angole

Ewa Winnicka, Angole, Wydawnictwo Czarne 2014

Jestem z tych, co nie przeczytali poprzedniej książki Ewy Winnickiej, choć dostała za nią nominacje do Gryfii (2011) i było o niej głośno. Mam za sobą lekturę świeżego tytułu. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne, włączając je tym samym do grona reportaży, na które na pewno warto rzucić okiem. A nawet oko zawiesić na dłużej, okiem swoim wczytać się uważnie, oko przetrzeć raz po raz ze zdumienia lub sobie okiem mrugnąć, gdy trafi się na coś bardzo znanego. Autorka przygląda się polskim emigrantom – tym dawniejszym, „rozbitkom z otoczenia Władysława Andersa” w Londyńczykach i tym najświeższym w Angolach. Bohaterowie Angoli to głównie trzydziesto- czterdziestolatkowie, ujawnieni z imienia (często z twarzy, bo dodano liczne fotografie) – ci, których bulwarowa prasa brytyjska nazywa „najeźdźcami” lub „kolonizatorami”, rodzynki z około dwumilionowej fali. 

Oczywiste pytanie: czy rozmowy ujęte w 34 rozdziały, eksponujące tyluż bohaterów, są dla milionowej rzeszy reprezentatywne? Zaplecze reporterki było rzecz jasna szersze, wspomina o trzystu interlokutorach, z których wybrała tych ciekawszych lub scalających w swej opowieści doświadczenia im podobnych. To wciąż nie milion. Ważniejsza obserwacja (poparta głosem Autorki): wcale nie chodzi o portret obiektywny, ani o publicystyczną syntezę. To studium różnych przypadków, zapis indywidualnych perypetii, obserwacji, rozczarowań lub spełnień. Przy czym decyzja, czy opowieść należy zaliczyć do ilustracji sukcesu czy porażki zależy od świadomości bohatera i od wyceny czytelnika. Reporterka zawiesza głos.

Kto ma oko, niechaj czyta. Dobrze też poprosić o pomoc ucho, bo zwierzenia podane są językiem rozmówców. Świetny pomysł! Jak najprościej, bez przeróbek, bez uogólnień i polerowania. Sposób mówienia jest przecież nieocenionym źródłem informacji. Odsłania mentalność i charakter, rejestruje wiele smaczków. Czasem uderzała mnie czyjaś pewność siebie, przeróżne mantry, potwierdzające, że jest ok. Jakby ów szklany sufit, dzielący Wyspiarzy od przyjezdnych, nie istniał. Nie wiem, czy istnieje (wielu zwierza się, że jednak tak). Gdy Roman opowiada, jak bardzo go akceptują i dodaje, że wrósł w ten świat, wiem, że to subiektywne. Mogę się zdystansować, bo „bycie meblem stąd” mnie nie przekonuje (Roman przywołuje komplement:„Jesteś częścią umeblowania, nie wracaj do Polski”). Mogę też to docenić. Bo przecież sukces zawsze jest subiektywny i być może najważniejsza jest gotowość, by tak właśnie na swoje życie spojrzeć. A gdy słyszę, jak Maciej opowiada o znienawidzonych Albańczykach, irytujących Pakistańczykach („ciapatych”) czy Hindusach, to nie tylko poznaję hierarchie społeczne, lecz i nadwerężoną godność, nieufność czy samotność.

Angole

Angole rozpoczynają się rewelacyjnie! To ponoć parafraza apeli zamieszczanych w bulwarowej prasie, w reakcji na doniesienia o kolejnych falach polskiej emigracji. I słuszna sugestia, że choć rozmówcami Winnickiej są Polacy, to bohaterami również tytułowi Anglicy i ich modus vivendi. I to, czy społeczeństwo angielskie wymusza na przyjezdnych uznanie swych imponderabiliów, czy też podlega transformacjom pod dyktando najeźdźców.

Ladies and Gentelmen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881 – 1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachowywać. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionych garstką Litwinów, Rosjan i Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancshire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie”.

 Mam swoje ulubione historie. Oli z Belfastu – o tym, jak żyje się w mieście podziałów, jak duże trzeba mieć wyczucie rzeczywistości, by nie wpakować się w absurd. Pół żartem: „Nie wejść w zielonej koszulce do klubu oranżystów”. Serio: balansować między katolikami i protestantami, republikanami i lojalistami, zwłaszcza w lipcu i w okolicach „muru pokoju”. 

Albo opowieść Miki, dziewczyny, która odniosła sukces, choć jak twierdzi: „W Polsce byłam duża rybą w małym stawie, tutaj jestem małą rybką w wielkim jeziorze”. Udało jej się w życiu zawodowym i osobistym, ma perspektywy. Może dlatego, że jak się już jest rybą, to się nie tonie? Podobało mi się w jej charakterze to, że nie pozbywała się inności, lecz wygrywała na swą korzyść. Wśród wycofanych, unikających mówienia wprost, szukających okrężnych dróg tubylców, umie nazywać „słonia”. Angol czeka, aż słoń sam zniknie, wystrzegając się bezpośredniości (Mika: „Widzę tu słonia w pokoju. Mamy kłopot”). 

Może najwięcej sympatii mam dla Adama, młodego chłopaka pracującego jako opiekun niepełnosprawnych (fizycznie lub intelektualnie). To nie jest bułka z masłem, najpewniej tylko etap życiowej drogi, ale sądząc po sposobie odnalezienia się w swej roli – etap szczęśliwy. „Moi podopieczni dali mi pogląd na to, kim jestem i czego w życiu oczekuję.  W skrócie: oczekuję zbyt wiele”. Rodzice w Polsce martwią się, że syn jest zmęczony, że doświadczenie trudne, a sami znają z autopsji odpowiedzialność za niepełnosprawnych, więc wiedzą. „Niech mi tata nie mówi, że ja się męczę. Kiedy rano przychodzę podać śniadanie lokatorom, Morgane, moja pani czterolatka, uśmiecha się radośnie i mówi: „Good morning, my prince. „Czterolatka” ma lat pięćdziesiąt.

Lekko zapada w pamięć historia Marcina, dowcipnego kierowcy z Manchasteru, który tłumaczy Angolom różnice kulturowe. I nieźle puentuje zabawne insynuacje, miedzy innymi tę o łabędziożercach. Doniesienie prasowe: „W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?”  Odpowiedź Marcina: „łabędzie smakują mi tylko z grilla, gotowane zupełnie nie” i dodaje, że to nic innego jak podążanie wzorem króla Henryka VIII, który łabędzie jadał.

Duże wrażenie robią na mnie ci, którzy są gotowi pomagać rodakom w potrzasku. Monika z Henley ogłosiła w internecie, że pomaga. Irracjonalne! Oczywiście, dzwonek za dzwonkiem, problem za problemem. Łatwo zgadnąć, że nadszedł czas, gdy trzeba było akcję zawiesić. Wyciągnęła z kłopotów 120 osób (!). „To było naprawdę wariackie posunięcie. Pewność siebie mnie zgubiła, można powiedzieć”. „Czy jeden człowiek może dokonać zbawienia? Myślę, że niestety nie, za co chciałabym serdecznie przeprosić”. Zostawia Winnickiej apel do Polaków, a diagnozuje on krótko-celnie sytuację wszystkich marzących o „ziemi obiecanej”, krainie lepszej niż miejsce i ludzie, otaczający nas tu i teraz. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”. 

***

Tych, którzy mierzą się z trudnościami, są „jedną wypłatę [tygodniówkę!] od bezdomności”, odchorowują decyzję lub godzą się na cichą desperację jest naprawdę wielu. Jeden z bohaterów, o podziwu godnej umiejętności wyszukiwania niszy do działania, założył i z sukcesem prowadzi firmę pogrzebową. Między innymi dostarcza ciała zmarłych do Polski, jeśli taka jest wola rodziny. Twierdzi, że połowa jego „klientów” to samobójcy. Połowa tych, którzy do niego trafiają. Nie połowa emigrantów. Bo większość sobie lepiej-gorzej radzi. A czasem można uwierzyć, jeśli trafi się na optymistę, że bycie bezdomnym w Londynie też ma swoje dobre strony, bo tutaj całkiem łatwo kradnie się alkohol ze sklepów.

Różne są losy. Angole nie są zapewne wyważonym studium polskiej społeczności na Wyspie, ale nie są też książką stronniczą. Dają możliwość zdiagnozowania siebie. Przejrzenia się w historiach innych, obojętnie czy jest się jednym z emigrantów, czy planuje się być, czy też nosi się w sobie zastrzeżenie, że nigdy. Lektura książki Ewy Winnickiej dostarczyła mi wielu skrajnych rozpoznań. Trochę mnie przeraziła, bo wydobyła na jaw moją zachowawczość (nie, nie rzuciłabym się na głęboką wodę – a wielu ruszyło na Wyspy bez znajomości angielskiego i bez namiaru na pracę).

Może też uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy mam w sobie dość ambicji i woli walki, by grać o życie w obcym sobie świecie. A wydaje mi się, że wielu z tych, którzy wyjechali, taką wolę i energię w sobie odnalazło. Nawet jeśli zaczynali skromnie, mieli nadzieję, często zasadną, że urządzą się po swojemu. Choć w zawsze nie do końca swoim świecie. 

Wymieniłam swoje ulubione historie, pomijając te najbardziej wstrząsające. Bo dziwnie byłoby zostawić lajka tam, gdzie bohaterowie płacą wysoką cenę za swój wybór. Na przykład przy kuriozalnych opowieściach o Polakach oskarżonych o gwałt lub bicie dzieci. Restrykcyjne prawo brytyjskie bardzo serio podchodzi nawet do domniemanych podejrzeń (bohaterowie Winnickiej poznają piekło, choć są niewinni). Na przykład sytuacja Basi, sprzątającej w hotelach, która poszła na wojnę z pracodawcami, gdy zauważyła, że przy tej samej pensji, co miesiąc ma więcej obowiązków. Stała się na moment bohaterką medialną, o wiele dłużej będzie trwało jej wychodzenie z rozstroju nerwowego i depresji. Na przykład liczne codzienne tarapaty ludzi pracujących przy fabrycznej taśmie, którym się śni, że zamiast boczku pakują udka. Jest trochę tych przykładów.

aneks
Nominacja do Nagrody Nike 2014

Advertisements

23 thoughts on “angole

  1. dee4di

    Zastanawiałam się czy przeczytać tę książkę bo tytuł mnie trochę zniechęcił. Mieszkam na wyspach od 17 lat, od czasu jeszcze przed polską inwazją i nie bardzo lubię określenia typu Paki, Ciapaty, Angole etc, tak jak nie lubię gdy ktoś mówi o nas Poles. Ale po twojej recenzji przeczytam bo mnie zaintrygowałaś. Dziękuję

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dee,
      miło, że dajesz znak. Ja odbieram Winnicką z perspektywy „krajowej”, nie mam emigracyjnych doświadczeń ani planów. Kilkoro znajomych wyjechało i zachwala brytyjską rzeczywistość. Wielu o niej marzy. To znaczy, że temat gorący.
      O atutach książki wspomniałam. Jest wiarygodna, a każda z tych historii mogłaby być odrębnym reportażem. Nie wiem, jak ze swojej perspektywy ocenisz proporcje, czy czegoś Ci nie zabraknie etc.

      Bardzo mi się podoba, że głos bohaterów dociera bezpośrednio. I że te zwierzenia poruszają. Niektóre przypadki są mi obce, nie podjęłabym tak szalonych/nierozsądnych(?) wyborów. Ale muszę przyznać, że obojętnie, czy wyjeżdżającymi z kraju kieruje desperacja i chęć ucieczki czy wiara w siebie i ambicja, jest w tej decyzji energia, którą szanuję. Nie wydaje mi się, by czyste malkontenctwo pchało ludzi do tak zdecydowanych kroków.
      Jeszcze sobie zacytuję Joannę, pisarkę z Londynu: „Wiele rzeczy mnie tutaj wkurwia. Ale jeśli będę zmęczona Londynem, to znaczy, że jestem zmęczona życiem”. Przymknijmy oko na dosadność. No, jest w tym siła konfrontacji. Imponująca.

      Co do „Angoli” jako określenia Brytyjczyków: też mam opory, bo brzmi pejoratywnie. Ale bohaterowie posługują się nim dość neutralnie, więc nie szukałam eufemizmu.

  2. szwedzkiereminiscencje

    To j temat-rzeka i dobrze, ze zaczyna sie odklamywac. Książki nie znam; ogladalam za to „Londynczyków” w TV. Jak to skonstatowala moja znajoma: najszczęśliwsi sa ci, którzy maja niewielkie oczekiwania – czyli wlasnie cemigranci bez jezyka i wyksztalcenia. Zmobilizowali się i cokolwiek sobie wymysla i zrealizują, to ida do przodu. Wlasnie zalozono u mnie polski sklep i widze wielka wole ekspansji wlascicieli. Jezykiem się nie przejmują – za to ich syn mówi już bez akcentu. Nie sa swiadomi kiczowatości logo, siermieznosci wnętrza czy nieprofesjonalności obsługi (zachodnimi standardami mierzac). Slysze: pani, bo mi nie dowieźli! Będę za nich trzymala kciuki.

    A swoja droga ciekawym zabiegiem byłoby przeprowadzenie wywiadów z szefami, sąsiadami czy tez współpracownikami emigrantów, żeby zestawić ze sobą ich obrazy.

    Pozdr serdecznie \ M

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      M.,
      sięgnij po Angoli. Przypuszczam, że wychwycisz w nich więcej szczelin niż ja. Bo ja weszłam w rolę czytelnika naiwnego, choć uważnego, to się nie wyklucza. Co do serialu – nie znam, ale jeśli dotyczy najmłodszej generacji, to nie ma nic wspólnego z Londyńczykami Winnickiej.

      Prawda, że najlepiej tym bez mentalnych obciążeń. Wolnych od szukania czegoś nie gorszego niż w przeszłości, adekwatnego do poziomu, dającego perspektywy etc. Po lekturze dociera do mnie, że emigrując, trzeba wskoczyć do nowej rzeki: bez porównań i starych miar. Imponuje mi czyjaś (np. Twoja) gotowość do mierzenia się z nowym światem. Może nawet szkoda, że nie mam takich doświadczeń. Doceniam to „zanurzanie się” w ogromnym jeziorze, gdy kiedyś pływało się w bezpiecznym stawku. Co nie znaczy, że zazdroszczę sukcesu tym, którzy go odnieśli albo że podziwiam brawurę tych, co przed skokiem nie sprawdzili, czy umieją pływać.

      Masz rację z tymi sąsiadami. Mogliby bardziej być. I tak społeczeństwo angielskie jest pośrednio bohaterem książki. Ale nie ma bezpośredniego oglądu. Może to temat na następną książkę – o Polakach bez Polaków. ;)

  3. szwedzkiereminiscencje

    Wlasnie tego sie obawiam – ze wychwycilabym nawet to, co miedzy wierszami ;-)

    Na nowa rzeke pewnie wiekszosc by sie nie zdecydowala przy swiadomosci kosztów. To sa decyzje typu krok po kroku. Jak to juz ktos powiedzial, nie ma sie swiadomosci kiedy sie podejmuje zyciowe decyzje…

    Fascynuje mnie ta peknieta rzeczywistosc, gdzie w spoleczenstwie koegzystuja rozmaite grupy etniczne, niespecjalnie sie przenikajac. Wyglada na to, ze przepytywani Polacy okopali sie niejako przeciwko Angolom (bo nawet nie Brytyjczykom czy Anglikom). Budzi to pytanie: dlaczego?

    Milego dnia, Renée!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tygle są inspirujące. Kojarzą mi się z zaczynem, z przeciwieństwem stagnacji. Chociaż, stagnacja może wykluć się wszędzie.
      Okopywanie się jest groźne. Ale tu nie ma jednego frontu. Niektórzy się asymilują, ktoś nawet mówi: „Doświadczyłem misplaced birth. Powinienem był od razu urodzić się tutaj, a nie w Polsce”. Z kolei najsilniejsza kastowość biła z opowieści o boarding school, o szkołach elitarnych. Piekielny snobizm. I ten legendarny szklany sufit. Choć i tu – jeden z Polaków ukończył i chce zapomnieć, drugi zachwycony, że było mu dane.

      Paradoksalnie – bo przecież mnie ten świat nie dotyczy – zaczynam myśleć o własnej stagnacji, o tysiącu szklanych sufitów, o decyzjach życiowych, gdzieś tam podjętych niezauważenie. Ech, chyba sobie zjem łabędzia z ziemniakami. ;)

      Pozdrawiam :)
      Mam tyle pracy, że to właściwie jakby początek dnia.
      Miłego wieczoru :)

  4. allegra_walker

    @ Joannę, pisarkę z Londynu: „Wiele rzeczy mnie tutaj wkurwia. Ale jeśli będę zmęczona Londynem, to znaczy, że jestem zmęczona życiem”.

    Dla porządku trzeba zaznaczyć, że „when a man is tired of London, he is tired of life” to słowa Samuela Johnsona, więc osobisty wkład pisarki z Londynu ogranicza się do tego, że wiele rzeczy ją – hm – denerwuje.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, bo ta fraza brzmiała mi znajomo. Ale nie wiedziałam, że Samuel Johnson. :)

      Joanna może i wie, bo ona w Polsce porządnie się wykształciła (podkreśla, że język zna bardziej niż ok, aż Anglików zadziwia).;) Powoływanie się na wiecznie frapujący Londyn może mieć różne sensy. Pomyślałam, że to rezolutne. A może raczej maskujące (jakieś porażki mniejsze-większe)? Chyba najciekawsze w tego typu puentach jest to, że są mantrą, która pomaga żyć. Raczej rzadko to, co myślimy o sobie przylega do nas bez zmarszczek.
      Prawdę mówiąc, w książce Winnickiej jest kilka rozdziałów, których nie darzę sympatią, np trzy ostatnie. Ale te, w któryh podpatruję, jak ludzie widzą swoje życie i siebie, te mi się podobają.

      Pozdrawiam :)

  5. Holly

    Tamaryszku, a ja już od 27 lat na emigracji i nadal starcza mi energii, aby walczyć o życie w obcym świecie! Przede wszystkim nie lubię tytułu. Deprecjonuje gospodarzy i po co? A gdyby tak Anglicy napisali książkę zatytułowaną „Polaczkowie” dającą głos owym „Angolom”? Podstawowa zasada savoir-vivre’u to podporządkowanie się zasadom obowiązującym w domu gospodarza. A o ile mi wiadomo, Anglikom akurat dobrych manier nie brakuje. Druga rzecz, to brakuje mi głosu tej drugiej strony. Czemu nie otworzyć się na Anglików i nie pozwolić im na opowiedzenie, jak oni widzą tę polską inwazję. Po co budować mury? Może lepiej je w jakiś sposób burzyć. Wydaje mi się, że wielu Polaków odrzuca tę drugą stronę, zamyka się w gettach polskich, boi cudzoziemców, ponieważ ich nie zna. Może taka książka pomogłaby im też zrozumieć co „skrzypi” we wzajemnych relacjach?
    Piszesz w obcym świecie? Szczerze, w Paryżu, we Francji czuję się mniej obco niż w Polsce, niż w Warszawie, gdzie zamknięto moje ukochane antykwariaty a ludzi, z którymi można rozmawiać o książkach, kulturze, wydarzeniach artystycznych z dnia na dzień ubywa. Teatry na kiepskim poziomie, kino też, może z kilkoma wyjątkami. Nie wspominam o prasie, tygodnikach, które są tu na o niebo wyższym poziomie. Należę tu w Paryżu do rozmaitych grup, dyskutujemy o poezji, o wystawach, o sztuce. Są w nich sami Francuzi. Natomiast uwierz mi, po sześciu latach emigracji nie znalazłam w Paryżu, poza pojedynczymi wyjątkami (kochana pani Kasia w księgarni polskiej, interesujących ludzi, Polaków z którymi mogłabym porozmawiać o książkach, którzy trochę śledzą życie kulturalne, chodzą do kina i wiedzą kim był Wolter lub markiz de Sade.
    Nie, to nie jest obcy świat! To jak najbardziej mój świat i to ten lepszy świat i nie dlatego, że zarabia się tu w euro, ale dlatego, że Francuzi kochają piękno i piękne życie. Żyją często na poddaszach, albo na przedmieściach, ale gdy wejdziesz do księgarni i chcesz zapłacić za książkę, to musisz stać pół godziny w kolejce do kasy.
    Co czytają Polacy, o których jest książka „Angole”? Czym żyją, poza pracą? Czy jedynym celem w ich życiu jest „ustawienie” się i zarabianie pieniędzy?
    Ot, taki może trochę inny głos emigrantki…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holly, co za tekst! :)
      Dziękuję, bo pięknie uzupełnia to, czego ja od siebie dodać nie mogę, a co gdzieś w głowie mi świta.
      Trzeba być Holly, by móc tak pięknie pisać o odnalezieniu się w kulturze francuskiej, o tym, że bliskość i obcość to względne odczucia. I o tym, że to, co polskie może dystansować, niestety, słusznie.

      Rozmowy Winnickiej naprawdę są różnorodne. Gdyby w grę wchodziła ambicja pokazania „całej prawdy” o emigracji, to rzeczywiście, trzeba by ogarnąć zwielokrotniony materiał. Za wcześnie. Zadanie dla sztabu ludzi. A przecież nie można komuś zarzucać, że napisał książkę reporterską, spotykając się z zaledwie (!) kilkuset rozmówcami. Są wśród nich tacy, którzy świetnie się odnaleźli i spełnili. I cenią sobie swobody obywatelskie Wyspiarzy, możliwości, jakie daje ich świat, tamtejszą kulturę.
      No tak, ale spośród tych dwóch milionów polskich przybyszy naprawdę wielu napotyka na olbrzymie bariery. Niektórzy dzielnie się z nimi mierzą i… na przykład zaczynają (!) się uczyć angielskiego. Nie wszyscy, są i tacy, którzy mają nadzieję, że coraz częściej Anglicy będą chcieli znać polski. ;)

      Kawał rzeczywistości.
      Co do tytułu: najwyraźniej działa prowokacyjnie. Uwzględniam Twój sprzeciw, i dystans dee4di.

      Wolałabym – gdyby mi przyszło szukać sobie miejsca poza ogródkiem, w którym wyrosłam – mieć Twoje umiejętności i podobnie nastrojony umysł.
      Dziękuję :)
      Pozdrawiam!

  6. Holly

    To ja dziękuję za tyle miłych słów, a przyznam się, że nie zawsze mam odwagę zostawiać komentarz pod Twoimi po mistrzowsku napisanymi tekstami. Ale czytam je zawsze i często wielokrotnie! Interesuje mnie porównywanie perspektyw. Moja, z racji odległości od „źródła”, jest czasem nieco inna. Dobrze więc, że tym razem się odważyłam!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holly,
      ja tych oporów przed komentowaniem nie ogarniam. Całe szczęście, że Cię raz po raz opuszczają. ;)

      Co do różnych prób rozpoznawania rzeczywistości Polaków na obczyźnie, to – oprócz reportaży – niezwykle cenne są blogi. I też można je czytać na wielu poziomach: konkretne notki, ale i całokształt. Nie mam rozpoznania blogów „życiowych”, ale spośród tych o kulturze znam kilka o niezwykłej energii.
      A w nich nie tylko o zderzaniu z innością, bo ona już twórczo zasymilowana, ale mnóstwo dobrej energii. I wciąż pionierskiej pracy nad przybliżaniem światów i tworzeniu całości z części.
      O, ten temat to mógłby jakiś reporter podjąć. Nawet ktoś taki jak ja, kto zbyt wielu blogów nie czyta, może podać kilka bardzo mocnych adresów.
      Ty i Czara we Francji, M. (Sygryda Dumna) w Szwecji, Kasia w Irlandii, Ania Ready w Oxfordzie. A nie sposób pominąć i Ewy, która choć nadaje z Wrocławia, to jest najbardziej światową osobą jaką znam. Albo Pszczółki, która fruwa po świecie, choć nie wiem, czy kiedykolwiek czuła się emigrantką, chyba raczej podróżnikiem…
      Pozdrawiam :)

    2. szwedzkiereminiscencje

      czuje sie niejako wyrwana do tablicy, to jeszcze dopisze

      osobiscie przerazaja mnie narracje osób, kt przebywajac w jakims kraju mentalnie nie opuszczaja swojego milanówka czy innego grajdolka. wczoraj przeczytalam opowiesci pracujacych w norwegii – czeste loty do rodziny w PL; a w tygodniu skype z ta sama rodzina. pensja nizsza niz norwegów – mimo, ze to przeciez nielegalne! moze takie latanie w te i we wte to znak czasów, ale podobnych ludzi obserwowalam w krakowskiej restauracji. wrzeszczeli, ze pracuja w anglii i zachowywali niczym wilus zwyciezca. a w UK trzymaja pewnie morde w kubel i tylko po pracy pozwalaja sobie na obgadanie „angoli”…

      chyba jestem z innego plemienia, poniewaz od lat walcze, m.in. w zwiazku zawodowym inzynierów, o równe place, wykorzystujac miejscowe struktury i prawodawstwo

      natomiast – w odróznieniu od holly – o kulturze to moge sobie pogadac na necie. szwedzi maja pare przybytków kultury wysokiej, lecz ograniczona grupe uzytkowników tychze. ostatnio szwedzka przyjaciólka zarzucila mi „nieszwedzkosc”, poniewaz…czytam ksiazki! no i badz to madry

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Gdyby mierzyć emigrantów miarą Twoją i Holly, to można by wszystko sprowadzić do charakteru. Ale – wiadomo – nie jest to „charakter statystyczny”, delikatnie mówiąc. Czytaj – mocno ponadprzeciętny. Na pewno zawsze wiele zależy od osobowości. Czego się oczekuje, czego się szuka, na co się godzi lub nie godzi.
      Wszystkiego tym jednak nie tłumaczę. Bo środowisko, życiowe szanse, umiejętności startowe są nie do przecenienia.
      Paryż kulturalnie przoduje.
      … Albo Holly ma szczęście i przyciąga wyłącznie kulturalnych Francuzów. :))

  7. Holly

    Ja też dzięki blogosferze poznałam wielu wspaniałych ludzi. Nagle okazało się, że nie jestem sama w mojej pasji do czytania i kupowania książek i to było chyba najwspanialsze. Francja jest wyjątkowa. Podejrzewam, że jak wrócę do Szwajcarii, a to mi już niestety za jakiś czas grozi, to też nie będzie tak samo. Pocieszam się jedynie, że wrócę odmieniona, a do Paryża w końcu nie tak daleko…Nie ma znaczenia gdzie się jest, najważniejsze to kim się jest. Ja mam też kilka takich ulubionych blogów pisanych z mniejszych miast, ale osoby, które je piszą zachwycają mnie ciekawością świata, otwartością, horyzontami…

    Odpowiedz
    1. szwedzkiereminiscencje

      No tak – Gałczyński Konstanty Ildefons się klania:

      Dlaczego ogórek nie śpiewa

      Pytanie to, w tytule,
      postawione tak śmiało,
      choćby z największym bólem
      rozwiązać by należało.

      Jeśli ogórek nie śpiewa,
      i to o żadnej porze,
      to widać z woli nieba
      prawdopodobnie nie może.

      Lecz jeśli pragnie? Gorąco!
      Jak dotąd nikt. Jak skowronek.
      Jeśli w słoju nocą
      łzy przelewa zielone?

      Mijają lata, zimy,
      raz słoneczko, raz chmurka;
      a my obojętnie przechodzimy
      koło niejednego ogórka.

  8. tamaryszek Autor wpisu

    No. Ogórek poczuł jesień. A zakończenie Ferdydurke – niegdyś przyciągające – dziś jest nierzadko odczytywane jako życzliwa przestroga. Dosłowność jak żyleta podcina finezję.;)
    Czy lepiej? Tak. Zawsze o czymś tak można powiedzieć. :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Dziękuję.
      Będę musiała się sprężyć, by znaleźć odpowiedzi. Ale znajdę. Pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s