Archiwum dnia: 19 Paźdź 2014

biedny Polak ogląda sukces

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014
Zaginiona dziewczyna, reż. David Fincher, USA 2014

Mogłaby to być notka o najnowszym Fincherze, gdyby w ogóle dało się o nim pisać… i nie zostać spojlerówką. Film widziałam w ubiegły weekend i mniej więcej w tym samym czasie obejrzałam dwa zbieżne programy kulturalne, w których krytycy wyceniali wartość Bogów (Palkowskiego) i Zaginionej dziewczyny (Finchera). Bardzo się tym zestawieniem nakręciłam i choć minął tydzień, emocje zetlały i wszyscy są już w innym punkcie na kulturalnej bieżni, to ja jednak chcę się nad tym pochylić. Nad tym, że udany polski film może wkurzać – a nawet musi, taka karma.

 Zaginiona dziewczynaO czym są Bogowie każdy wie. O czym jest Zaginiona dziewczyna? O manipulacji i o tym, że gdy poczujemy ją na sobie w odpowiednio dużym stężeniu, to raz na zawsze wyparowuje z nas spokój i naiwność. Manipulacja przebiega na planie kameralnym, dotyczy małżeństwa, które w piątą rocznicę zmierzy się z próbą… I to jest thriller do potęgi. Niewinne zdanie z prologu, w którym mąż patrzy na żonę, pytając sam siebie: O czym myślisz? Dokąd zmierzasz? Co zrobiłem tobie, co zrobiłaś mnie? Gdy wróci w ostatniej sekwencji, przyniesie odmieniony przekaz. Manipulacja wkracza też na plan ogólny, dotyczy mediów, zwłaszcza żywiących się sensacją magazynów plotkarskich. Osądzających bezlitośnie i z przytupem (czyli głosem widzów, z których każdy może dorzucić swój kamyk). Wręcz nie wypada: żyć w XXI wieku i nie wiedzieć, że z opinią publiczną trzeba grać. Sprzedawać siebie tak, by przetrwać, wzbudzić empatię, zyskać punty. 

Bardzo sprawny thriller, w którym mniej więcej w połowie ujawnia się najważniejsze, lecz da się oglądać do końca, bo zmienia się bieg myśli i emocji. Już wiemy, co się stało, a jeszcze nieznany jest ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że chodzi o zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu i o spekulacje jakoby maczał w tym palce mąż.

Zobaczyć warto, choć to, co pozostaje po seansie  w żaden sposób już na mnie nie wpływa, wygasa adrenalina i nie ma potrzeby wchodzić w głąb. Ja nie miałam. Fajerwerk, błysk bez powidoku. Bogowie – to był szok! Chęć, by powracać do co lepszych scen, coś sprawdzić, pogadać. Wyważyć, co podobało się najbardziej. Wcześniej czy później zobaczyć drugi raz (już widziałam).

 ***

Powód, by łączyć Religę z thrillerem Finchera jest tylko jeden: czas premiery i sąsiedztwo na krytycznofilmowej wokandzie. Symptomatyczne. „Tygodnik Kulturalny” (na TVP Kultura) z 10.10  oraz 32 odcinek „movie się” (na FilmWebie). Dwie różne energie – pierwsza z aspiracjami do erudycji, kumulująca się w puentach, z  mocno wyważonym recenzenckim sparingiem, druga – żywiołowa, pasjonacka, honorująca subiektywizm, z filmoznawczym backgroundem. Woda i ogień. A zbieżna tonacja! Rezerwa wobec Bogów, zachwyt Fincherem. Co do gustu, każdy kieruje się własnym i tu „nie dziwi nic”. Węszę w tym jednak trzy kompleksy, które wytknę, bez premedytacji.

Tygodnik Kulturalny

„TK”: m.in. Zdzisław Pietrasik, Łukasz Maciejewski, Michał Chaciński.

O Bogach„Film, który nie ma oponentów, wszystkich satysfakcjonuje. Nie przejdzie do historii polskiego kina”. (ŁM) (Ironicznie: niewiele wart jest film, który zrozumieć może każdy, nawet bez filmoznawczych studiów).
„Jak mało nam trzeba, żebyśmy chwalili polski film! To nie jest wybitne dzieło. Tak naprawdę to jest po prostu porządna robota. Co jest istotne: z bohaterem pozytywnym”. (ZP) (Ironia: bo dobre kino powinno zajmować się dewiacją, prawda?) Dalej Zdzisław Pietrasik pyta retorycznie: „czy to jest takie trudne?” – cóż takiego zrobili twórcy, czego nie zrobiłby każdy przeciętny fachowiec? I z pobłażaniem: „ludzie chcą oglądać rzeczy pozytywne”, więc będzie się im podobać – w domyśle: my, krytycy, nie nabierzemy się na coś, co podoba się milionom.

I zmiana tonacji, gdy wywołano Zaginioną dziewczynę: „najwyższa poprzeczka”, jak zwykle u Finchera (wiemy, że to dobre kino zanim obejrzymy, no bo to Fincher, prawda?). „Mistrzowsko prowadzone równoległe wątki”, „wyrafinowanie w docieraniu do widza, który nie jest wtajemniczony” (przecież to jest elementarna sprawa, że widz thrillera nie wie wszystkiego!). „Produkt z najwyższej półki”. Padają analogie do Bergmana i Hitchocka. I dużo frazesów, łącznie z pochwałą „bardzo wyrafinowanej gry aktorskiej”, choć kilka zdań wcześniej padła uwaga, że Ben Affleck jest drętwym misiem – ale taki właśnie ma być. Gust gustem, jeśli jednak istnieje choć gram obiektywizmu w ocenie warsztatu aktorskiego, to Tomasz Kot i Piotr Głowacki wyprzedzają Afflecka i Rosamund Pike o kilka długości. Thrillerowi to nie szkodzi, przerysowania da się wytłumaczyć, intryga niejedno tuszuje. Ale Kot i Głowacki, choć wystąpili w filmie polskiej produkcji (!) są po prostu o niebo bardziej zniuansowani i wielowarstwowi niż amerykańskie megagwiazdy. Widziałam oba tytuły w odstępie kilku dni. I nie dam sobie wmówić dziecka w brzuch ;)

movie się 32„movie się”: trzech sympatycznych panów z redakcji FilmWebu – Łukasz Muszyński, Michał Walkiewicz i Kuba Popielecki.

Program o większej sile przekonywania choćby dlatego, że rozmówcy (zawodowi krytycy i filmoznawcy) nawet nie próbują wdrapywać się na stołek, by stamtąd ex cathedra ogłaszać werdykty. Mam wrażenie, że mocniej trzymają się swoich kinowych wrażeń. Różnych. Poniższe cytaty będą wyrwane z kontekstu i nie oddają atmosfery polemiki, w której są tarcia i wyraźne opozycje. Zacytuje najbardziej sceptycznego wobec Bogów Muszyńskiego.
„Wyszedłem z seansu z przekonaniem, że jest to dobrze zrobiony film telewizyjny, ze świetnym Tomaszem Kotem. Ale takich filmów w Stanach Zjednoczonych robi się na pęczki”. Narodowe uniesienie tłumaczy mizerią polskiej kinematografii, bo jak wiadomo na bezrybiu i rak ryba. I dalej bardzo oszczędnie: „przyzwoicie napisany”, „solidnie zrobiony film według podręcznika scenarzysty, ale co dalej?”.
Ledwie jednak przejdziemy do Finchera już oczekiwania przestają być wybredne a pochwały oszczędne. Oczywiście, jest Bergman i Hitchcock. Genialna scenarzystka (rzeczywiście, w tej roli pisarka Gillian Flynn). Po prostu amerykańskie kino, z którym nie możemy się równać, bo nie po to filmoznawcy oglądają tyle tamtejszych filmów, by potem przyznać, że na polskim podwórku ktoś jest w stanie doskoczyć do poziomu. W programie FilmWebu świetna jest kontrargumentacja. Nikt nikogo nie przekonał, ale uzdrawiający jest już rozkład sił. Można bronić Bogów i zachłystywać się Fincherem. Aż ma się ochotę sprawdzić. Co polecam. Jednocześnie sugerując dystans do wszelkich ocen i recenzji. Rozumiejąc, oczywiście, że podcinam gałąź tamaryszka, cóż autopsja zawsze przebija pośrednictwo. ;)

Komentarz: sprawy są trzy. Pierwsza: czczość etykietek i czkawka.Rozumiem wstrzemięźliwość wszystkich, na których jak płachta na byka działa etykieta „arcydzieło”. W Polsce to słowo nigdy się nie przyjmie. Bo my mamy alergię na rzeczy wysoko wycenione. Odruchowo szukamy dziury w całym, a jakby jej nie było, to czujemy się w obowiązku taką dziurę wydłubać. Polskie zdrowie psychiczne przejawia się w sceptycyzmie. Kropka. My sobie wręcz nie życzymy oglądania czy czytania arcydzieł. Arcydzieło to na przykład Pan Tadeusz, którego nikt przy zdrowych zmysłach (poza kilkoma znanymi mi polonistkami) nie czyta dla przyjemności. Wyżej wymienione polonistki jakimś cudem łączą zdrowie psychiczne ze zdolnością doceniania narodowej epopei, ale to jest już siódme wtajemniczenie.

Druga sprawa: przymus krytyki. Podejrzewam, że to lipa, wielka nieczarnoleska lipa, trudno jednak mierzyć się z mitem. Chodzi mi o tę wiarę, że inteligentny człowiek nie może się zachwycać, nie zgłosiwszy jakiegoś „ale”. Ktoś, kto się tylko zachwyca widocznie nic lepszego w życiu nie widział. I jeśli postawimy na szalach wagi dwa osądy: „świetny” i „owszem, świetny, ale…”, to ten drugi waży o trzy kamienie więcej. Nieważne po co te kamienie, ważne, że werdykt wagi działa na korzyść tego, kto marudzi.

Trzecia sprawa: dysonans poznawczy albo relatywna miarka. O ile mogłabym w swej pokornej naiwności uwierzyć, że nie chwali się za rzemiosło (i że nie muszę padać na kolana przed scenariuszem Krzysztofa Raka, reżyserią Łukasza Palkowskiego czy grą Tomasza Kota), to zmiana kryteriów wyceny w zależności od tytułu budzi mój sprzeciw. Mam dysonans poznawczy. I tyle. Ciekawe, co by było, gdyby jakiś chochlik podmienił napisy w obu filmach. Reżyserem Bogów okazałby się David Fincher. Ech, co on tam może wiedzieć o nas, Polakach? Co drugą sytuację bylibyśmy gotowi podważyć jako niemożliwą do zaistnienia. Moglibyśmy pochwalić megawarsztat, ale wara obcym od naszych tematów. A gdyby jeszcze w czołówce Zaginionej dziewczyny umieścić Łukasza Palkowskiego?  Cóż, warsztat – jak w Orwellowskim dwójmyśleniu – zostałby wyceniony na trójkę z plusem. Film porównać by można z czymkolwiek, co ma metkę Made in USA, a wówczas Palkowski niech się chowa. Gdzie mu do takiego Finchera na przykład!

Zabrnęłam w absurdy. Niech będzie jasne, że te absurdy to nie tylko moja specjalność.