Archiwa miesięczne: Sierpień 2015

13 pięter

Filip Springer, 13 pięter, Wydawnictwo Czarne 2015

Springer to marka. Reporter pytający o przestrzeń, o jej kreatorów, o mechanizmy, którym podlega „gospodarka architekturą”. Nie znam – niestety albo jeszcze – wszystkich tytułów, ale imponuje mi spójność tematyczna. Naturalną konstatacją jest założenie, że Filip Springer wie, co go interesuje i na tyle głęboko wszedł w temat, że znajduje w nim coraz to nowe pokłady, kuszące (lub dręczące) pytaniami, które należy zadać. 

Dla porządku więc przypomnę tytuły wcześniejsze: 1) Miedzianka. Historia znikania, 2) Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u, 3) Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach, 4) Wanna z kolumnadą

Tym, co napędza Springera, by pisać, jest wkurzenie, zdziwienie głupotą lub indolencją i – deklarowane w wywiadach – przekonanie, że w Polsce „ładniej nie będzie”, bo takie mamy mentalne i historyczne uwarunkowania. I to wynika po części z naszego gustu, po części z możliwości i z braku nawyku oddziaływania na to, co wokół. Również z ponadindywidualnych zjawisk i trendów. W 13 piętrach chodzi równolegle o dwie sprawy: o to, czym jest dla nas dom (gdzie go szukamy i znajdujemy) i o polską politykę mieszkaniową wraz z jej absurdami. Wkurzenie i osłupienie to emocje, które z czytelnikiem mogą pozostać na dłużej, więc ostrzegam przed realnym ryzykiem wdepnięcia w mało wakacyjny temat. Chociaż warto. Dla mnie to lektura ważna.
13 pięter

Sukces poprzednich książek doprowadził Filipa Springera do prestiżowych nominacji (Nagrody Literackie: Nike i Gdynia, Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego).
W styczniu 2014 otrzymał stypendium Fundacji Herodot i w ramach tego wsparcia przystąpił do świeżego projektu. 13 pięter to jego pokłosie. Podobno odzew na prośbę zamieszczoną w internecie był obfity: „Jeśli ktoś chciałby mnie zaprosić na herbatę (tradycyjnie mogę przynieść swoją) i opowiedzieć mi o swoich niecodziennych albo bardzo typowych przygodach mieszkaniowych, to niech się nie waha”. Ludzkie opowieści zebrane w roku 2014 to jeden z komponentów reportażu. Drugim są rezultaty historycznego śledztwa, dotarcia do reportaży i dyskusji publicystycznych sprzed wojny. 

Pomysł kompozycyjny prezentuje się tak: część I dotyczy tego, co wydarzyło się po odzyskaniu niepodległości, gdy zdawało się, że wszyscy odnajdą swój dach pod niebem wolnej Ojczyzny; część II zajmuje się analogicznym śledztwem ogarniającym epokę po 1989 roku, gdy łudzono się i rozczarowywano w podobny sposób. I tutaj Filip Springer wymyślił coś fikuśnego, co budzi mą rezerwę. Otóż zebrane opowieści posegregował według miejsca zamieszkania rozmówców: od piwnicy czy kontenerów, przez kolejne piętra do trzynastego. Czegoś tu nadto: albo problemy albo piętra, niepotrzebne dwa w jednym. 

***

Współczesność otwiera się zwierzeniami, czym jest przestrzeń, którą ludzie są gotowi nazwać domem:
„Żeby był dom, to ja muszę mieć taką pewność, wiesz, taką bezpieczną pewność, że jeśli tylko zechcę, to będę mógł zasnąć w każdym pomieszczeniu”.
„Dziecko, koty, książki. W dowolnej kolejności”. Kto inny mówi „zapach” albo „ciepło”.
– Miejsce, w którym „możesz powiesić swoje obrazki na ścianach”.
Odpowiedź Autora (nie ma jej w książce, ale usłyszałam w radiowej audycji): „to przestrzeń, którą chcesz po swojemu modelować i ulepszać”.

Nie każdy ma dom, nawet jeśli nie śpi pod gołym niebem.

***
 Dwudziestolecie międzywojenne

Ogromny „głód mieszkaniowy”, nie do zaspokojenia. Dominuje perspektywa warszawska, stolica rozrasta się do 1,3-milionowego miasta. Ci, którzy budują nowoczesne wille lub stają się właścicielami kamienic, gdzie wszystko lśni (szał na lustra i chromowane dodatki) to ledwie kilka procent społeczności. Z liczbami ostrożnie, bo są zmienne – ale nie na tyle, by mówić, że problem się rozwiązuje. „To oni bywali w teatrach i na dansingach, jadali u Bliklego, kupowali buty u Kielmana. I to oni zapełniają karty licznych książek poświęconych polskiej belle époque. Dwa procent – może trochę więcej. Reszta nie mieści się w kadrze”.

Mam w głowie Gojawiczyńską, Uniłowskiego, Nałkowską – i kamienicę Cecylii Kolichowskiej z symbolicznym stropem, który dla ludzi z salonu jest podłogą, dla tych z piwnicy sufitem. Literatura. A tu non-fiction. Springer szperał w przedwojennych reportażach i rejestrach, które przerażają. 

Najbardziej tym, że miasto (państwo) nie ma pomysłu, co z problemem zrobić i działa doraźnie, często zwielokrotniając kłopoty. Na przykład buduje schroniska, baraki, w których upycha biednych. Raczej szpetne noclegownie niż domy. Później zagęszcza izby lokatorami. Tam, gdzie według skromnych wyliczeń miało mieszkać stu, „mieszka” dziewięciuset. W sześciometrowym pokoju: babcia z synem i wnukiem, małżeństwo z dzieckiem i dwóch kątowników (sublokatorów dochodzących). Noclegownie to najniższy szczebel, a osunąć się z wyższego bardzo łatwo. Bezpardonowo przeprowadza się eksmisje, kto nie płaci, trafia na bruk bez perspektyw – towarzyszy temu wzrost prób samobójczych. 

Na moją wyobraźnię silnie zadziałał obraz tych, którzy budują się mimo wszystko, desperacko walcząc o jako taki status. Daremność tej szarpaniny jest przygnębiająca. Na przykład: kupują działkę, na którą odkładają przez kilka lat. Płacą za ziemię najtańszą, nieuzbrojoną, odległą od miejsca pracy, o wielkości domu, który chcą na niej postawić. Nie mają zgody ani planów budowy, chcą stawiać dom o własnych siłach. Bez fundamentów. I w ekspresowym tempie – np. od sobotniego popołudnia po niedzielny wieczór. By strażnicy nie przyszli z zakazem. Wykorzystują to, co mają. Jakieś przegniłe dechy, cegły z odzysku, blachę, kawałki papy etc. Potem się okazuje, że nie starcza, więc modyfikują plany. I zamiast domku o 9-metrowej powierzchni mieszkalnej, z jednym oknem, powstaje dziupla bez okna, którą wietrzy się otwarciem drzwi.

Jeden z przedwojennych reporterów puentuje: „Mieszkaniem można zabić jak maczetą”.

„Mieszkania dla najuboższych zaczną powstawać dopiero wtedy, gdy zacznie się to opłacać komukolwiek oprócz nich samych. Na to się jednak nie zanosi”.

Opłacalność może mieć wymiar stricte rynkowy i forsuje ją np. Klarner. Jest popyt, jest rynek i jeśli tylko państwo kiwnie przytakująco (preferencyjnymi kredytami i ziemią), interes obustronny jest realny. Opłacalność może mieć wymiar społeczny, z szeroko zakreślonym kręgiem beneficjentów. I tu naprawdę dużo pozytywnych emocji unosi się nad Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową i ludźmi o lewicowych poglądach, niespożytej energii i pasji. Teodor Toeplitz (a wraz z nim m.in. Stanisław Tołwiński) mają imponujący projekt budowy osiedli (kolonii) dla robotników, stawiając na mieszkania do wynajęcia i infrastrukturę społeczną (ośrodki zdrowia, przedszkola, szkoły itp). Jest wizja, są dalekosiężne plany. Niestety, za bardzo wybiegające w przyszłość, by polityczna władza zdążyła spić śmietankę. Gorycz, płynąca z obserwacji przedwojennej polityki, jest dwojaka. Raz: mimo spektakularnych sukcesów, społecznicy niewiele mogą bez zielonego światła politycznych elit. Dwa: błędy tamtych czasów przenieśliśmy w ostatnią dekadę wieku XX, nie wyciągając żadnych wniosków. I to wydaje się najbardziej trwałym rysem polskiego myślenia o polityce mieszkaniowej. Powtarzalność błędów i prymat działań doraźnych nad perspektywicznymi, co rodzi podejrzenia o brak jakiejkolwiek wizji.

***
 25-lecie „popeerelowskie”

To, z czym przyszli do Springera jego rozmówcy, to szeroki wachlarz mieszkaniowych bolączek. Od dzikiej prywatyzacji i bezwzględności „czyścicieli” kamienic, przez lokowanie bezdomnych w miejscach nie do życia (poznańskie kontenery), perturbacje z deweloperami, po dwa najsilniej zasygnalizowane przez Autora tematy: wynajem od prywatnych właścicieli i zaciąganie wieloletnich kredytów (nie tylko we frankach szwajcarskich). 

Springer ma mocne argumenty, ale gdyby ktoś myślał inaczej, może je traktować jak ważną trampolinę w dyskutowaniu o polityce mieszkaniowej. Trochę upraszczam, ale sedno przekonań Autora to niechęć do kredytomanii i aprobata wynajmowania. Z zastrzeżeniem, że nie od właściciela, który może według kaprysu wypowiadać umowę, narzucać zakazy i nakazy (przymus akceptowania jego gustu), czy podwyższać ni z tego ni z owego czynsz. Springer lansuje ideę zachodnioeuropejskiego mieszkalnictwa, w którym 70-80 procent lokali trafia na rynek najmu. I chyba powinnam dorzucić, że nie o wolny rynek tu chodzi, bo ten na ogół dziczeje.

Oczywiście, trzeba sięgnąć do książki, by zrozumieć mechanizmy i szanse na zmianę kierunku. Możliwe, że moje odczytanie zawiera niebezpieczne skróty. A na pewno nie oddaje emocji, które są przypisane konkretnym ludzkim losom. Bo dramatycznych historii jest wiele. Sięgnę może po tę nie tak znów skrajną i niepozbawioną nadziei. Bohaterka radzi sobie w życiu. Ale uderzyło mnie, jak mocno przeróżne trendy i tendencje sterują wartościami. Chodzi o propagowanie zdolności kredytowej jako miary sukcesu życiowego, a co za tym idzie (!?) – wartości człowieka. To opowieść o pewnej relacji między nią a chłopakiem, zakończonej rozstaniem. Więc załóżmy, że tak było: dogadują się, planują wspólne bycie, mieszkają razem. „Któregoś razu przyszedł i powiedział, że może by już w tym wynajętym dłużej nie mieszkać. Że może kupić. Że chciałby ze mną”. Fajny pomysł, ale dziewczyna nie ma kredytowej zdolności. „Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna”.

Celowo wyciągnęłam przykład, którego sedno polega na niejednoznaczności. Dla mnie to kuriozalne, cyborgowate.  Ktoś inny powie –  no tak, trzeźwe myślenie. Aprobata dla „dorosłości” rozumianej jako „zdolność kredytowa” ma wielu wyznawców. Springer stawia tezę, że to jedna z największych manipulacji, jakie nam zaserwowano. Kolejne historie naświetlają temat.

***

Czuję, jakbym dopiero zaczynała prezentować książkę, a zużyłam na to już ponad tysiąc słów (1400). Dla mnie ta lektura jest cenna ze względu na jej krój reporterski. Tym samym dołącza do innych ważnych książek non-fiction. Ale jest też niesamowitym źródłem wiedzy, próbą zderzenia konkretnych życiowych perypetii z mechanizmami, za którymi stoją (lub nie) polityczny interes i troska o wspólną przyszłość. Naprawdę można poczuć dreszcz niepokoju. Bo jeśli nie ma Godota, to i Wizji może brakować. Strach myśleć.

czapla i brzoza z tatarakiem

Nadmiar ogranicza inaczej niż niedobór, bo co innego odbiera. Poza tym – ostatnio – strasznie się panoszy. Ten nadmiar. Ciut za dużo upałów. Za dużo wakacyjnych zdjęć (z których przebrałam ponad setkę do ocalenia, reszta – w niebyt). Nawet filmy, o których chciałam pisać, rozmnożyły się na potęgę. I po prostu muszę uznać tę oczywistość, że świat się nie zawali, jeśli nie napiszę.

Może najbardziej męczący jest nadmiar artefaktów, to, że – jako gatunek – stajemy się coraz bardziej homo faber. Każdy coś wytwarza. Pisze, filmuje, fotografuje. Nie ma już hierarchii, żadnych map, wskazujących, jak się w tym gąszczu poruszać, co odpuścić, z czym się zapoznać. Lepiej już nie będzie. Trzeba pogodzić się z tym, że każdy może wytwarzać wszystko i nikt nie da rady zasymilować tej nadprodukcji. To z jednej strony paraliżuje, z drugiej – uczy wielogłosu i tego, że w lesie różne ptaszki śpiewają. Fotografia to unaocznia. Profesjonaliści mogą sobie debatować o technice i odpowiedzialności za to, co uwieczniają, amatorzy się do tego nie odnoszą. Robią swoje, selfie-sticków jest tyle, co zabranych w drogę butelek z wodą. Zapadło mi w pamięć czyjeś pytanie: czy będziemy wracać do napstrykanych  w liczbie niepoliczalnej zdjęć – tak, jak do tych, które zatrzymywały chwile wyselekcjonowane?

P1030744

Szalejąca rudbekia z sandomierskiego zaplecza przekornie dziczeje. Wbrew uporządkowanym miejskim klombom, wystylizowanym ogródkom, wypieszczonym kwietnym oknom czy balkonom. Sandomierz jest piękny i zadbany. Pelargonie, begonie, surfinie, petunie, floksy… Prawda, że więcej tu ojca Mateusza niż Teodora Szackiego. Na pierwszy rzut oka. Bo podszewka należy do Miłoszewskiego. W podziemiach nie było psów i ani mru mru o zbrodni. Ale katedralny pan kościelny, przepędzający turystów, każe docenić w pisarzu zmysł obserwacji. Nieopodal katedry stoi ta rudera, w której popełniono drugie morderstwo. A w pobliżu rynku, vis-a-vis pierogarni, jest mała wypasiona kawiarenka. Jak w Ziarnie prawdy. Nie pomnę, ale Miłoszewski nie wspominał chyba o krówkach (specjalność lokalna – u mnie plus, bo krówka to stały punkt mojego menu) i raczej paskudnych ptysiowych preclach. Pochwalam cydr z sandomierskich jabłek („dobroński”).

P1030844

No cóż, gdzie się dało, tam weszłam. Do sacrum i profanum. W Piszczele i Góry Pieprzowe. Nie zapominając kręcić się wokół tego, co centralne: rynek, katedra i dzwonnica, zamek, kościoły (najstarszy jest najwspanialszy – świętego Jakuba, tuż przy wąwozie i muszli stemplującej drzewo emblematem Drogi – Camino de Santiago). Tudzież inne, których tu nie będę wyliczać z racji ich mnogości. Zrobiły na mnie wrażenie malowidła de Prevota, tego się zresztą spodziewałam: 12 miesięcy męczeństwa jako chrześcijańska baza mentalna. Z legendarnym obrazem legendarnej rzezi sandomierskich dzieci przypisanej Żydom. Ale zagęszczenie! A spośród budowli ze ścisłej listy zabytków wizerunkowych ja największą sympatią darzę Zamek. Wciąż mam dreszczyk, czy aby nie leży tam ciało Elżbiety albo nie siedzi Wilczur czekając na Szackiego. W książce ta scena dzieje się przy synagodze, ale w filmie właśnie na zamkowym zboczu.

[aneks: nieprawda; obejrzałam po raz drugi Ziarno prawdy i nie ma żadnego kadru z Zamkiem; iluzja]

P1030875

Ech, są takie ruiny, przy których każda całość wygląda jak sen idioty. Ruiny na wyobraźnię. Nieopodal Sandomierza, w Ujeździe, jest pozostałość po posiadłości Krzysztofa Ossolińskiego. Jakie to było przemyślane! W folderach przywołuje się koncepcję domu-kalendarza: 4 baszty, 12 wielkich komnat, 52 pokoje, 7 bram i 365 pięć okien. Jak pory roku, miesiące, tygodnie, dni w tygodniu i dni w roku. Jeden ze stropów był niegdyś oszałamiającym akwarium, a w stajniach stały lustra nad marmurowymi żłobami. Wjazd naznaczony krzyżem i toporem, insygniami wiary i rodowego herbu Ossolińskich. Choć nurt podziemny interpretuje to inaczej, w Ossolińskim widząc nie tyle barokowego katolika, szermierza kontrreformacji i teatralnej Sarmacji, tym samym: obrońcę wartości i jednak gigantycznego pechowca. Historia tego pałacu jest bowiem smutna i wieje od niej niespełnieniem. Założyciel cieszył się majątkiem rok zanim umarł, jego syn trzy lata dłużej. A potem z rąk do rąk przechodził splendor aż się zużył i nie było komu restaurować. Ale „to” nie mogło lepiej wyglądać niż teraz, gdy każdy wyświetla swój własny film. Nie umiałam uchwycić w kadrze tej przestrzeni. Dokończę myśl: otóż nie byłoby dziwne, gdyby te pięcioramienne gwiazdy i baszty żywiołów i różne poszlaki obwiniające magnata o to i o owo, prowadziły boczną drogą od kościoła do masońskiej alchemii. Dla laika absolutnie niekonieczne są tu rozstrzygnięcia, mnie się podoba ta dwuznaczność.

P1040059

P1040100

P1040087

Polesie!

P1040341

No to hej, na północny wschód. Między Łęczną a Włodawą. Na Polesie! – nie to, o którym pisała Małgorzata Szejnert (Usypać góry…), ale to mniejsze, bliższe, objęte granicami Poleskiego Parku Narodowego. Tu, gdzie jeziora zarastają tatarakiem i sitowiem, gdzie lśnią na brzegach czaple białe, wykąpane w lepszym proszku niż ich siwe kuzynki. W godle Parku jest żuraw. Nie wiedziałam, jak go wytropić. Za to wiewiórek, żółwi, czapli, kaczek, błotniaków, jakichś rycyków, kszyków i mew było na pęczki. I był majestatycznie sentymentalny łabędź niemy. W głowie mi się zakręciło od grzybieni białych. Wiem, że one wyjęte z wody już nie są takie ładne (nie wyjmowałam! – zakazane), bo przecież pamiętam Noce i dnie – tę scenę, w której Barbara czeka aż Tolibowski zmoczy swój biały garnitur i wręczy jej naręcze na oczach zazdrosnej gawiedzi… (Scena na YouTubie).

Tu rosną inne lasy. Jest trochę sosny, bo gdzie jej nie ma. Lecz dominują grądy, olsy, brzeziny. A między nimi są spleje. Spleja to torfowisko przejściowe. Takie ni to jezioro, ni to łąka porośnięta tatarakiem. Było sucho, myślę jednak, że o nieco innej porze zdobyłabym sprawność wiedźmy błotnej. Jak nic!

P1040402

P1040257

Byłoby nie fair nie wspomnieć o czerwonych i niebieskich ważkach. Natomiast kilka końskich (?) much, które pogryzły mnie przez spodnie wzgardliwie przemilczę. I tak głośniejsze były dzięcioły. Te to stukają! Bez opamiętania i na oślep.

Zestawiając Polesie z Krzyżtoporem, wskrzeszam romantyczny topos natury silniejszej od kultury, rozrastającej się bujnie na swoim i nieswoim, wypuszczającej pędy na gzymsach, w lukach między cegłami (rośliny izotermiczne). Przekraczającej ścieżki i wszelkie linie graniczne nakreślone człowieczym planem. No ale znów Sandomierz, pamiętający i konserwujący wiek XIII, daje odmienny przekaz. Jak przemija, kiedy wciąż jest jak memento nie do zdarcia? Choć przypomina ser szwajcarski (piwniczne podkopy!), póki co nie zapada się i trwa.

Jedno i drugie koi, przepłukuje teraźniejszość filtrem ciszy i samoswoich dźwięków. Kościół dominikanów, ciemny, chłodny i surowy, niemal pusty. Albo ścieżki – nieprzeludnione – pod ptasim zarządem, bez wyszukanych słów: dziko zielone.

P1040192

 P1040217P1040418