birdman

Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2014

Iñárritu to bezdyskusyjny mistrz kontrapunktu. Dyrygent prowadzący niezależne linie melodyczne i wiążący je w polifoniczny węzeł. Każda z nich pozostaje sobą, ale też – wzbogacona współbrzmieniem – staje się czymś więcej. Oczywiście, skoro mówimy o filmach, linią melodyczną jest tworzący opowieść wątek. Skupić się na jednym to wcale niemało, a tu drugi, trzeci, czasem czwarty. Przy kolejnym oglądzie wcale nie jest prościej, bo każdy z wątków oglądamy intencjonalnie – tropiąc jego związki z pozostałymi (bo już wiemy, że one są i im mniej nazwane wprost, tym istotniejsze). Amores peros, 21 gramów, Babel. Trzy potwierdzające to tytuły.  BirdmanI najświeższy: Birdman, w którym fabuła nie rozszczepia się na oddzielne wątki. Wręcz przeciwnie, opowieść koncentruje się na jednej sprawie: ostatnich próbach i premierowym spektaklu sztuki. Pierwszoplanową postacią jest aktor chcący sobie samemu i wszystkim wokół udowodnić, że jest aktorem, nie celebrytą. Spektakl ma odegrać rolę lakmusowego papierka.

Czas i przestrzeń ściśle do głównego zdarzenia przylegają. To ledwie kilka dni z wieczornymi przedpremierami, aż po premierę i The Day After. Ciśniemy się na deskach Broadwayu, w piwnicznych garderobach i korytarzach, raz po raz wychodząc w najbliższą przestrzeń (dach, ulica, pub) dla zaczerpnięcia tchu lub zaciągnięcia się papierosem.

Inny Iñárritu? Ten sam. Tym razem polifonicznie splatający z sobą różne kody kulturowe: biograficzne, literackie, teatralne, filmowe, popkulturowe, socjologiczne, recenzenckie etc. Zamiast kontrapunktu nieustanne przenikanie się wielu warstw.

***

Riggan Thomson (Michael Keaton) to hollywoodzka gwiazda o szalonej (niegdyś?) popularności. Zagrał w superprodukcji (i jej licznych sequelach). Mike Shiner (Edward Norton), młody zdolny broadwayowskiej sceny ripostuje mu, że „popularność to tylko marna kuzynka prestiżu”, a ludzie i tak nie znają Riggana Thomsona, lecz „gościa w stroju ptaka, który opowiada dziwne historyjki”. Jak by nie było czarny ptasior chodzi za Rigganem, mówi do niego, kusi gwiazdorstwem i przekonuje, że nie umilknie, już zawsze będzie tuż obok, pod skórą, w głowie, nie pozwoli Rigganowi zapomnieć o sobie, bo…jest nim (albo odwrotnie: Riggan jest ptaszyskiem). Birdman7Warstwy: 1) biografia: Michel Keaton ogrywający własną karierę i wcześniejszy występ w Batmanie (1992). Problem Riggana staje się więc realnym pytaniem o wartość kunsztu aktorskiego tych, którzy zasmakowali popkulturowego sukcesu.

2) popkultura/świat Hollywood: W dialogach raz po raz żongluje się ikonami mainstreamu. A to plotka o Martinie Scorsese, który ma na premierze rozgrywać casting do nowego filmu. A to Woody Harrelson (Igrzyska śmierci 3), Michael Fassbender (tu wspomniany jako aktor z X-Mena), Jeremy Renner (jeden z Avengersów) etc. Czy anegdota „katastroficzna” o George`u Clooneyu, która jednak potwierdza, że choć Riggan deklaruje powrót na łono Sztuki, żal mu statusu gwiazdora, bezpiecznej amortyzacji dawanej przez sztab pracujących na niego „wizażystów”. Ze świata popkultury jest, oczywiście, materializująca się postać Birdmana. 

3) kod fantastyki – wieloznaczny i dodający do będącej w przewadze konwencji realistycznej, szaleństwo wizji. Można pójść za sugestią i wierzyć, że Riggan raz po raz fruwa czy telepatycznie przesuwa przedmioty. A można też traktować go jak znak narastającej choroby psychicznej lub spalającego zaangażowania w sztukę, które wystawia wysoki rachunek: coś za coś. 

4) litertura – film – teatr – bo przecież mamy trzy w jednym. Opowiadanie Raymonda Carvera (O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości) zaadaptowane scenicznie (fragmenty scen w różnych wariantach są teatralnym smaczkiem Birdmana). Z Carvera jest też motto filmu, mówiące o tęsknocie za miłością i byciem dla kogoś kimś ważnym. Jego parafraza pada w scenicznych puentach. Oglądamy jednak film. Film, w którym tekst literacki i sceniczne interakcje przełożone są na stricte filmowy język, wprowadzający między innymi całą (niedostępną czytelnikom i widzom teatralnym) zakulisowość scenicznych zdarzeń.

Birdman55) aktorstwo – najgrubszą kreską rysując, zaznaczymy rozdział między grą aktora filmowego i teatralnego, ale rzecz ma wiele niuansów, które rozgrywają się w starciu: Riggan – Mike. Pierwszy ma przed sobą przede wszystkim konfrontację z obcym światem teatru, więc jak nigdy dotąd wchodzi w rolę całym swym ciałem, psychiką i talentem. Nawet Mike (w rozmowie z Tabithą, krytyczką teatralną) odrzuci jej drwiącą etykietę „hollywoodzkiego klauna w kostiumie ptaka„, bo Riggan jest kim jest, ale w dniu premiery wejdzie na scenę i postawi wszystko na jedną kartę. 

Kulisy odsłaniają, jak serio aktorzy angażują się w zadanie i jak wielką wagę przywiązują do sukcesu. Mike, słynący z brawury scenicznej, eksperymentów, spontaniczności i „superrealizmu” (prawdziwy gin i nieudawany seks) powie wręcz, że sobą jest tylko na scenie, gra wszędzie poza nią. Oczywiście, że brzmi w tym pogłos szekspirowskiego toposu theatrum mundi.  Tym bardziej, że przecież Mistrz ze Stratfordu wraca również w popisie anonimowego aktora, który chcąc ukazać „skalę możliwości”, wygłasza monolog Makbeta o życiu, które jest powieścią idioty, a jakże.

5) krytyka teatralna (literacka, filmowa) – jej apodyktyczność, asekuranctwo, nierzetelność czy koniunkturalność – albo niezłomność, kryterialność, ochrona Sztuki przed oszołomstwem.Trzy sceny, w których pojawia się Numer Jeden teatralnego świata recenzentów z Nowego Jorku, Tabitha Dickinson, to arcyciekawa konfrontacja artystów i komentatorów. Najpierw jest rozmowa w pubie, Mike kontra Tabitha, w której wyczuwa się obustronną świadomość roli i tego, że każde z nich gra antagonistę drugiego. I za nic nie zmieniłoby kostiumu. Puenta należy do Mike`a: „Człowiek zostaje krytykiem, gdy nie może być artystą”.

I od podobnych słów rozpoczyna się scena druga (w tym samym miejscu, niecałą godzinę seansowego czasu później) między Tabithą i Rigganem, który zagaja: „co musi się stać w czyimś życiu, że zostaje krytykiem?” Już te animozje są wystarczająco pieprzne. Do tego świetnie zagrane napięcie, częściowo hamującego swe emocje aktora i cynicznie konkretnej pani krytyk. To jedno z pól konfrontacji: emocje (zaangażowanie, wystawienie na ocenę) – intelekt (wartościowanie, stawianie not). Jedna z moich ulubionych scen. Dynamiczna, choć bardzo „wypowiedziana”, bo zarówno Riggan, jak i Tabitha nazywają wprost swoje pretensje.

Zapamiętałam, że krytyczka na szczycie hierarchii swych kryteriów recenzenckich stawia misję. Ocalić teatr, ostatni bastion sztuki ignorujący blichtr celebry. To jej pozwala powiedzieć: „Zniszczę cię” jeszcze przed obejrzeniem spektaklu. I rozpoczyna wdeptywanie w ziemię wszystkiego, co Riggan sobą reprezentuje. A według niej jest to beztroska, nonszalancja, brak rzemiosła, płytkość i zależność od vox populi (box office`u czy innych pomiarów popularności). Tarczą Riggana Thomsona jest przekonanie o wtórności krytycznych diagnoz (Tabitha może pisać co chce, nie podejmując ryzyka, patrząc na wszystko – na sztukę, człowieka, na kwiat w wazonie – jak na coś, co trzeba sklasyfikować). Ostatecznie, zarzut do odparcia. Mocniejszy będzie następny, obnażający płytkość recenzji i brak profesjonalizmu. Riggan wyrywa notatnik i czyta zapiski Tabithy. Myślę, że Iñárritu wszedł w tej scenie w rolę Mściciela. Dostało się Tabhicie i wszystkim krytykom świata. Bo jeśli tak by było, że zamiast rzetelnej analizy rozdają etykietki i napuszone epitety, to czas najwyższy, by „przestali mylić dźwięki, które słyszą w swojej głowie z prawdziwą wiedzą”.

Scenę trzecią przemilczę, bo buduje finał, a w roli głównej wystąpi tekst napisany po premierze.

6) socjologia i generacje – o czym mówimy, gdy mówimy o zmianie generacji? O niewyobrażalnym przyspieszeniu, przepaści, totalnej zmianie kanałów, którymi dociera się do innych (zarówno wtedy, gdy mamy na myśli interakcje z bliskimi, jak i wówczas, gdy przyglądamy się tekstom kultury – inaczej niż dotąd odbieranym i komentowanym). Kwintesencją tego tematu jest starcie ojca z córką, Riggana z młodziutką Sam, która dopiero co zakończyła odwyk i zostaje przychwycona na pokątnym popalaniu. Pierwsza z płaszczyzn sporu dotyczy sfery relacji i zaufania. Ale mnie interesuje tło drugie.  Birdman3

Riggan sprowadza swe pretensje do tego, że coś może zakłócić efekt jego pracy. A jemu tak straszliwie zależy, by ludzie przyszli do teatru, uczestniczyli, przeżywali, docenili etc.

Sam (Emma Stone), poza tym, że nakłuwa balon egocentryzmu (nie o ideę tu chodzi, lecz o karierę i bycie ważnym), demaskuje też anachronizm odbioru sztuki. Przede wszystkim jej sacrum czy choćby ważność. A z pełnej wściekłości pyskówki wynika jedno: dziś nic nie jest tak naprawdę ważne, nikt nie kibicuje ci, byś stał się kimś, bo świat goni za wiatrem. Może cię obdarzyć uwagą tylko na moment i to pod warunkiem, że zejdziesz z teatralnych desek i zalogujesz się gdzie trzeba. Tam, gdzie dzieje się WSZYSTKO. Riggan pokpiwa, że tak myślą frajerzy, którzy chcą zaistnieć w sieci. Sam ripostuje: to ty masz problem z zaistnieniem. „Nienawidzisz blogerów, wyśmiewasz się z Twittera, nie masz nawet Facebooka. To ty nie istniejesz”. Jasne, że głos dziewczyny nie jest wykładnią, ona sama czuje, że się zagalopowała. A późniejsze sceny, w których zakłada ojcu konto na Twitterze lub informuje, że filmik z zarejestrowanym truchtem Riggana (w majtkach i skarpetkach) trafił na YouTuba i w ciągu godziny zdobył setki tysięcy fanów – brzmią ironicznie.

Zostawiłam tę scenę na koniec, bo pada w niej jedno z najważniejszych dla mnie zdań, które definiuje mi film Iñárritu. Mówi Sam: „Robisz to [spektakl], bo jesteś przerażony, jak my wszyscy, że jesteś nieważny. I wiesz co? Racja. Jesteś. To nie jest ważne. Ty nie jesteś ważny. Przywyknij do tego”. Mam nadzieję, że nie ja jedna odbieram Birdmana jako podważenie tej myśli. Coś jednak ma (może mieć) znaczenie. Dla kogoś jesteśmy (możemy być) ważni. I nie warto (to nie jest jedyna opcja) przywykać do egalitarnej pulpy, w której nic nie istnieje dłużej niż moment, a o ważności decydują lajki czy hejty.

***

Naprawdę niezły film. Zostanie z nami dłużej niż gorączka oscarowej nocy. Póki jeszcze mam kilka godzin na snucie spekulacji, dodam, że to mój faworyt. Najlepszy film.

Oj, Whiplash bardziej poruszyło emocje, Grand Budapest Hotel intensywniej mrugał aluzjami, a Boyhood mnie wzruszył. Lecz filmem najważniejszym, mającym przede mną jeszcze sporo odczytań jest Birdman.

***

aneks
Oscarowe statuetki
najlepszy film
najlepszy reżyser (Alejandro González Iñárritu)
najlepszy scenariusz oryginalny
najlepsze zdjęcia (Emmanuel Lubezki).

I pięć nominacji: aktor pierwszoplanowy (Michael Keaton), aktor drugoplanowy (Edward Norton), aktorka drugoplanowa (Emma Stone).

Advertisements

46 thoughts on “birdman

    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) A co widzę?;)
      M., no jak to na jaką epokę: na popkulturowe lata 90.;)
      Maska, dziób, wielkie pióra i hybrydowa tożsamość.
      Pewnie zgadujesz stylistykę. Mnie to do głowy nie przyszło. Zjawa z komiksu. Ale trzeba by zapytać kostiumologów.

  1. Stanisław Błaszczyna

    Uwielbiam filmy Iñárritu („Amores perros” to wg. mnie jeden z najlepszych filmów jakie oglądałem w swoim życiu), dlatego cieszy mnie, że napisałaś o „Birdmanie”, jak również to, że uważasz go za najlepszy film spośród wszystkich obrazów nominowanych do Oscarach w kat. Best Picture (ja również tak uważam).

    Miałem okazję krótko porozmawiać z reżyserem po amerykańskiej premierze „Babel”, powiedziałem mu m.in., że uważam go za jednego z najlepszych żyjących i tworzących obecnie reżyserów na świecie – co wcale nie było grzecznościowym komplementem, a wynikało z mojego głębokiego przekonania ;)

    Ja na „Birdmanie” dosłownie upiłem się kinem. Pewnie wynikało to z tego, że Iñárritu ma genialny dar absolutnego panowania nad filmową materią – i to nad każdą jej cząstką – ładując ją niewiarygodną emocją i wielością znaczeń – co przyprawia mnie o zawrót głowy, a czasem wręcz o euforię.

    Na pewno zwróciłaś też uwagę na to (choć w swoim tekście tego nie piszesz), jak ten film jest brawurowo zagrany i zarejestrowany: ma się wrażenie, że jego narracja opiera się na jednym jedynym długim ujęciu wypełniającym cały czas trwania filmu. Tak, jakby Iñárritu chciał nam pokazać: tak, jestem dobry w kontrapunkcie, ale też nie gorszy w prowadzeniu jednego wątku, (który i tak rozwija przed nami całe bogactwo znaczeń i asocjacji).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O,jak to świetnie dzielić z kimś zachwyt. :) Fenomenalny Iñárritu! Rozmowy Ci zazdroszczę (tak bardziej teoretycznie, bo nawet, gdybym miała szansę, to nie dałabym rady jej wykorzystać). Takich artystów nie ma wielu. Bo rzemiosło rzemiosłem, talent, dobór współtwórców – to wszystko ważne. Ale żeby skoczyć na taki poziom, to już Iskra Boża albo łut geniuszu. Tu wszystko gra. Więcej: są piętra czy sploty rozmaitych znaczeń. Intertekstualność i świeżość. Coś takiego, że po obejrzeniu chciałoby się albo zobaczyć jeszcze raz, albo choć sprawdzić fragmenty albo pogadać etc. Tu rozumiem to Twoje upicie się kinem. Właśnie ten rodzaj radości mam na myśli. Rzadka rzecz. Z nominowanych w tym roku jeszcze Wes Anderson ma taki dar, choć oczywiście idzie w inną stronę
      No i niewiarygodne: zakosił najważniejsze nagrody! Zacznę chyba wierzyć w Oscary. ;)

      Pisanie o Birdmanie to z jednej strony frajda, z drugiej – coś niemożliwego. Dopiero przy entym tekście mogłabym chyba poczuć, że przynajmniej sobie uporządkowałam wrażenia. Nie pisałam o zdjęciach – fakt, Lubezki zrobił swoje. O aktorach na pewno byłoby warto pisać. Muszę zajrzeć, czy pisałeś, bo nie pamiętam. Znam film od niedawna, więc dopiero teraz otwierają mi się oczy i uszy na komentarze. A przy tym wszystkim Birdman jest po prostu dowcipny.
      Jak to jest, że tyle da się zmieścić w jednym dziele? O, to jest pytanie do pani Krytyczki (Tabithy Dickinson) :)

    2. Stanisław Błaszczyna

      Mimo, że na Oscary patrzę z przymrużeniem oka, to jednak cieszę się bardzo z tego, że Iñárritu tyle ich zgarnął – i to w tych kategoriach uznawanych za najważniejsze.
      A cieszę się głównie dlatego, że będzie mu teraz jeszcze łatwiej realizować swoje filmowe plany, kręcić nowe filmy… I raczej nie obawiam się tego, że te Oscary go zepsują. Mam bowiem do niego zaufanie, jako artysty kina, który podąża za swoją wizją, a nie idzie na kompromisy z tymi, którzy chcieliby ewentualnie wpłynąć na formę i treść jego filmów.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Podobno już coś się święci. Z Leonardem w roli głównej. I nawet w tym roku ma być premiera.
      Oczywiście, że pragmatyczny wymiar nagród jest bardzo istotny. Więc – aż dziw – sprawy idą we właściwym kierunku.;)
      Ale widzę, że nie pisałeś niczego o Birdmanie. W ogóle ostatnio mało u Ciebie o filmach. Mam nadzieję, że to nie pod wpływem sądu nad krytykami przeprowadzonego przez Iñárritu.;)

      A jeszcze a propos aktorów, to idą równo, łeb w łeb, Michael Keaton i Edward Norton. Teraz mam bardziej w głowie Nortona. Dobrze pomyślana postać. Aktorski talent, pozorna nonszalancja, ale też typ artysty, który sobą jest tylko na scenie. Poza nią się gubi, bo świat go raczej nie zachwyca. Ta scena, gdy na „dachu” rozmawia z Sam i ona go zaczepnie pyta, co chciałby z nią zrobić. Odpowiedź brzmi: wydłubałbym te twoje wielkie oczy (naprawdę duże oczy Emmy Stone!) i włożył w miejsce swoich. Żeby widzieć świat tak, jak go widziałem, gdy miałem tyle lat co ty.
      Ale świetny jest na próbach – na każdej!

  2. Paweł

    To był też mój faworyt do Statuetki. I nie pomyliliśmy się :) Dobrze, że pośród różnych „Tytanic’ów” pojawiają się i co najważniejsze są zauważane takie perełki.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hurrrra!!!
      Ale to jest niesamowite. Najpierw to, że Pawlikowski został doceniony za Idę. Pamiętam jeszcze swój pierwszy seans. To już dawno temu. I choć podobało mi się od początku, to do głowy by mi nie przyszło, że tyle triumfów przed tym filmem. Cudnie.

      A Birdman, no tak: najlepszy film, reżyser, scenariusz, zdjęcia. A Snajper z tyłu. ;) Brałam pod uwagę taką możliwość, że plotki o szansach Eastwooda nie okażą się przesadzone i że amerykańskie nagrody uhonorują amerykańskie uczucia. Uczucia szanuję, film jednak trudno nazwać konkurencją do Birdmana. Ale się dzieje! Sprawiedliwość dziejowa!

  3. dragonfly

    Świetny film. Ile aluzji, znaczeń i warstw! Bohaterowie wyrzucają z siebie kwestie z prędkością karabinu maszynowego, co podkręca tempo akcji tak niby oldschoolowej (te długie ujęcia). a tak mozaikowej. Każdy ma tu swój kafelek. Nawet Kim Kardashian. Keaton ma ten nerw i w ogóle był świetny!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      No nie, Kardashian mogłaby nie pasować. Ptasiora z popkultury łatwiej zaakceptować niż ją. ;) Nie było Kardashian, nie pamiętam takiego kafelka.
      Tylko przytaknąć. Pozdrawiam

    2. dragonfly

      W sensie celebryctwa. że liczy się tylko fejs i ilosc obserwujących na Twitterze. Że popularność stała się jaką miara wartości i są tacy, którzy pomiędzy Kardashiankami a Keatonem postawią znak równości.

  4. maria

    To jakieś czary z tą Idą. Oglądałam film półtora roku temu w pustej sali małego kina i odebrałam go raczej jak niezwykły prezent na moje urodziny, nie myśląc zupełnie, że na świecie odniesie taki sukces. Życie jest pełne niespodzianek powiedział Pawlikowski na gali, zresztą film też to potwierdza. Fantastycznie! Mam wrażenie, że odsłoniła się na moment ta jasna strona mocy :)
    Co do Birdman’a to gratuluję Tamaryszku intuicji. Jeszcze nie oglądałam, seans przede mną.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, każdy ma swoją historię Idy. Pierwsze wrażenia i okoliczności. Dziś więcej się mówi o zdjęciach, a pamiętam, że bardzo podobała mi się muzyka. I klimat lat sześćdziesiątych.
      Toast za Idę!

      Wybierz się na Birdmana. Ja widziałam dwa razy. Za pierwszym razem wybrałam się prosto po pracy (bo jak nie teraz, to kiedy?). I byłam potwornie zmęczona. Fabuła Birdmana bynajmniej nie usypia, więc śledziłam ją, chyba nie gubiąc zbyt wiele. Ale po seansie miałam wrażenie, że milion spraw mi uciekło. Musiałam wrócić. A to przecież nie po raz ostatni.
      Intuicja mówiła raczej wbrew kalkulacji. Bo mi wychodziło, że będzie Snajper. Media się rozszumiały i zewsząd wiało dezorientacją (bo Snajper dużo słabszy).
      Pozdrawiam :)

  5. Stanisław Błaszczyna

    Właśnie obejrzałem „Amerykańskiego snajpera”. Film w sumie obrzydliwy (choć od strony filmowego rzemiosła dobry). Jechać do obcego kraju zabijać jego mieszkańców – o to z ukrycia!!! I z takiego człowieka robić narodowego bohatera! Czysty szowinizm!
    Wg mnie ten snajper był psychopatą i zabójcą, a nie bohaterem. Ta wojna, moim zdaniem, nie była etycznie usprawiedliwiona, dlatego poczynania tego człowieka uważam za zbrodnię (to, że wynikającą z bezmyślności, pseudo-patriotycznego zaczadzenia i prania mózgu, niczego tu nie usprawiedliwia). To może bezlitosne, co napiszę, ale śmierć z ręki innego szaleńca jaka spotkała snajpera, uważam za pewną sprawiedliwość losu. (Sorry, ale takie mam niepoprawne politycznie – i może bezlitosne – myśli w związku z tym filmem.)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ostro oceniasz. Nie bez racji.
      Ja bym dała tematowi szansę. Choć podział na wilki-owce-owczarki jest dużym uproszczeniem, to sytuacja żołnierza mającego ochraniać swoich poprzez uśmiercanie potencjalnych agresorów (tak, to kontrowersyjne i używam słowa tylko w kontekście militarnym), jest ciekawa. Za daleko poszedł Eastwood w uproszczenia.
      Stąd niezrozumiały zachwyt nad bohaterstwem. Ani bohaterstwa, ani sensu w misji Kyle`a trudno się dopatrzyć. Nawet gdyby zawiesić Twoje zarzuty (te wynikające z poglądów) i zająć się tylko robotą filmową.
      Mnie irytowało pokazanie motywacji postaci. Tato powiedział jakieś święte słowa, których on nigdy nie próbował weryfikować. Zapalił się do misji, oglądając relację medialną m.in. z ataku na WTC. Padają tam takie słowa: „co oni robią naszym?!” – i to cała motywacja. Odwet, zemsta, niezrozumienie, proste środki.
      Gdzieś w tym temacie jest potencjał. Ale trzeba by wyjść poza tę zbyt „amerykańską” definicję patriotyzmu i wiarę, że istnieje jedna słuszność. Cudzysłów celowy, bo wyobrażam sobie, że nie można tej formuły przypisać całej Ameryce. Choć jednak niepokoją mnie medialne donosy o popularności „Snajpera”.
      Rozumiem, że ceniąc filmowe rzemiosło, masz na myśli robotę operatora, montażysty etc…, tych, którzy pracowali nad oddaniem klimatu tej wojny. Zgoda.

  6. Stanisław Błaszczyna

    Oceniłem ostro (bo emocjonalnie) pewnie dlatego, że napisałem ten komentarz na gorąco, zaraz po obejrzeniu „Snajpera” i jeszcze nie ochłonąłem z… niesmaku (może nawet oburzenia?) jakie ten film we mnie wywołał. Ja niestety nie mogłem patrzeć na obraz Eastwooda tylko jak na film (być może jest to jakiś mój percepcyjny błąd?), zawieszając na dodatek swoje poglądy (a na wojnę w Iraku mam pogląd dość jednoznaczny). Kiedy więc widziałem jak dzielni żołnierze amerykańscy włamują się do prywatnych domów mieszkańców kraju, który zaczęli okupować (kto tu jest agresorem?), kiedy słuchałem jak Irakijczyków nazywa się (raz po raz) dzikusami („savages”), odhumanizowując ich po to, by łatwiej było ich zabijać… (wiele było takich elementów w tym filmie, które wzbudzały moją idiosynkrazję) to… najpierw szlag mnie trafiał, czułem się źle, a później zrobiło mi się strasznie… hm… przykro, smutno? To niestety rzutowało na mój odbiór całego filmu.

    Ale jednak najbardziej przygnębiła mnie narodowa euforia, z jaką Amerykanie przyjęli ten film – to, że stał się on takim patriotycznym „hitem”.

    Eastwood, którego skądinąd cenię i lubię, ma u mnie za ten film krechę (starcza demencja? – chyba nie, bo nadal jest on tutaj sprawnym reżyserem; pomieszanie z pogubieniem? – być może, bo słyszałem takie jego wypowiedzi, które sobie zaprzeczają).

    Tak, pisząc o sprawnym rzemiośle, miałem na myśli głównie techniczne aspekty filmowej roboty. Również siłę kreacji Coopera.

    Odpowiedz
  7. Stanisław Błaszczyna

    Nie rozumiem Eastwooda. Był on przecież zadeklarowanym przeciwnikiem wojny w Iraku, sam o sobie mówi, że jest raczej jak gołąbek, a nie jastrząb, a tu jednak gloryfikuje zabijanie (robiąc bohatera z killera). Nic w jego filmie nie wskazuje na to, jak wielką pomyłką (i de facto zbrodnią, bo pod względem etycznym nie można tej wojny usprawiedliwić) była agresja amerykańska na Irak (setki tysięcy ludzi straciło życie, zrujnowany i zdestabilizowany do dzisiaj kraj – a na tym właśnie podłożu wylęgła się żmija ISIS). Zamiast tego mamy dość prymitywne wstawki np. z 9/11 jako psychologiczne usprawiedliwienie postawy snajpera. (Cienkie to, cienkie… a może on po prostu lubił strzelać i był w tym dobry, wiec go zaangażowano do odstrzału „wroga” ?) Nota bene, twierdził on (mam tu na myśli postać rzeczywistą) z całym przekonaniem, że wśród tych kilkuset osób, które zabił, nie było ani jednego dobrego człowieka (wszyscy byli „bad guys”). Kolejny dowód na motywacyjny i ekspiacyjny prymitywizm tego człowieka pod tym względem. I z takiego kogoś robi się w tym filmie bohatera (ponoć to właśnie Eastwood obiecał ojcu snajpera, że w swoim filmie jego syna ukaże jako bohatera).
    Żeby było ciekawiej, kiedy Eastoodowi przedstawiono opinię znanych w Ameryce osób publicznych (mało, bo mało, ale kilka się takich znalazło), że snajper był psychopatą, to odpowiedział: „And they were right”.
    I bądź tu mądry (bo przecież nie wierzę, że Clintowi chodziło głównie o kasę – film zrobiony za marne 50 mln, zarobił już blisko pół miliarda dolarów – to też mi się średnio podoba, choć nie o kasę tu jestem zazdrosny, ale boli mnie owczy pęd z jakim Amerykanie popędzili do kina, by zobaczyć swojego bohatera – może w ten sposób zabijają w sobie świadomość, jak wielką klęską było ich wojna w Iraku? Forma kompensacji za poczucie coraz mniejszej skuteczności mocarstwowej Ameryki w globalnej skali?).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dzięki za komentarz. Nie mam takiego rozeznania w temacie. Tym ważniejsze są dla mnie Twoje spostrzeżenia stamtąd, tzn. ze świata, z którego wyrósł i bohater, i reżyser. Eastwooda cenię. To co robi w Snajperze – dziwne, niejednoznaczne, jednak niezupełnie czyste.

      Odniosę się do kilku tylko spraw.
      A propos języka. Uprzytomniłeś mi te częste rzeczywiście zwroty pod adresem tubylców. Dzikusy. Pamiętam tę scenę, kiedy Snajper po trafieniu mężczyzny obserwuje chłopca. Chłopiec podchodzi, wyciąga zmarłemu broń (nie umiem nazwać co to), próbuje skierować ją na wroga. „Zostaw, gnoju” – mówi Kyle.
      I to jest ciekawa sprawa. Bo – po pierwsze Kyle nie musiał tego mówić z nienawiścią, tylko zaklinał rzeczywistość, żeby mały odszedł, i by on nie musiał do niego strzelać. Po drugie – wyobrażam sobie, że taka jest językowa rzeczywistość. Wroga się bezcześci językiem. Wątpliwości się neutralizuje. Może – to nie cynizm – m.in. tym sposobem formuje się morale. Bo wróg nazwany dzikusem jest jak szkodnik do usunięcia. Chodzi mi o to, że to jest dopuszczalne, że tak mówią żołnierze. Problem w tym, że Eastwood nie zrobił niczego lub zrobił za mało, by to zrównoważyć. Zostawia widza z tymi „dzikusami”, każe nam podobnie myśleć i czuć. A to jest absolutnie niedopuszczalne. Z powodów, o których piszesz.
      Uderzam głównie w Eastwooda. Poszedł na skróty. I – no cóż – na jego konto trzeba zapisać podgrzewanie głupiego szowinizmu.

      Mój odbiór był taki, że reżyser nie dopracował postaci. I tu się mogłam mylić. Jeśli Kyle był rzeczywiście tak prosty i nieskomplikowany jak postać, którą odtwarza Cooper. Cooper, który to, co miał do zagrania, zagrał ok. Tylko – i tak się nakręca spirala – w imię czego?

  8. Stanisław Błaszczyna

    O tak, wroga się odczłowiecza na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest właśnie to bezczeszczenie językiem, o którym wspominasz, ale nie tylko – wystarczy przypomnieć sobie, co robili amerykańscy żołnierze z więźniami w Abu Gharib (swoją drogą czekam na film o amerykańskich zbrodniach w Iraku, jak np. zamordowanie całej irackiej rodziny przez amerykańskich marines, po uprzednim zgwałceniu przez nich kobiet – ciekawe czy się doczekam?), gdzie upokarzano i torturowano Irakijczyków.
    Jeśli odczłowieczaniem wroga buduje się „morale”, jak piszesz, to jest to raczej a-morale. Niestety, żołnierze w warunkach bojowych, stają się powodowanymi instynktem zwierzętami – swego rodzaju automatami – maszynami do zabijania. Nie wiem, czy sobie przypominasz, że w jednym z moich tekstów o wojnie, (wiem, że go czytałaś, bo pamiętam Twój komentarz) cytowałem płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”), który podczas wywiadu udzielonego „Polityce”, powiedział m.in.: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
    P: Jakie to cechy?
    Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)”
    P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
    Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”
    Choć (mimo mojej niechęci do wojska) nie podzielam radykalizmu Wilka (sam przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy czytałem te jego wypowiedzi), to jednak uderza trafność jego spostrzeżenia w kontekście postaci filmowego snajpera.

    Zgadzam się: Eastwood poszedł na skróty, także tworząc ekranową postać Chrisa, która w sumie jest jednak dość kartonowa (Cooper próbuje ją jakoś ożywić, nasączyć psychologiczną intensywnością, ale chyba scenariusz mu na to niezbyt pozwala, więc gra on głównie oczami i mimiką – tak jakby chciał rozsadzić postać prymitywnego w sumie człowieka jakimś większym znaczeniem, nadać jej głębi, wyższego sensu… Ale to trudno zrobić w środku jatki, jakiej film Eastwooda (specjalisty przecież od batalistycznego naparzania się i strzelaniny) nam nie szczędzi. Stosunek Chrisa do rodziny też – wbrew pozorom – nie jest skomplikowany, bo wszyscy żołnierze cierpiący na PTSD zachowują się tak samo: tracą kontakt ze swoim otoczeniem, narkotyzują się lub upijają, żyją w swoim świecie wojennej traumy, zrywają się ich więzi rodzinne… etc. (PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski.)

    Też się kołata w mojej głowie pytanie: w imię czego?
    W imię czego Eastwood nakręcił film… chyba jednak wbrew sobie?
    W imię czego talent Coopera męczy się z takim prymitywem jak Chris?
    Obawiam się, czy aby odpowiedź na te wszystkie pytania nie jest jednak trywialna.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Społecznie użyteczna psychopatyzacja… Trudno komentować. Absurdalnie jest ten świat poskładany. Jeśli wydrążeni z uczuć i refleksji żołnierze są wytworem (albo efektem) celowego formowania, wydobywania z nich tego, co wyrasta z instynktu, to nie wiadomo, czym bardziej się przerażać. Efektem czy obróbką.Czy zgodą owiec na kastrację owczarków.

      Poważna sprawa, ale zabawnie brzmi zdanie: PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski. Póki co, póki nie ujawni się jakaś inna prawda o Legendzie, pozostanę przy odbiorze płaskim. ;)

  9. Stanisław Błaszczyna

    Owczarków wcale nie musi się – i nie powinno – kastrować. To są mądre psy, nawet z swoimi hormonami. W przeciwieństwie do mężczyzn – żołnierzy, którym testosteron często odbiera rozum.
    Swoją drogą ten podział na owce, wilki i psy pasterskie, (który wpaja do głowy małego Chrisa jego ojciec) jest niebywale infantylny – a urasta w filmie Eastwooda niemal do rangi konstytucji światowego porządku, staje się czymś w rodzaju psychologicznego credo bohatera „Snajpera”. Zresztą, w dziele Eatswooda jest niestety znacznie więcej takich „kwiatków”.
    Poza tym, sugerowanie, że film ten jest filmem anty-wojennym (jak robi to reżyser i całe gremium zachwyconych „Snajperem” krytyków) jest według mnie – jeśli nie obłudą – to skrajnym okłamywaniem innych i siebie samego. Żaden naprawdę uczciwy film anty-wojenny nie wywołuje u widza aplauzu i satysfakcji z tego, że jeden człowiek zabija drugiego człowieka (na dodatek odhumanizowanego); nie ukazuje zabijania jako bohaterstwa; nie powoduje też, że widz napawa się prezentowaną mu widowiskowo na ekranie batalistyką – wszystkimi tymi wybuchami i całą tą strzelaniną – a z tym mamy do czynienia w „Snajperze” na każdym kroku.
    Smutny to film. I przewrotny.

    Odpowiedz
  10. peregrino

    Tamaryszku jak fajnie… jestem właśnie po seansie Pana Ptaka no i to jeszcze w SoHo w NYC .. byłem na sali prawie sam.. niestety Oskar komercyjnie filmowi raczej już nie pomoże :^) … nie to że klapa bo całkiem sporo przyniósł dochodu ale ci mieli obejrzeć to obejrzeli .. myślę, że troszkę jak z tą sztuką w filmie …
    .. moje wrażenia są niezłe ale jak dla mnie Babel był dużo bardziej interesujacym i odkrywczym filmem .. .. tutaj kreacje aktorskie ciagną film bo pomysłu starczyło moim zdaniem na pół filmu a potem troszkę wieje nudą tak że zacząłem spogladać na zegarek i ziewać nieco co by mistrza Inarritu nie urazić …. np dla mnie wątek córki i żony nieco sterotypowy i wieje schematem …
    zdjęcia ciekawe przez ten jeden drugi kadr ale muszę przyznać, że po jakimś czasie jest to troszkę męczące i wydaje się sztuką dla sztuki
    w sumie film ciekawy ale jak dla mnie nie Oskarowy .. natomiast główna rola męska tak jak najbardziej .

    jednak to nie Snajper ale Boyhood był głównym rywalem Birdmana .. jak dla Boyhood o wiele ciekawszy mówiący o tych zwyczajnych Stanach poza bąbelkiem Hollywood i Broadway mówiący o zwyczajnym życiu w sposób odkrywczy .. może dlatego, że mam już dorosłe i dorastające córki widziałem tak wiele znajomych mi odbić … nie było od czasu American Beauty tak świetnego filmu o tym jakie Stany na prawdę są … to że film nie dostał Oskara to myślę jest wykładnia, że członkowie Akademii tak na prawdę obracają się w bąbelku zadala od prawdziwego życia które ma się w Stanach … no a może też nie bardzo lubią Teksasu, który właśnie jawi się jako takie ‚zwyczajne’ miejsce :^)

    a Snajper jako dobry film i komercyjnie niesamowity sukces co to pozostałych pretendetów zostawił daleko za soba to miał raczej przechlapane u Akadamii już przez postać reżysera Eastwood jako zagorzały i bardzo prominentny Republikanin mocno zaangażowany politycznie … po za tym Eastwood już dostał w przeszłości Oskary dwa razy za Unforgiven i Milion Dollar Baby .. myślę, że temat wojenny już został niedawno nagradzny w Hurt Locker

    bardzo ciepło pozdrawiam tym razem z NYC

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Birdman w New York City! [westchnienie lekkiej zazdrości]
      E,tam – sama bym zgadła, że z wszystkich filmów Iñárritu wybierzesz Babel. Bo on się rozgrywa w przestrzeni, w różnych stronach świata, na zderzeniu kultur. Coś dla obieżyświatów. ;)

      Co do oscarowej motywacji Akademii to nigdy nie wiadomo. Wszystko mogło się zdarzyć. Tymczasem dopiero co Boyhood wyszedł w Polsce na dvd, więc w krótkim czasie obejrzałam ponownie (dwa razy!). Dziś na przykład. Świetny. Ale jednak są dłużyzny. Oczywiście, nie wiem, z czego by tu zrezygnować. Facet nakręcił tyle materiału, szkoda wyrzucać. I wszystko jest spójne, obrazy rozlewają się epicko, czas płynie, nawet niesforny tatuś w końcu dojrzewa (choć on sam nazywa ten stan kastracją)… My chwytamy chwile, chwile przyłapują nas – w Wiecznym Teraz. Ok, nie ma zarzutu. Ale jednak… Gdybym miała raz jeszcze odpowiedzieć, czyja robota reżyserska wprawia mnie w większy podziw, wskażę Iñárritu. A filmem na życie pewnie będzie Boyhood, oglądany z lampką wina lub przy kolacji, z sentymentem, bez wstrząsu.

      Powiem Ci: obejrzyj (kiedyś) Birdmana jeszcze raz. Zobaczysz, że będzie różnica.
      Mnóstwo świetnie dopracowanych, piętrowych scen. Wspominałam o niektórych. Którą jeszcze przywołać? Szlafrokową? Kończy się wejściem na scenę niemal w negliżu. Może te wszystkie teatralne, one tworzą całość. To szukanie prawdy (superrealizmu?). Odrzucanie zbytecznych zdań (Mike sugeruje Rigganowi, by z czterech zdań o tym samym zrobił jedno). Rozpoznawanie, o czym jest sztuka (po to są przedpremiery, by aktor mógł zrozumieć, co zrobił – wcale nie żart). Zresztą – kluczowe jest pytanie zadawane przez postać Riggana.”Co jest ze mną nie tak? Dlaczego muszę błagać ludzi, by mnie kochali?” Tylko że nie o to mi chodzi, jakie pada zdanie, ale że to wszystko z sobą gra, tworzy całość. Akurat ta kwestia współbrzmi z mottem (i tytułem sztuki Carvera).
      – AND DID YOU GET WHAT YOU WANTED FROM THIS LIFE, EVEN SO?
      – I DID.
      – AND WHAT DID YOU WANT?
      – TO CALLED MYSELF BELOVED, TO FEEL MYSELF BELOVED ON THE EARTH.
      Mnie się wydaje, że na poziomie wątków wiele różnych spraw się zazębia. A jednocześnie wiele scen broni się niemal w oderwaniu od kontekstu (w kontekście zyskując nadwyżkę). Akurat córka Riggana przemawia do mnie mniej. Poza tą sceną wspomnianą w poście, gdy wygarnia ojcu zapatrzenie w siebie i przedkładanie sztuki nad życie. Ale np gra w prawdę i wyzwanie – też dobre. Żona banał? Taka znów schematyczna nie jest. Myślał o niej, gdy żarły go meduzy.;)

      Nie jestem w stanie pozbierać błysków w coś przekonującego i spójnego. Bo musiałabym na poziomie słowa powtórzyć działania Iñárritu. Nie da się.

      Ale dobrze, że widziałeś! Pozdrawiam :)

    2. peregrino

      Tamaryszku .. tak wiesz szedłem wczoraj z walizeczką po NYC w kierunku Grand Central Terminal i przechodząc Broadway tam gdzie spotyka się z Piątą Aleją .,spojrzałem w górę czy może Birdman nie leci sobie gdzieś :^) …
      film na pewno bardzo ciekawy i kreatywny .. choć w mojej opinii nieco nierówny pod koniec ta scena z Keatonem w majtkach biegnącego przez Times Sq obudziła mnie .. fajna bardzo .. Neal Patrick Harris skopiował ją podczas wręczana Oscarów było bardzo zabawnie …
      meduzy były fajnym ale miałem na myśli słabo zarysowaną eks-żonę .. moim zdaniem postacie kobiece w filmie raczej wypadły blado i schematycznie no ale tako to chyba miało być
      ja ;lubię wyraziste kobiety takie jak Mama w Boyhood .. prawdziwa kobieta które tu widzę .. Patricia Arquette chyba w roli życia …jest tu takich kobiet samotnie wychowujących dzieci bardzo dużo .. dla nich te dylematy aktorek z Broadwayu to troszkę problemy jak z komiksu .. :^))

      no ale lubię obydwa filmy i Cierpienia młodego Wertera z Teksasu i Cierpienia starzejącego się Batmana ;^)))
      pozdrawiam bardzo ciepło :^)

  11. czara

    Tamaryszku, wracam do tradycji wracania do Twoich recenzji po filmie, choć akurat tę czytałam jeszcze przed oskarami i akurat jakoś tak mi towarzyszyłaś podczas oglądania, jako moje vademecum ;) Cóż, niestety muszę się z Tobą zgodzić co do joty. Choć Piotr też ma trochę racji co do takiego szybkiego machnięcia pędzlem żony i córki: córka narkomanka nieobecnego taty to faktycznie trochę oczywiste, już ta była żona mniej – jakoś taka za zwykła, za skromna jak dla celebryty, za wierna. I w ogóle urocza :)
    Mnie frapuje trochę wątek szaleństwa, który nazywasz kodem fantastyki. Może sama za bardzo szukam hiperrealizmu, bo dla mnie bohater cierpi po prostu na psychozę, co – jak dla mnie – trochę odejmuje uniwersalizmu jego losom (choć niewątpliwie dodaje atrakcyjności filmowi).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Niestety, też muszę się z Tobą zgodzić. :))
      Nie postawiłam mu tak jednoznacznie diagnozy: psychoza-schizofrenia-zaburzenia afektywno-dwubiegunowe, bo może wszystko naraz a może nic. Ale chyba jednak coś. Uniwersalizmu to nie unieważnia, wszak kto z nas jest normalny, niech pierwszy pomacha skrzydłem.

      Fantastyka jako środek wyrazu. Bo bez umowności. Prawie jak u romantyków, gdzie jeśli dobro się ściera ze złem, to zraz anioł po prawej, diabeł po lewej (i psychomachia).

      Miło, że czytasz. :) Bo ja tak ciągle tylko kino i kino. Planuję płodozmian, a potem znów coś obejrzę, opisuję. I już na nic innego nie mam czasu, bo przecież ile można blogować. Kino permanentnie wypiera inne tematy.
      Pozdrawiam :)

  12. Romek

    Trafiłem tu przypadkiem,świetna recenzja Birdmana,dołączam się do zachwytów w każdej linijce i gratuluję talentu pisarskiego. Jednak dlaczego tak zachwycacie się Idą? Przecież ten film to nasza zbrodnia na narodzie,kwestią wyjaśnienia nie jestem człowiekiem o jakichś skrajnych poglądach,ale akurat ten film wywołuje u mnie niesamowity ładunek niezgody na oscara dla niego. A także na jakiekolwiek zachwyty,jest tendencyjny i wypaczony,dość już poniżania nas jako narodu i samobiczowania się za historię minioną,zachęcam by energię która nieustannie idzie w tamtą stronę naszej historii, przenieść na czasy obecne,bo dzieje się wystarczająco dużo złego w naszych świeżych dziejach. Przepraszam za wątek z Idą w dziale zachwytów nad Birdmanem,do którego to działu wchodzę całym sobą,ale musiałem to wykrzyczeć…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Witam. Nic się nie zmieniło. Wciąż uważam, że Birdman jest naprawdę rewelacyjny. :) Rozumiem, że podzielasz ocenę i wcale mnie to nie dziwi. Chociaż nie jest to film, który zaspokoi oczekiwania wszystkich.
      Z Idą jest podobnie. Wyobrażam sobie, że kogoś może nie zachwycić lub znudzić. Ale żeby się na ten obraz zacietrzewiać?

      Obejrzałam film Pawlikowskiego w październiku 2013, na długo przed tym oszołomskim dopatrywaniem się w nim jakichś antypolskich akcentów. Swój odbiór zapisałam TU.

      Więcej szkody narodowi wyrządzają te nie wiadomo skąd się biorące kompleksy. Lęk, że ktoś o nas źle pomyśli. I rozbije złudzenie o narodzie niepokalanym, heroicznym, skrzywdzonym, lecz dumnym. Romku, absolutnie żaden naród taki nie jest. Bo ludzie są czasem piękni a czasem brzydcy, dobrzy i źli. Kropka.
      Ida to film subtelny, o czymś zupełnie innym. A Pawlikowski dla polskiej kultury zrobił wielokroć więcej niż jego krytycy.
      Jeśli masz inne zdanie, trudno. Nie wchodzę w dyskusję.

  13. Wspolnik

    Przyłączając się do przeważających zachwytów nad filmem dorzucę swoją interpretację. Dla mnie film „Birdman” to przede wszystkim film o rozpadzie. Iñárritu, właśnie w ramach wspomnianej polifoniczności, rozgrywa tę opowieść oczywiście na kilku poziomach, ale tym elementem, który je spaja jest właśnie dla mnie przekonanie, że prędzej, czy później dopadnie nas nieodwracalny i niepowstrzymywany chaos i upadek. Taka entropijna perspektywa najmocniej uderza oczywiście w przypadku głównego bohatera, którego kariera jest w fazie mocno „zwijającej się”, a życie osobiste… No właśnie. Rozstał się z żoną, choć co rusz, przebija w tym wątku nawet nie tylko żal, że się nie udało, ale wręcz niezgoda na to, przynajmniej jeśli chodzi o Riggana. Nic więc dziwnego, że jego nowy związek rozpada się właściwie na naszych oczach, gdyż raczej trudno o poważną relację, gdy emocjonalne zasoby cały czas w tak dużym stopniu pochłania wcześniejszy związek.
    Samo przedstawienie przygotowywane przez Riggana i jego zespół to już pokazywana metodycznie wiwisekcja postępującego rozpadu. To, co miało wewnętrznie „posklejać” głównego bohatera a otoczeniu udowodnić, że jest artystą i jest „ważny”, to pełzająca katastrofa, symbolicznie rozpoczęta wypadkiem skutkującym stratą aktora, którego jednak zastępuje człowiek, który zaczyna być może jeszcze bardziej rozbijać całe przedsięwzięcie, choć przecież miał je – jako gwiazda – uratować (zresztą w swoim przekonaniu właśnie to robi, tępiąc swoją bezkompromisowością miałkość i fałsz o które oskarża Riggana). W przypadku tego wątku bardzo podoba mi się zresztą jego zamknięcie, tzn. premiera sztuki + rewolwer (nie zdradzając więcej, by nie zdradzać zbyt dużo), przewrotnie podejmujące kwestię tego, czy, a jeśli tak, to jak, powstrzymać rzeczoną katastrofę (inną katastrofą?).
    A do tego jeszcze rozpad dotychczasowego świata głównego bohatera, przy czym nie chodzi mi tu o karierę i wygodny, bo niewymagający, ptasi kostium. Mam na myśli raczej świat jako zbiór pewnych reguł, a także przewidywalnych i zrozumiałych mechanizmów, które wpływają na nasze życie i je kształtują. Ten świat zaczyna być dla Riggana niezrozumiały, co więcej – jego córka nawet nie jest w stanie mu tego świata „przetłumaczyć”. Za duża przepaść. Postać córki jest dla zresztą dla mnie w filmie bardzo ciekawa (i to nie tylko za sprawą Emmy Stone, którą bardzo lubię i cenię, bo gdyby tym tropem podążać, to bardzo lubię też Keatona, a Nortona od czasu „25-tej godziny”, to wręcz uwielbiam). I również, podobnie jak Ty, dostrzegam znaczenie sceny wspólnej rozmowy ojca i córki. Jej słowa odbieram jednak nieco inaczej, wyłapując z niej niestety raczej mroczne odcienie. Ja zrozumiałem to tak, iż próbuje ona swojego ojca wybić z przekonania, że swoimi działaniami może on powstrzymać nijakość, której ten tak się boi (i nie tylko w sztuce, ale także w życiu, nie potrafiąc np. dojrzeć do faktycznego zakończenia swojego małżeństwa, co przecież zawsze jest jakąś formą życiowej porażki). Wydaje mi się, że Sam mówi ojcu: „To nic nie da. Miałeś swoje 5 minut, którego większość ludzi nigdy nie będzie mieć. Ciesz się tym, a nie odcinaj od tego, ale jednocześnie wiedz, że to było swoiste odchylenie od normy, po którym wracasz do swojego marnego życia, które dla przeciętnego człowieka jest codziennością, poza którą nic innego nie zna”. Smutne i gorzkie. Prawdziwe? Nie odważyłbym się stanowczo zaprzeczyć ;)
    Ale żeby jednak było zabawniej i by nie mieć wątpliwości że Iñárritu to reżyser wyśmienity, to w całą tę rozedrganą i skąpo operującą jakimiś stałymi punktami zaczepienia opowieść, wprowadza nas za pomocą płynnie sunącej kamery, montując całość tak „miękko” i niezauważalnie, że faktycznie mamy wrażenie arcydługiego ujęcia. Obstawiam, że w większości szkół filmowych przyszli filmowcy słyszą: „Jak chcesz, żeby było dynamicznie, jak chcesz pokazać chaos, to – tnij, tnij, tnij”. A Iñárritu sobie płynie… Efekt zachwycający.
    Dodam jeszcze – jak to zwykle u mnie – słowo o muzyce. Bo tutaj także zostajemy wpuszczeni – nie, nie w maliny – w zupełnie zaskakującą sytuację, która może by nie była tak dziwna, gdyby chodziło o Whiplash. Muzykę w zdecydowanej większości tworzą po prostu improwizacje perkusyjne Antonio Sáncheza, które dla mnie są taką zwichrowaną formę werbli zapowiadających jakiś zwrot akcji. Tymczasem tutaj te „werble” niczego tak naprawdę nie zapowiadają, a jedynie podtrzymują – jakże trafnie, pięknie i oszczędnie – nastrój nerwowości nieustannie towarzyszącej bohaterom.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O rozpadzie? Brzmi naprawdę przekonująco. „Zwijająca się” kariera, porażki osobiste (relacje) i katastroficzne spojrzenie na świat. Ładnie z tym współgra kwestia, po wielokroć wygłaszana podczas prób. A jeszcze – co nie mniej ważne – rozpad psychiki, emocjonalne zakleszczenie, w którym joga już nie pomoże: osobowość ulega rozszczepieniom. Wiara, że sztuka ma moc scalania nie jest przecież gwarantem. Ok. Rozpad. Nie nazwałam tak tego sobie wcześniej.
      No właśnie: czy sztuka zintegruje Riggana, czy nie ma na to szans i może co najwyżej zapewnić mu start w zawodach o godność? Gdy pisałam o scenie rozmowy córki z ojcem, trochę już idąc na skróty, zawiesiłam czarny scenariusz. Teks Sam jest rewelacyjny. Taki „wyciąg gorzkich ziół”,zdarcie zasłon – bo przecież do szlachetnego celu Riggana dołącza mnóstwo przydatków. A to chęć potwierdzenia swojej wartości w obiegu medialnym, a to pycha, a to – szlachetna skądinąd – potrzeba zaistnienia, potwierdzenia, że się jest. Sam neutralizuje te zasłony dymne. I ściąga Riggana-artystę do szeregu śmiertelników. Wszyscy chcemy zaistnieć, potwierdzić swoją odrębność, wyjątkowość. I wszyscy, więc Riggan nie powinien mieć złudzeń, przegrywamy wyścig z czasem i szumem.
      Zostajesz przy tej pesymistycznej wykładni. Może, może. Gdzie ja widzę nadzieję? – jednak w tym staraniu się. Choć uśmiech Sam w ostatniej scenie jest już z innego („fantastycznego”) porządku.
      Bębny – racja!

  14. Stanisław Błaszczyna

    Twojego wspólnika czyta mi się równie dobrze, co Ciebie. (Ciekawe dlaczego? ;) )

    Nie wiem, może to jakiś afekt, ale uważam że Iñárritu jest reżyserem genialnym.
    Myślę, że on zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że nasz świat jest światem rozkawałkowanym, entropicznie niestabilnym, który my nieustannie próbujemy sklejać do kupy… Podobnie jak on w swoich filmach. I co ciekawe – równie dobrze mu wychodzi to wtedy, kiedy prowadzi równolegle kilka wątków polifonicznie, przeskakując z jednego do drugiego (za pomocą niezwykle precyzyjnego montażu), jak i wtedy, kiedy „ciurkiem” (pozornie nieprzerwanie) filmuje świat w jego spontanicznych przejawach (tym ostatnim mistrzostwem wykazał się właśnie w Birdmanie”).
    Jeśli więc uważasz, że ten film jest o rozpadzie, to jest on o rozpadzie właśnie dlatego, że cały nasz świat jest w stanie ciągłego rozpadu (o życiu konkretnego człowieka nie wspominając). Jest to konsekwencja. Ale już sam akt twórczy (np. Iñárritu kręcącego film) jest próbą przeciwstawienia się temu rozpadowi – i nieważne w tej chwili jest to, że nie jesteśmy w stanie tak naprawdę zatrzymać ten rozpad. Ważne jest to, że w procesie tym pojawia się artyzm (jeśli chodzi o sztukę), ale też – w wymiarze szerszym – bardziej uniwersalnym i egzystencjalnym – dzieje się nasze życie (innymi słowy: nasze życie – w sensie trwania – staje się dzięki temu możliwe).

    Muzyka jest bardzo ważna dla Iñárritu jako jeden z elementów jego filmów. Sam słyszałem jak o tym mówił – on synchronizuje dźwięk z obrazem co do sekundy – osobiście (nikomu innemu nie pozwala tego robić). Tak więc w jego filmach nie ma przypadkowych dźwięków. I ta perkusja jest cholernie ważna dla brzmienia całego filmu – i to nie tylko w tej warstwie dźwiękowej, ale i znaczeniowej, narracyjnej, atmosferycznej, psychologicznej, wręcz spirytualnej ;)

    Zapewne wiesz, że Iñárritu jest w trakcie kręcenia nowego filmu, czegoś w rodzaju survival-westernu (?) – i jest to ponoć kolejny jego eksperyment (ale skoro główną rolę gra w nim DiCaprio, to chyba ryzyko niepowodzenia zmniejsza się dość drastycznie ;) )

    Pozdrawiam,
    S.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Zdaje się, że na temat nie do końca czarnego rozpadu mamy podobne zdanie. Co do muzycznych rozwiązań, wierzę na słowo (na oko i ucho), że wziął się za to fachman. Brak płynnej melodii niesamowicie przyprawia całość. Otóż to, ale by było inaczej, gdyby muzykę pisał nastrojowiec Zimmer lub mistrz Desplat. Każdy z nich przemajstrowałby rzecz po swojemu.
      Przytakuję Waszym uwagom o werblach.

    2. Wspolnik

      W pełni się zgadzam się na takie rozwikłanie wątku „rozpadowego”. Rzeczywiście, Iñárritu zdaje się nie mieć złudzeń, co do natury świata, ale też nie lamentuje nad tym, że jest tak jak jest. Co więcej, jeśli spróbować w kontekście tego wątku zrozumieć nawiedzające Riggana wizje z ptaszydłem, to możne je odczytywać tak, iż spokój i porządek, przewidywalność i wygoda są do osiągnięcia tylko w świecie wyobrażonym, tym samym dojście do tego stanu musi wiązać się z jakąś formą ucieczki od rzeczywistości, która to ucieczka w ostatecznym rozrachunku zawsze będzie nas zubażać. A jednocześnie pokusa takiej ucieczki jest bardzo duża, co też w filmie pokazane jest wyśmienicie w kolejnych scenach podszeptów wyimaginowanego Birdmana, które oczywiście pojawiają się przede wszystkim w tych momentach, w których rozpad świata rzeczywistego zdaje się osiągać apogeum.

    3. Stanisław Błaszczyna

      Naprawdę sądzisz, że te wizje Riggana ukazują świat „spokoju i porządku, przewidywalności i wygody”? Przypomnij sobie choćby tego potwora, który – niczym w jakimś filmie katastroficznym – rozbija w drybiezgi cały Manhattan ;)
      Ale Twoja supozycja wydaje się być na rzeczy, jeśli weźmiemy pod uwagę ową wyimaginowaną wszechmoc Riggana – to jego panowanie nad materią (wszystkie te lewitacje i psychokineza) rozgrywające się właśnie w świecie wyobraźni, można potraktować jako ucieczkę do świata poddającego się naszej woli – czyli świata, w którym panowałby nasz porządek (ale czy spokój?)

    4. Wspolnik

      Właśnie ową wszechmoc i kontrolę postrzegam jako źródło nie tylko porządku, ale i spokoju. Spokoju rozumianego jako rozgrywanie rzeczywistości na swoich prawach, bez obawy, że ktoś w nią wtargnie, a nawet jeśli – to takie wtargnięcie niczego w naszym świecie nie zburzy. Birdman jest taką pokusą, tym większą, że pod maską superbohatera. Superbohaterowie mają supermoce ergo zawsze wygrywają ergo nie czują niepokoju w potyczce. Dlatego też uważam, że wkomponowanie w całą tę opowieść klasycznego wątku superherosowego to kolejny świetny ruch Iñárritu. Każdy typowy superbohater, książkowy czy filmowy, rozgrywany jest na swoistym napięciu pomiędzy rzeczywistością i nierealnością. W tym pierwszym wymiarze mamy nieudacznika, ciamajdę, kogoś dotkniętego traumą itd. W drugim – superbohatera obdarzonego niezwykłością i niezłomnością. Ten drugi świat pozornie jest bardziej niepokojący, bo to w nim czyhają zagrożenia, ujawniają się różne nikczemności. W tym pierwszym jest niby spokojnie: dany bohater żyje sobie jako nieśmiały uczeń (Spiderman), bogaty przedsiębiorca (Batman), dziennikarz (Superman), ale to życie – jak to w realnym życiu z reguły bywa – pozornie tylko cechuje się spokojem, bo jego niezbywalnym elementem jest niepewność. Dlatego, wskoczenie w kostium i założenie maski, choć wiąże się z dokonywaniem czynów heroicznych i niebezpiecznych, jest ucieczką. I to ucieczką, zarówno od samego siebie (porzucenie swojej tożsamości), jak i oczywiście od całego realnego świata (superbohaterowie dążą do tego, by z tym światem, ze swoimi bliskimi, nie mieć styczności – wracają do swojej rzeczywistości, dopiero po zrzuceniu kostiumu). Dokładnie tak też postrzegam sytuację Riggana i jego dylemat – mierzyć się z rzeczywistością w wariancie „nie-herosowym”, czy żyć w spokojnym przekonaniu o swoim sprawstwie i mocy, ale jednak bez kontaktu z samym sobą i realnym światem.

    5. Stanisław Błaszczyna

      Fantastyczne w „Birdmanie” jest również to przenikanie się światów na różnych poziomach iluzji, prawdy, wyobrażenia, intencjonalności, eskapizmu… Grany przez Nortona Mike twierdzi, że bardziej prawdziwy jest wtedy, kiedy gra w teatrze, w życiu zaś jest nieautentyczny (udaje? gra kogoś innego, niż jest w rzeczywistości?) Riggan ucieka do świata, gdzie czuje wszechmocny, ale przecież takiego świata nie ma, więc musi go stworzyć, a raczej wyobrazić, tyle że powinien to być świat wiarygodny dla niego samego, bo inaczej nie spełniałby swojej funkcji. To desperackie pragnienie kreacji, (która jest jednocześnie próbą scalania Rigganowego Universum – ale i własnej, ulegającej destrukcji osobowości) jest tym mocniejsze, im bardziej rozpada się rzeczywisty świat, w którym on żyje (fizycznie). Nota bene Riggan stał się niejako zakładnikiem iluzorycznych światów w momencie, kiedy zaczął parać się aktorstwem, a zniewolony w nich został jeszcze bardziej wtedy, kiedy zdobył sławę rolą Birdmana, postaci fikcyjnej par excellence. Paradoksem jest to, że chcąc się wyzwolić od jednej iluzji, poddaje się następnej. Zaiste błędne to jest koło.
      Ale czy to nie przypomina jakąś paralelę funkcji sztuki w ludzkiej kulturze? Sztuki, która jest niczym innym jak właśnie przenikaniem się świata realnego z tymi, które sami kreujemy i wymyślamy dla naszych potrzeb – będącego zarówno opozycją do rzeczywistości, która nas otacza, jak i dla tej rzeczywistości komplementarnego?

  15. tamaryszek Autor wpisu

    Żeby nie robić zamieszania w spójności dyskursu, spytam tylko o finał. Może jesteśmy już blisko, jeśli nie wyjaśnienia, to choćby jakiejś supozycji odnośnie „wyjścia przez okno”.

    Spektakl okazał się sukcesem. Prasa się rozpisuje. Nawet Tabitha Dickinson wycofuje wcześniejsze klątwy. Córka jest blisko. Na Twitterze Riggan ma swoje konto, mocno lajkowane. Nic tylko trwać. A on przez okno. I dokąd? W dół czy w górę?

    Jak więc jest?
    Odechciało mu się „mierzyć z rzeczywistością w wariancie nie-herosowym”? Bo trudne a „raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż”. Ile można?! Odfruwa. W sensie: przegrywa?

    A może, „chcąc się wyzwolić od jednej iluzji, poddaje się następnej”. Ale jakiej? Dokąd prowadzi to „desperackie pragnienie kreacji”?

    Słowem: czy zakończenie filmu Iñárritu jest prowokacją, żartem, mrugnięciem czy też konsekwentnie objawioną codą, dającą się wytłumaczyć jako następstwo wcześniejszych sugestii? Oto jest pytanie.

    Sama sobie udzielam odpowiedzi, na jaką mnie stać: zakończenie jest figlem. Absolutnie otwartym tropem, z którym każdy robi, co chce. Bo finał i tak już wybrzmiał (podczas spektaklu). A epilog… Czym może być epilog codzienności po burzliwej i obfitującej w adrenalinę premierze?

    Odpowiedz
    1. Wspolnik

      To ja zamiast wypowiedzi podrzucę do refleksji nad finałem takie coś: https://vimeo.com/122378469 Bardzo ciekawy i pomysłowy drobiazg, który zestawia pierwsze i ostatnie ujęcia z ponad pięćdziesięciu filmów. Birdman od 34 sekundy ;) Polecam jednak obejrzeć całość. W przypadku kilku filmów bardzo intrygujące i otwierające nowe pola interpretacyjne.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      Lubię takie cacka! Zabawa w zgadywanie. Choć jest pod spodem ściąga – dla korekty odpowiedzi. Na ogół, oczywiście, te kadry są niezależne. Ale bywa i tak, że bliźniacze (np.Zaginiona dziewczyna) lub dopełniające się. Birdman? Jednak sporo rozgrywa się gdzieś w górze. W tej sferze nieziemskiej, irracjonalnej, nieuchwytnej. Nie ma kropki. To znaczy jest, potrójna. ;)

  16. Stanisław Błaszczyna

    Samobójstwo jako ostateczne wyzwolenie? Freefalling?
    Jeżeli Riggan rzeczywiście wyskoczył z okna, to na pewno zginął.
    Jednakże kwestią otwartą pozostaje to, co on sobie myślał (wyobrażał) wyskakując z tego okna. I to jest ważne – jeśli chodzi o iluzję i prawdę w życiu (nawet w momencie, w którym się to życie kończy) – choć przecież nie może zmienić finału – faktu śmierci.
    Ale czy jest ona ostatecznym rozwiązaniem?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      To ciekawe: zginął, ale przesądzające jest to, z jaką świadomością. Ok.
      Ale też trzeba wziąć pod uwagę tę okoliczność, o której ileś komentarzy wstecz wspomniała Czara. Może to regularna jednostka chorobowa. Schiza, psychoza etc. Nieuchronna destrukcja. A my zwiedzeni charyzmą reżysera czekamy na coś więcej, na okno do nowej rzeczywistości. Właśnie tak jak Riggan. Tylko on jest we władzy głosów i lęków. I działa tyleż pod wpływem „desperackiego pragnienia kreacji”, co (niewykluczone) pod wpływem jakiejś rozruby w umyśle i ciele. Takiej z gruntu chemiczno-biologicznej.
      Ale zdecydowanie zakładam, że jeśli istnieje trafne wskazanie, to tyko kontrapunktowe. Wszystko naraz.

    2. Stanisław Błaszczyna

      A któż z nas nie jest we władzy głosów i lęków? ;)
      Poza tym: działanie każdego z nas odbywa się pod wpływem „rozróby w ciele i umyśle”. ;)
      To jest tylko kwestia intensywności, psychicznego kwantum…

      Ja nie mówię, że świadomość z jaką Riggan wyskakuje przez okno przesądza cokolwiek, ale że jest ważna. A to jest różnica.
      Nawet jeśli Riggan był chory psychicznie, to w moich oczach nie przesądza to o niczym. Nawet jeśli uznam to za prawdę, to nadal szanuję w nim jego podmiotowość – autonomię działania, dokonywania wyborów, motywację…

      A wracając do Iñárritu: nawet jeśli stosuje on w „Birdmanie” kontrapunkt (a wszyscy się zgadzamy, że stosuje – na nim opiera się konstrukcję każdego jego filmu), to jest to raczej fuga a nie kanon. Nie mam nic przeciwko kanonom, ale w przypadku tego reżysera fuga daje mu większe możliwości – i nie chodzi mi tylko o właściwości zawarte w etymologii tego słowa (co akurat łączy się z meritum „Birdmana” – jego eskapizmem), ale i o swobodę artystycznej ekspresji.

  17. Pingback: O CZYM MÓWIMY, KIEDY MÓWIMY O BIRDMANIE… | WIZJA LOKALNA

  18. Pingback: córki dancingu + 10/2015 | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s