Archiwa miesięczne: Maj 2015

blade runner

Łowca androidów (Blade Runner), reż. Ridley Scott, USA 1982
Philip K. Dick, Blade Runner (Do Androids Dream of Electric Sheep?), Prószyński i S-ka, tłumaczył Sławomir Kędzierski – rok powstania: 1968

Gdy wokół newsy o Ultronach, nowych Spidermanach, remakach i sequelach hitów kina akcji czy sag science-fiction, czas sięgnąć po nieodkrytą klasykę. Nie wiem, jak to się dzieje – a niestety notorycznie – że umykają mi kinowe przeboje. Co bywa rozczarowujące dla tych, którzy się spodziewają, że widziałam wszystko. ;) Wyszło na jaw, że nie znam Łowcy androidów. Zaopiekowano się tą dysfunkcją i niebawem otrzymałam do czasowej dyspozycji film i książkę – z bardzo przydatną instrukcją, by najpierw zobaczyć, potem przeczytać. Luka wypełniona, a wpis jest dedykowany, z wdzięcznością.

Pierwsza sprawa: i książka, i film są szalenie klimatyczne. Film zdecydowanie w tonacji noir, przyszłość w stylu retro, Yukon 2019. Postapokaliptyczna Ziemia, skąd wielu emigrowało  i osiadło na okolicznych planetach. Wspierają ich tam androidy, które po rebelii mają zakaz powrotu na planetę-matkę. Reklamy (wszechobecne i audio-wizualne) zachęcają do przemyślenia wyboru: „Emigruj lub się degeneruj!”. Tubylcy żyją w radioaktywnym pyle, wśród deszczu, po którym pełno kałuż, a światło nie rozjaśnia przestrzeni przedmieść czy (tym bardziej) wnętrz przepastnych mieszkań. Ogromne wieżowce bywają zamieszkane przez jednego człowieka i nie jest to miarą posiadania, lecz pustki. Filmowcy nadali światu azjatycki charakter. Wrażenie surrealistyczne, bo Azjaci nie docierają na plan pierwszy, natomiast wizualnie i fonicznie wypełniają każdą szczelinę planu drugiego. Pustka i przeludnienie zarazem – czytaj: samotność. Blade Runner

Klimat filmu ma swoich dyktatorów – scenografię i muzykę Vangelisa. Nie wyobrażam sobie jak bardzo inny byłby Blade Runner przy zmienionych dźwiękach. Elektroniczna nostalgia, z porcją patetycznego smutku. Patos, wiadomo, źle się kojarzy, ale tutaj jest w sam raz. By wybrzmiały pewne kwestie i by było żal tego, czego nie można już zmienić.

Nastroje w powieści Dicka nie atakują tak bezpośrednio. Można je nawet nastawiać programatorem lub wysubtelniać skrzynką empatyczną. Mimo to oscylują wokół dekadencji. Główna postać, łowca Deckard, racjonalny i nie nazbyt hamletyczny, coraz czarniej odbiera rzeczywistość. Narasta w nim obsesyjna tęsknota za istotami autentycznymi, za niereplikowanymi zwierzętami. Tym bardziej, im mniej ostre wydają mu się rozróżnienia między ludźmi i androidami. 

Ale istotę rzeczy najtrafniej oddają słowa Johna Isidora (w filmie będącego J.F.Sebastianem), gdy opisuje dziewczynie jedną z zasad rządzących światem („chłam wypiera niechłam”).  –  „Pokoje, w których nikt nie mieszka – setki pokojów i każdy z nich pełen jest rodzinnych fotografii, ubrań i rzeczy, które kiedyś należały do jakichś ludzi. Ci, którzy umarli, nie mogli nic wziąć, ci, którzy emigrowali, nie chcieli. Ten budynek, poza moim mieszkaniem, jest całkowicie schłamiony. (…) Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych, papierowych zapałkach albo opakowanie po wczorajszej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam sam się rozmnaża. Na przykład jeżeli pójdzie pani spać, pozostawiając takie rzeczy w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle”. (…)

Postapokalipsa ma – jak sądzę – forpoczty w czasach, które ją poprzedzają. Bo nadmiar, przyrost, nadprodukcja i ekspansja to etykiety dobrze opisujące to, co wokół nas.

Druga sprawa to spora rozbieżność między powieścią a filmem. Duże zmiany w fabule, jeszcze większe w istocie konfrontacji ludzi z androidami. Historię tych zmian a także kilku różnych zakończeń oraz chyba wszystko, co naprawdę powinien wiedzieć miłośnik Blade Runnera znaleźć można w artykule Michała Chacińskiego i Konrada Wągrowskiego sprzed ponad 7 lat. Powstał w ćwierćwiecze premiery filmu i śmierci Philipa K. Dicka. TU

Punkt wyjścia. Policja wytropiła przybyłe na Ziemię androidy, przekazuje więc zlecenie łowcy, który ma je czym prędzej „zlikwidować”. W filmie jest ich czworo, w książce więcej. Nie używa się słowa „zabić”, bo przecież one nie żyją. Przeprowadzenie testu Voigta-Kampffa, badającego poziom empatii, daje łowcy glejt, by działać bez pardonu. – Czy zdarzały się rozpoznawcze pomyłki? – pyta Rachel, dobrze wiedząc, że tak, bo zakłócenia emocjonalności mają też ludzie leczący się psychiatrycznie. Rick Deckard zna skalę niebezpieczeństwa i rację wyższą. Androidy (zwane kolokwialnie andkami lub neutralnie replikantami) są zagrożeniem. Najnowsza technologia – Nexus 6 – wyposażyła je w moc fizyczną i intelektualną wyższą niż ludzka. Rzeczywiście, kilka scen rewanżu wystarczy, by zorientować się, że działają brutalnie. Czego replikantom brak? Ano uczuć, wspomnień i empatii. Bywa, że oni sami wierzą, że są ludźmi, a to tylko implanty cudzej pamięci dają im wrażenia jakby mieli za sobą przeszłość. Replikanci „umierają” po czterech latach. Podobno właśnie tyle trzeba, by otworzyły się na emocje. Gdyby więc proces humanizacji poszedł dalej niż sądzono, to czas będzie je po prostu „wyłączał”. 

Najciekawsze jest właśnie to skonfrontowanie człowieka z replikantem, służące przedefiniowaniu człowieczeństwa. W filmie Ridleya Scotta androidy są ludzkie, budzą współczucie a nawet chciałoby się im życzyć niezależności i akceptacji. Marzą o tym, o czym marzą ludzie: by okiełznać upływ czasu i zyskać wieczność. Gdy Roy Batty dotrze do konstruktora, staje przed nim jak Syn marnotrawny przed Bogiem („Ojcze, chcę dłużej żyć!”). Towarzyszący mu J.F. Sebastian przeżywa ten sam strach, będąc człowiekiem – choruje na przyspieszone starzenie organizmu. Czas jest bezlitosny dla wszystkich, którzy cenią życie. 

Jedną z niesamowitych scen jest ta rozgrywająca się w pokoju z zabawkami, gdy wpada do niego Deckard. Jest w pułapce dźwięków i ruchów różnych mechanicznych istot, wśród których ukryła się Pris. Replikantka wśród sztucznych mechanizmów zyskuje na żywotności. Tylko się przyczaiła. A gdy zerwie się do walki, będzie drapieżna. Umierając w konwulsjach – jednak ludzka. Podobnie jak Roy Batty, który wygasając, przełamuje androidalny egoizm i ratuje swego kata. Mówi przy tym słowa, które wrzucają do filmu dawkę zagęszczonego wzruszenia. Krój może hollywoodzki, ale nie sposób nie widzieć w śmierci Roya całego unicestwionego wszechświata „Widziałem rzeczy, w  które wy, ludzie, byście nie uwierzyli. Statki bojowe w ogniu w pobliżu Oriona. Refleksy światła skrzące w mroku koło Tannhäusen Gate. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu...”. Replikanci tak bardzo są ludzcy, że możliwy jest romans i zwątpienie we własną tożsamość. Origami podrzucane od jakiegoś czasu Deckardowi sugeruje, że sny o jednorożcu nie są jego wyłączną własnością. Czyżby więc i on miał przed sobą krótki czas przydatności? 

Blade Runner. KsiążkaInaczej rozstrzygnął to Philip K. Dick, u którego konfrontacja z androidami uwypukla ich obcość. Choćby nie wiem co, technologia to nie wszystko. Roy Batty (świetnie wykreowany w filmie przez białowłosego Rutgera Hauera, przyćmiewającego Harrisona Forda!) jest w powieści niechlujny i emocjonalnie tępy. Pris wyrywa nogi pająkowi, a Rachel zabija z zemsty kozę. Człowieczeństwo definiuje się jako zaprzeczenie replikanckiej nieczułości. Być człowiekiem to tęsknić do współodczuwania, to altruizm, opiekuńczość i coś, czego nie ogarnie najdoskonalsza inteligencja – międzyludzka solidarność. 

Oczywiście, te cechy nie są człowiekowi dane bez możliwości ich utraty. Dlatego pytanie o to, kim jestem pozostaje aktualne. Bo w świecie, w którym o nasze dusze walczą Przyjazny Buster (personifikacja popkultury) i mniej efektowny a nawet uznany za fikcję Wilbur Mercer (kwintesencja religii) wynik boju jest nieprzewidywalny. Jeśli dobrze rozumiem, Dick zostawia mnie w poczuciu ogołocenia. Media są trywialne. Religia ma wagę pozoru, choć i tak potężną siłę, ze względu na popyt raczej niż na wartość oferty. Depresja żony Ricka wciąż się czai w pobliżu, a Rick nie ma szans na żywe zwierzę, więc reanimuje elektryczną owcę. Pomijam tu uwagi o fabularnych pomysłach Dicka, które zaskakują po obejrzeniu filmu (podwójna policja, replikantka-artystka, ekspiacja Deckarda). Oczywista sprawa, że nastrojowa opowieść filmowa, zmajstrowana według reguł sztuki, nie daje szans niuansom. Więc punkt dla książki, choć żaden to zarzut dla filmu. Zwłaszcza, że rozpowszechniana wersja jest oczyszczona z banalnych rozwiązań oglądanych w kinie Anno Domini 1982.

Blade Runner, którego oryginalny tytuł brzmi: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, to taka książka, którą odkładasz, by pogłaskać kota, przytulić się do psa lub choćby nakarmić rybki. Co tam: nawet biedronki pożałujesz i dasz jej szansę na drugie życie za oknem.

taxi – teheran

Taxi – Teheran, reż. Jafar Panahi, Iran 2015
Taxi-TeheranNo cóż, bywa tak, że człowieka własny naród dziwi. Może nawet na początku wkurza, ale później ważniejsze staje się „dlaczego”. Żeby zrozumieć rozbieżności, sposobu nie znaleziono, choć co rusz ktoś próbuje i efekt prób upublicznia. Wciąż jeden kierunek wiedzie do wewnątrz, gdzie zaplątania i znaki zapytania, drugi – na zewnątrz, bo to, co samemu się odkryje, wcale nie przekłada się na prawdę dla wszystkich. 

Otóż: Panahi, Iran i taksówka. Nie mam pojęcia, co dla reżysera było bodźcem. Przekora (w swoim kraju objęty jest zakazem robienia filmów), współczucie (niełatwo żyć w Teheranie, głównie z powodów politycznych) czy po prostu ciekawość, co może się przydarzyć, gdy jako taksówkarz wyjdzie ludziom naprzeciw. 

Krótko zwięźle: bez zachwytu i bez nudy. Złoty Niedźwiedź z tegorocznego Berlinale nie przebił mojej sympatii do Niedźwiedzia Srebrnego (Body/Ciało). Zapamiętam film jako kolaż scenek połączonych pomysłem tyleż ryzykownym, co nienowym. Ryzyko wiązało się z wyczuciem proporcji. Ile dokumentu, a ile fabuły i ile Europy & USA a ile Azji. Jedno i drugie sprowadza się w gruncie rzeczy do rytmu i montażu. 

Panahi pozoruje dokument: sam zasiada za kierownicą żółtej taksówki. Nie udaje mistrza kierownicy, nie jest dostatecznie szybki i nie zna topografii miasta. Jeden z pasażerów rozpoznaje go i dziwi się mniej niż umiarkowanie. Podejrzewa, że kręci się film – słusznie? Czy Panahi rzeczywiście postawił na improwizację, żywioł, zbieranie obserwacji? Czy też nakręcił film ze z grubsza nakreślonym scenariuszem? Sprawa się skomplikuje, jeśli uwzględnimy poprawkę, że dokumenty też swój scenariusz mają, a obróbka materiału i subiektywizm widzenia to jeszcze nie fikcja. Gdyby to była fabuła amerykańska lub europejska (mainstreamowa), mielibyśmy historię rozegraną rytmem. Zawiązanie akcji, zwroty, napięcie prowadzące do kulminacji i finał, mniej lub bardziej domknięty. Usunięto by dłużyzny, rzeczy przypadkowe, odrośla tematyczne i cały ten perz. Ale Panahi to kino irańskie, które na drugie imię ma niespieszność i które w najzwyklejszych odpryskach rzeczywistości widzi wartość, więc faszeruje nimi film, według – ? – gustu czy potrzeby. Nie nadto, bo Taxi – Teheran trwa 82 minuty.

Montaż ciekawszy niż można by zakładać, bo reżyser dowcipnie wprowadził „poliwizualność” i oprócz kamery z deski rozdzielczej mamy tu festiwal medialnych gadżetów. Po pierwsze: jednym z pasażerów jest ranny w wypadku zakrwawiony mężczyzna, który boi się, że umrze, nie zabezpieczywszy żony (żona zawodzi z bólu); każe więc nagrać telefonem swój testament. Dowcipne, bo nie jest „aż tak umierający”, a żona później będzie wydzwaniać, by nagranie na wszelki wypadek odzyskać. Dalej: inny pasażer przynosi laptopa z materiałem z monitoringu, na którym ktoś go bije i okrada. Ten materiał nie został włączony do filmu, ale posłużył za pretekst rozmowy – o tym, jak czuje się człowiek, który rozpoznał złoczyńców w sąsiadach, ale żal mu na nich donosić. Wreszcie: pyskata siostrzenica, powiedzmy dziesięciolatka, która aparatem fotograficznym zbiera materiał do zadanej w szkole krótkometrażówki. Efekt interesujący. Panahi miał możliwość zmieniać perspektywy patrzenia, a widz mógł dostać kręćka na myśl jak bardzo wszyscy jesteśmy artystami. Każdy dziś pisze i filmuje. Również w szkole zajęcia kreatywne wypierają teorię i poznawanie dokonań uznanych twórców.

Przegląd bohaterów. Oprócz rannego i jego żony oraz sąsiada z monitoringiem wachlarz przypadków uzupełnia jeszcze ośmioro innych. Włamywacz o radykalnych poglądach (karałby śmiercią przestępców mniej zręcznych w sztuce, żeby nastraszyć) i rozważna (lub naiwna) nauczycielka, z której ten pierwszy się natrząsa, bo już zawód ją kwalifikuje na człowieka fikcji. Mamy „dystrybutora” filmów, handlującego pirackimi płytami, który jednak ma się za człowieka kultury, bo gdyby nie on…, nie byłoby w Iranie ani Woody Allena, ani Ceylana. Sam Panahi korzystał z jego usług, więc rozgrzeszał. Pojawia się student reżyserii, szukający inspiracji w filmach i książkach. Pani adwokat z pękiem róż i niepewną przyszłością. Tym mniej pewną, im bardzie świadomie będzie się wtrącać w wyroki systemu. Są dwie staruszki z dwoma rybami, bojące się, że umrą, jeśli nie zdążą przed południem wymienić ryb. Panahi też tego nie rozumie, nie ma co szukać drugiego dna, zwłaszcza, że naczynie z wodą i tak się stłukło. Jest chłopak, kradnący pieniądze, które wypadły z kieszeni zamożnego gościa. Jest uroczy kelner, który wygląda jak wszyscy, a może nie powinien, bo wiemy, że jest złodziejem. I Panahi nie otrzyma odpowiedzi na pytanie, czym wyróżnia się złodziej, pewnie niczym. 

Nade wszystko jest tu wspomniana już dziesięcioletnia Hana, siostrzenica reżysera, którą Panahi odbiera sprzed szkoły i nie mając wyboru, pozwala jej gadać, choć grozi to wyczerpaniem – gadającej i słuchacza. Należałoby zgłosić tę pannicę do grona najbardziej pyskatych dziewczynek świata. Należałoby też zaznaczyć, że dziewczyńska paplanina jest wciąż niedocenianym źródłem wiedzy o świecie. Splata się w niej bystrość i przenikliwość, dociekliwość i nieufność, ciekawość i umiejętność szukania odpowiedzi gdzie popadnie. A wszystko razem daje jej bezpretensjonalną opcję demaskatora. Spośród wszystkich możliwych baśniowych wcieleń (a chciałoby się tu przypomnieć i brzydkie kaczątko, i dziewczynkę z zapałkami, i Gerdę, i pomocnicę Baby Jagi) najlepiej pasuje do niej rola dziecka z Nowych szat cesarza Andersena. Cesarz jest nagi. Świat jest nagi. Iran, ale nie tylko. 

Mam wrażenie, że niezbyt dużo Panahi ujął w swej składance. Ale odrobina więcej mogłaby przesądzić o smaku. Film jest gorzki, z goryczką wyczuwalną, uciążliwą dla amatorów smaków słodkich czy tłustych. Cóż, co do mnie, to jak na powyborczy poniedziałek – w sam raz.

bzdura?

Jestem jak stary Żyd w antysemickich czasach. Krótko mówiąc: nie na fali, wrobiona, postawiona na beczce. Nie ja jedna, może nawet ktoś ma gorzej, w sumie – gdyby nabrać dystansu, to ujdzie. Jeśli autor cieszy się tym, co stworzył, to głupio marudzić, że ma się słabo napisaną rolę. Rola humanisty we współczesnej szkole, wydanie majowe. 

Trwają matury. Teraz czas egzaminów ustnych – język polski rozpoczął się 11 maja. W całej Polsce tak samo, bo od Tatr po Bałtyk obowiązują jednakowe zestawy egzaminacyjne, codziennie nowy pakiet osiemnastu pytań. Sześć z nich dotyczy tekstu ikonograficznego, sześć literackiego, a sześć języka. 666 – imię Bestii. ;) Ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nie żyjemy w średniowieczu. Żyjemy w Polsce. I mamy dostęp do internetu. Dwa ostatnie założenia są tu kluczowe. Jak sobie radzą tegoroczni maturzyści? Za wcześnie na komentarz do całego przedsięwzięcia, lecz właśnie skończył się czas moich osobistych obserwacji ustnej części egzaminu. Nie mogę dzielić się doświadczeniami z egzaminacyjnej sali. Wolno mi obserwować źródła powszechnie dostępne.

Miało być lepiej, bo zewsząd narzekano, że jest źle. Więc zamiast wypracowań sprawdzanych według klucza, wprowadzono ocenę holistyczną. A zamiast prezentacji przygotowywanej przez 10 miesięcy zaproponowano losowanie jednego pytania, na które odpowiada się po kwadransie namysłu. Poza aspektem merytorycznym (inna formuła sprawdza inaczej i co innego), istniał też aspekt moralny. O prezentacjach szła fama, że handluje się nimi powszechnie, że rzesza ludzi zarabia na produkowaniu gotowców, a maturzyści płacą, kują na blachę i zdają. Albo po prostu pożyczają od kolegi ze starszego rocznika i sprzedają komisji egzaminacyjnej czerstwy chleb jak świeżą bułkę. Komisja miała ograniczone środki weryfikacji blagi, dużą świadomość w czym uczestniczy i porcję satysfakcji z rozpoznawania zdających, którzy wykonali zadanie samodzielnie a nawet z pasją.

W tym roku inaczej, ale tak samo. Maturzyści szukają sposobów, by pokonać Bestię i znajdują rozwiązania oczywiste, których twórcy tego projektu nie przewidzieli (?). Skoro te same zestawy w całym kraju (i tylko 18), to rzecz w tym, by jak najszybciej zebrać dane zewsząd i skompletować wszystkie w jednym miejscu. Nawet nie muszę dodawać gdzie. Tym sposobem maturzyści znają tajne zestawy już o dziewiątej. Nieboraki, którym wypadło zdawać w pierwszej kolejności, cóż, liczą na siebie. Cała reszta ma wgląd w pytania. Ci, którzy zdają po południu, uczą się gotowych rozwiązań.

I co z tego wynika? Jaką aurę wokół matury i szkoły kreuje ta sytuacja? Kilka obserwacji (cytaty ze strony na facebooku).

1. Solidarność 2015
Młodzież jest dumna, że wykiwała starych. Niszczą system, wiadomo – system jest zły i usiłował odebrać im godność. Zmuszał do egzaminu, kazał każdemu samodzielnie, a oni przecież – w miażdżącej większości – nie wybierają się na polonistykę. Po co mieliby uczyć się polskiego, skoro im niepotrzebny?

Prekariusze wszystkich krajów łączcie się. Nie znałam tego słowa wcześniej. Dopiero komentarze powyborcze wylansowały „prekariuszy” jako określenie siły politycznej, zagospodarowanej przez kandydata rozwalającego „system”. Etymologia pozornie wskazuje na słabość [prekariusz = człowiek bez perspektyw].

Jak świat światem, a Polska Polską, trudna sytuacja ludzi łączy i wyzwala potencjał działań zbiorowych. Nazwać to spadkiem po PRL-u? – to przyzwolenie na omijanie prawa, które ustanowił ktoś, komu nie daliśmy legitymizacji. Omijanie przepisów dowodzi cnót, nie wad. A może inaczej: sięgnijmy do czasów własnej matury i z ręką na sercu wyznajmy, że nikt nie ściągał, nie słyszeliśmy o żadnych sposobach i trikach. Nie da się. Nic nie działo się na taką skalę, bo inne były możliwości. Pytanie: czy autorzy (kolejnej) koncepcji egzaminów maturalnych nie potrafili przewidzieć, jak łatwo łamie się procedury? Może przewidzieli, lecz czuli się bezradni wobec technologii i filozofii hakerskich czasów? 

Profesor Bartoszewski zapytany czego oczekuje po pielgrzymce Papieża, zaczął od uściślenia. „Nie wiem, czy chce Pan zapytać, czego oczekuję, czy może czego się spodziewam. (…) Bo oczekuję na przykład, że wszyscy Polacy będą uczciwi, ale w ogóle się tego nie spodziewam”. Analogia jest oczywista.

2. Na legalu nielegalne
Nauczycieli i dyrektorów obowiązują ścisłe procedury i etyka zawodowa. Uczniów nie obowiązuje nic. Na ogólnie dostępnej stronie, często pod własnym nazwiskiem i danymi, które mogą identyfikować miejsce, w którym przystąpili do egzaminu, ujawniają, że naruszyli jego tajność, że zamierzają to robić w kolejnych dniach i że to jest właśnie sprawiedliwość.

Gorzko zabawne jest to poczucie słuszności. Ktoś się obruszył, że zdający o ósmej są pokrzywdzeni. Odpowiedź: winny jest wróg, nie my, to on zasługuje na zemstę.
„(Antolik): CKE nas zrobiło w balona (eufemizując, bo ciśnie mi się inny wyraz) więc my mamy takie samo prawo zrobić je. sprawiedliwość za sprawiedliowść”. [Pisownia oryginalna, przecież maturzysta nie ma obowiązku znać ojczystego języka, skoro nie chce. Centralna Komisja Egzaminacyjna to rodzaj żeński.] „(…)bardzo przykro, że jest to tak niesprawiedliwe, ale jeżeli cke jest niesprawiedliwe wobec maturzystów, to czemu maturzyści nie mogliby być niesprawiedliwi wobec ich…”

3. „Lej ciepłym moczem” na polaka
Język polski (ustny) jest pod szczególnym ostrzałem, bo dla wszystkich obowiązkowy, a zarazem niedoceniany od lat. Nieuwzględniany przez uczelnie w rekrutacji na studia. Nieprzydatny w znaczeniu merkantylnym i pragmatycznym. Przede wszystkim taki sygnał płynie z obserwacji. Humanistyka nie przynosi dochodu – ani państwu, ani jednostce. Niezupełnie prawda. A już kolosalna nieprawda, jeśli uwzględnić znaczenie nieprzekładalne na korzyści wymierne i natychmiastowe. Skoro jednak tych niewymiernych nie traktuje poważnie dorosły świat, to absolutne przyzwolenie na krótkowzroczność mają Ci, którzy swą dojrzałość właśnie potwierdzają na egzaminach.

W komentarzach (fb) ktoś sugeruje, że to nie fair, więc zbiera powinszowania za nieuleczalny „autyzm”. „A chciałabyś powtarzać w sierpniu egzamin ustny, który bądź co bądź NIKOGO nie obchodzi na uczelniach, bo pytanie było pojebane i nie zdałaś?” Rany! Całe sztaby co rok przeprowadzają żmudną ewaluację matury, szukając przyczyn uczniowskich potknięć. A odpowiedź jest prosta i genialna: „pytania były pojebane”. Długo się maturzysta (znany z imienia i nazwiska) wypowiada, niezbyt porywająco, ale cytuję za ową zgrabną frazę o ciepłym moczu, który wszyscy leją na egzamin. Wkracza skatologia. ;)

4. Domino
Następny rocznik patrzy i wyciąga wnioski. Przekaz brzmi: zdałem, choć nie umiałem. Matura to bzdura. Mentalność narodowa każe nam oznajmiać światu, jaki to jestem sprytny, jak wielką mam inteligencję wrodzoną (niećwiczoną), że nieskażony wiedzą wykiwałem durną komisję egzaminacyjną. Gdybym to wiedział wcześniej, nie zawracałbym sobie głowy szkołą już w gimnazjum. 

Jakie wnioski wyciągnie nauczyciel? Jeśli uwierzy, że edukacja to walka (my-oni), to może zacząć budować swoją pozycję na strachu. Może do tej walki przystąpić i łatwiutko (głupiutko) – czy to na egzaminie, czy na sprawdzianie – zadać pytanie, które niewiedzę obnaży. Stop. Nawet nie chcę myśleć, to absolutnie chory wariant. Jestem w szkole po to, by pomóc, by prowadzić i doradzać, (idealistycznie) zainteresować, podsuwać pytania i wspólnie szukać odpowiedzi. Hmm.. też brzmi głupio, bo nierealnie. Moi uczniowie wdzięczni są głównie facebookowi. Ich wygrana mnie nie dotyczy. Nauczyciel, któremu jeszcze się zdaje, że gra toczy się fair, jest dobrotliwym „starcem”, który nie wie, jak kręci się świat. Czy komuś przyjdzie do głowy, że można to wiedzieć, a mimo to nie zgadzać się na ślepy pęd?

Strona (podejrzewam, że jedna z wielu) prowadząca akcję rozszyfrowywania pytań, ma w podtytule „jak mieć przejebane”. Znaczy: współczujcie nam, bo my biedni musimy (?) zdawać głupią (?) maturę. Kto tu ma przejebane? Krótki namysł: wszyscy po trochu, ale głównie maturzyści. Nawet jeśli otrzymają wysokoprocentowe wyniki, nawet jeśli na nie zapracowali, to i tak każdy będzie mógł to podważyć. Zdawałeś w czasach, kiedy wszystko jest relatywne. Gdy coraz mniejsze  znaczenie ma cokolwiek.

Dziś czwarty dzień ustnych matur. O 8.25 dziewięć z osiemnastu pytań zostało odtajnionych, chwilę później już wszystkie. A nawet więcej, bo codziennie ktoś robi kawał i podsuwa pytania wyssane z palca. 

majówka

Wrocław, 1-3 maja 2015

Iksora

Z miasta do miasta. Z Wielkopolski na Dolny Śląsk, w specyficzny mikroklimat, gdzie zawsze najcieplej, najbardziej optymalnie dla ciała i ducha, choć już niekoniecznie dla zmaltretowanych chodzeniem (bo odwykłych) stóp. WROC+LOVE.

Bywam tu często, a chodzę utartymi szlakami – jak koń. Z sali nr 1 w kinie Nowe Horyzonty do sali nr 9 w tymże. Poszerzyłam sobie horyzont. Doszłam na Plac Solny, potem Rynek i mniej lub bardziej wokół z wyskokiem na Kleciny. Promień marszruty byłby dłuższy, gdyby nie to, że było co oglądać, gdzie zerkać i do czego wracać. Więc zostało mi odrobinę na następną wyprawę badawczą.

No i teraz Wam opowiem: kiedy zbudowano Wrocław, jak i po co. Kto tu mieszkał i jak mu się żyło. Co gdzie kwitnie, co jak smakuje i za ile. Jakie rzeźby, ambony i witraże są w jakim kościele. Gdzie się czają krasnoludki… Nie dam rady? Dam, ale rzeczywiście, to co powyżej biorę w nawias. Bo i miejsca brakuje, i wiedzy. Cóż, postawię na przystawki.

A bez pachniał! Rany, ile tu bzu! Jasne, że w Ogrodzie Japońskim różowiły się wiśnie, w Botanicznym jeszcze tulipany, ustępując pierwszeństwa azaliom (azalia pompejska na przykład, żółta, pachnąca jak oszalała lilia!). Albo taka iksora jak na zdjęciu u góry. Jednak bez liliowy królował siłą ekspansji. Głowy nie dam, ale gdyby uważnie przeczesać krzaki, jakiś krasnal pewnie by się w nich znalazł. W zasadzie, trochę głupio tak o krasnalach, bo to oczywistość. Jest ich bez liku, jedne zgrabniejsze i dowcipniejsze, inne ciut mniej. Dużo wdzięku i naprawdę trafione proporcje. Najbardziej lubię Syzyfki, ale bawią mnie też Pożarki, tuż przy kościele św.Elżbiety, który zapalny jest jak słoma i stał już w ogniu nie raz. Robiłam im fotki, banalnie dołączając do grona turystycznych tropicieli. Na przykład poznana w ten sposób siedmiolatka (przy Grajku i Melomanie) westchnęła z żalem: „- To dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty. Jutro wyjeżdżam, a jest ich ponad setka”. Chciałam znaleźć tego, co pierze portki w Odrze, lecz nie dojrzałam. Na trzeciej fotce: krasnal-Kinoman, stary znajomy. Co znaczy żabia perspektywa! Wygląda tu jak krasnolud, a jest przecież tyci jak inne.

krasnale-Syzyfki   krasnale-pożarki   krasnal-kinoman

Nie wiem, czy rzeczywiście zamysł urbanistyczny Poznania jest aż tak różny od wrocławskiego, czy to efekt bycia tubylcem. Dość, że gdy myślę o swoim mieście, to wszystkie atrakcje układają mi się w ciąg niezależnych, niepołączonych ze sobą punktów. A we Wrocławiu nie ma żadnych interwałów, spacer wśród drzew prowadzi mnie do ławeczek i parków, Botanik sąsiaduje z
krzesło KantoraKatedrą, most przerzuca mnie na wyspę, kolejny przenosi ze sfery sacrum w profanum (lub odwrotnie), a jak już się nachodzę (np. Wybrzeżem Wyspiańskiego) i dwoi mi się w oczach od politechnicznych udziwnień architektonicznych, to znów trafiam w rejon kamienic i podwórek, najlepiej z jakąś smakowitą cukiernią za winklem. Obok Politechniki (tej z kodem binarnym „zamiast” okien) przechodziłam, wracając z gitarowego bicia rekordu Guinessa (5003 gitar i Hej, Joe). Przywidziało mi się, że we Wrocławiu tramwaje jeżdżą w powietrzu i czym prędzej to przywidzenie uwieczniłam. Także krzesła tu mają większe. Mosty – też żadne odkrycie, wszak Wrocław to most przy moście. Mnie się szczególnie podoba niebieski Grunwaldzki, ale zamieszczam fotkę czerwonego Mostu Piaskowego. Bardzo ładne błękitne (!) bramy ma uniwersytet. Każdy chyba strzelił sobie fotkę na tym korzystnym kolorystycznie tle.

tramwaj na drutach  Most Piaskowy   Zrób to sam

Przerzucę się z błękitu na zieleń. Parków po uszy. Szczytnickim szłam, ale muszę wrócić i bardziej się w niego zapuścić. Botaniczny – świetny, brawo za ławeczki. Japoński – miniaturka, odwiedzana przez nieproporcjonalną do metrażu liczbę ludzi. Południowy – tylko mi mignął zza okna samochodu. A przecież skwerek też poniekąd park, bulwary i wybrzeża ciągną się kilometrami, w zieleń można się zawinąć co krok. Korci mnie, by palmę pierwszeństwa przyznać Cmentarzowi żydowskiemu na Ślężnej. Gwar czynią ptaki, ludzie snują się jak cienie, z rzadka i niewyraźnie. Spacer kojący, łatwo się wtopić w tutejsze światłocienie, choć trzeba w końcu wychynąć ku żywym.

To może wrócę do podnoszących glukozę w żyłach szczegółów. Słodycze. Nie byłam na diecie, więc jadłam: 1) lody na Bema (bezowo-cydrowe!), 2) sernik kremowy u Spychały (super) i 3) TyrajMisiu w mistrzowskim podaniu Pszczółki. Niebo.

Inny szczegół to oczekiwanie na zmianę świateł. Z perspektywy kierowcy: mają tu czasowe odliczacze, kiedy nastąpi zmiana. Od razu się do nich przykułam, bo jestem z Poznania. Natomiast nie mają guzików na słupach przy przejściu (to z perspektywy pieszego). Hmm… tak stoją sobie cierpliwie, nawet z nogi na nogę nie przestępując. A w Poznaniu takie guziki są i my ciągle w nie dusimy. Żeby szybciej zabłysło zielone. Po prawdzie to nie działa, to znaczy czerwone i tak musi trochę poświecić, ale co nadusisz, to twoje. U nas nawet w windzie są takie przyspieszacze. W moim bloku na przykład. Dojedziesz na właściwe piętro i możesz czekać aż drzwi windy się otworzą. Ale możesz też nacisnąć – na znak, że chcesz wysiąść szybciej. Oczywiście, że to nie działa, różnica prędkości jest żadna, ale co nadusisz, to twoje. Otóż, we Wrocławiu tego nie mają. Inna mentalność.

PaluchOj, ambaras, ambaras. Bo jak tu ogarnąć te krocie ślicznych kamienic! Tych wyeksponowanych na podziw (usytuowaniem lub funkcją). Ale też tych, które co rusz wyrastają to w podwórzu, to na rogu, wygalantowane lub lekko zapadłe, wyczekujące na lepszą przyszłość. Przeglądam fotki i raz, że nie oddają tego, co widziałam, dwa – trzeba by debaty nad tym, którą wybrać.

A to oznacza, że postawię na dekoracje. Najpierw dwie płaskorzeźby z Domu Miedziorytnika przy kościele św. Elżbiety: Paluch i Zrób to sam. Ta druga powyżej, obok Mostu.

Angelus przed OssolineumW drugiej kolejności niech będzie Angelus sprzed Ossolineum, prawem pierwszeństwa, bo ma literackie, szerokie plecy. W wydaniu mikro jest statuetką Nagrody Literackiej Europy Środkowej, zwanej Angelusem właśnie, której laureatem w 2014 był Pavol Rankov [Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)]. Nie czytałam. Za to mogę zacytować umieszczony na cokole fragment wiersza Anioła Ślązaka (patron nagrody) w przekładzie Mickiewicza:
„Do nieba patrzysz w górę,/ a nie spojrzysz w siebie:/ Nie znajdzie Boga,/ kto Go szuka tylko w Niebie”.

Wystroje kawiarnianych wnętrz to temat na długi esej, bezpieczniej będzie zostać przy elewacjach zewnętrznych, przy muralach. Jeden z nich trafił na tegoroczną maturę z WOS-u. Jeśli dobrze pamiętam, rzuca się w oczy przechodniom na ulicy Sienkiewicza: „Co słychać u sąsiada?” A ja sobie przywołam Mural z Fantastycznym Lisem i Mural Rebusowy. Dla towarzystwa dodając tablicę pamiątkową dedykowaną Cybulskiemu i Mural z Dziewczyną w sukni z kłódek. Tyle ozdób.

Mural -Fantastyczny Lis        Mural łańcuchowy

   Mural - kłódkowa suknia      Cybulski przy Pergoli

Weekend we Wrocławiu przypadł na dni poprzedzające pogrzeb prof. Bartoszewskiego. Ossolineum, które jak wiadomo odziedziczyło archiwum profesora, pożegnało go uliczną galerią karykatur i bon motów. To było jedno z ciekawszych zaskoczeń. Szpaler osiemnastu plakatów, które kreską tyluż rysowników uwieczniały zdeformowany wizerunek i uzupełniały go cytatem. Jest wśród nich słynne zdanie: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Są i inne, celne, bezpośrednie, dowcipne. Mam nadzieję, że po dzisiejszym wyborczym święcie nie przyjdzie mi powtarzać w duchu: „Kocham moich Rodaków, choć doprowadzają mnie do cholery”. Wytłumaczę się ze zdziwienia. Wrażenie było pozytywne. Fenomenalne, że na przekór smutnym okolicznościom, wybrano wierność osobowości, wdzięk i humor zamiast patosu i minorowej żałoby. Że tak lekko, nie bombastycznie. [Jeśli ktoś w ostatnim tygodniu włączał radio i zaatakowały go reklamy Lidla, to rozumie, dlaczego postanowiłam użyć słowa „bombastyczny”. Powariowali? Reklamują swoje ceny jako bombastyczne – przecież to znaczy: „napuszone, pompatyczne”. Chcą przyciągać tym, co odpycha?]

Bartoszewski 1 Bartoszewski 2 Bartoszewski 3 Bartoszewski 4

Niektóre z tych słów powinny z nami zostać. W czasach, gdy zewsząd atakują słowa nijakie lub agresywne, ubite jak pianka bez treści… naprawdę dobrze chwycić się bon motów. 

Wrocławski mistrz słowa, nie dość że ugościł mnie obiadem, to jeszcze hasał ze mną po ulicach, wskazał na domy, w których chciałby mieszkać (jakieś dziesięć, ułamek z rejestru) i wypił z nami piwo. Z nami, bo to był siostrzany wypad. W ostatnich słowach chętnie więc adresuję całuski: i do Gośki (siostra), i do Ewy (Mistrzyni ripost i dowcipu). Pamiętając serdecznie o Pszczółce. :)

Wspomniałam, że nie tylko bez, również tamaryszek kwitł i mościł się gdzie popadnie? Tak było. A na międzymiastowej dawał po oczach rzepak: czyste złoto pól. 

Karski

Karski i władcy ludzkości (dokument), reż. Sławomir Grünberg, Polska, USA
karskiMówią o nim James Bond. Mówią: „moralny arystokrata”. Książki piszą i kręcą filmy. A i tak: choćby się wzięło za to tysiąc atletów (a każdy zjadłby z tysiąc kotletów), to nie udźwigną, to i tak będą trochę nie w czas. I na pewno nie na modłę odczuć głównego bohatera. Ta ostatnia rozbieżność sprowadza się do tego, że Karski zrobił coś niezaprzeczalnie heroicznego i słusznego. Ale nie dane mu było doznać spełnienia, więc długie lata, a może całą wieczność (do końca) żył w przeświadczeniu, że doświadczył porażki.

Dokument Sławomira Grünberga ma hybrydyczny charakter. Tworzą go przede wszystkim rozmowy z Janem Karskim – i te fragmenty są nie do przecenienia. Fakty otrzymują sporą nadwyżkę dzięki sposobowi, w jaki zostają przedstawione. Tło stanowią materiały archiwalne, obrazy Zagłady – mocne, choć przecież widzimy je nie po raz pierwszy. Część z nich zaczerpnięto z filmu Lanzmanna Shoah. Trzecią materią współtworzącą film jest animacja. Pomysł świetny, wizualizacja przeszłości na pewno lepsza niż fabularyzowane wstawki. Ale liczyłam na więcej. Zasłyszałam przed seansem porównanie do Walca z Baszirem i oczekiwałam, że zobaczę coś równie oryginalnego. Otóż nie, ale i tak – jest znośnie. 

Zacznę od Bonda, bo nie na nim chcę skończyć (to raczej wabik niż sedno). Karski – i młody, i starszy – jest szalenie przystojnym, eleganckim mężczyzną. Erudytą, zwłaszcza poliglotą. Uczy się języków, bo marzy o dyplomacji. Rok 1939 gruntownie krzyżuje mu plany. Lecz Karski podchodzi do sytuacji „proaktywnie” – działa w organizacjach Polski podziemnej. Wysyłają go za granicę z przeróżnymi misjami. Ociera się kilkakrotnie o śmierć. Uniknął Katynia, wydostał się również z niewoli niemieckiej. Penetruje strefy największego zagrożenia (getto i obóz wywózek Żydów na ostateczną likwidację). Zapamiętuje, a pamięć ma fotograficzną. Ucieka, by dotrzeć tam, gdzie jeszcze nie wiedzą, jakie zło urzeczywistnia się na polskiej ziemi. Ma misję, by ujawnić niewiarygodny plan Holocaustu. Emisariusz. Wiezie na Zachód bezcenne mikrofilmy i świadectwo swoich oczu. Niczym Bond, choć ma skromniejsze gadżety. Bohater.

Karski i władcy ludzkościKarski, siedzący vis-à-vis kamery, opowiada o czymś, co zdarzyło się ponad pół wieku temu. Dla niego nie jest to rozdział zamknięty. Pamięta szczegółowo, wnikliwie i empatycznie. Ta pamięć to jego tożsamość. Więc z jednej strony: ciężar zbrodni – zła materializującego się w działaniu. Z drugiej strony – zło zaniechania, obojętności, politycznej kalkulacji. Podwójny garb. Karski nie jest winny żadnej z tych katastrof. Ale swą bezradność, niemoc, nieskuteczność nazywa porażką.

Raporty Karskiego – choć dziś można mówić, że miały swój wpływ na  bieg historii – nie wywołały jednak spektakularnej reakcji. Karski mówi, czego oczekiwał: konkretnych działań odwetowych, nagłośnionych jako odpowiedź na Holocaust, wymuszających na Niemcach (prosta wojenna kalkulacja) zmianę planów, wstrzymanie eksterminacji. Politycy, do których dociera, wybierają półśrodki, działania zastępcze. Nie dowierzają lub zmieniają temat. Po wojnie będą się dziwić, że Zagłada zdarzyła się naprawdę. Lub będą (w imię wyższych racji) usprawiedliwiać swą wstrzemięźliwość. Jak genialnie Karski parodiuje Roosevelta! Jeszcze jeden opanowany przez Karskiego język – ten, którym mówią „władcy ludzkości”, z manierycznym przeciąganiem sylab i durową tonacją.

Ogromne wrażenie robi deheroizacja, odsłona pęknięć i wątpliwości. Tu nie ma Bonda. Jest człowiek świadom własnych ograniczeń i ceny, jaką za nie płacą inni.

To zapamiętam szczególnie.
* Karski wspominający, że zaniechał reakcji, gdy jako student, przed wojną, był świadkiem szykan wobec żydowskich kolegów. Odkupił tę słabość po wielokroć, mimo to pamięta, że tak właśnie było.
* W celi na Gestapo, po torturach, jego próba samobójcza. Można by uderzyć w ton heroiczny: śmierć ratowała przed potencjalnym złamaniem. Ale Karski mówi: „straciłem wówczas pewność siebie” i pozwala mi spojrzeć na to szargnięcie się na życie jak na czyn człowieka, który dotarł do ściany.
* Opowieść o brawurowej ucieczce ze szpitala i wykiwaniu Niemców ma swój rewers w epilogu. Karski przypomina, że wzięto 32 zakładników, których rozstrzelano. On był już wówczas nieuchwytny. Sumienie zapamiętuje wykaz rachunków.
* Poczucie, że jest coś winien tym, w których cierpienie został wtajemniczony. Ginących za murami getta, tych, których kazano mu pamiętać. Dlaczego tę winę miałby nosić w sobie Karski? Nie ma w tym logiki, ale taki jest moralny odruch ludzi jego pokroju. Bo ludzie są – jak mówi w ostatnich ujęciach – potencjalnością. Coś sprawia, że jesteśmy zdolni i gotowi czynić potworne, bezgraniczne zło. Coś również każe nam przekraczać siebie i pielęgnować to, co człowiecze. Karski dodaje, że istnieje wybór. Pięknie też – dyskretnie i naturalnie – wskazuje na Boga. Jednego Boga wszystkich ludzi – tak, jak małemu chłopcu objaśniała to matka. – On jest tak Niepojęty, że ludzie nazywają Go podług tego, co są w stanie zrozumieć. Różni różnie. Ale to wciąż ten sam, jeden dla wszystkich, Bóg.

Nie po to sporządzam wykaz obciążeń, z którymi borykał się Karski, by delektować słabość. Wręcz przeciwnie. Każda z ww. „słabości” jest siłą. Może dzięki wyzwalającej świadomości, która przekracza ograniczenia. Może dzięki temu, że bohaterstwo bez skromności byłoby jałowe.

Film nie do przegapienia. Również jako inspiracja do lektury – kilka biografii może posłużyć jako przedłużenie spotkania. Np. Yannicka Haenela – Jan Karski (2010).