moonrise kingdom

Kochankowie z Księżyca (Moonrise Kingdom), reż. Wes Anderson, USA 2012

Jeszcze jeden Wes Anderson (po Fantastycznym Panu Lisie i tegorocznym Grand Budapest Hotel).
Można powiedzieć: nowy kontynent, bo każdy z filmów tego reżysera to odrębne przedsięwzięcie. Z wyraźnie jednak wyczuwalną sygnaturą. To moje trzecie zanurzenie. Nie będę się wymądrzać na temat charakteru pisma Andersona, bo jedyne, co umiem, to wskazać pojedyncze zawijasy i pochylenia. Znaczy się: poczucie humoru, niedzisiejszą elegancję (jako status quo, oczywiście przez niektórych naruszane), lekkość, reżyserską dbałość o detale (scenografia i muzyka po równi) i mocne nazwiska w obsadzie (Bill Murray, Tilda Swinton, Edward Norton oraz Bruce Willis i Frances McDormand).
MOONRISE KINGDOM. Suzy i Sam

Co do charakteru pisma – całkiem dosłownie – jest rewelacyjny. Spójrzcie tylko na wypisane w ekspozycji nazwiska aktorów! A kto dotrwa do finału, ten przez 5 minut może podziwiać cudne esy-floresy tańczące koncertowo w napisach końcowych. Serio mówię. Ten film ogląda się od A do Z. Choćby dlatego, by wysłuchać pełnej orkiestracji Benjamina Brittena, od której film się zaczyna i na której kończy. O co chodzi? O nagraną na płytę lekcję słuchania orkiestry (wariacje rozpisane na poszczególne sekcje i ich zespolenie). Wszystko to przeprowadzane na kompozycji Purcella. To jeden z bohaterów muzycznych. Drugim jest Alexandre Desplat odpowiadający za soundtrack do Moonrise Kingdom. I rozebrany na części składowe w muzycznej suicie, z której pochodzą ostatnie filmowe dźwięki.

Bardzo krótko o treści. Akcja trwa trzy dni – od 2 do 5 września 1965, kiedy to wyspę nawiedzi historyczny sztorm. Po czym niektóre rozstrzygnięcia zostaną dopowiedziane w epilogu. Na wyspie rozbił swe namioty hufiec harcerski (Edward Norton jest harcmistrzem). Porządku pilnuje poczciwy nieudacznik kapitan Sharp (Bruce Willis). Mieszka tam zwariowana rodzinka prawników (Murray i McDormand) z trójką małych synów i nastolatką Suzy. Sceneria pierwszorzędna (szlaki plemion indiańskich). Raz po raz zza krzaka wyskakuje narrator i wtrąca swoje trzy grosze. A sedno to ucieczka dwojga młodocianych: harcerza Sama Shakusky`ego i wspomnianej wyżej Suzy Bishop. Mają po 12 lat. Pokochali się jakby czytali Szekspira. Rozumieją się nawzajem tak bardzo, jak bardzo nie rozumie ich nikt inny. 

I tak po prawdzie to nie chcę już niczego porządkować. Zwłaszcza podążać za fabułą. Pozostaje więc wyciągać z pudełka smakołyki. Rekwizyty.

Sam i Suzy prawie się nie znają. Widzieli się raz jeden, lecz pisali dużo listów. Każde ucieka ze swojej niedoli, a spotkać się mają na środku łąki. Co zabrali w drogę? Kluczowe pytanie – czego potrzebuje człowiek, by przeżyć choć kilka dni bez domu? Ona wzięła: lornetkę, adapter na baterie, kota w koszyku (plus karma), leworęczne nożyczki i walizkę z książkami! On: lisią czapkę, której nie zdejmował mimo upału, mapy, namiot, dwa śpiwory i nawet wodę (choć miał teorię, że wystarczy ssać kamyki). Myli się, kto powie „chłopak bystry, dziewczę gapa”. Wszystko było przydatne w swoim czasie. Adapter: by słuchać muzyki i tańczyć, nożyczki, by dziobnąć wroga, a książki to już w ogóle były hitem. Suzy czytała na głos swe ulubione powieści o mocach magicznych. Shakusky (a potem i cała drużyna harcerska), słuchał i albo myślał, albo spał. Pamiętać i wnioski wyciągnąć: choćby walizkę trzeba było na szczyt wnosić, przenigdy nie wychodź z domu bez najpotrzebniejszych lektur. Wśród napisów końcowych wszystkie powieści są zidentyfikowane. I jest tam również powieść Juman Malouf, libańskiej pisarki i ilustratorki, która w kolejnym już filmie Andersona macza palce. Plotki mówią, że to dziewczyna Wesa. Jest adresatką dedykacji.

Co jeszcze? Lornetka. Suzy się z nią nie rozstaje. Czy patrzy w dal, czy wokół siebie – zawsze przez szkła zastępcze. Więc może to zabezpieczenie przed zbyt nachalnym światem? Filtr, dzięki któremu widzi na swój sposób, jakoś przejmuje władzę nad tym, co pcha się przed oczy.

Biżuteria: broszka przypięta do mundurka Sama – babska, z perełkami, pamiątka po mamie. I kolczyki podarowane Suzy, którymi Sam przebija jej uszy (rany, inicjacyjnie to wygląda). Zielone żuczki. 

Wymieńmy jeszcze elementy stroju: bejsbolówka i okulary kapitana Sharpa. (Czy Bruce Wilis kiedykolwiek bardziej przypominał niezdarę?) Pstrokate spodnie depresyjnego Murraya. I niepasujące do siebie części stroju jego żony. „Obuwie kościółkowe”, w jakim Suzy wyrusza w świat. Beżowy mundur, w który wciska się Edward Norton.

Dalej: magnetofon harcmistrza Warda, do którego przemawia, czyniąc zapisy głosowe swych rozterek. Rower pani Bishop, na którym najchętniej zwiałaby gdzie pieprz rośnie, gdyby tylko nie była mamą dzieciom i żoną mężowi. Megafon, którym wzywa domowników na kolację. I chyba cały dom Bishopów, może w lekkiej ruinie, ale budzący miłe skojarzenia. Wszyscy tam coś czytają albo słuchają muzyki. Anderson rozpoczyna opowieść, prezentując domostwo zdecydowanym szwenkiem, którym ogarnia wszystkie zakamarki i tworzy wizualny odpowiednik lecącej w tle orkiestracji. Bo i dźwięki, i obrazy są symultaniczne. 

Dlaczego akcja dzieje się w 1965? Jeśli to portret sentymentalny, to nieco cofnięty w czasie. Wesa Andersona nie było jeszcze na świecie. Może ma to coś wspólnego z adresatem drugiej dedykacji (In Memoriam) – Davidem S. Andersonem? „For his enthusiastic encouragement end generosity – and his invaluable scouting guidance”. Po prostu podróż w przeszłość.

Dla kogo film? Można, podobnie jak Fantastycznego Pana Lisa, zaliczyć tytuł do kina familijnego. Ale z nadwyżką, ze specjalną dawką wyrafinowanych konfitur domowej produkcji, z którymi żaden dżem nie wytrzyma konkurencji. 

Dla mnie spotkania z filmami Wesa Andersona mają moc kojącą. Po nadmiarze obrazów z bieżącego repertuaru i zachłannym połykaniu mniej strawnych (lub choćby skrajnych w smaku) potraw – przyszedł czas na coś łagodnie dowcipnego. Na uśmiech, po którym można, nie obawiając się koszmarów, zasnąć. A coś tam w sny się wmiesza: obraz lub jakaś melodia.

Advertisements

14 thoughts on “moonrise kingdom

  1. buksy

    Chyba mam alergię na Wesa bo Kingdom wyłączyłam po 15 minutach, a na GrandHotelu byłam najmocniej wynudzoną osoba na widowni.Przynajmniej wiem na czyje filmy nie chodzić ;).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Nie może być tak, by wszyscy szli w ogień za Wesem! ;)
      A serio: kino Andersona ma swoje mocne strony, jest charakterystyczne, może najwspanialsza jest ta dbałość o szczegóły, mrugnięcia i wszelkie dopasowania. Ale też nie jest to kino przeżyć. Ani Mr Gustave, ani Pan Lis, ani bohaterowie Moonrise Kingdom nie są postaciami, których losy przykuwają do fotela. Najbardziej uderzyło mnie to przy Grand Budapest Hotelu. Więc po seansie jest jakaś niewypełniona dziura w sercu.
      No ale jak tu pogodzić smaczki i dystans z jakąś wielką sprawą budzącą emocje? Albo rybki, albo akwarium. Tu raczej akwarium.
      :)

    1. tamaryszek Autor wpisu

      ;) no tak, tytuł winien, że nie obejrzałam filmu, gdy był w kinach.
      Myślałam, że jakieś science fiction. ;)
      Ale następnych nie przegapię. W ogóle: przegapić trudno, bo przecież kto u Wesa nie gra! Zawsze: Murray i Norton, i Tilda. I gościnnie inni świetni. Przyjemnie mi się oglądało Frances McDormand. Kilka miesięcy temu wracałam do Fargo, więc i tu miło było ją dostrzec.

  2. Wspolnik

    Kolejny dowód, że Anderson jest świetny. Ale w tym filmie dodatkowym smaczkiem poza tym, co dla reżysera typowe (i co wcale się nie nudzi) są dla mnie relacje pomiędzy dziećmi i całym światem dorosłych. Smaczek polega na to, że to dzieci są górą. Właściwie nie ma tam – moim zdaniem – dorosłych postaci, które byłyby jednoznacznie pozytywne. Przyznaję, że nawet rodzinę Bishopów odebrałem jako mocno toksyczną i odpychającą (czego potwierdzeniem jest zresztą duża ochota głównej bohaterki na szybkie czmychnięcie stamtąd i silna alienacja jej młodszych braci; do tego dochodzi romansująca mama i zupełnie nieobecny tata). Pozostali dorośli, albo są mocno opresyjni, albo po prostu jacyś fajtłapowaci (policjant grany przez Willisa). A dzieci radzą sobie świetnie (oczywiście do momentu, gdy ich szyki próbują pokrzyżować dorośli), wiedzą czego chcą (albo w coś wierzą) i do tego dążą. Doskonale to napięcie podgrzewa wątek skautowski. Z jednej strony mamy super zorganizowanych chłopaczków, z głównym bohaterem na czele. A z drugiej, no cóż… „Mężczyźni-skauci”, których młodsi stażem są w stanie doskonale wyprowadzić w pole. Zresztą dzieci w tym filmie są o wiele bardziej sympatyczne niż dorośli. Z tego co pamiętam, to nawet jakieś antypatyczne typki wśród skautów ostatecznie przechodzą na „dobrą stronę mocy”. Odbieram więc ten film jako obronę dzieciństwa, ale nie taką sentymentalną, tj. budowaną na przekonaniu, że jak było się dzieckiem to było idealnie, ale teraz niestety trzeba być nudnym „wapniakiem”, więc zostały tylko wspomnienia… Raczej jako obronę na zasadzie postulatu, by tradycyjnie pojmowaną dorosłość po prostu całkowicie zakwestionować, ba – wręcz odrzucić. Brzmi to pewnie dziwacznie, ale właśnie dlatego w dziwnym świecie Andersona strategia ta jawi się jako bardzo przekonująca ;) Dzieciaki górą! Dorośli – precz!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hmm… ale dorosłym zostają nieporadne, dobre odruchy. Dopowiadam, bo niczemu, co napisałeś, nie mogę zaprzeczyć. No więc ten niedorajda kapitan Sharp – gdy przygarnia Shakusky`ego (ratując go przed Opieką Socjalną) albo gdy wspólnie z harcmistrzem nie akceptują cynizmu rodziny zastępczej, która się obowiązków wobec Shakusky`ego zrzeka. Albo jeszcze bardziej, gdy kapitan mówi do Sama, że jest cholernie elokwentny, że on tak nie umie i stawia dzieciaka wyżej niż siebie. Harcmistrz też ma takie chwile. Np. gdy nagrywa kolejny odcinek dziennika i żadne słowa się nie garną do wyjścia.

      Zasadniczo jednak jest tak, jak mówisz. :) Pani od teatru degraduje Suzy Bishop z kruka do siwego gołębia. Czy to nie głupie? ;)

  3. Wspolnik

    Masz rację, utwierdzając mnie jednocześnie w przekonaniu, że im więcej czasu mija od obejrzenia filmu, tym bardziej wyostrzają się pewne refleksje, a blakną w pamięci te niuanse, które owym refleksjom i wnioskom przeczą. Teraz bowiem jak o tym napisałaś, to rzeczywiście z czarno-białego obrazu wypełzają pewne szarości. Może więc, jeśli miałoby się oberwać dorosłym, to bardziej za pewną rezygnację, czasem tchórzostwo, którego w dzieciach nie ma. A może i – paradoksalnie – za niedojrzałość. Bo np. kwestia uczuć, miłości. Otóż młodzi jak się kochają (albo jak czują, że się kochają, choć w przypadku miłości „kochać” i „czuć, że się kocha”, to chyba to samo), to robią wszystko, by ze sobą być. A dorośli co robią? Mówią im, że to głupie i czas wracać do domu. W którym to domu – mowa o „ognisku domowym” głównej bohaterki – dorośli są ze sobą, ale czy się kochają… Raczej niewiele na to wskazuje. Kto więc tu jest „głuptaskiem”? Dzieci „bawiące się w miłość”, czy odpowiedzialni dorośli?
    Ale, jak słusznie piszesz, i dorośli mają czasem swe odruchy, czasem udaje się im zrzucić „skorupę”, a przynajmniej na chwilę zsunąć.

    Odpowiedz
  4. liritio

    Zastanawiam się, czy filmy Andersona to rzeczywiście nie jest kino przeżyć… Może losy jednej postaci nie przykuwają do fotela, ale też Anderson nie kręci filmów jednego bohatera. Ostatnio się nad Wesem zastanawiałam i faktycznie, stylistyka zjadła emocje w „Grand Budapest Hotel”, jakby jednak zerknąć wstecz… Gdy wracam myślą do „Rushmore”, „Darjeeling Limited”, a nawet do jakoś nielubianego „Podwodnego życia ze Stevenem Zissou” i przede wszystkim do Tenenbaumów, to jednak jest kino przeżyć. Tylko może takich stonowanych i lekko dosłodzonych. Ale w „Genialnym klanie” (obejrzyj przede wszystkim to, wg mnie jego najlepszy film) są sceny, które budzą silne emocje. Anderson we wszystkim poza stylizacjami jest bardzo powściągliwy, w emocjach również. Ale one tam są. Tenenbaumowie są tego najlepszym dowodem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Wobec tego stawiam na Genialny klan. W maju obejrzę. Wiesz, no uczuć poniekąd wiele. W Grand Budapest Hotel jest tyle nostalgii, jest miłość Mr Moustafy do Agathy. Są wściekłości potomków Hrabiny i lęk co poniektórych. Ale jest też cudzysłów, który wystudza. To samo z Moonrise Kingdoom. No przecież są uczucia! Ale i szklana zapora sugerująca, że tyle spraw trzeba smakować, że nie wiadomo kto kogo wystrychnie na dudka…, że osobiście nie emocjonuję nadto.
      Rany, no nie znam tych Tenenbaumów. I będę tak trwać w nieświadomości jeszcze trochę. :)

  5. liritio

    Spokojnie, Tenenbaumowie nie uciekną :) w sumie rozumiem, o co Ci chodzi z emocjami u Andersona. Może ja je sobie indywidualnie dorabiam? Tak też może być.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      O, matko (to modne na tamaryszku zawezwanie!) – Ciebie naprawdę nie było! Ani tu, ani u siebie. Patrzę, widzę, że jesteś. Od razu światowo, z Marigoldu nadajesz. Napisz szybko kilka notek, żeby Ci się po tej jednej nie odechciało. :)
      Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s