
    1. Paweł

      Kiedyś widziałem wywiad z prof.Religą, w którym odpowiedział na pytanie ‚dlaczego?’ Powiedział coś takiego: prawdziwy Lekarz chce wyleczyć pacjenta, zbyt wiele razy odchodziłem od stołu operacyjnego z poczuciem klęski. Mam pacjenta, otwieram go i wiem, że mogę mu pomóc ale tylko w radykalny, dotąd niestosowany sposób. Właśnie dlatego podjąłem ryzyko. Bo mogłem mu pomóc.

  8. Pingback: biedny Polak ogląda sukces | tamaryszkowe pre-teksty

  9. Varismag

    Film znakomity, dobre tempo, silne emocje. Religa jako człowiek i lekarz przedstawiony w sposób wręcz fascynujący. To niezwykłe ukazanie słabości i nałogów razem z genialnymi umiejętnościami, niezwykłą determinacją i odwagą. Zobaczcie to!

    Odpowiedz
  10. Pingback: Michalina | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s