Archiwa miesięczne: Marzec 2015

Gunman: Odkupienie

No cóż, czas, czas, bo jak nie dziś, to nigdy. Im więcej filmów śmiga mi przed oczyma, tym mniej nadążam z ich przyszpileniem w blogowej notce. Wyłapuję wiele przegapionych tytułów, nierzadko upewniając się, że ominęłam je wiedziona intuicją. Owszem, chciałabym napisać o kilku przyjemnościach (patrz: Mandarynki, Sędzia, Locke, Zacznijmy od nowa,  Furia …). I raczej nie zamierzam wspominać o kilku niefartach (te Saint Laurenty (2x), Turysta czy Obywatel).

Dziś – terra incognita, gatunki, z którymi mi nie po drodze, choć to jeszcze nie przesądza o wrażeniach z seansu. Kino akcji i science fiction – akcję śledziłam nieporuszona emocjonalnie, sf mnie wciągnęło (lecz nie będę udawać, że dorównuję androidom lub że je ogarniam). To preludium zapowiada, że opowiem o tych filmach z perspektywy widza-gapy.

GunmanGunman: Odkupienie, reż. Pierre Morel, USA 2014

Uhahaha. Najzabawniejsze jest to, że Sean Penn dla Gunmana zrezygnował z roli Riggana w Birdmanie. Dwie strony medalu, dla Seana pech, dla Keatona szczęście. Może i zanosiło się na wielką sprawę. Rewolwerowiec, miłość, brudne interesy, szlachetne serce. Ale góra urodziła mysz. Cieniutko, choć z przytupem.

Postaci do zapamiętania jest chyba pięcioro. Reszta to chłopcy do bicia. Tytułowy Jim Terrier (Sean Penn) wraz z innymi pracuje w Kongo przy budowie lotniska, jest w związku z piękną Annie, a charakter ma twardy i niezłomny. Taka jest powierzchnia. Potajemnie natomiast wykonuje czarną robotę, która stawia pod znakiem zapytania amerykańską pomoc dla krajów rozwijających się. Terrier jest „strzelcem”, wykonującym zlecone morderstwa o charakterze politycznym (raczej ekonomicznym). Jego ukochana Annie o niczym nie wie. Jest anielsko niewinna, smukła, piękna i delikatna. I dobra, trochę jakby lekarka. Ale może nie lekarka tylko taka pani, co opatrzy i przytuli. Nie wyjaśniono mi tego.

Główna para, Jim i Annie czują do siebie taką miętę, że aż w nosie kręci. Nic dziwnego, że Felix, kumpel Jima, jest o ten związek zazdrosny i zamiast rozejrzeć się za jakąś Katie lub Betty, w głowę zachodzi, by wyrolować konkurenta i spełniać się w opiece nad Annie. Publika nie może go lubić. Jest brzydki, głupi i zły. A jak już wyjdzie szydło z worka, pękną pozory, zdeformuje się forma przyzwoitości, to zagęszczenie kabotyństwa będzie wręcz toksyczne. Felix (Javier Bardem) to rola tak żałosna, że rozwala pozostałe kreacje. Bo jak mam wierzyć, że Annie jest mądra i bystra, skoro wiąże się z Feliksem albo jak to możliwe, by Terrier dał się wykiwać takiej miernocie? Felix prawie zepsuł mi film.

To może mała dygresja o pięknie. Annie (Jasmine Trinca) jest właśnie piękna, to jej główna cecha charakteru. Na przykład gdy ma na sobie tylko białą koszulę Seana Penna. Gdy burza kędziorków niesfornie się splata wokół jej głowy. A nade wszystko, gdy się uśmiecha. Wtedy jest bezdyskusyjnie wzorcem powabu i urody. Już wszystko jedno czy w tej białej sukience (elegancja, niewinność, dystans), czy w tej czarnej (zmysły, zmysły, zmysły), czy w dżinsach i z podbitą wargą. No ale piękny jest również Penn. Inaczej, a też intensywnie. Oczywiście, mniej zdrowo. Nie powiem, że „ciacho”, ale mam wrażenie, że reżyser to właśnie chce mi podprogowo przekazać. Jim celowo pożycza koszulę Annie albo ją gdzieś gubi, żeby odsłonić rzeźbę mięśni, masywną acz smukłą. Całość dopełnia twarz Seana Penna, która jest marką sama w sobie. Smutna dogłębnie, z błękitem oczu, w których jest tęsknota za Annie, jest wściekłość na wszystkich i wszystko, co go z Annie rozdziela i jest bezdenne przekonanie o pustce i bezwzględności tego świata. I ta podkówka zmarszczek, która sprawia, że aktor, choćby się uśmiechał, to trochę jednak jakby płakał. Sean Penn nie wygląda tu na swoje 54 lata, wygląda co najwyżej na 45 albo o dziesięć mniej. I ma rację, że wali po mordach łajdaków, nawet kobiety (jeśli trzymają w ukrytej łapce strzykawę). Ma jakąś organiczną rację, że trzeba walić na odlew w to tałatajstwo. Jakie tałatajstwo? No, ogólne. W tym sęk, bo zdawało mi się, że trochę kina społecznego zobaczę. Może jakiś thriller polityczny? Ale nie. To jest kino akcji podszyte melodramatem

Bo główną motywacją, która porusza mózg i mięśnie Terriera jest chęć bycia znów z Annie. By to osiągnąć, musi odkupić dawne grzechy. Nie wnikając w szczegóły, niejasne zależności Terriera rozdzieliły ich na osiem lat. I po tym czasie, po kilku dąsach Annie, znów będą czuć tę miętę i wszyscy, nawet najgorsi popaprańcy, będą im tego zazdrościć. Typ, który chce zabić Seana Penna, jest zorientowany w jego uczuciach do kobiety. No nie wiem, czy to nie nadto? W ogóle, gdy para spędza z sobą noc i znajduje chwilkę na wymianę dwóch zdań, to ona pyta „Dlaczego mnie zostawiłeś?”, a on odpowiada nie wprost, że przez tych osiem lat kochał ją w każdej sekundzie. Patrzy głęboko w jej oczy. Ustawia twarz Annie tak, by ona też patrzyła w jego oczy, w których jest cała prawda o tej nieskończonej liczbie sekund, w których ją kochał na odległość. 

Może się mylę, może w tym filmie, w tym samym stopniu co o miłość, chodzi o „akcję”. Ale mój mózg zaklasyfikował te sceny jako spam i nie umiem ich odtworzyć. Jest dużo bicia. I nie takiego, że ciach-ciach, jeden na jeden. Nie, Terrier walczy z kilkunastoma naraz (to znaczy po kolei, ale w jednej sekwencji filmu). Pięść, „gun”, karabin, materiały wybuchowe, ogień, pościg, jakieś zmyślne pułapki, które ilustrują polskie przysłowie, że kto kopie dołki, ten sam w nie wpada. Na koniec corrida. Bo akcja toczy się gdzieś w Kongo, w Londynie i w Barcelonie. Z tych miejsc Barcelona jest najładniejsza i najkrwawsza. Corrida to taka coda, podsumowująca rzuconą przez Feliksa myśl, że zabijamy i kochamy się jak zwierzęta. Tylko że coda przewrotna. Jest w corridzie zwierzęcy instynkt (i było jasne jak słońce, że któryś z bohaterów nadzieje się przypadkiem na bycze rogi), ale jest też teatr. Dramaturgia, tragizm, równość w starciu. Nie jestem amatorem walki byków, ale wydaje mi się, że więcej w nich logiki niż w strzelaninie i mordobiciu w świecie, w którym uwięziono Jima Terriera.
Zwłaszcza, że ostatnia scena to beza w polewie.

cdn.
Science fiction się nie zmieścił. Nie wiem, kiedy zdążę dopisać. Ale polecam: Ex Machina Alexa Garlanda.

Body/Ciało

Body_CiałoZacznijmy od razu od ciała, bo każdy je ma i musi się z nim dogadać. Może się wydawać, że duet psyche & soma to najnaturalniejsza para pod słońcem. Ale też najtrudniejsza do pogodzenia, zazwyczaj któreś z dwojga usiłuje dominować i wymuszać. Na ogół właśnie ciało. Ma przy tym różne fanaberie, wnyki i inne skomplikowane systemy zakleszczeń. A psyche jest efemeryczne – może być funkcją ciała (splotem chemiczno-biologicznych impulsów), a może bezmiarem duchowych (nomen omen) wcieleń.

W filmowym trio głos na temat ciała rozszczepia się następująco. Po pierwsze: prokurator, a ściślej koroner (Janusz Gajos), zajmujący się ciałami nienaturalnie zmarłych osób. Ciała zamordowane, udręczone, nieme – wypatroszone z duszy. Przynajmniej tak widzi je prokurator, pohukujący na asystenta, któremu słabo coś i który pyta, co dalej? Nic – odpowiada koroner. Sceptycyzm, rzeczowość, brak złudzeń (czytaj: nadziei i metafizycznego głodu). Co nie znaczy, że cielesność daje sytość.

BodyPo drugie – Olga. Prokurator jest wdowcem niedogadującym się z własną córką-bulimiczką. Nie radzi sobie w roli ojca. Oddaje dziewczynę do szpitala, by podreperowali tam chore ciało Olgi (Justyna Suwała). Zabieg ucieczkowy, bo przecież cudów nie ma. Chore ciało pociąga za sobą psyche (albo odwrotnie). Ojciec ma czas na oddech, bo już nie wiedział, jak mijać się z Olgą w małym metrażu na warszawskim osiedlu. Córka z ulgą godzi się na przerwy w kontakcie z ojcem. Nikt tu szczegółowo nie wyjaśnia, dlaczego ci dwoje są sobie tak obcy. Pewne tropy prowadzą ku nieżyjącej od kilku lat matce. Jej nieobecność wybiła Olgę z bezpiecznego constans. Dziewczyna jest rozchwiana, rozbita, zaplątana w sobie, co wyraża się głównie w jej ataku na ciało. Choroba ma charakter psychosomatyczny, z akcentem na „psyche”. 

Po trzecie – Anna (Maja Ostaszewska), mocno dziwna terapeutka, prowadząca zajęcia dla anorektyczek i bulimiczek, a po godzinach odbierająca przekazy z zaświatów. Medium spirytystyczne. Wkroczy między ojca, córkę i żonę (nic, że nieżyjącą). Wprowadzi nadwyżkę „duchowości” tam, gdzie dotąd były ilości śladowe.

Można się było obawiać – widząc zwiastun (np) – że dojdzie do starcia irracjonalizmu z racjonalizmem. Starcia z werdyktem.  Z przeciągnięciem kogoś na swoją stronę. Na szczęście obawy już po pierwszej scenie można uśpić; jest na tyle czarno-humorystycznie, że morał się nie przeciśnie. Z wywiadu z Szumowską („Kino” nr 7/8 2014) wyczytuję, że opcje przypisane były jednoznacznie, lecz poddane przewrotnej wiwisekcji. Dwoje scenarzystów: pragmatyczna („męska”) Szumowska i otwarty na duchowe koncepcje („kobiecy”) Englert. „Żeby było śmiesznie, pracowaliśmy na odwrót, on bardziej nad prokuratorem, ja bardziej nad terapeutką”. Efekt świetny. Niedowiarek-prokurator zachowuje dystans, nawet gdy wkłada do szuflady białą kartkę i długopis lub wtedy, gdy siada do stołu, by przywołać ducha. Terapeutka zaś, w chmurze transów i wszelakiej użyteczności kierowanej ku potrzebującym, pozostaje na tyle (groteskowa?) naznaczona traumą, że spirytyzm jest jak łatany balon. Spirytyzm kompensacyjny.

Słowem: ta wyrazistość ról jest dzięki pęknięciom bardzo przekonująca. A zarazem nie podlega magicznym metamorfozom. Gajos pozostaje sceptykiem. Ostaszewska nawiedzoną terapeutką. Justyna Suwała zbuntowaną, głodną bliskości dziewczyną. A przecież zmieniło się niemal wszystko! I to jest scenariuszowa sztuczka (albo logika), która dopełnia się w ostatnich sekwencjach.

Scenariusz to mocna strona filmu. Gra aktorska to atut drugi. Trzeci – czarny humor.

Nie przypominam sobie, by jakiś polski reżyser rozśmieszył mnie tak na czarno. Ostatnio podobną frajdę dały mi argentyńskie Dzikie historie. Sprawy wyglądają poważnie, lecz skoro wisielec może ożyć, skoro w niewymuszony sposób śmieszą mnie uchwycone codzienne scenki, to humor górą. Królową komizmu jest Maja Ostaszewska – pomimo że nie wychodzi z roli potakującej (yhmm), akuratnej i opiekuńczej pani od ćwiczeń.
„- Dlaczego pan jest cyniczny? Nie trzeba”. – niemal grozi paluszkiem prokuratorowi.
Zbudowała swoją rolę wizualnie: bez makijażu, z fryzurą, która dodaje jej lat, w strojach odbierających wszelki sex appeal. Jedna z anorektyczek spuentuje, że wygląda jak „stara babcia”. Mimika Anny jest skupiona w jakiś absurdalny sposób. Jakby problemy tylko czekały aż ona je rozwiąże: krzykiem, płaczem lub psychodramą. Fenomenalna jest scena kolacji z psem w ślepej kuchni, dograna w salonie i w sypialni. Lub gdy ogromne bydle ciągnie ją na smyczy przez osiedle. Albo zajęcia z pacjentkami. Nie sposób opisać tych scen, bo komizmu nie tworzą słowa ani gagi, raczej nadwyżka zaangażowania i powagi, która rozsadza sytuację.

W konfrontacji z prokuratorem, którego sceptycyzm uwypukla ekscentryczność Anny, jej powaga nabiera cech groteski. W pamięci pozostaje jednak kilka fragmentów dodających bohaterce tragizmu. Myślę tu o scenie podglądania całujących się w bramie nastolatków. Kolosalna musi być samotność Anny. Tęsknota za wyzwoleniem z materii i zbliżeniem do strefy ducha jest ucieczką w pełni zrozumiałą. Stamtąd już blisko do przestrzeni zmarłych.

Szumowska naznacza swą opowieść również tym, że rozgrywa ją w konkretnej czasoprzestrzeni. Warszawa. Święta wielkanocne. Zmartwychwstający Jezus – nieoczekiwanie sprawiający kłopot pobożnym Polakom. Zapytani  w sondzie ulicznej o narodowość Mesjasza, odpowiadają: Żyd. I źle się z tym czują. Pada więc dopowiedzenie: Izraelczyk. A zaraz potem, że ochrzczony, więc to już całkiem co innego.

Nie dziwi kontekst Wielkiej Nocy. I oby nie trzeba się było dziwić, że ktoś wypatrzy w tej żydowskiej anegdocie powód, by lać wodę na młyn czepialstwa.

Body/Ciało, reż. Małgorzata Szumowska, Polska 2015