Archiwum dnia: 22 Czer 2015

marsylski łącznik

Marsylski łącznik (La French), reż. Cédric Jimenez, Francja& Belgia 2014

Niektóre miasta mają szczęście. I takich miast jest sporo. Rodzą lub adoptują artystów, do których dzieł wkradają się nie tylko prawem tła, ale i bohatera. Nie „pocztówki” mam tu na myśli, bo dużo ciekawsze są wizerunki wyrastające z bolączek, niewygody, czegoś szczególnego.  Raczej genius loci niż folder turystyczny. Tak jest z Marsylią.

Z sympatią wspominam kryminalną trylogię marsylską Jean-Claude`a Izzo. [Total Cheops – Szurmo – Solea]. Szkoda, że nic już więcej nie spotka Fabia Montale, eksinspektora tutejszej policji. Wyrzuconego za jakąś niesubordynację, jednak nie do zastąpienia, bo znał Marsylię jak własną kieszeń. Poza tym kochał ją, nie mniej niż kobiety (liczba mnoga), dobre wino, jedzenie i jazz. Izzo już niczego nie napisze i tylko z nostalgią nadmienię, że debiut po pięćdziesiątce i na chwilę przed końcem bywa jednak sensowny i daje przepustkę do trwania. Tymczasem…
Marsylski łącznik… w kinie można jeszcze zobaczyć Marsylskiego łącznika.
Oryginalny tytuł – La French – jest nazwą mafii narkotykowej, z którą walczy sędzia Pierre Michel. Portowe miasto wypuszcza przestępcze macki oplatające Marsylię, Francję, sięgające do USA. Sprawę tych przekrętów naświetlał amerykański Francuski łącznik (1971), któremu zawdzięczamy aluzję w polskim tłumaczeniu tytułu filmu.

Zarówno sędzia wypowiadający wojnę mafii, jak i stojący na jej czele Gaëtan „Tany” Zampa to postaci autentyczne. Zakładam, że poddane artystycznej obróbce, lecz mające korzenie w jak najbardziej realnej historii. Dramatycznej (tragicznej dla protagonistów), dynamicznej, w której każda ze stron stawia na szali wszystko.

I tak jak przy Taksówkarzu mogłam powiedzieć: stare jak nowe, tak tutaj: nowe jak stare. A jedno i drugie ma wartość dodatnią.

Powiedzieć, że lata 70. są historycznym (politycznym) tłem dla fabuły – to za mało. Owszem, Jest rok 1975, gdy opowieść się rozpoczyna. Tak nie inaczej wyglądają układy w strukturze władz. Na coś przymyka się oko, nie sposób znaleźć haka na kogoś, kogo wszyscy kryją. Ważnym bodźcem dla rozwoju akcji będzie wybór Mitteranda na prezydenta (1981), który uruchomi polityczne przetasowania. Ktoś otrzyma wyższy stołek. Włączą się inne światła na stare sprawy. Co wcale nie znaczy, że jakaś polityczna opcja ma moc oczyszczania tego, co dzieje się na zapleczu. Korupcja, przekręty i nielojalność nadal będą trwały.

Zostawmy jednak zaimki (ktoś – kogoś – komuś) i wskoczmy w skórę antagonistów. O, rany, rany! Komu kibicować?! Tu sędzia Pierre Michel (Jean Dujardin) – otrzymał właśnie awans z działu spraw nieletnich do działu przestępczości zorganizowanej. Ujmuje tym, jak traktuje uzależnioną narkomankę. I tym, że wie, co to uzależnienie, bo był zależny od hazardu. Poza tym jest przystojny. Co jeszcze? Działa jak torpeda. Nie da sobie w kaszę dmuchać i wymachiwać przed nosem przepisami, które wiążą ręce. Do diabła! Jest nieobliczalny i zdeterminowany. Poza tym jest przystojny. Kocha żonę i córeczki, które dają mu wsparcie, ale też stawiają ultimatum (całe szczęście, że żona ma równie silny charakter). Sędzia wsiąka w sprawę, dociera za kulisy, rozpracowuje zdradę i zależności. Wcześniej czy później – nie dziwi nic – odsuną go od działania, bo nie w policji miejsce na taką zadziorność. W każdym razie, nie odsłaniając kart przetargowych, powtórzę tylko, że jest przystojny. I zilustruję to fotosem.

Jean Dujardin. Marsylski łącznikWięc tu sędzia Pierre Michel, a tam mafioso Zampa (Gilles Lelouche). Emocjonalny, władczy, lecz i serdecznie przywiązany do swoich. Cóż, ojcowie chrzestni też mają swoje racje, swoje wartości i charyzmę. Zampa nie da się zrobić w bambuko, bo nie przebiera w metodach komunikacji. Przykład: ociągający się współpracownik dostaje zrozumiałą motywację. Zampa mówi, że w jego stronach, gdy dzieciak nadużyje alkoholu, ojciec nie krzyczy, nie bije pasem, a stawia przed synem butelkę i każe pić. Nie zważa na odruch wymiotny, na to, że uleciała przyjemność. Powróci nieprędko. Zampa w ten sposób częstuje białym proszkiem niesfornego „syna”. Okrutne. Ale w innej scenie wzrusza, przekonuje, walczy o aplauz.

Od początku filmu widz ma przed sobą wyzwanie: komu kibicować i kto jest przystojny bardziej. Ja się zdeklarowałam.

A serio – bo naprawdę nie w szyku obu panów leży sedno ich postaci – to naprawdę świetne role. Pojedynek racji i kreacji. Z narastającym zahipnotyzowaniem sobą nawzajem. Przy czym wartością naddaną okazuje się tu nie przełamywanie schematów a wpisanie się w konwencję. Mamy więc „kino noir”. Termin przeszczepiony z innej epoki, ale w tym rzecz, że Marsylskiego łącznika ogląda się, zapominając, że powstał dopiero w 2014. Trudno mi zdemaskować w czym rzecz. Nie tylko w scenografii i kostiumach. Poza tym „noir” wnosi niejednoznaczność podziału na dobro i zło. A tutaj – choć ja sympatyzuję z „dobrym” Michelem – sprawy nie rysują się antonimicznie.

Ech, kino francuskie! Zawsze ma ten swój stempel „francuskości”, której bezpieczniej nie definiować – nie uda się i tylko podkreśli, że określający jest spoza kręgu. Niedawno oglądałam bezpretensjonalne (choć lekko przerysowane, bo komediowe) Rozumiemy się bez słów, które wzruszyło mnie klasyką francuskiej piosenki. Nie tak znów często kino stamtąd jest u nas na ekranach. Tym bardziej warto nie przegapić pojedynku Michela z Zampą.