Archiwa miesięczne: Czerwiec 2015

marsylski łącznik

Marsylski łącznik (La French), reż. Cédric Jimenez, Francja& Belgia 2014

Niektóre miasta mają szczęście. I takich miast jest sporo. Rodzą lub adoptują artystów, do których dzieł wkradają się nie tylko prawem tła, ale i bohatera. Nie „pocztówki” mam tu na myśli, bo dużo ciekawsze są wizerunki wyrastające z bolączek, niewygody, czegoś szczególnego.  Raczej genius loci niż folder turystyczny. Tak jest z Marsylią.

Z sympatią wspominam kryminalną trylogię marsylską Jean-Claude`a Izzo. [Total Cheops – Szurmo – Solea]. Szkoda, że nic już więcej nie spotka Fabia Montale, eksinspektora tutejszej policji. Wyrzuconego za jakąś niesubordynację, jednak nie do zastąpienia, bo znał Marsylię jak własną kieszeń. Poza tym kochał ją, nie mniej niż kobiety (liczba mnoga), dobre wino, jedzenie i jazz. Izzo już niczego nie napisze i tylko z nostalgią nadmienię, że debiut po pięćdziesiątce i na chwilę przed końcem bywa jednak sensowny i daje przepustkę do trwania. Tymczasem…
Marsylski łącznik… w kinie można jeszcze zobaczyć Marsylskiego łącznika.
Oryginalny tytuł – La French – jest nazwą mafii narkotykowej, z którą walczy sędzia Pierre Michel. Portowe miasto wypuszcza przestępcze macki oplatające Marsylię, Francję, sięgające do USA. Sprawę tych przekrętów naświetlał amerykański Francuski łącznik (1971), któremu zawdzięczamy aluzję w polskim tłumaczeniu tytułu filmu.

Zarówno sędzia wypowiadający wojnę mafii, jak i stojący na jej czele Gaëtan „Tany” Zampa to postaci autentyczne. Zakładam, że poddane artystycznej obróbce, lecz mające korzenie w jak najbardziej realnej historii. Dramatycznej (tragicznej dla protagonistów), dynamicznej, w której każda ze stron stawia na szali wszystko.

I tak jak przy Taksówkarzu mogłam powiedzieć: stare jak nowe, tak tutaj: nowe jak stare. A jedno i drugie ma wartość dodatnią.

Powiedzieć, że lata 70. są historycznym (politycznym) tłem dla fabuły – to za mało. Owszem, Jest rok 1975, gdy opowieść się rozpoczyna. Tak nie inaczej wyglądają układy w strukturze władz. Na coś przymyka się oko, nie sposób znaleźć haka na kogoś, kogo wszyscy kryją. Ważnym bodźcem dla rozwoju akcji będzie wybór Mitteranda na prezydenta (1981), który uruchomi polityczne przetasowania. Ktoś otrzyma wyższy stołek. Włączą się inne światła na stare sprawy. Co wcale nie znaczy, że jakaś polityczna opcja ma moc oczyszczania tego, co dzieje się na zapleczu. Korupcja, przekręty i nielojalność nadal będą trwały.

Zostawmy jednak zaimki (ktoś – kogoś – komuś) i wskoczmy w skórę antagonistów. O, rany, rany! Komu kibicować?! Tu sędzia Pierre Michel (Jean Dujardin) – otrzymał właśnie awans z działu spraw nieletnich do działu przestępczości zorganizowanej. Ujmuje tym, jak traktuje uzależnioną narkomankę. I tym, że wie, co to uzależnienie, bo był zależny od hazardu. Poza tym jest przystojny. Co jeszcze? Działa jak torpeda. Nie da sobie w kaszę dmuchać i wymachiwać przed nosem przepisami, które wiążą ręce. Do diabła! Jest nieobliczalny i zdeterminowany. Poza tym jest przystojny. Kocha żonę i córeczki, które dają mu wsparcie, ale też stawiają ultimatum (całe szczęście, że żona ma równie silny charakter). Sędzia wsiąka w sprawę, dociera za kulisy, rozpracowuje zdradę i zależności. Wcześniej czy później – nie dziwi nic – odsuną go od działania, bo nie w policji miejsce na taką zadziorność. W każdym razie, nie odsłaniając kart przetargowych, powtórzę tylko, że jest przystojny. I zilustruję to fotosem.

Jean Dujardin. Marsylski łącznikWięc tu sędzia Pierre Michel, a tam mafioso Zampa (Gilles Lelouche). Emocjonalny, władczy, lecz i serdecznie przywiązany do swoich. Cóż, ojcowie chrzestni też mają swoje racje, swoje wartości i charyzmę. Zampa nie da się zrobić w bambuko, bo nie przebiera w metodach komunikacji. Przykład: ociągający się współpracownik dostaje zrozumiałą motywację. Zampa mówi, że w jego stronach, gdy dzieciak nadużyje alkoholu, ojciec nie krzyczy, nie bije pasem, a stawia przed synem butelkę i każe pić. Nie zważa na odruch wymiotny, na to, że uleciała przyjemność. Powróci nieprędko. Zampa w ten sposób częstuje białym proszkiem niesfornego „syna”. Okrutne. Ale w innej scenie wzrusza, przekonuje, walczy o aplauz.

Od początku filmu widz ma przed sobą wyzwanie: komu kibicować i kto jest przystojny bardziej. Ja się zdeklarowałam.

A serio – bo naprawdę nie w szyku obu panów leży sedno ich postaci – to naprawdę świetne role. Pojedynek racji i kreacji. Z narastającym zahipnotyzowaniem sobą nawzajem. Przy czym wartością naddaną okazuje się tu nie przełamywanie schematów a wpisanie się w konwencję. Mamy więc „kino noir”. Termin przeszczepiony z innej epoki, ale w tym rzecz, że Marsylskiego łącznika ogląda się, zapominając, że powstał dopiero w 2014. Trudno mi zdemaskować w czym rzecz. Nie tylko w scenografii i kostiumach. Poza tym „noir” wnosi niejednoznaczność podziału na dobro i zło. A tutaj – choć ja sympatyzuję z „dobrym” Michelem – sprawy nie rysują się antonimicznie.

Ech, kino francuskie! Zawsze ma ten swój stempel „francuskości”, której bezpieczniej nie definiować – nie uda się i tylko podkreśli, że określający jest spoza kręgu. Niedawno oglądałam bezpretensjonalne (choć lekko przerysowane, bo komediowe) Rozumiemy się bez słów, które wzruszyło mnie klasyką francuskiej piosenki. Nie tak znów często kino stamtąd jest u nas na ekranach. Tym bardziej warto nie przegapić pojedynku Michela z Zampą.

taksówkarz

Taksówkarz (Taxi Driver), reż. Martin Scorsese, USA 1976

Dlaczego Taksówkarz? Dziesiątki powodów.
Pierwszy: jeździłam z Panahim żółtą taksówką po Teheranie? To dlaczegóż nie obstawić kursu nocną taryfą po Nowym Jorku z Robertem De Niro?
Drugi: obsesje i samotność Travisa Bickle`a. Zwłaszcza ta druga, którą smakuję, czytając Lotnisko w Monachium (i przy mojej ogromnej sympatio-skłonności do samotności, zaczynam ją podejrzewać o najgorsze).
Trzeci: żółty plakat z taksówkarzem mam vis-à-vis mojego stołu w miejscu pracy. Wgapiam się w niego, mgliście pamiętając wrażenia z bardzo dawnego seansu. Teraz mam na świeżo i to po podwójnym oglądzie!
Czwarty: żółć żółcią, ale to jest kinowy evergreen! Ani cienia myszki czy kurzu. Absolutne 10/10, któremu niewiele filmów może dotrzymać kroku.
Piąty: wiem, że Ameryki nie odkryję (choć właśnie że tak, najdosłowniej), pisząc o filmie Scorsese. Bo trzeba by wysmażyć sążnisty esej, a i tak już mądrzy przede mną rozbierali ten tytuł na porcyjki, a ci, którzy tu zaglądają, pewnie znają, bez moich przypomnień. Słowem: piąty powód jest taki, że pisać o Taksówkarzu, to jak z motyką na słońce ruszać. Więc dlatego.
Szósty: niesamowicie aktualny komentarz do tego, jak widzą świat „oburzeni”, „wkurzeni”, „zdesperowani”, którym przypisuje się ostatnio ogromny potencjał polityczny. Taxi Driver daje spectrum zjawiska.
Siódmy: słowa Urszuli Antoniak w FilmWebowym programie „Mój gust filmowy„. Jeden z lepszych odcinków, bo bohaterka ciekawa i inspirująca. I tam pojawia się Taksówkarz (od 3`50″ do 5`15″). Film z ulubioną rolą męską. Ekwiwalent greckiej tragedii i fenomenalne połączenie energii reżysera, scenarzysty i aktora. Może to nie brzmi jak bon mot, ale to absolutna esencja wszystkich możliwych recenzji. Primo – scenariusz, secundo – reżyseria (kto się zachwyca brawurowym Wilkiem z Wall Street, powinien wrócić do początków Scorsese`a, który owszem, rozwija się, ale geniusz objawił już w roku 1976), tertio – gra
Roberta De Niro. Czy jakiś młody aktor może nie marzyć o takiej kreacji? Albo czy może nie uczyć się budowania roli od młodego De Niro? W każdym razie: powinien marzyć i uczyć się jednocześnie.

Taksówkarz (plakat)

1.

Pierwsze kadry to oczy w samochodowym lusterku. Albo wykadrowane do takiego formatu. Bingo! Bo raz, że to są oczy, którymi przez dwie godziny oglądamy świat. Dwa, że tu naprawdę wiele zależy od filtru oczu i od kąta widzenia tego, kto patrzy. I zanim ruszę dalej, to zacząć muszę od tego, że Travis Bickle nie może spać. Zgłasza się do agencji taksówek, by pracować „anytime, anywhere”. Chce zabić czas. Zrobić coś ze swoim życiem… z kimś być, znaleźć cel i sens. Ok, słuszny kierunek, ale ważniejsze w tej informacji jest to, kim Travis jest na starcie. Kimś, dla kogo sens i cel nie są czymś naturalnym. Wrócił z Wietnamu. Nie ma bliskich (choć pisze listy do rodziców). Wkurza go świat. Najchętniej by go posprzątał, nie przebierając w środkach.

A odkąd jeździ nocną taksówką, powodów, by gorycz narastała ma coraz więcej. Nastoletnie prostytutki, zdradzające żony, cyniczni alfonsi, dilerzy i menele. W jednej z moich ulubionych scen taksówką Travisa jedzie Palantine, kandydat na prezydenta. Travis przekazuje mu swoje memento. Zapytany co go wkurza, odpowiada, że śmieci. (ok.28`) „Wiem jedno – ktoś powinien oczyścić to miasto, bo jest jak otwarty ściek. Pełno w nim brudu i śmieci. Nie mogę tego znieść. Wychodzę i czuję ten smród. Dostaję bólu głowy. Wszędzie się unosi. Prezydent powinien posprzątać ten cały bałagan. Spuścić go do szamba”. To właśnie filtr, przez który Travis widzi świat. Czy diagnoza jest trafna? Szaleństwo jest w wirującym zepsuciem Nowym Jorku czy raczej w głowie Travisa? I choć niewykluczone, że oba światy są w ruinie, to silniej przeraża dewiacja wewnętrzna. Czy skorzysta z niej polityk, demagogicznie szafujący hasłem WE ARE The PEOPLE?

2.

Skoro o patrzeniu mowa, wspomnieć warto jaki to z Travisa kinoman. Nocą jeździ, za dnia siedzi w kinie. Takim specjalnym, z pornosami. I nie dostrzega różnicy między repertuarem tego kina dla „dorosłych” a kinem w ogóle. Tu przychodzi na pierwszą (nieudaną) randkę z Betsy, którą przepłoszy dosadnością oferty. Oczywiście, zdziwiony konsternacją dziewczyny, zaoferuje w razie czego inny film, ale sam nie widzi w repertuarze żadnej anomalii.

Scena z patrzeniem to również słynna scena bąbelkowa. Jedno z kilku spotkań w barze taksówkarzy. Rozmowy najprzyziemniejsze, paplanina branżowa, punkt wsparcia dla kierowców z żółtych aut. Travis rozpuszcza w szklance wody musującą tabletkę. Wpatruje się w nią i to go wciąga, podkreśla outsiderski krój. Co można widzieć w bąbelkach? To czego nie widać gołym okiem, co prowadzi do wspomnień lub półświadomych traum. Jeśli ktoś widział filmoznawczą epopeję Marka Cousinsa „The Story of Film – Odyseja filmowa”, piętnastogodzinną opowieść o historii kina, ten wie, o czym mówię. Adekwatny, minutowy fragment można zobaczyć Tutaj. Bąbelki są cytatem. Z Carola Reeda (Niepotrzebni mogą odejść, 1946), Jean-Luca Godarda (2 or 3 Things You Know About Her, 1967). Pulsujące, pączkujące szaleństwo.

3.

Nie wdając się w szczegóły znajomości Travisa z Betsy (zjawiskowy blond anioł wcielony w Cybill Shepherd) i z nieletnią prostytutką Iris (13-letnia Jodie Foster!), zatrzymam się na scenach metamorfoz. Jak mówi Travis: „wszystko prowadziło mnie do tego punktu”, fatalizm deptał po piętach. Lecz działał poprzez małe przygotowawcze ruchy. Jak choćby zakup broni. Z rozmachem, od razu cztery spluwy, w tym magnum 44, które do filigranowych nie należy. Nie można oderwać oczu od De Niro ćwiczącego się w szybkości reakcji. Poobwieszany zmyślnymi pasami, ukrytymi kaburami etc. staje się chodzącym arsenałem. Mniej więcej w połowie filmu zaczyna się przemiana w człowieka misji. Co ciekawe: misja jest rzeczą wtórną – Travis ma inklinację, by zabić polityka lub by wyzwolić z opresji prostytutkę. Nieważne, ważne, że staje się „misjonarzem”, zdeterminowanym mścicielem.

Travis pręży swe muskuły i refleks przed lustrem. Robi wrażenie! „Do mnie mówisz?” „Jestem człowiekiem, który mówi «dość»”. 
” – I`m standing here. You make the move.
Don`t try it, you fuck.  It`s your move. You talking to me? Well, I`m the only one here. Who the fuck do you think you`re talking to me? Oh, yeah.”
A potem wyjdzie i posprząta świat.

Jedno robi aktor, drugie scenarzysta z reżyserem. Bo gdy Travis pojawia się na wiecu wyborczym, mamy rewelacyjne preludium, budujące efekt zaskoczenia. Nadjeżdża żółta taksówka, wysiada z niej kierowca i zmierza na plac, miesza się z tłumem… A wszystko to ujęte półzbliżeniem, kadrującym poniżej głowy. Gdy kamera wznosi się i odsłania twarz, nie sposób nie wcisnąć się mocniej w fotel (kanapę czy co tam jest w pobliżu). Łysa pała z irokezem, nowy image buntownika. Znak, że choćby nie wiem ile działo się na naszych oczach, aktorski prestidigitator i tak wyjmie królika z cylindra a gołębia z chusteczki.

Taxi driver. Robert do Niro4  Taxi driver. Robert do Niro2

4.

Oczywiście, to, że Travis nie lubi „takich” ludzi może mieć przyczyn bez liku. A „takich” jest pojemne. Mieści czarnoskórych i białe, zimne kobiety, tych, co jawnie chcą ulepszać świat i tych, co po cichu rozszerzają jego gnicie. W rozmowie z Iris daje jej wskazówki jak konserwatywny starszy brat. „Powinnaś chodzić do szkoły. (…) Mieć kolegów i ładne sukienki”. Bo też największymi radykałami są konserwatyści. To wiadomo. W pojedynku z dwunastolatką: kto zna lepiej życie? Ja, bo widzę całe to bagno i wiem, że wszystko powinno być na swoim miejscu, a nie jest. – mógłby rzec Travis. A Iris na to – jesteś frajer. Kobiety są  wyzwolone. Nie masz prawa nikogo oceniać. Wszystko dlatego, że jesteś Skorpionem, ja jestem Wagą i mam rację. Parafraza rozmowy.

Więc jedną z przyczyn może być to, że Travis jest Skorpionem. Albo to, że ma za sobą Wietnam. Inny powód to wykańczająca bezsenność i samotność, już Dostojewski zdiagnozował, że gdy myśli kotłują się bez luftu i wymiany, prowadzą do ekstremum. Bodziec w rodzaju odrzucenia przez kobietę lub beztroskiej miny łotra (Harveya Keitela, ulicznego szefa Iris) działa jak zapałka na słomę.

Stymulacją są też zapiski w pamiętniku. Dają poczucie władzy nad rzeczywistością. Bo tak działa pisanie: tworzy wirtualny świat i pozwala wierzyć, że to ten prawdziwy. Mam władzę nad przecinkiem, to mogę przestawiać klocki. Szaleństwo – jak mniemam – lubi być zracjonalizowane.

5.

Finał to jazda bez trzymanki. Wszystkie strzelby, dosłowne i metaforyczne, muszą wystrzelić. Aż po ostatni nabój. Po scenę, w której ranny Travis, pod ostrzałem policji, kieruje okrwawioną rękę do swojej skroni i teatralnie trochę, a trochę autoironicznie, oddaje wyimaginowany strzał, który go uciszy: pif-paf. De Niro stosuje zgrabniejszą onomatopeję, trudno odtworzyć w zapisie.

Dodam, że za każdym razem, gdy oglądam epilog, mam ochotę iść w zakład, że to sen. Imaginacja, surrealizm, jakaś opcja alternatywna. A tu nie. Naprawdę sprawy mogą się obrócić w niespodziewanym kierunku. Szaleństwo jest w cenie. Można powiedzieć: świat normalnieje za sprawą szaleńców. No, posypałabym tę sentencję szczyptą kpiny.

Nie mogę wyjść z podziwu dla sposobu, w jaki łączą się tu ze sobą różne porządki. Zdjęcia nocnej odsłony New York City zrobione przez Michaela Chapmana. I muzyka, zwłaszcza motyw przewodni, jazzowa pościelówa.  Zespolenie smutku i nostalgii, wydawać by się mogło dalekie od furiackiej rewolty buntownika. A jednak z nią współgra.

Polecam powroty do klasyki, jest zielona jak pietruszka i bogata w minerały.

O wesołej Ludwiczce

Ludwiczka w tarapatach

…I każdy powinien ją mieć! … Jak konika na biegunach!

Mowa o pierwszej książeczce, czytanej jeszcze bez znajomości liter, mimo to samodzielnie, siłą pamięci i częstych powtórzeń. Była wydana przez Naszą Księgarnię. W formacie A-4, z twardą okładką w kolorze czerwieni i ciemnego miodu. Pewnie na tylnej okładce był stempel z czarnym kotem w czerwonych butach, z napisem na brzuszku: „Moje książeczki”. Na wklejkach miała kwadraty z figurkami z piernika (król i serduszko). Wewnątrz obrazki – na pół strony tekstu, półtorej strony ilustracji. Litery dość duże, lecz nie kulfony jak dla smarkaczy – to był już tekst do czytania.

„Była sobie wesoła, bardzo wesoła Ludwiczka. Jak się myła, to śpiewała. Jak szła, to podskakiwała. A jak spała, to się uśmiechała przez sen i wtedy na policzkach robiły jej się dwa ładne, zabawne dołeczki. Nie płakała nawet wtedy, kiedy miała wziąć lekarstwo albo kiedy stłukła sobie kolano”.

Jeszcze ten etap, gdy wychowywała mnie Babcia. Skąd wzięła się książeczka i kto mi ją czytał? Mógł każdy, bo pewnie zadręczałam wszystkich wspólną lekturą. Nie pamiętam, ale to do mnie pasuje. Może jeden z drugim (siostry Mamy i ich znajomi) mieli pokątnie dość, podsuwali coś nowszego lub w ogóle sugerowali, żeby pobiegać lub pogadać z psem? A mnie było dobrze z Ludwiczką i piernikowym królem. Nie była lekturą tygodnia czy miesiąca, czytałam ją przez całą wczesną fazę dzieciństwa.

„Chcę mieć kolegę takiego wesołego jak ja. Żeby miał zawsze słodki humor, żeby się nigdy nie złościł i żeby mnie słuchał. Chcę mieć za przyjaciela króla z piernika. I poszła w świat szukać króla z piernika”.

Pamięć miałam wówczas wyśmienitą, wyćwiczoną ornitologicznie. Rozpoznawałam 100 gatunków polskich ptaków. Za sprawą gry planszowej: dziesięć plansz A-4, na każdej po dziesięć ilustracji. Nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w grze, ale te ptaszki przykrywało się tekturowymi kartami. Miałam więc sto fajnych, niegnących się kart z numerkiem i ptaszkiem. Mogłam sama je sobie przekładać i powtarzać who is who. Moja ówczesna specjalność. Co się porobiło z pamięcią? Nie pamiętam już tych ptaków, no część – bo gil był cudny albo sowa pójdźka, rudzik czy remiz. Tyle jednak uciekło. I proszę sobie wyobrazić, że zapomniałam również, co się zdarzyło wesołej Ludwiczce. Książka długo była w domowej biblioteczce. Porysowała ją długopisem młodsza siostra (niemożliwe, że ja!). Wciąż do użycia, więc któregoś dnia zniknęła. A mnie pozostał sentyment i gdy przeprowadzałam się do obecnego mieszkania, z którego okien mam widok na przedszkole imienia Wesołej Ludwiczki, pomyślałam, że może być,  to dobry znak.

” – Puk, puk!
 – Kto tam?
 – Czy tu mieszka król z piernika, co się nigdy nie złości?
 – Nie, tu mieszka strach na wróble.
I strach na wróble wyszedł ze swojego szmacianego domku. Miał włosy ze starej szczotki i głowę z dyni, ale był bardzo sympatyczny.
 – Strachu na wróble, czy lubisz wędrować?
– Bardzo lubię, chociaż mam tylko jedną nogę.

 – To chodź z nami szukać króla z piernika. We troje będzie nam weselej”.

Cóż więc u Ludwiczki? Opowiem, bo właśnie sobie przypomniałam, za sprawą wydanego przez Naszą Księgarnię zbioru książeczek dla dzieci. Bardzo udana rzecz, bo są to reedycje różności z oryginalnymi ilustracjami. Wśród autorów, oprócz mojej Anny Świrszczyńskiej, są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska. Ilustratorką Ludwiczki i jej przyjaciół jest Janina Krzemińska. „Artystka szczególnie chętnie posługiwała się barwną plamą, a jej prace charakteryzują ekspresyjność i groteskowa deformacja przedstawianej rzeczywistości”. – czytam na stronie wydawnictwa. Nawet się cieszę, że tak wcześnie miałam serce do groteski. Uwielbiałam te obrazki! Babcię zająca, starą Zajączkę-Siwą Łapkę, bujającą się przez sen na fotelu. Ludwiczkę podtapianą w strumieniu, gdy jej przyjaciele biegną co sił na ratunek, a ona uśmiecha się od ucha do ucha, jak wśród najlepszej zabawy. Jest ilustracja zająca pod krzesłem, bo nabroił. Tort z kapusty. I oczywiście ta okładkowa, z piernikowym królem o brązowej twarzy, z koroną i harmonią w ręku.

„Gospodarz posadził ich przy stole i dał im miodu na ślicznych, malowanych spodeczkach. Siedzą, jedzą, oblizują się. Dobrze im.
 – Czy to prawda – pyta Ludwiczka – że ty się nigdy nie złościsz?
 – Prawda. To pewnie dlatego, że mam serce z miodu.
 – Serce z miodu! To nadzwyczajne! – wykrzyknął zając i z podziwu tak podskoczył, aż przewrócił stół. Wszystkie śliczne, malowane spodeczki z miodem spadły na podłogę. Oj, co to było! Spodeczki się potłukły, podłoga się zabrudziła. Biedny zając ze strachu schował się pod krzesło.
A król się uśmiecha jakby nigdy nic.
 – Głupstwo, niech pan zając się nie martwi. Zaraz wszystko posprzątam.
 – Widzę – mówi Ludwiczka – że masz naprawdę dobry charakter”.

Opowiadać zbyt wiele nie trzeba, można wydedukować z cytatów. Ludwiczka miała cel, więc wyruszyła, by go realizować. Spotkała zająca, stracha na wróble, ślimaka i świnkę. Każdemu proponowała wspólną podróż, a czasem trzeba było pomóc uporządkować obowiązki przed wyprawą. Rzecz jasna – zgodnie z przekonaniem, że światem rządzi jakiś Ład i Sprawiedliwość – na końcu drogi czekał król z piernika. Co ja mówię! Mam nadzieję, że nie był to koniec drogi, lecz początek.

Co zostało we mnie z bajki o Ludwiczce? Owszem, nie wszystko poszło z dymem, bo to nie przypadek, że się coś lubi i kojarzy machinalnie z pewnym etapem swego życia. Choćby historia nie miała głębi przepastnej mądrości. Obstawiam, że Ludwiczka zadziałała jak archetyp. Później, dzięki innym tekstom i okolicznościom, przyswajałam sobie zniuansowane prawdy o niełatwym optymizmie, podejrzanym (choć czasem uzasadnionym) czarnowidztwie i o samotności, która nie dość że się przydarza, to po prostu zawsze jest blisko. Wszystko to nakładało się na dobrze wyprawione werniksem płótno z przekazem: wybieram dołeczki w policzkach i błysk w oku. 

I jeszcze jedno. Bo pozytywny przekaz jest z definicji przypisany literaturze dziecięcej. Otóż, mnie do zbyt słodkich treści było daleko. Moja Ludwiczka była wesoła, lecz bliska ludzi (to znaczy ślimaka, stracha, piernika i zająca). Nie dość, że trafiała na pozytywne typy, to świadomie właśnie takich poszukiwała. Szósty zmysł. Nie ma mowy o wspólnocie w biadoleniu i smęceniu. Cwana była – krótki teścik: lubisz wędrować? szukasz tych, co się nie złoszczą? chcesz iść razem?
Dobry humor niezależny od pogody. 

” – Jeśli chcesz – mówi Ludwiczka – możesz zostać moim kolegą. Szukam kolegi, co się nigdy nie złości.
– Doskonale. Będziemy kolegami na całe życie – odrzekł z zapałem król z piernika.
– A czy będziesz także kolegą stracha na wróble, świnki, ślimaka i zająca? To są moi przyjaciele.
Wtedy król z piernika, co miał miodowe serce, uśmiechnął się i powiedział:
 – Przyjaciele naszych przyjaciół są także naszymi przyjaciółmi”.

O wesołej Ludwiczce

Anna Świrszczyńska, O wesołej Ludwiczce, ilustrowała Janina Krzemińska [w:] Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

guguły

Wioletta Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

Książka miała swą premierę w lutym 2014 roku. Docierały do mnie raz po raz aprobaty krytyków. Najświeższym ich przejawem jest umieszczenie tytułu na liście dwudziestu nominowanych do Nagrody Literackiej Nike i równolegle na liście nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia. I co? Niechby choć jedną z nich dostała. Ech, bo to jest taka książka, którą się odkłada z poczuciem, że może to jedna z ważniejszych rzeczy, jaką się w ogóle w życiu czytało. Owszem, za chwilę moje sympatie mogą powędrować gdzie indziej i trudno zgadnąć, jak długo będę pamiętała o Gugułach. Ale przeczytać było warto, było wzruszająco i tak, jakby coś szukało odbicia w moich doświadczeniach (choć przecież niby bezpośrednio nic) i było tak, że raz po raz jakiś akapit czytałam z dreszczem kilkakrotnie.
Guguły
Niby niepozornie, żadna tam zamaszysta powieść, 24 rozdziały albo mikroopowiadania (na trzech do ośmiu stron, większość mieści się na czterech). Narratorką jest – ukształtowana autobiograficznie – Loletka, Wiolka,Wioletta, mająca lat kilka, później kilkanaście. Tkwiąca w opisywanym świecie, czyli w wiosce Hektary na Jurze Krakowsko-Często-chowskiej z przełomu lat 70. i 80. – tkwiąca po uszy. Proza inicjacyjna, o dojrzewaniu i wiecznej niedojrzałości. Tak by sugerował tytuł: guguły to niedojrzałe jagody.

Niedojrzała jest Wiola, bo przecież przydarzają jej się rzeczy pierwsze. Życie. Śmierć, bliższa lub dalsza. Erotyka – może nie nazbyt dosłowna, lecz tak czy owak czająca się we krwi bądź zaskakująco diagnozowana u innych. Z tych inicjacji to może najważniejsze jest podpatrywanie najbliższych, do których wcale nie od razu ma się ciekawość i cierpliwość. Aż któregoś razu melodia zagrana na liściu przez ojca brzmi pięknie i zalega w uszach na wieczność. Zapamiętuje się rodziców wśród tylu oczywistych zajęć, zapachów, odzywek, wykrętów etc, że wcale się o tę pamięć nie dba. Więc ona osadza się w nas takimi łatami, skrawkami ich opowieści, pewnie też nie tak, jak im się zdaje, że są zapamiętywani. Świetny jest u Grzegorzewskiej portret ojca. Z czarnym wąsem, jakąś tam domieszką cygańskiej krwi. Jego wymykanie na ryby czy pokera. Wyprawianie zwierząt wbrew marudzeniu matki – i znajomość tego, co w faunie piszczy. Dbanie o pszczoły. Ucieczki przed wiejską religijnością w sferę sceptycyzmu. I te momenty uchwyconego starzenia, gdy gaśnie jakaś ikra, starania o ciało czy strój są mniej uważne, coś się ulatnia. Aż po chwilę – w biografii Wioli mocno przedwczesną – gdy wzywa się ją z kolonii na pogrzeb. Właśnie w tytułowym opowiadaniu (rozdziale) Guguły pojawia się ten najcudowniejszy opis. Gdy Wiola podchodzi do trumny i widzi w niej ośmioletniego chłopca, którym ojciec był niegdyś. Tlące się w nim wówczas marzenia i lęki. Cały świat, najwidoczniej przekazany w dymku jakiejś starej opowieści.

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu w dziupli gniazdo kuny. Rysiu włożył rękę do środka i wymacał w puchu ciepły miot. Chciałby zamienić się na życia z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”.

Nieco później, gdy Rysiek miał lat 28, zagadnął tak trochę pewnie w przestrzeń, trochę do córki.
” – Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają  mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

***

Naprawdę można by mądrzej o Gugułach pisać i niejedno z nich wyciągnąć – anegdotkę, puentę, klimat. Te realia sprzed lat, które mnie się wydają bardzo bliskie. I właśnie prowincjonalność (miejsca i etapu życia), nazwaną na okładce „znakomitą balladą o polskiej wsi w czasach PRL-u i dojrzewaniu, które smakuje jak cierpkie guguły”. Z jednej strony: czytam Grzegorzewską i jej tekst jest dla mnie wart zestawienia z Schulzem albo z Myśliwskim (czyli mistrzostwo!). Z drugiej strony – czytam i myślę o odzyskiwaniu własnej fazy przepoczwarzeń. Zazdroszczę Autorce tej przechwyconej narracji. Każdy z rozdziałów jest niczym kartka z zapisanym jednym wspomnieniem. Ale jak te puzzle wydobyć z przeszłości? Czy to się dzieje w pamięci (i jedni pamiętają, drudzy słabo lub nic) czy w akcie tworzenia, który wytrąca pamięć z uśpienia i ją formuje? Czasem się zdaje, że przeszłość przepadła. Że to są mgliste obrazki. A czasem – że jak się wsłuchać i natężyć węch (udrożnić inne zmysły), to jeszcze można odzyskać niejedno. Na mnie tak ożywczo zadziałały Guguły.