Ludwiczka :)

Anna Świrszczyńska, O wesołej Ludwiczce, ilustrowała Janina Krzemińska [w:] Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

Ludwiczka w tarapatach

…I każdy powinien ją mieć! … Jak konika na biegunach!

Mowa o pierwszej książeczce, czytanej jeszcze bez znajomości liter, mimo to samodzielnie, siłą pamięci i częstych powtórzeń. Była wydana przez Naszą Księgarnię. W formacie A-4, z twardą okładką w kolorze czerwieni i ciemnego miodu. Pewnie na tylnej okładce był stempel z czarnym kotem w czerwonych butach, z napisem na brzuszku: „Moje książeczki”. Na wklejkach miała kwadraty z figurkami z piernika (król i serduszko). Wewnątrz obrazki – na pół strony tekstu, półtorej strony ilustracji. Litery dość duże, lecz nie kulfony jak dla smarkaczy – to był już tekst do czytania.

„Była sobie wesoła, bardzo wesoła Ludwiczka. Jak się myła, to śpiewała. Jak szła, to podskakiwała. A jak spała, to się uśmiechała przez sen i wtedy na policzkach robiły jej się dwa ładne, zabawne dołeczki. Nie płakała nawet wtedy, kiedy miała wziąć lekarstwo albo kiedy stłukła sobie kolano”.

Jeszcze ten etap, gdy wychowywała mnie Babcia. Skąd wzięła się książeczka i kto mi ją czytał? Mógł każdy, bo pewnie zadręczałam wszystkich wspólną lekturą. Nie pamiętam, ale to do mnie pasuje. Może jeden z drugim (siostry Mamy i ich znajomi) mieli pokątnie dość, podsuwali coś nowszego lub w ogóle sugerowali, żeby pobiegać lub pogadać z psem? A mnie było dobrze z Ludwiczką i piernikowym królem. Nie była lekturą tygodnia czy miesiąca, czytałam ją przez całą wczesną fazę dzieciństwa.

„Chcę mieć kolegę takiego wesołego jak ja. Żeby miał zawsze słodki humor, żeby się nigdy nie złościł i żeby mnie słuchał. Chcę mieć za przyjaciela króla z piernika. I poszła w świat szukać króla z piernika”.

Pamięć miałam wówczas wyśmienitą, wyćwiczoną ornitologicznie. Rozpoznawałam 100 gatunków polskich ptaków. Za sprawą gry planszowej: dziesięć plansz A-4, na każdej po dziesięć ilustracji. Nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w grze, ale te ptaszki przykrywało się tekturowymi kartami. Miałam więc sto fajnych, niegnących się kart z numerkiem i ptaszkiem. Mogłam sama je sobie przekładać i powtarzać who is who. Moja ówczesna specjalność. Co się porobiło z pamięcią? Nie pamiętam już tych ptaków, no część – bo gil był cudny albo sowa pójdźka, rudzik czy remiz. Tyle jednak uciekło. I proszę sobie wyobrazić, że zapomniałam również, co się zdarzyło wesołej Ludwiczce. Książka długo była w domowej biblioteczce. Porysowała ją długopisem młodsza siostra (niemożliwe, że ja!). Wciąż do użycia, więc któregoś dnia zniknęła. A mnie pozostał sentyment i gdy przeprowadzałam się do obecnego mieszkania, z którego okien mam widok na przedszkole imienia Wesołej Ludwiczki, pomyślałam, że może być,  to dobry znak.

” – Puk, puk!
 – Kto tam?
 – Czy tu mieszka król z piernika, co się nigdy nie złości?
 – Nie, tu mieszka strach na wróble.
I strach na wróble wyszedł ze swojego szmacianego domku. Miał włosy ze starej szczotki i głowę z dyni, ale był bardzo sympatyczny.
 – Strachu na wróble, czy lubisz wędrować?
– Bardzo lubię, chociaż mam tylko jedną nogę.

 – To chodź z nami szukać króla z piernika. We troje będzie nam weselej”.

Cóż więc u Ludwiczki? Opowiem, bo właśnie sobie przypomniałam, za sprawą wydanego przez Naszą Księgarnię zbioru książeczek dla dzieci. Bardzo udana rzecz, bo są to reedycje różności z oryginalnymi ilustracjami. Wśród autorów, oprócz mojej Anny Świrszczyńskiej, są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska. Ilustratorką Ludwiczki i jej przyjaciół jest Janina Krzemińska. „Artystka szczególnie chętnie posługiwała się barwną plamą, a jej prace charakteryzują ekspresyjność i groteskowa deformacja przedstawianej rzeczywistości”. – czytam na stronie wydawnictwa. Nawet się cieszę, że tak wcześnie miałam serce do groteski. Uwielbiałam te obrazki! Babcię zająca, starą Zajączkę-Siwą Łapkę, bujającą się przez sen na fotelu. Ludwiczkę podtapianą w strumieniu, gdy jej przyjaciele biegną co sił na ratunek, a ona uśmiecha się od ucha do ucha, jak wśród najlepszej zabawy. Jest ilustracja zająca pod krzesłem, bo nabroił. Tort z kapusty. I oczywiście ta okładkowa, z piernikowym królem o brązowej twarzy, z koroną i harmonią w ręku.

„Gospodarz posadził ich przy stole i dał im miodu na ślicznych, malowanych spodeczkach. Siedzą, jedzą, oblizują się. Dobrze im.
 – Czy to prawda – pyta Ludwiczka – że ty się nigdy nie złościsz?
 – Prawda. To pewnie dlatego, że mam serce z miodu.
 – Serce z miodu! To nadzwyczajne! – wykrzyknął zając i z podziwu tak podskoczył, aż przewrócił stół. Wszystkie śliczne, malowane spodeczki z miodem spadły na podłogę. Oj, co to było! Spodeczki się potłukły, podłoga się zabrudziła. Biedny zając ze strachu schował się pod krzesło.
A król się uśmiecha jakby nigdy nic.
 – Głupstwo, niech pan zając się nie martwi. Zaraz wszystko posprzątam.
 – Widzę – mówi Ludwiczka – że masz naprawdę dobry charakter”.

Opowiadać zbyt wiele nie trzeba, można wydedukować z cytatów. Ludwiczka miała cel, więc wyruszyła, by go realizować. Spotkała zająca, stracha na wróble, ślimaka i świnkę. Każdemu proponowała wspólną podróż, a czasem trzeba było pomóc uporządkować obowiązki przed wyprawą. Rzecz jasna – zgodnie z przekonaniem, że światem rządzi jakiś Ład i Sprawiedliwość – na końcu drogi czekał król z piernika. Co ja mówię! Mam nadzieję, że nie był to koniec drogi, lecz początek.

Co zostało we mnie z bajki o Ludwiczce? Owszem, nie wszystko poszło z dymem, bo to nie przypadek, że się coś lubi i kojarzy machinalnie z pewnym etapem swego życia. Choćby historia nie miała głębi przepastnej mądrości. Obstawiam, że Ludwiczka zadziałała jak archetyp. Później, dzięki innym tekstom i okolicznościom, przyswajałam sobie zniuansowane prawdy o niełatwym optymizmie, podejrzanym (choć czasem uzasadnionym) czarnowidztwie i o samotności, która nie dość że się przydarza, to po prostu zawsze jest blisko. Wszystko to nakładało się na dobrze wyprawione werniksem płótno z przekazem: wybieram dołeczki w policzkach i błysk w oku. 

I jeszcze jedno. Bo pozytywny przekaz jest z definicji przypisany literaturze dziecięcej. Otóż, mnie do zbyt słodkich treści było daleko. Moja Ludwiczka była wesoła, lecz bliska ludzi (to znaczy ślimaka, stracha, piernika i zająca). Nie dość, że trafiała na pozytywne typy, to świadomie właśnie takich poszukiwała. Szósty zmysł. Nie ma mowy o wspólnocie w biadoleniu i smęceniu. Cwana była – krótki teścik: lubisz wędrować? szukasz tych, co się nie złoszczą? chcesz iść razem?
Dobry humor niezależny od pogody. 

” – Jeśli chcesz – mówi Ludwiczka – możesz zostać moim kolegą. Szukam kolegi, co się nigdy nie złości.
– Doskonale. Będziemy kolegami na całe życie – odrzekł z zapałem król z piernika.
– A czy będziesz także kolegą stracha na wróble, świnki, ślimaka i zająca? To są moi przyjaciele.
Wtedy król z piernika, co miał miodowe serce, uśmiechnął się i powiedział:
 – Przyjaciele naszych przyjaciół są także naszymi przyjaciółmi”.

O wesołej Ludwiczce

Reklamy

16 thoughts on “Ludwiczka :)

  1. szwedzkiereminiscencje

    no piekne! sama pamietam wiele ksiazeczek z dziecinstwa, glównie z serii „poczytaj mi mamo”. wszystkie oddalam mlodszemu pokoleniu – choc ocalilam nagrode szkolna. ilustrowana – tak! – przez pania janine krzeminska. wierszyki napisal czeslaw janczarski. jeden z nich towarzyszy mi przez cale zycie, mianowicie „bajka o kozie”. a zwlaszcza pointa: Zjadla koza miotle cala Ani witki nie zostalo Bo takich ma koza przyjaciól!”. to byla historyjka o posylaniu glodnej kozy od annasza do kajfasza

    fajnie, ze o tym piszesz, bo te lektury nas – a przynajmniej mnie – uksztaltowaly!

    pozdr serdecznie \ m

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Nagrody szkolne! Jakie ja dziwne rzeczy dostawałam! Większość się upłynniła, choć może żal. Zastanawia mnie, że dużo przyrodniczych. Była książka o pszczołach (o tym jak one czują świat!), żadne klituś-bajduś. I o ptakach (której pozbycie się dziś właśnie wypominała mi Siostra) – konkretnie o gniazdach i jajkach. Mnóstwo ilustracji ptasich jajek w gniazdach. Na kredowym papierze.:) Albo „Nauka o krajobrazie” – ta książka mnie załamała, bo była nie do czytania, chyba jakiś uniwersytecki poziom a ja miałam 12 lat. Byłam dobra z matmy, ale wzory w połączeniu z geografią rozsadzały moje poczucie przyzwoitości.

      W pierwszej klasie dostałam tom o Muminkach. A ponieważ w dzieciństwie ich nie czytałam, nie łyknęłam haczyka, więc jako siedmiolatka czułam, że ta nagroda obraża mój intelekt. Rzuciłam w kąt. Do Muminków musiałam dorosnąć.

      Twoja „Bajka o kozie” jest niesamowita! Zobacz, jak szybko miałaś zaaplikowaną potrzebę sprawiedliwości i czujnik na autentyzm (w przyjaźni). :))

    2. szwedzkiereminiscencje

      popatrz, jak oko pedagoga od razu prawde ci powie – bo rzeczywiscie, yczucie sprawiedliwosci/wrazliwosc na niesprawiedliwosc przesladuje mnie – na dobre i zle – od dziecka.

      widze, ze chodzilas do ambitnej szkoly, kt nagradzala trudy nauki skomplikowanymi ksiazkami? mnie sie zdecydowanie udalo, gdyz nie przeczytalam chyba jedynie sandauera. pamietam wielka sympatie do „latajacego detektywa”. zas „karoca. romans polski” docenilam dopiero po wielu latach, ale za to zostala ze mna na stale. muminków u nas nie dawano – do mnie przyszly dopiero w szkole sredniej i sie srednio wtedy nimi zachwycilam. czy teraz dzieci nadal w szkole dostaja nagrody ksiazkowe?

    3. tamaryszek Autor wpisu

      ;) taaa, oko pedagoga ma ślepe dwie źrenice…

      Nagrody? No pewnie, że są! I na koniec, i na konkursach (np. na naszym filmowym – książki i filmy). Tu trafiłaś w mojego bzika. Bardzo lubię je kupować. I zawsze robię tak, że rozkładam i można wybierać. To znaczy: najlepsi mogą, wybór się zawęża. Bo wcale nie jest tak, że ten, kto wygra (lub jest pierwszy w jakiejś kategorii) chce tę najdroższą czy najgrubszą książkę albo najdroższy film. W tym roku wszystko już było. Maturzyści odfrunęli.

      Przez chwilę się zastanawiałam (bo mam mulastą pamięć!), co za nagrody dostałam w liceum? Żaden tytuł mi nie przyszedł do głowy. Aż mnie olśniło! Nie byłam prymuską! Nie dostawałam nagród. ;) W każdym razie nie regularnie. Może coś sobie jeszcze wydrążę.

    4. szwedzkiereminiscencje

      to milo, ze nagrody skiazkowe nadal sa! wyobraz sobe, w SE nie ma zadnych nagród, a zatem i ksiazek. bo politycznie poprawnie j tak, ze wszystkie dzieci sa równie dobre… pozdr serdecznie \ m

    5. tamaryszek Autor wpisu

      ooooops! No patrz, wyjdzie na to, że dyskryminuję tych, co i tak mają pod górkę, bo trudniej im się wziąć do pracy. Jest taka tendencja, by kupić wszystkim po cukierku. Ja się raczej mało wczytuję w poprawność i z nieświadomości (a jakże!) działam po staremu. :) Nigdy nie wiadomo, czasem epigon może iść w dobrym kierunku. ;)

  2. PawełW

    „Pyza na polskich dróżkach” – to była jedna z książeczek mojego Dzieciństwa. Piszę z dużej litery bo to kraina. Piękna, kolorowa, beztroska do której drogi dawno zarosły chaszczami wspomnień.
    Dziękuję Ci Tamaryszku za wykopanie takiego reliktu: leżą w mojej piwnicy dwie walizy pełne Bajek. Czekają na Kogoś z kim będę mógł raz jeszcze przemierzyć tę Krainę….

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :) Kojarzę tytuł. Czytanie w roli lektora-przewodnika to frajda szczególna, co najmniej podwojona podwojona radość. Sprawdź, czy książeczki się nie rozleciały. :)
      Po „Gugułach” jeszcze silniej dotarło do nie, że wszystko mi poumykało. Pewnie to we mnie jest, ale moja świadomość przeszłości jest wątlutka. Chyba że ktoś mi przypomni albo pojawi się inny bodziec, który sprawi, że szukam i celowo kojarzę. Zostając przy lekturach: poza Ludwiczką długo nic i nic nie przychodziło mi do głowy. A przecież od zerówki już czytałam całkiem sporo. Ale co? Teraz już mi się kilka tytułów wyświetliło bardzo mocno, a jeszcze trochę podrążę. Bo wiesz, bez żywotnych wspomnień, to jestem jak android. ;)
      Że też nie pisałam bloga od podstawówki! ;) Teraz piszę, to i pamiętam. Nie muszę nawet do annałów zaglądać. Jak opiszę, to już moje. Nawet nazwiska zostają w głowie mocniej osadzone.

  3. xbw

    Słyszę echo Krainy Oz jakby? Też mam kącik bajkowy, malutki, ale może urośnie. No bo jak, tak bez fundamentów literackich? ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Racja! Naiwne to, proste, bez postmodernistycznych sztuczek. Ale właśnie dlatego pierwszorzędnie się nadaje na materiał filarowy! Podwaliny były literackie. Film pojawił się później. Wszystko pojawiło się później, to był prapoczątek. :)

  4. janek

    Droga Ludwiczko :), nie całkiem wesoła, choć bliska ludzi. Poszukiwaczko zniuansowanej prawdy (ooo, bo czymże jest prawda?) o niełatwym optymizmie. Obyś na swych ścieżkach spotykała nadal właśnie takie Typy: z humorem – pomimo i błyskiem w oku, co nie pozwolą samotności zbliżyć się zanadto.
    Ja przyznam się, że płakałem, gdy Winnetou umierał. Już nie pamiętam, czy z tego powodu, czy z powodu końca przyjaźni …

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Hmm… Winnetou… no proszę, jaka esencja prawości i indiańskiej mądrości!
      Teraz mogę do Ciebie takie przesłanie ułożyć, jak Ty do mnie. :))
      Niech Szlachetna Biała Twarz się niczym nie zraża. Jeszcze płoną ogniska, mech na drzewach wskazuje kierunek, przyjaźń trwa,pomimo, na przekór i ot, tak, bo lepiej trwać niż ginąć. Tylko zapomniałam, jakie pozdrowienie mam na końcu zastosować: Czołem! A hoj! Szerokiej prerii! ;)

    2. janek

      Howgh! :) Podobno pozdrowienie Apaczów. Ja jeszcze na studiach stosowałem ;)

  5. M.

    Czytając przypomniały mi się słowa Jana Parandowskiego:
    „Jesteśmy tworami książek – i tych, które znamy, i znacznie więcej tych, których nie poznamy nigdy. Przeczytali je za nas nasi przodkowie, tak samo to, co my przeczytamy, wejdzie w myśli i uczucia następnych pokoleń”
    – teraz ręka drży, gdy wybieram coś dla siebie w bibliotece ;)
    :)
    Pozdrawiam :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mądre. Budzi czujność.:)
      Ale znów trochę bzdur i lekkiej pianki też czasem można wchłonąć. Choć jeśli zważyć, że chłamu wokół mnóstwo („chłam pochłania niechłam” – główna zasada w „Blade Runnerze”), to może jednak trzeba uważać. Niezbędna porcja głupoty i tak w nas wniknie prawem osmozy. Trzeba więc zaaplikować sobie pożywne lub zdystansowane kęsy i hausty.
      Pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s