Archiwa miesięczne: Styczeń 2015

dzikie historie

Dzikie historie, reż. Damián Szifrón, Argentyna, Hiszpania 2014

Oscarowy rywal Idy. Film argentyński. Złożony z sześciu nowel, które łączy to, że ludziom (cytuję dystrybutora) – w różnych sytuacjach i z odmiennych powodów – „puszczają nerwy”. Pyszna zabawa – komedia, którą można obejrzeć na poważnie, jeśli taka wola i gust. Śmieszność jest z gruntu przewrotna, bo człowiek spokojny i zrelaksowany, gdy ogląda doprowadzonego do wkurzenia nerwusa, zawsze pod nosem się uśmiechnie. Całkiem dowolnie wybierając stronę, której kibicuje. Nerwus bywa niekiedy wyjątkowo długo spokojny. Ale taki się jeszcze nie urodził, w którym coś-kiedyś-gdzieś nie wzbudziłoby potrzeby dzikiego rewanżu. Albo na poszczególnym osobniku, albo na „całokształcie”.

Polecam. Działa odprężająco. Muzyka ładnie prowadzi akcję. Napięcie i suspensy przednie. I tu, niespodziewanie, ulatnia się wena recenzencka. Bo co tu pisać, by nie zdradzić najważniejszych konfrontacji? Ludzie, idźcie, zobaczcie. Pozdrawiam.

Rzecz jasna nie oddam klawiatury bez próby. Najpierw zajrzałam na Filmweb, by sprawdzić, czy ktoś coś mądrego napisał (zadziałałoby odstraszająco). Przeczytałam tekst zgrabny, z kilkoma spojlerami, a pod nim burzę komentarzy, odżegnujących Autorkę od czci i wiary. Bo odsłania fabułę, a nie wolno. Widzom „puściły nerwy”. Ktoś rzucił propozycję, by wprowadzić nową klasyfikację gatunkową: recenzje dla tych, którzy filmu nie widzieli i recenzje dla wtajemniczonych. Cudne, jak z komedii. :) Mam w tyle czaszki takie przykazanie, by nie spojlerować. Teraz doszło mi nowe: nie pisać pitu-pitu. Doprecyzuję (bo komentarze usunięto): unikać ogólności, które nie rozpatrują filmowych sytuacji, skupiając się na mądrościach czy intensywności przeżyć recenzującego. Oj tak, bądź tu mądry i pisz wiersze. Albo recenzję.

Dzikie historieNo to piszę. Tytuły nowel (z parafrazą translatorską):
1) Pasternak (Ręka w górę: kto nie zna Gabriela  Pasternaka?)
2) Las ratas (Czy przeterminowana trutka na szczury szkodzi bardziej czy mniej?)
3) El más fuerte (Nie wiesz co znaczy uścisk namiętności)
4)Bombita (Inżynierze Bombka, prosimy zająć się skarbówką!)
5) La propuesta (Są granice)
6) Hasta que la muerte nos separe (Śliwka w kompocie – do popicia tortu).

Wcale nie jest jasne, którą stronę trzymać. * Wyobrażam sobie, że można wspierać gościa, mającego chęć wyprawić wszystkich, którzy mu podpadli, w kosmos. Choć siebie widzę raczej wśród tych „podpadłych”. * Wielu będzie się puszyć, że należy utrzeć nosa cwaniakom w wypasionych autach, a mnie bardziej irytują drogowe żółwie. * Co do trutki, oficjalnie powiem, że nie stosuję. Chociaż nie wykluczam, że gdyby była pod ręką, tak samo blisko jak ktoś, kto zalazł za skórę moim bliskim, to korciłoby mnie złączenie tych bliskości. * Są podobno propozycje nie do odrzucenia. I są wyjątkowo sprawni negocjatorzy (vide: Mauricio). Ja kibicuję olśnionym jeleniom zrzucającym przyprawione rogi. * Bombeczka to mój ulubieniec, więc z trudem przyjmuję do wiadomości, że ktoś widzi w nim agresora. Gdyby Franz K. obejrzał Dzikie historie, kto wie, czy jego Józef dałby się wyprowadzić do kamieniołomu. * Ślub traktuję wyjątkowo: obie strony mają tej samej rangi ambaras. Boy to przewidział: …żeby dwoje chciało naraz.

I można robić – po seansie – licytacje na najlepszą nowelę. Uśmiecham się przy Bombeczce, ale prawdziwą wisienką na torcie (nomen omen) jest opowieść ślubna, finałowa. 

Oczywiście, poddaję się. Szyfrogram zamiast recenzji. Może i da się napisać sensowniej. Ale lepiej po prostu obejrzeć. 

aneks
Dzikie historie zdobyły oscarową nominację w kategorii film nieanglojęzyczny. Konkurowały z Lewiatanem, Timbuktu, Mandarynkami i zwycięską Idą.

pan Popiołek i inni

Dom (serial) seria 1 i 2, reż. Jan Łomnicki, Marcin Łomnicki, 1980-2000
DomOczywiście, że trzymam kciuki za Oscary. Idę hołubię w pamięci od października 2013 – niezmiennie. Nic więc nie mam do dodania. Poza tym, że to szczęśliwy wybór, a wcześniej: trafione zgłoszenie. 

Tymczasem umieszczam polski filmowy akcent z kategorii „serial sprzed lat”. Dom – dwie serie po tuzin (+1) półtoragodzinnych odcinków, dzieło Jana Łomnickiego, do którego scenariusz napisali Andrzej Mularczyk i Jerzy Janicki. 

TVP Kultura emituje powtórki. Gdy natrafię, nie sposób nie przysiąść i odejść przed końcem. Parę miesięcy temu obejrzałam obie serie w kilku podejściach (na dvd). Kocham ten serial. Nigdy nie mieszkałam w Warszawie, ale w kamienicy na Złotej 25 bywałam wielokrotnie.

Opowieść zaczyna się w 1945 – warszawiacy wracają zewsząd na stare śmieci. Miasto stoi w gruzach, w ruinie jest cały przedwojenny świat. Nie wszyscy powrócą, niektórym pisane są więzienne perypetie, inni mają syndrom oświęcimski. Wielu marzy o dawnej Warszawie, tęskni za przedwojennym szykiem i porządkiem. A już po piętach depczą im przyjezdni, władze wydają dekrety na nową modłę i można albo przystroić się w nowe (czerwone) barwy, albo warszawskim sprytem robić swoje i nie tańczyć pod dyktando. 

Kolejne odcinki opowiadają o losach mieszkańców jednego domu. Przedwojennej kamienicy mocno naruszonej podczas bombardowań. Na piętra wchodzi się prowizorycznymi schodami. Odpadły niektóre pomieszczenia, więc otwierając drzwi, można stanąć nad przepaścią. Ale dozorca Popiołek mocuje starą bramę i już jest wszystko jak należy. Czas będzie scalać mury i ludzi – nowi mieszkańcy się wżenią, narodzą się dzieci, umrą postaci ze starszego pokolenia. Bo mijać będą całe dekady. Aż po rok 1978, gdy w finałowym odcinku zdarzy się coś, co pozwoli zamknąć opowieść czymś równie scalającym jak uruchomienie wodociągów w odcinku pierwszym: wybór Wojtyły na papieża. Znów każdy z każdym się uściska. Uwierzy w lepsze jutro i takie tam (miłość, rodzinę, sens), by po chwili poczuć jak ulotne są wszystkie nadzieje. 

Popiołek1Każdy odcinek rozpoczyna się tą samą ekspozycją z motywem muzycznym Waldemara Kazaneckiego. Wracająca z daleka jedna z lokatorek woła na widok sąsiadki: „Pani Popiołkowa!”, wpadają sobie w ramiona, a pan Popiołek (Wacław Kowalski) patrzy na kilkuletniego szkraba, unosi go w górę i pytającą intonacją zaśpiewuje: „Jacuś? Aleś wyrósł!”

Mam w głowie całą litanię walorów Domu i dużo krótszą listę mankamentów. Wymienię tylko jeden z mocnych punktów: uchwycenie atmosfery życia w PRL-u. Świat serialu budzi sentyment, ale też uświadamia duszność polityczną, podziały wśród najbliższych wyrastające z odmiennych oglądów świata, zafałszowanie rzeczywistości, deprawowanie ludzi przez system. Kamienica przy Złotej 25 to spektrum postaw: od komunisty Jasińskiego („Mówi wam to coś?” – po tej kwestii zazwyczaj wygłaszał jakąś marksistowską zasadę), przez poszukującą postawę głównego protagonisty, Andrzeja Talara („Wiśta wio!, łatwo powiedzieć!”), po zdeklarowanych opozycjonistów jak Wiktor, były żołnierz AK czy profesor Lawina brzydzący się siermiężnym krojem pozornej demokracji.

Nie sposób pisać tu o wątkach, nawet przedstawienie bohaterów jest zadaniem nie na blogowy wpis. Więc ja tylko kilka słów o tytułach, powiedzonkach i rekwizytach.

Pewnie, że wszystko gra dopiero w kontekście. Ale tytuły są przednie same w sobie:
* Co ty tu robisz, człowieku?
* Warkocze naszych dziewcząt będą białe
* Nosić swoją skórę
* Miłość to tylko obietnica.

Popiołek3Powiedzonka to charakter.
Na przykład rodzice Andrzeja przekazują mu (co on często powtarza) proste chłopskie zasady. Uniwersalne. Kajetan Talar, gotów jest ściągnąć pas i złoić synom skórę, gdyby spartaczyli zadanie: „jeśli coś robisz, rób dobrze”. A matka, cudowna, cicha Talarowa dodaje: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Oboje są impregnowani na nowoczesność.

Nieco bardziej elastyczny jest pan Popiołek, bacznie obserwujący zmiany, które często w głowie mu się nie mieszczą. Ma swoje sakramentalne: „Koniec świata!”. A co tu mówić, gdy szanowany dr Kazanowicz gromadzi okruchy chleba w kieszeniach i potajemnie chce kupić broń. Albo gdy nikt z mężczyzn nie jest w stanie zabić zdobycznej świni, bo mają za miękkie serca, a (grana przez Bożenę Dykiel) Halina Wrotkowa daje radę i jeszcze kwituje sprawę: „Ech, wy kozaki w damskich majtkach”. Lub gdy rodzony syn, Geniek, od którego przejął powiedzonko „Tu się zgina dziób pingwina”, wybiera sobie na żonę policjantkę – „toż ona cię będzie pałką po głowie biła!”.

Rajmund (Mundi) Wrotek – jako filmowiec, któremu cenzura pozwala wyłącznie na propagandę, lecz nietracący wiary w prawdziwe kino – wart jest osobnej notki. Tu wspomnę tylko o jego metodzie na kobiety. Najwidoczniej skutecznej, bo uwiedzione mógłby liczyć na pęczki. „Istna Greta Garbo!” Hmm… scenarzyści nie wspomnieli, jakimi słowy podziwiał brunetki. Wiadomo natomiast, że kulminacja flirtu to w słowniku Mundka „riki-tiki-tak”.

Młodszy brat Andrzeja, Bronek (zwany Niutkiem) to pełen wdzięku stachanowiec, który po wykonaniu jakichś niewyobrażalnie wysokich norm w budowaniu domów na czas, staje się ofiarą własnego sukcesu. Ma swoje pięć minut w chmurach (z tego czasu pochodzi jego ulubione pytanie: „Wiesz kto tę rączkę ściskał?”), po których ostro spadnie w dół. Całkiem dosłownie. A dziewczyna Bronka, późniejsza żona Andrzeja, piękna Ewa z Mazowsza ma przypisany piękny rekwizyt. Plakat, na którym jest pionierką podczas żniw, ilustracją hasła: „Dziewczyny na traktory!”.

Basia, wielka i nieodwzajemniona miłość Andrzeja, to ta dziewczyna z warkoczami, ze zdjęcia. Miną lata, nie będzie już podlotkiem, a wciąż zostaną w niej te struny niepokornego charakteru konspiratorki o pseudonimie Sarna. A zdjęcie – jedno podarowane ukochanemu, drugie skradzione przez Andrzeja z albumu i podłożone podczas identyfikacji zwłok wyjętych z kanałów. Nie mogę nie wymienić, choć to może nie rekwizyt, tembru głosu Łukasza Zbożnego (Krzysztofa Kołbasiuka). Bo to jest głos, w którym zakochuję się w ciemno. Nawet gdyby nie mówił nim wierszy (a mówił!).

Miłosny wątek to także czerwona rękawiczka Gosi Lenczer, dziewczyny, którą podczas marcowych rozruchów (1968) poznaje Mietek Pocięgło. Ukradziona, oddana, znów podarowana, odrzucona etc. Mietka wspominam ze względu na jego wyczucie interpunkcji, które nie przyniosło mu pożytku. Pracę w drukarni stracił po dodaniu znaku zapytania do gazetowego tytułu: „Sprawiedliwy wyrok?”

ProkopCóż, tekściarzem nad tekściarzami jest, oczywiście, Heniek Lermaszewski, warszawski taksówkarz i cwaniak z sercem. On w ogóle nie mówi neutralnych słów. Każde zdanie jest kabaretowym komentarzem do socjalistycznych „okoliczności”.  Kombinator, kreatywny właściciel manufaktury (słynne medaliki Matki Boskiej wytwarzane z pięciogroszówek), znawca dróg na skróty, gdy trzeba zdobyć niedostępny towar. „Bo w tych czasach jak ktoś komuś coś, to choć niewiele, ale zawsze. A jak nikt nikomu nic, to srał goły na rogu stodoły”. Taki niewybredny, ale dobrze puentujący sytuację dowcip. Pewnego razu, a było to już za nowego dozorcy, Prokopa, wpadł Heniek na metodę przechowywania złotych monet w zamrażalniku. Z jakiegoś powodu (nie pamiętam) nazywał je świnkami. Więc, gdy córeczka zapytała go, dlaczego mówi, że świnki są takie ważne, odpowiedział, nie bardzo wprost. „Trzy rzeczy są najważniejsze dla Polaka: Bóg, pochodzenie i świnki”. Wyjaśniał to mniej więcej tak: – Gdyby nie Bug, mielibyśmy granicę na Wiśle. – Jak nie pochodzisz, to nic nie załatwisz. – W socjalizmie nikt nie jest samotny, bo w każdym żyje jakaś świnka.

Prokop 3Pan Popiołek przeminął, nastał czas Prokopa, który nie był tak przyjazny ludziom, o wiele bardziej usłużny władzom i nieporównywal-nie mniej sprawny manualnie. Choć gotów brać się za każdą robotę, z mantrą na ustach: „Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem”. I tym zdaniem przechodzi do historii polskich seriali, bo powtarzał je często, zawsze z odwrotnym skutkiem. Można by jeszcze obstawiać jego „Kurde paka” albo „Ja tu rządzę!”.

Na koniec dwa powiedzonka z otoczenia Prokopa, warte zapamiętania, bo prosto i trafnie diagnozują spotykane w życiu sytuacje. Pierwsze wypowiada Cielęcina. Grana przez Hannę Śleszyńską kobieta ze wsi, która w mieszkaniu Prokopa handlowała mięsem. Targała wielkie siaty, szatkowała mięso na porcje, umachała się przy sprzedaży… Czego się dziwić, że widzi sprawę na czarno: „Kobieta to jest Murzyn świata”. Inną myśl podsuwa szwagier Prokopa, Czesiu. Chodzi o to, by się nie zadręczać, nie bić z myślami bez powodu: „Nie martw się. Koń ma wielki łeb, to niech myśli”.

***

Inspiracją do napisania postu była lektura wywiadu z Andrzejem Młynarczykiem, opublikowana w dwóch częściach w Dużym Formacie (24.12.2014 – Czarny profil świata i 8.01.2015 – Pcham taczkę z blondynką). Rozmowa fenomenalna! Polecam. Linki przekierowują na stronę DF, ale pełna wersja dostępna jest chyba tylko tym, którzy wykupili Piano. Serial Dom nie stanowi tu głównego wątku, to ledwie wzmianki wśród innych życiowych perypetii Młynarczyka.

 

żona policjanta

Żona policjanta, reż. Philip Gröning, Niemcy 2013

Z oferty objazdowej: T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee. Informacja znacząca, bo film zdecydowanie nie z mainstreamu. Jeśli ktoś kojarzy poprzedni film Gröninga, Wielką ciszę (2005), może oczekiwać podobnej estetyki.  Co to znaczy? Mówiąc zwięźle: że będzie w czasie seansu obserwował strumień wykruszających się widzów. Szerzej: że film trwa 3 godziny, więcej w nim ciszy niż dźwięków, nie ma tradycyjnie rozumianej akcji, wyrazistych punktów zwrotnych, kulminacji czy finału. Poprzedni film tego reżysera był dokumentem o życiu francuskich kartuzów, więc ascetyczna poetyka współbrzmiała z monotonią, ciszą, ograniczeniem zewnętrznych bodźców i skromnością życia mnichów.  Żona policjanta jest fabułą zakrojoną na trzy role (w tym jedna dziecięca). Trzy-czteroletnia Clare, mama spędzająca z córeczką całe dnie, tata policjant, widziany wyłącznie w roli domowej. Mieszkają w małym miasteczku, we własnym domu, odgrodzonym od tego, co zewnętrzne.
Żona policjantaFilm pocięty na pięćdziesiąt dziewięć sekwencji, rozdzielonych planszami. Całość staje się albumem, zbiorem etiud. Ich kolejność zdaje się przypadkowa. Niektóre są statycznym obrazem, utrwaloną obiektywem chwilą. W innych można obserwować interakcje: rozmowy z córeczką, rodzinny spacer, oglądanie telewizji, doglądanie roślinek w ogródku. Czas płynie bez przynagleń. Uśmiech na twarzy Christine, jej ufność są albo wciąż te same, albo wyczerpują się niezauważalnie. Zmienia się jej ciało. Coraz więcej na nim sinych, fioletowych, zielonych plam. 

Gröning zajmuje się przemocą w rodzinie, toksyczną relacją, w której chora miłość i chora agresja idą ramię w ramię. Przyzwyczajenie czy niedowierzanie uspra-wiedliwiają stężone od złych emocji ciosy. 

W napisach końcowych wyświetlają się podziękowania dla wszystkich, którzy zwierzyli się reżyserowi z życia wśród analogicznych toksyn. I rzeczywiście czuje się, że Gröning chce się zbliżyć do codzienności, do tych najzwyklejszych przejawów, interwałów między momentami cielesnego i psychicznego bólu. Stąd tyle monotonii. Żadnej sensacji. Agresja jest zakamuflowana. Pamiętam może pięć rozdziałów, w których się ujawnia. To rozrzedzenie jest najgorsze. Pozwala kobietom, takim jak Christine, „posprzątać po rozruchach”, uładzić, zdobyć się na współczucie wobec kata, zminimalizować jego winę. Znów być gotową, by przytulić, całować, troszczyć się i usuwać w cień. 

Chodzi też zapewne o to, by widzowi nie tyle opowiedzieć czyjąś historię, lecz go w nią włożyć, osaczyć nią, pozwolić doświadczać jej w nieefektownych dawkach, które po trzech godzinach urastają do wymiarów kuriozalnych. Pomyśli ktoś: wyjście na seans jest w takim razie aktem sadomasochizmu. Dobrowolnie wchodzić w taką duszność? Jest w tej uwadze sporo racji. Więc nie namawiam, że trzeba koniecznie zobaczyć. Ale zaświadczam, że dla mnie było to doświadczenie cenne. Zapamiętam.

Kilka wybranych rozdziałów. Rodzina Perkingerów idzie na wiosenny spacer. Jest tuż przed Wielkanocą, Uwe wyprzedza dziewczyny,  maskuje w lesie zostawione przez zajączka prezenty. A potem oboje (Uwe i Christine) bawią się w znajdowanie ich razem z Clare. Inna scena: wszyscy troje śpiewają przedszkolną piosenkę. Ustawieni jak do zdjęcia, do obiektywu kamery (vide: plakat). Trochę im się zapominają słowa, tylko Clare jest bezbłędna. Ale bawią się i wchodzą w rolę na całego. Najbardziej myli mnie jasność Christine i niepozorność Uwe. Christine ma anielską cierpliwość, dłubie kijkiem w ziemi, by udrożnić drogę glistom, rozmawia z Clarą z uwagą, łagodnie, radośnie. Cieszy się tym, co jest, choć to tylko strzępy i atrapy. Ale skąd wiedzieć, kiedy należy zadowalać się drobiazgami, a kiedy podnieść bunt żądając całości?

Uwe nie jest potworem. Raczej sfrustrowanym, małym, niedojrzałym facetem. Pierwsza scena, w której traci równowagę wygląda mniej więcej tak. Przysnął przed telewizorem, ocknął się i szuka Christine. Nie ma jej w kuchni, w łazience, ani tu, ani tam. Znajduje ją śpiącą w sypialni, więc z rozmachem zrzuca ją z łóżka. „Jak mogłaś mnie tak zostawić?” – jest wściekły z bezradności. Ona ma przy nim być, bo bez niej traci poczucie tożsamości. Uzależnienie, jak widać, jest obustronne. Christine zachowuje się tak, jakby go rozumiała. Jakby można było dopatrzyć się w tej histerii jakiejkolwiek racji.

Innym razem Uwe przychodzi naburmuszony, nie chce spróbować zrobionej przez Christine sałatki owocowej. Christine zabiera się za jedzenie, a po chwili torpeduje ją reprymenda męża: „Nie ciamkaj!”. Jejku, no próbuje nie ciamkać. Jeszcze gorzej! Pokornie odstawia miseczkę. Ostatecznie nie musi jeść, może ustąpić.

Najmocniejszym obrazem, który zostanie ze mną na pewno, jest ten, który ukazuje przejście Clary na stronę ojca. Najpierw Christine słyszy od córeczki: „Śmierdzisz!”. Ojciec milcząco potakuje i bawi się z dzieckiem, wystawiając mamę poza nawias. Christine idzie wziąć kąpiel. Ciało ma całe w sińcach. Kąpie się chyba za długo, bo Uwe dobija się do łazienki. Rozwala zamek, otwiera drzwi. Mała jest przerażona widokiem mamy. Kilka chwil później tatuś tłumaczy córeczce, że mama ma taką chorobę, że śmierdzi i że ciało jej się przebarwia od byle czego. 

Obecność dziecka działa stymulująco. Ono ich łączy. Wymaga ochrony, więc tłumaczy łagodzenie sytuacji przez Christine, unikanie konfrontacji. Dziewczynka pozornie pozostaje nietknięta, lecz toksyny działają podskórnie. Osadzają się cieniutkimi warstwami obserwacji. Ciekawym zabiegiem jest przeplatanie obrazów z wnętrza i z pleneru. Sceny zewnętrzne aż oślepiają jasnością. Dom może nie jest mroczny, lecz klaustrofobiczny, podszyty dziwną pustką (wzmocnioną selektywnie przepuszczonymi dźwiękami). Przydomowy ogródek to skrawek ziemi spod wyjętego betonowego kwadratu, ciasna przestrzeń, którą moje kinowe sąsiadki z rzędu wyżej ochrzciły „spacerniakiem”.

Dziwne jest to kino Gröninga. Działa skutecznie, choć równie skutecznie płoszy. Nie jestem przekonana, czy wszystkie rozdziały są niezbędne. Ktoś o innym reżyserskim temperamencie sięgnąłby jednak po nożyczki. Ja usunęłabym sceny ze starym mężczyzną, który nie wiadomo kim jest, a my obserwujemy go jak się ubiera, rozbiera, patrzy, nie patrzy. On jest w tym filmie chyba po to, by zapytać po co.

Gdyby przypadkiem Gröning zajrzał na tamaryszka, świeżo po kursie polskiego, i chciał ode mnie usłyszeć cenną sugestię, to mam coś w zanadrzu. Otóż: przy następnym tytule proszę zaszaleć. Wydłużyć film do siedmiu godzin, okroić listę dialogową i nie zezwolić na opuszczanie kina przed końcem.

Żona policjanta 1

W kinach Żona policjanta zagości w marcu.

zjazd absolwentów

Zjazd absolwentów, reż. Anna Odell, Szwecja 2013;
T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee (2-11.01.2015)

Zjazd absolwentów

Stojąca na pierwszym planie (plakat obok) aktorka i reżyserka, Anna Odell  sprawia wrażenie osoby myślącej obsesyjnie. Nie po zdjęciu tak sądzę, a po filmie. To ma swoje konsekwencje. Na przykład takie, że coś, co ona uznaje za prawdę i co próbuje udowodnić, może być odbierane jako wątpliwa hipoteza, w najlepszym razie opcja jedna z wielu. Zamiast więc śledzić jej misternie (zawile?) przeprowadzaną demaskację grzechów bliźnich, korci, by przyjrzeć się, kim  jest ona sama.

Geneza filmu: 20 lat po ukończeniu szkoły „podstawowej” organizowane jest spotkanie klasowe, na które Anna Odell nie została zaproszona. Raczej nie przez przypadek. Jest coraz bardziej znana w artystycznym świecie, ale ma za sobą lata trudnej młodości, gdy walczyła o akceptację, nie wierząc w siebie i bojąc się otoczenia. Nie zaproszono jej. Tak mało znaczyła, że jej obecność niczego by nie wniosła? Czy właśnie wniosłaby coś drażniącego jak niewidoczny, lecz uciążliwy włos w gardle? Zjazd absolwentów jest odpowiedzią reżyserki na dotkliwe dla niej pominięcie. Gdybym uwierzyła w ten film, powiedziałaby, że jest próbą zrozumienia. Tyle tu jednak ekshibicjonizmu i tendencji, że adekwatniej brzmi: próba rewanżu.

To film-eksperyment. Dwuczłonowy. Część pierwsza to fabularna opowieść o zjeździe, w którym Anna uczestniczy. Domniemana rekonstrukcja możliwych zdarzeń i interakcji. Kluczem jest ten tryb przypuszczający, o którym, oglądając, jeszcze nie wiemy. 

Spotkanie po dwudziestu latach. Impreza sentymentalna podszyta sztucznością. Chyba trudno zachować tu naturalność. Polegałaby ona na wyważonym balansie między sobą dawnym a obecnym, między tym, co pamiętamy i tym, co pamiętają inni. To taka gra kilkudziesięciu zadziwiająco różnych zapisów przeszłości, którą scala jakiś wspólny mianownik. „Byliśmy razem przez dziewięć lat”. I teraz też jesteśmy jak muszkieterowie. „Wspólnie mierzyliśmy się z przeszkodami” – w tej roli dobrze sprawdzi się znienawidzony belfer, jakaś upierdliwa szkolna zasada i pomniejsze, wspólne wszystkim problemy wieku dorastania. „Ten czas nas ukształtował”. Potrzebne są wspomnienia zdarzeń, które wszyscy uznają za formujące – szkolna wycieczka lub impreza, jakieś nieszczęście lub fart, którego razem się doświadczyło. Na tym to polega, po to przychodzi się na seans spirytystyczny. Im więcej sentymentalnego sosu, tym lepiej.

Podczas wywoływania duchów-mitów, ktoś stawia veto. Czarna owca, odszczepieniec, dywersant… wróg. Anna zabiera głos i rozbija iluzje. Mówi o swoim poniżeniu i odtrąceniu, o perfidnych żartach i napaściach, o ignorowaniu lub dokuczaniu. O latach, gdy sama o sobie myślała jak o kimś nic niewartym. „Teraz mogę i chcę powiedzieć to, czego wtedy nie potrafiłam”. 

I tutaj są dwie sprawy: jedna to emocjonalne problemy i poranienia Anny. Ta potrzeba wiwisekcji świadczy, że trauma wciąż trwa. Druga to reakcja klasy złapanej w potrzask. Ludzie mówią: byliśmy wtedy dziećmi, nie sądziłam, że tak to odbierasz, przestań, to nie jest właściwy moment. Stężenie irytacji narasta. Aż wszyscy przypomną sobie, dlaczego nie cierpieli tej wkurzająco osobnej, drażniącej persony i na nowo poczują nienawiść (co delikatniejsi może tylko gęstą niechęć).

Część druga Zjazdu absolwentów zaczyna się od wyjaśnienia: to był tylko film. Domniemanie. Przekroczenie granic, przed którym powstrzymuje świadomość niestosowności. Ale reżyserka nadal hula w najlepsze z manipulacją. Zobaczymy, jak każdy z osobna przyjmie zaproszenie Anny na projekcję filmu. Wielu odmawia. Ktoś przychodzi i dziwi się, nie rozpoznaje siebie w aktorskiej kreacji lub czuje się ośmieszony.

Anna Odell – jako bohaterka filmu – przeprowadza podwójną wiwisekcję i domaga się katharsis. To, co mogłoby być tarczą (prawda), okazuje się atrapą. Nie szuka prawdy, bo ją zna. Chodzi o to, by jej „prawdę” uznali pozostali i… I co? By poczuli się winni, by doświadczyli choć namiastki jej dawnego odrzucenia? Mam wrażenie, że Anna Odell – jako reżyserka – usiłuje za wszelką cenę skierować kamerę na swych dawnych „oprawców”, wziąć każdego z osobna pod mikroskop, wszystkich razem przyszpilić w chwili, gdy ją (w jej mniemaniu!) atakują. To jest coś kuriozalnego!

Film niepokojący. Graniczny. Uważam, że nieudany, ale budzący wiele refleksji. We mnie rodzi pytanie o to, czy taki nieoczyszczony ekshibicjonizm można nazwać sztuką? Zbigniew Herbert zgłosiłby (tak sądzę) votum separatum. Przypomniałam sobie jego wiersz Dlaczego klasycy, w którym tego rodzaju użalanie się nad sobą przeciwstawiał męstwu i powściągliwości starożytnych. Gdy w ostatniej strofie wskazywał na skutki sztuki zajętej gonieniem własnego ogona („to, co po nas zostanie/ będzie jak płacz kochanków/ w małym brudnym hotelu,/ kiedy świtają tapety”), mówił o estetyce granic chroniących przed ubabraniem.

Inna rzecz, która przeraża, to destrukcja nieprzebaczenia. Bycie ofiarą – bardziej mentalnie niż rzeczywiście. Tu nie mogę rozstrzygać, być może krzywda była jak najbardziej realna. Ale przeczuwam, że bez uwolnienia się od dawnej roli, przeżywając wciąż na nowo przeszłość, nie sposób ani znaleźć prawdy o sobie, ani w ogóle odnaleźć się Tu i Teraz, wśród nowych interakcji. Film-przestroga. W pewnym sensie: horror.

Obejrzałam w ramach projekcji Nowe Horyzonty Tournee, w kinach film pojawi się w lutym.

pani z przedszkola

Pani z przedszkola, reż. Marcin Krzyształowicz, Polska 2014

Pani z przedszkolaWszystko przez to, że potrzebowałam komedii romantycznej. Nie jestem amatorką gatunku, ale czasami dobrze zobaczyć zgrabnie skrojoną  opowieść z humorem, happy endem i wątkiem miłosnym. Miał być Scenariusz na miłość albo Love, Rosie, ale zniknęły tego dnia z repertuaru. Metoda klin klinem podsunęła mi rozwiązanie: zastąpić kom.rom. zwykłą kom. Padło na Panią z przedszkola, bo to był dzień jej premierowych seansów. Skusił mnie zwiastun. A trzeba było wiedzieć, że uleganie pokusom szkodzi: na biodra, na sumienie i na poczucie sensu. Zależy od pokusy.

Można by walić na odlew w te zwiastuny. Skąd się toto wzięło i komu służy? Dobre filmy rozwala. Złym zwiastuje rozczarowanie. Na przykład Whiplash – świetny film o mistrzowsko rozegranym napięciu. Zobacz zwiastun, a masz rozwaloną całą strategię. Pożycza sobie sceny efektowne, ale zarazem przełomowe, łącznie z finałem, który jednak nie powinien być odkryty przed czasem. Z Panią z przedszkola jest inaczej, bo dramaturgia filmu jest dużo słabsza (lub delikatnie mówiąc: inna).

W zwiastunie mamy świetną Krystynę Jandę w roli neurotycznej babci, którą irytuje wnuk zbyt wolno robiący babki z piasku. Albo zjadający opłatek podczas wigilijnej wieczerzy. Tu w sukurs małemu przychodzi ojciec (Adam Woronowicz), który, owszem, podsuwa mu kolejny, bardziej wypasiony, z Matką Boską. Aktor – myślę sobie, oglądając trailer – trafiony w dychę. Gra gapowato i błyskotliwie, męsko i tatusiowo, aż się prosi o wysadzenie z siodła i obserwację poczynań w jakiejś nietypowej sytuacji. Tworzy parę z Agatą Kuleszą, która choć ostatnio obsadzana w wielkich dramatach, w komedii czuje się jak ryba w wodzie i niemal na pewno nie zawiedzie. A przede wszystkim można się tu spodziewać tytułowej pani z przedszkola, czyli Karoliny Gruszki, na którą poszłabym, bo dawno nie widziałam, nawet gdyby nie mignęła w zwiastunie. A mignęła: powabem, eterycznością, no… choć nie było tego na plakatach, obstawiałabym komedię romantyczną.

Tymczasem komedia jest mocno rozrzedzona. Jeśli odjąć gagi znane ze zwiastuna, to w ogóle nie ma się z czego śmiać. Rozmija się więc moje zapotrzebowanie i obietnica wypisana wielkimi literami na plakacie (Komedia, jakiej nie było!) z tym, co wyświetla się na ekranie. Nadużycie co prawda niewielkie, bo gdyby zmienić zaimek i znak interpunkcyjny, byłoby ok: Komedia, której nie było…

Czy to źle? A kto to wie. Może  i dobrze, choć nie tak, jak być miało. Spod wierzchniej warstwy przebłyskują jakieś zręczne pomysły. Na przykład klimat rodzinki widzianej przez pryzmat wspomnień mężczyzny, będącego niegdyś tym czteroletnim berbeciem z przedszkola. Albo konstruowanie latawców, które nigdy nie mogą się wzbić w niebo. Pani z przedszkola z błękitnymi skrzydłami. Aktorzy nie rozczarowują. Nie przekonuje mnie autorski projekt Krzyształowicza. Odpowiada za scenariusz i reżyserię, film dedykuje własnej mamie i to od niego zależy, o czym on tak naprawdę opowiada. A to jest właśnie niejasne. I nie dlatego, że nie odczytuję wielopłaszczyznowości Pani z przedszkola. Za dużo tu płaszczyzn, które nie zaskakują w punkt. Jakby się uruchomiły zębate koła, które w siebie nie trafiają. 

Chciałam napisać jadowitą recenzję zatytułowaną: „wystarczy zwiastun”, ale złość mi się rozcieńczyła. Naszła mnie wątpliwość, że być może film komu innemu zaoferuje coś ciekawego, a poszczególne sceny wskoczą we właściwe szyny i wszystko zagra jak trzeba? Niewykluczone. Ja tylko wypunktuję, co moim zdaniem jest pudłem.

Primo: wizyty u psychiatryOpowieść o rodzince przedszkolaka jest retrospekcją snutą podczas terapii. Dawny przedszkolak ma lat circe 35 i problemy z przedwczesnym wytryskiem. Dziędziel w roli psychoterapeuty doradza więc, by opowiadał, manipulując przeszłością. Koncept jak balon – nic, tylko przekłuć. Te opowieści wariantywne są … niespójne, nieprzylegające, przypadkowe chyba, a w każdym razie ja sensu nie odczytałam. Bohater na kozetce jest nijaki, tyle o nim wiadomo, co ten wytrysk, który jest przedwczesny. Leży koncept, leży film. Leży i kwiczy.

Secundo: narracja z offu i zmanipulowany dzieciak (swoją drogą przesympatyczny). Czterolatka gra chłopiec o imieniu India, uroczy, jak to dziecię. Nie mówi nic, po prostu jest. Za niego, z offu odpowiada Cezary Morawski. Chwilami wygląda to na kliszę przeboju I kto to mówi? (komedia amerykańska z Travoltą i Kirstie Alley). Śmieszne to nie jest, więc ratunek jedynie w tym, że ktoś dopatrzy się sensu, który mi umknął. 

Tertio: motyw lesbijski, a zwłaszcza pierścionek w łechtaczce. Bo nie rozumiem. Komizmu się nawet nie doszukuję. Oczywiście, wszystko to być może: przedszkolanka (Karolina Gruszka) ma prawo zakochać się w mamie przedszkolaka. Zwłaszcza, gdy ta mama (Agata Kulesza) nie jest najszczęśliwsza ze swoim zbzikowanym mężem (Woronowicz), wiecznie klejącym latawce. Przyznaję, brak mi argumentów, by wyjaśnić, dlaczego to nie przekonuje. Po prostu.

Quatro: przerysowana pani z tv (Anna Oberc) i Łukasz Simlat, który nie ma czego grać. Zwłaszcza Simlata mi żal. Nie żebym nie doceniała problemu z tym wytryskiem (terapeuta zna łacińską nazwę, szkoda, że nie zapamiętałam). Na miły Bóg, nie może przecież być tak, że jak się w dzieciństwie wącha z Tatą klej do latawców, to przez całe życie ma się ubytki na osobowości.

I na koniec eleganckie wnioski edukacyjne: 
a) Ktoś powie, że niepotrzebnie się czepiam, szukając komizmu, gdzie go być nie musi. Otóż, primo: musi, bo trailer sugerował, dystrybutorzy obiecywali, a reżyser szczyptę gagów na przynętę wrzucił. Secundo: jeśli nie komizm, to co? Wszystko, czego się dopatrzę, po chwili znika bez rozstrzygnięć.

b) Nie wierz nigdy trailerom. Najlepiej ich nie oglądaj. No, wiem, że seans w kinie człowiekowi nie odpuści. Ale gdyby ktoś znalazł sposób na skuteczną kontestację tych spojlerów, to proszę się nim podzielić.

c) Jeśli ktoś ma dużo czasu i lubi nieśmieszne komedie lub lekko zabawne filmy o bardzo ulotnym sensie, to koniecznie powinien zainwestować w bilet na Panią z przedszkola.