Paolo Sorrentino

Młodość, reż. Paolo Sorrentino, Włochy (& co) 2015

Można by się spodziewać, że pod takim tytułem znajdzie się solidna notka o Sorrentino, a raczej tak się nie stanie. Trochę na złość. Owszem, widzę, jak reżyser się stara, jak pręży kulturalne muskuły i szasta cytatami, i synkretyzm sztuk uskutecznia. Słowo. Obraz (malarstwo i fotografia). Muzyka (w tym klasyka i opera). Gra aktorska. Wszystko wycyzelowane i podniesione do potęgi. Warto zobaczyć. Myślę, że można odebrać bezpośrednio, a jeśli ktoś potrafi, to i aluzje sobie rozczyta. W Młodości do tych najczęściej dostrzeganych kontekstów należą Osiem i pół Felliniego i Czarodziejska góra Tomasza Manna. Oczywiście, muszę się przyznać, że jeden ogląd nie wystarcza mi na wychwycenie wszystkich smaków. Może nawet nie poczułabym ich po dziesięciu seansach. Ale też zaziewałabym się na śmierć, gdybym miała wynotowywać te wygibasy. Prawda jest taka, że mam z Sorrentino problem ten sam co z operą. Nie wzrusza mnie. A kilka tytułów widziałam. Wczoraj Młodość, rok temu (i dziś) Wielkie piękno, niegdyś Wszystkie odloty Cheyenne`a i siedem lat temu Boskiego.

Młodość

Młodość. SorrentinoNiezmiennie od 20 lat Fred i Mick spędzają urlop w tym samym sanatorium. Jest luksusowo i elitarnie – przyjeżdża tu w nagrodę nawet Miss Universe (choć starsi panowie podejrzewają, że to za karę). Trochę tu uciekają przed życiem, ale też przywożą je ze sobą, zrośnięte symbiotycznie z  ich naturą. Druga natura to nawyki. 

Mick Boyle jest reżyserem i z grupą młodych adeptów dopracowuje scenariusz do (proroczego) Ostatniego dnia życia. Fred manifestuje swój emerycki stan i nawet posłaniec królowej nie może na nim wymóc powrotu do dyrygentury. Tak na pozór, bo pokątnie chodzi na podalpejskie łąki dyrygować krowimi dzwoneczkami. Te sceny bardzo lubię. Panowie przyjaźnią się od zawsze. Rozumieją się w pół słowa (zwłaszcza, gdy wyliczają krople moczu, które z racji prostaty są niezadowalające). I tak gadają ze sobą – dowcipnie, błyskotliwie, nostalgicznie i ostatecznie, bo są w takiej fazie, że przeglądając karty życia, weryfikują ich wartość. O tym, czym jest dla nich sztuka, ile dla niej poświęcili, i czy było warto. O kobiecych archetypach, rozpiętych między  Lindą, żoną i Brendą (platonicznym westchnieniem, związkiem zatrutym egoizmem i chodzącym sex appealem). O więzach z dziećmi – całkiem niezłych (Fred i jego córka-asystentka, która co nieco mu jednak wygarnie) i całkiem zdystansowanych (Mick o wybrykach syna powie, że to spuścizna po matce). Sporo o zapominaniu i o minionej młodości. O ważnym i nieważnym. Byle odegranym przez mistrzów: Harveya Keitela (Mick) i Michaela Caina (Fred)

Dialogi to mocna strona filmu. Słabszą stroną jest jego epizodyczność. To, że poszczególne sceny, choć interesujące, błyszczą własnym światłem, niewiele do całości dodając. Na przykład: scena, gdy do młodego aktora (Paul Dano) podchodzi nastolatka, która umie docenić kunszt gry w niszowych filmach, podczas gdy miliony zachwycają się rolą Rycerza Q, stworzoną dla chałtury. W ogóle – wszystkie niemal sceny z Rachel Weisz (piękną skądinąd, więc zasadnie obecną) są mało istotnym dodatkiem.  

I jak z operami bywa, to, co się może podobać, bywa też nieznośne. Trudno z Sorrentino dyskutować,  że lubi rozbuchane formy. Nie wystarcza mu opowieść prosta, skupiona na losie dwóch osiemdziesięciolatków (tak się składa, że artystów), na tym, co w nich wciąż trwa, co minęło, z żalem lub ulgą. Nie wystarczy. Jeszcze muszą wybrzmieć archetypy, senne figury, kawałki arcydzieł muzycznych czy filmowych. Musi się wymieszać starość z młodością. Błędy życiowe z tym, co krystalicznie czyste. Jeszcze trzy deko muzyki, pięć gramów malarskich impresji. 

Najzabawniejsze, że Wielkie piękno tętniło bogactwem dużo bardziej barokowym, wciągało w wir jak rollercoaster. I ani mru mru. Przeżyłam z zachwytem. Co podważa zasadność krytycznych argumentów. Ale potwierdza, że w filmie (i szerzej – w sztuce) nie tyle komponenty się liczą, ile końcowe flow. Drugie, co z tego wynika, dotyczy widza, który jednego wieczoru jest otwarty i przyjmie wszystko ze smakiem, a kolejnego dnia marudzi i wydziwia.

Advertisements

19 thoughts on “Paolo Sorrentino

  1. Holly

    Wyczuwam, Tamaryszku, nutkę żalu do Sorretino a może rozczarowania? Tak wiele dobrych rzeczy mówi się o tym filmie a tu nagle…klapa. Ja też byłam tym filmem rozczarowana, może za mało potrafiłam „wyczytać”? A może nie przepadam za artystami, którzy nie potrafią nic powiedzieć od siebie bez „cytowania”? Rozczarowałam się, bo chciałam obejrzeć film włoski, po włosku, włoskiego reżysera (ostatnio mam fazę fascynacji językiem i kulturą) a tymczasem akcja działa się na łąkach szwajcarskich, pięknych i dla mnie nudnych. Film jest na miarę artysty-a artysta w wieku nobliwym i o rytmie życia zwolnionym, może to to jakoś mi nie pasuje, nie wiem, bo przecież Heineke potrafi zachwycić a więc? Przyznam Ci się, że też jakoś nie potrafię wskoczyć w świat okrzyczanego ostatnio Sorretino, ale kino włoskie uwielbiam-ostatnio oglądany film z Mastroianim „Stanno tutti bene” to arcydzieło, jak chyba wszystkie filmy z tym aktorem…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      No tak, kontekst włoski gdzieś zginął. Niby mógł. Wspominasz o czymś, co też mnie zaabsorbowało. Że też reżyser polubił (dwa ostatnie filmy) tę perspektywę kresu życia, a przynajmniej fazę po „smudze cienia”. Ona niesie z sobą wiele ciekawych konceptów, a S. to konceptualista. Tak to sobie tłumaczę, wejść w duszę reżysera nie mogąc. Sorrentino (lat 45) jest ze średniego pokolenia.

      Na Morettiego czekam, nie udało mi się upolować we Wrocławiu. Mia madre (Moja matka) wchodzi w Polsce dopiero w listopadzie. Nie kojarzę Stanno tutti bene, dopiero wyszukiwarka podpowiedziała mi, że to Tornatore (bardzo lubię, choćby za arcydzielne Cinema Paradiso).

      Jeszcze o Młodości, co do której mamy podobne odczucia. Ten film jest jak wypracowanie prymusa. Po prostu „musisz” dać piątkę. Wszystko ujął, są konteksty i błyskotliwość, jest równanie do poziomu ciut wyżej, niczego nie brak, jest więcej niż wszystko. W szkole nie da się obniżyć noty. Na blogu mogę być kapryśna i intuicyjna. ;)

  2. buksy

    A mnie się podobało i nawet myślałam żeby o tym napisać, ale jakoś się do tej pory nie złożyło. To co Ty nazywasz nadmiarem, dla mnie było atutem filmu. Ech, chyba jednak zrobię tę notkę ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Buksy, zamawiam tę notkę. :)
      Moje kinowe towarzystwo było zachwycone. Ja też nie staję okoniem. Mnie się podoba wszystko oddzielnie.
      Najbardziej Keitel i Caine (w tym głupawym kapelusiku). I ta żona zastygła w bólu czy w śmierci.

      Chętnie poczytam o tych naddatkach, może więcej zrozumiem. Albo choć ucieszę się tekstem. Pozdrawiam!

    2. buksy

      Przeraziłaś mnie rozmiarem oczekiwań. Do tego stopnia, że gotowa jestem trzymać się narzuconego reżimu pisania tylko o książkach, bez robienia wyjątków dla dobrych filmów ;)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Nieee, to nie miało tak zabrzmieć.;) Napisz, bo Sorretino zasługuje na zachwyt. Ja mu go oszczędziłam.
      Jak dwugłos, to dwugłos. Spójrz z innej strony. Nie oczekuję „instrukcji odbioru”; zachęcam, bo mam ochotę przeczytać. :)

  3. MolikZygmuntEWA

    Tamaryszko, zmartwiłaś mnie, że nie wzruszają cię opery.
    Wejdź może deczko głębiej, w muzykę, a pomiń tzw. kontekst słowny.
    Co ci powiem, filmów ‚wielka sława to żart’, z punktu widzenia wieków (choć akurat ten cytat, to operetka). Co nie znaczy, że kilku znaczących filmów nie pamiętam.
    Lecz nie powiem, że tak czy siak, zmieniły one ‚amerykę’, choć tak się o nich sądzi.
    Pozdrawiam młodość, P.S. i Włochy 2015.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Kino jest najmłodszą muzą, więc nawet największe dzieła nie trwają w obiegu tak długo jak dzieła Mozarta. Słucham i lubię. Ale teatralność opery to już wyzwanie, któremu trudno mi sprostać. Usprawiedliwię się, jeśli zadeklaruję miłość do Amadeusza Milosa Formana?

      Młodości tyle co kot napłakał. Króluje młoda starość.
      Pa :)

  4. Holly

    Zaskoczyłaś mnie Tamaryszku wiekiem Sorrentino. Po obejrzeniu dwóch ostatnich filmów byłam przekonana, że to staruszek a tu okazuje się- artysta w sile wieku! Cinema Paradiso obejrzę, dziękuję za podpowiedź. A „Młodość” może zasługuje na drugie obejrzenie? Ja się na kinie zupełnie nie znam. Oglądam amatorsko. Albo mnie coś uwiedzie, albo nie. To może być dowcip, gra aktorska, scenariusz…Ale mam do Ciebie zaufanie i skoro twierdzisz, że film był perfekcyjny, to muszę mu się chyba jeszcze raz przyjrzeć!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Holly,
      jeśli tak się złożyło, że nie widziałaś dotąd Kina Paradiso, a obejrzysz kiedyś dzięki mojej wskazówce, to znaczy, że warto było założyć bloga. :))

      Cinema Paradiso jest dobre na wszystko: na nostalgię, na miłość (i na tęsknotę za miłością), na uśmiech przez łzy, na pamięć, na miłość do kina i małych miasteczek, na utwierdzenie w pasji i na poczucie, że czas mija bezpowrotnie. :) A muzyka z tego filmu no to już zupełnie nie daje się ująć w słowach. Ennio Morricone, oczywiście.

  5. maria

    Bardzo lubię takie filmy, ja je nazywam :’ przekroczyć próg nadziei’ :) Na ‚Młodość’ poszłam, żeby trochę odkleić się od swoich uporczywych myśli. Co prawda nie do końca mi się to udało, bo fabuła nie wciągnęła, na szczęście obudziłam się pod koniec, bo finał był doskonały. O ile większość takich filmów pokazuje, że życie to jednak porażka, to koncert ze wspaniałą muzyką był bardzo optymistycznym przesłaniem. Warto było żyć przynajmniej dla tej chwili :)
    P.S. Czy widziałaś ‚Króla życia’ ? Świetny :) Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Król życia świetny? Naprawdę? Bo właśnie omijam, żeby się nie rozczarować na pewno pierwszorzędnym Więckiewiczem w drugorzędnej oprawie. Pomysł na film jest oczywisty jak autostrada. Jeśli mimo to oglądalny, to nie omieszkam… :)

      Tak, na przykład zakończenie, to jeden z atutów Młodości. W ogóle ta roszada, że ten kochający życie i aktywność sam się ich pozbawia. A ten wycofany i z wyboru passe jednak budzi się, żyje i działa.
      Pozdrawiam, Mario, serdecznie. :)

  6. maria

    Pomysł może oczywisty, ale nie do końca realizacja tego pomysłu jest oczywista. Są przynajmniej dwie, trzy sceny ( może to i mało) dla których warto zobaczyć, nie będę zdradzała, bo może jednak się skusisz :). Więckiewicz pierwszorzędny nawet w takim wydaniu. I pierwszy raz zauważyłam jak gra twarzą, choć wcześniej wydawało mi się że twarz ma nieruchomą. Podsumowując: Więckiewicz i trochę bardzo pozytywnego absurdu, ze specjalną dedykacja dla korpoludków :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dwie, trzy sceny… O, Litościwa Duszo! Filmowcy powinni Cię ozłocić!
      Jestem gotowa zobaczyć, jak tylko będzie czas.
      Co Więckiewicz robi z twarzą, to niepojęte. Zawsze mi się wydaje, że zapodaje podwójny dialog. Mówią słowa, a twarz komentuje. Czasem zgodnie, innym razem z ironią, zmrużeniem oka, grą na niby. Może nie zawsze, bo nie wiem, czy tak było „W ciemnościach”. Ale jego „Pilch” spod Mocnego Anioła i Szacki z Ziarna prawdy to na pewno.

  7. Holly

    Tamaryszku, obejrzałam Kino Paradiso i oczywiście spłakałam się jak bóbr. Ten mały chłopczyk, który gra Toto, wystąpił w roli małego Alvaro w następnym filmie Tornatore, o którym Ci wspominałam „Wszyscy mają się dobrze”- genialny w obu rolach. Kino Paradiso jest filmem bardzo pięknym, wzruszającym, o cudownym scenariuszu i ciągle przewija się nostalgia za Sycylią, rajem utraconym. Gdy miałam 19 lat i dostałam się na studia, to wyjechałam do Londynu, pracowałam we włoskiej knajpie z Sycylijczykami. Tyraliśmy wszyscy razem bardzo ciężko, od rana do północy-pachnieli słońcem, dojrzałymi pomidorami i miałam wrażenie, że w ich oczach widać błękitne niebo. Ale nigdy tego nieba nie oglądali-spędzając dni w zadymionej, wypełnionej ludźmi knajpie. Bardzo tęsknili…Pewnie tak jak teraz i my, za naszymi wioskami, polami, wierzbami, rodziną i sąsiadami…Jest w tym filmie wiele motywów, które powtórzą się w Stanno tutti bene-samotność pozostawionych rodziców, nierozpoznawalny, zmieniony po powrocie świat naszego dzieciństwa…Przepiękna, ciepła, humanistyczna postać księdza. Dziękuję za polecenie tego filmu! Może takie zanurzenie się w kino włoskie też pomoże lepiej zrozumieć „Młodość”?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      A dla mnie odkryciem jest to, co piszesz o filmie „Wszyscy mają się dobrze”. Nie sięgnę od razu, ale na pewno będę mieć na uwadze.
      Kocham Cinema Paradiso! Cieszę się, że i Ty!
      Nie wiem nawet co wymienić jako pierwsze: czy powrót po latach do świata, z którego się wyrosło (a który w tym samym stopniu zmienił się i nie zmienił w ogóle), czy motyw pięknej przyjaźni Salvatore i Alfredo, pierwszej miłości, odkrywania życiowej pasji. A może jednak to, że film jest hołdem dla kina, tego, które ludzi jednoczy we wspólnym transie zapatrzenia i zasłuchania w opowieść. Myślę o tych wszystkich cytatach z klasyki. No i o taśmie z wyciętymi przez cenzurę pocałunkami. Cudowne :)

      Bardzo piękne jest Twoje sycylijskie wspomnienie. :)

  8. Stanisław Błaszczyna

    Oj, niepojęte są nasze przygody z filmem ;)
    Czytam Wasze (Twoje i Holly) zarzuty wobec „Młodości” i – choć ich sens rozumiem – to jednak nie pojmuję ;)

    Piszesz: „w filmie (i szerzej – w sztuce) nie tyle komponenty się liczą, ile końcowe flow. Drugie, co z tego wynika, dotyczy widza, który jednego wieczoru jest otwarty i przyjmie wszystko ze smakiem, a kolejnego dnia marudzi i wydziwia.
    Może właśnie w tym leży klucz naszej percepcyjnej kapryśności, jeśli chodzi o ocenę jakiegoś filmu?
    Ale jeśli tak jest, to te nasze dyskusje (argumenty) o konkretnym filmie robią się takie trochę bez sensu (bo kaprys jest kaprysem – naszym widzimisię).
    Kaprys nie jest racjonalne – choć my nasze kaprysy próbujemy usilnie zracjonalizować (zwłaszcza jeśli to odnosi się do kina, a szerzej – do całej sztuki).

    „Młodość” mi się podobała – zwłaszcza finał (koncert) wzruszył mnie niebywale.

    To ciekawe, że zarzucasz Sorrentino „rozbuchaną formę”, a np. przy barokowej krwawej jatce, jaką stosuje Tarantino (w sumie cała ta finałowa drama w „Nienawistnej ósemce” była po prostu głupia, nie uważasz?), patrzysz z aprobatą i przyjemnością na ekran.
    Podobnie jak manieryczność, również „rozbuchana forma” nie jest sama w sobie zła (przecież bez niej nie zaistniałby choćby taki Fellini).

    PS. „Cinema paradiso” to jeden z moich najbardziej ulubionych filmów – nie zapomnę o nim do końca życia.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Sorrentino działa na mnie skrajnie. Wielkie piękno zachwyciło, Boski zirytował. Wszystkie odloty Cheyenne`a są na górnej szali, Młodość na dolnej. Chociaż Młodość od Cheyenne`a dużo lepiej zrobiona. Po prostu brakuje mi obiektywizmu przy komentowaniu jego filmów. Młodość powinnam obejrzeć jeszcze raz. Wielu moich znajomych stoi murem za tym filmem.

      Pozostaje mi zgodzić się z tym, co mówisz, że racjonalizujemy swoje odczucia. Ale jeszcze skwapliwiej zgodzę się z tym, że to nie powinno uświęcać kapryśności. Nie znoszę forsowania „widzimisiów”, nie cierpię narzekactwa, wybrzydzania, pouczania twórcy, że powinien postąpić tak a tak. Jeśli mi się to zdarza, to wyłącznie z powodu złej pogody. ;) I wbrew woli. Staram się pisać zgodnie z sobą i ze swoją umiejętnością zrozumienia filmu. Nie twierdzę, że ta umiejętność jest wyjątkowa.

      Nie widzę związku między Młodością a Nienawistną ósemką. Tu próbujesz racjonalizować sobie moje paradoksalne odbiory. Są paradoksalne, bo nie ma jednej matrycy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s