Archiwa miesięczne: Grudzień 2015

Lailonia

Leszek Kołakowski, 13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2015

Sięgnęłam „interesownie”, czyli zawodowo, ale warto bezinteresownie ten tytuł przypomnieć. Jasne, że pewnie wielu zna. Ze względu na autora, którego Mini wykłady o maxi sprawach, Czy diabeł może być zbawiony albo Moje słuszne poglądy na wszystko wpadły w niejedno czytelnicze oko, a skoro wpadły, to gdzieś tam, w którejś podocznej warstwie nadal tkwią. Znany na wyższych szczeblach nauk filozoficznych, z ciekawą biografią i po prostu renomą w intelektualnym świecie, jest Kołakowski zarazem kimś, kto sięga po formy przewrotne, literackie, na pewnym wygłupie oparte. 

Mówię „wygłup”, choć bajeczki mają swoje drugie, trzecie dno. I zawsze są o czymś istotnym, nawet jeśli trudno jednym zdaniem określić o czym. Ja sobie pookreślam, bo nie piszę pracy badawczej tylko bloga, więc z założenia nie będę łowić sensów wszystkich – takie zadanie odebrałoby mi cały impet.
13 bajek... OkładkaPierwsza sprawa: Lailonia. Kraina, której nie znajdziesz na żadnej mapie ni globusie. Próbowali tego bracia z pierwszej bajki, życie tracąc na szukanie. Skutek żaden. Lailonia istnieje w innej przestrzeni. Może być kostiumem, spod którego wyziera rzeczywistość polskich lat 60. Może być światem mentalnym, z tysiącem umownych zasad, które wywrócone na nice wyglądają dziwacznie, ale nie mniej dziwne są te, które akceptujemy z nawyku. Umowność jest względna. 

Dziś dopatrywanie się w tych historiach aluzji do PRL-u nie jest konieczne. Bajki bronią się bez tego. Są zwariowane i absurdalne. Zwięzłe, ale rozbudzające wyobraźnię i łączące konkret z abstrakcją. Czytając, nabieramy dystansu. Przede wszystkim do tego, co z przyzwyczajenia uważamy za oczywiste. Kołakowski usuwa nam grunt spod nóg. Stąpamy po grząskich piaskach krainy, w której ktoś chowa twarz do kuferka, dziurawi globus, walczy z naleśnikami, przegrywa z własnym garbem, który się usamodzielnia, eliminując nosiciela.

Po pierwsze: ukłon w stronę 35-letniego wówczas Autora, który łączył pisanie dzieł naukowych (filozofia XVII wieku czy filozofia egzystencjalna) z formą trochę popularyzatorską, trochę niezobowiązującą. Właśnie to uciekanie przed morałkiem jest tu czymś najcenniejszym. Po drugie: mariaż absurdu z logiką. Jak to jest zrobione?! Jak to możliwe, że fantazja, której nie brakuje pomysłów i racjonalnych wywrotek, jest zarazem tak „logiczna”?! To nie magia, cuda czy inne senne prawa tu panują, lecz te same, którym wierzymy, gdy po przebudzeniu uznajemy, że z grubsza wiadomo, dokąd i po co? A Lailonia przypomina, że to, co wiesz, tylko się zdaje.

Zanim przejdę do ulubionych, wspomnę, kogo tu można spotkać. Jest Gyom, który chce być kimś innym niż jest, Tat, marzący o sławie (z bylejakiego powodu), Nino, co nie używa twarzy, żeby wciąż była nieskazitelna. Pigu, któremu córka Memi napytała biedy. (Tu dodam, że imiona nie są przypadkowe: „Memi” w języku starolailońskim jest to czasownik oznaczający: „jeździć brawurowo na małym różowym słoniu bez ucha, potrząsając zarazem chorągiewką bladoniebieską z jedwabnej wstążki i kręcąc młynka palcami krwiście polakierowanymi”; śliczna Memi bawiła się często w ten sposób i stąd jej przezwisko). Rio, który ze wstydu, że nie pamięta koloru oczu ukochanej, zmalał doszczętnie. Król Hanuk, chcący zapewnić poddanym długowieczność i dający się zwieść dość pokrętnym receptom, w wyniku których naród wyginął. I Ditto wierzący w złośliwość rzeczy martwych, i Lina, wierząca w ich niewinność. Etam, któremu od niedojrzałych (kradzionych!) gruszek rozrosła się czerwona łata na spodniach – a przecież nie wiadomo, jak duża może być łata, by była dodatkiem do spodni a nie nimi… 

Trzy historie lubię najbardziej. Zacznę od trzeciego miejsca na podium, potem wzwyż.

Jak bóg Maior utracił tron
Ubi i Obi, wyrabiacze kulek kauczukowych, żyli w mieście, w którym obowiązywały prawa boga Maiora. Kto ich nie przestrzegał, temu groziło piekło, kto był posłuszny, miał gwarancję raju. Prawo brzmiało: „Trzeba wiedzieć, że to wszystko, co dla ludzi znajduje się na dole, dla boga znajduje się na górze – i odwrotnie – to, co dla ludzi znajduje się na górze, dla boga jest na dole”.

Wszyscy nawzajem zapewniali się, że tak właśnie myślą. „Kiedy więc, na przykład, nauczyciel mówił w szkole dzieciom, że strumienie płyną z góry w doliny, to od razu dodawał: „Ale dla boga płyną one z doliny w góry”. A kiedy ktoś oznajmiał, że zejdzie z mieszkania na dół kupić zapałki, dodawał zaraz, że dla boga zejdzie on w górę. Mówiąc, że ptaszek poleciał w górę, należało zaznaczyć, że dla boga poleciał on na dół itd”. Aż w Obim coś się przełamało i uparł się, że coś jest po prostu na górze i ku powszechnej zgrozie nie chciał się wycofać. „Co na dole, to na dole! Co na górze, to na górze! I już! Jak na dole, to nie na górze! Jak na górze, to nie na dole! I już!” Do piekła trafił, gdzie było zimno i wilgotno (!). A Ubi i inni do nieba. Mieli tam nakaz bycia szczęśliwym. No… i co? Pławić się w szczęściu na siłę, wygasić wątpliwości i empatię dla odrzuconych? A co z wolnością? Choćby miała być tylko prawem do wyboru kary. Jak sugeruje tytuł – Maior abdykował. A ludziom czas jakiś plątało się w głowie od wolności, ale jakoś się w niej odnaleźli.

Opowieść o największej kłótni 
Bracia byli trzej, najstarszy, średni i najmłodszy: Eino, Aho i Laje. Pierwszy miał swoje zdanie, którego się trzymał, drugi pewność, że jest inaczej, a trzeci był niezdecydowany, więc balansował między racjami. Wyruszyli w drogę, długą i niebezpieczną, trzymali się razem, by nie dać się pożreć złu. Droga się rozgałęziła i mogli dalej iść prosto, w lewo lub w prawo. Szukali szczęśliwego miejsca do życia. Każdemu z braci zdało się, że prowadzi do niego inna droga. Pierwszy wymusił, by poszli za nim (prosto), drugi uległ, ale marudził, że to pomyłka, trzeci wciąż niczego nie wiedział na pewno.

Nigdzie nie jest tak, by człowiek nie myślał, że gdzieś mogło być lepiej. Średni brat – trochę na złość – wyruszył, by dotrzeć do rozstajów i pójść na prawo, tak jak podpowiadała mu intuicja. Wieść niesie, że zginął. Najstarszy wciąż był pewien, że jego wybór był jedyny i nikt inny nie miał racji. A Laje, ten najmłodszy, co wciąż się wahał, wyruszył w drogę, by szukać lepszego świata. Nie na złość, ale dlatego, że nadszedł czas, by szukać i wybierać. Hmm… nie wiadomo, czy był to wybór szczęśliwy. Kto wie, co lepsze: uwierzyć, że to, co się wybrało jest dokonane i nie gdybać, czy jednak pielęgnować zrywność do dalszej drogi?

Oburzające dropsy
Była sobie rodzinka. Każdy miał swojego bzika. „Gia lubił palić poobiednie cygaro, siedząc w fotelu z pióropuszem na głowie. Taki już miał zwyczaj i nie było w tym właściwie nic dziwnego. Ludzie mają różne przyzwyczajenia i nie powinno się nad tym wydziwiać; Gia na przykład miał brata Pepi, który nie mógł zjeść śniadania, zanim nie upolował co najmniej czterech kormoranów, drugi jego brat Kaku łykał obręcze od beczek, siostra Heja nosiła dwadzieścia orderów na plecach, a druga siostra Hipa łowiła szympansy na lasso i grała na loterii. Każdy więc ma, jak z tego widać, pewne drobne dziwactwa i trzeba wszystkich zostawić w spokoju”.

Może i trzeba, bo ludzie się różnią. Każdy to wie, lecz każdy się jednak irytuje, bo niewiele trzeba, by cienką linię przekroczyć. A irytacja rośnie jak ciasto drożdżowe. Coś najnaturalniejszego w świecie, gdy się rozświeci złym światłem, działa na nerwy. Pięcioro rodzeństwa wpadło w furię i o tyle skutecznie, że irytowali się wespół zespół każdym po kolei. Atakowany był sam i pod naporem rezygnował z nawyku. Niekoniecznie rozumiejąc perswazję. Jak się żyje z kompromisem? Niełatwo. Bo irytacja wobec innych nie mija, a poczucie krzywdy gęstnieje. Kozioł jest potrzebny. W tej roli wystąpi młodziutka Kiwi, najmłodsza siostra, która powróciła do domu i miała to do siebie, że lubiła dropsy.

„I te dropsy dopiero doprowadziły spór domowy do ostateczności. Tego już naprawdę nikt nie mógł wytrzymać. Kiedy tylko Kiwi wracała do mieszkania i wyciągała paczkę dropsów, najstarszy brat Pepi zrywał się z fotela i pokazując w jej stronę palcem, wykrzykiwał z oburzeniem:
– O, o, dropsy! Ona je dropsy!
Średni brat Gia natychmiast przybiegał z drugiego pokoju i zaczynał tupać nogami ze złości.
– Co ja widzę? Dropsy! – grzmiał na cały głos. – Ona je dropsy!
Obie siostry, Heja i Hipa, niezwłocznie pojawiały się obok Kiwi, a młodszy brat Kaku był już także na miejscu. Zbiegali się wszyscy, obstępowali Kiwi ze wszystkich stron, prześcigali się nawzajem w głośnych wyrazach oburzenia i wołali jeden przez drugiego:
– Kiwi! Opamiętaj się! Dropsy! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz?
– Kiwi! Chyba jesteś nieprzytomna! Dropsy!
– Kiwi! Ty zwariowałaś! Dropsy!
– Kiwi! Chcesz zgubić całą rodzinę! Dropsy!
– Kiwi! Gdzie twoja moralność?! Dropsy!
– Dropsy! Dropsy! Dropsy!”

I tak do skutku, którego nie zdradzę. Zaznaczę jednak, że nie ma żadnej miary, która by orzekła, co jest normalne a co dziwne: jedzenie dropsów, połykanie obręczy, palenie cygara z pióropuszem na głowie, łowienie małp na lasso, polowanie na czczo na kormorany, czy noszenie medali na plecach. A komuś dostaje się po łapkach, by inny mógł się czuć fajniejszym.

I tak cytując na tamaryszku profesora Kołakowskiego (nie po raz pierwszy), zbliżam się do końca jak ten rok. Bez morału. Z niezupełnie wesołym bilansem. Z wątpliwościami. A nawet z podejrzeniem, że wszystko poza mną jest dziwne. Tylko raz po raz mam wrażenie, że odwrotnie.

galaktyka

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy – J.J.Abrams, USA 2015

Co to jednak znaczy być wtajemniczonym! Godziny (lata!) wdrożeń i wyczekiwań. Żółtodziób nie dogoni. Laicki kostur nie pomoże. Trzeba być fanem i uczestnikiem kultu – wtedy się ma legitymację, by wydziwiać bądź rozpływać się w zachwycie. Deklaruję, że jestem nowicjuszem na płytkiej wodzie i tyle powiem, ile mi wolno, ze świadomością, że kino gatunków to nie jest to, o czym pisze mi się najłatwiej.

W kinie kultowe święto. Niebo usiane gwiazdami i wstrząsane konfliktem. Jasna moc kontra jej ciemny pogromca. Żywe legendy i młodociani następcy. Rozpoznawalna scenografia z rekwizytami, które mają swoją historię (jak przysypiający na rumowisku Sokół Millenium czy kultowe miecze). Muzyka – podobno w dużej części napisana przez Williamsa od nowa – przypomina tę, która żyje w obiegu od lat. Z wypowiedzi na forach można się dowiedzieć (wiedzę tę zapośredniczam), że również schemat fabularny nawiązuje do jednego z wcześniejszych epizodów (Nowa nadzieja). No to jesteśmy w domu. Bardziej ci, którzy zasiedlili ten Lucasowski świat już dawno. Ale – naprawdę – jest tak fajnie, że zbłąkana owieczka też czuje się jak w zagrodzie. 

Star Wars. PlakatMinimum o treści. Ciemna moc to Nowy Porządek, wojskowy dryl, odczłowieczenie, żądza inwazji i zemsty. Trzy kluczowe postacie: Snoke (animowany techniką motion capture), Generał Hux i Kylo Ren wystylizowany na Dartha Vadera (sprzed nawrócenia). 

Po stronie jasnej – oczywiście – Republika, poszukująca wycofanego od lat Luke`a Skywalkera. Trwa odzyskiwanie mapy, na której zaznaczony jest wiodący do Luke`a trop. Nowy Porządek chce ją przejąć. Ważną maskotką (lub bohaterem) jest sympatyczny biało-pomarańczowy droid BB-8. Stara gwardia to m.in. księżniczka (generał) Leia, Han Solo i Chewbacca. W zamieszki wplątanych jest dwoje młodocianych: zbieraczka złomu, Rey oraz Finn, wyzwalający się na naszych oczach z roli szturmowca złej mocy.

Science-fiction i przygody. Takie wolty, starcia, pościgi, że dech zapiera. Do tego w bardzo stylowej aranżacji. Mimo przypadku, który obsadzony jest w roli głównej i decyduje o tym, że ulubieńcy są o włos od katastrofy, a jednak włos robi swoje. Mimo industrialnej (?) technologii, która nie zabija ani lęku, ani nadziei, więc nie mrozi emocji. Niebo szturmowane wojennymi maszynami przez kilka chwil staje się niebem z filmu Coppoli. Akcja wciąga. To jest to sakramentalne stwierdzenie, które przesądza, że jest ok.

Scenografia ma swoją dynamikę i trójpodział. Jest kraina wyjściowa, Jakka, czyli obszar pustynny. Obłędnie piękna pustynia Abu Dhabi, na której kręcono zdjęcia (Zjednoczone Emiraty Arabskie) uwodzi pastelową „architekturą”. Kraina zieleni i mórz – to ta, do której docierają Rey, Finn i Han Solo, by poradzić się Maz Kanaty. I wreszcie ta skuta lodem, z zimowym lasem, w którym rozegra się choreografia tańca na miecze. Piasek, zieleń i biel. Piękne.

Co do historii Rey (Daisy Ridley) i Finna (John Boyega), to dużo dodaje do niej humor, z jakim rozgrywa się fabuła Gwiezdnych wojen. Trzeba uwierzyć w magnes bez żadnych uzasadnień. Oboje są z innych bajek: nieco nieporadny, nienadążający Finn i bystra, zwinna, odważna Rey. Sentyment i naiwność są przypudrowane podziwem dla utalentowanej nawigatorki. Zwłaszcza, że dziewczyna jest skromna, wyrosła wśród złomiarzy i sama się dziwi rozkwitającej w niej mocy. W jednej ze scen jest uwięziona, skuta na rozkaz Kylo Rena. Przed chwilą przeszła męczący eksperyment wydobywania z niej tajemnic. Oparła się mrocznej sile i zdecydowała się sprawdzić, czy jej własna sugestia zadziała na pilnującego ją szturmowca. „A teraz rozkujesz mnie, wyjdziesz, zostawisz otwarte drzwi i rzucisz broń”. No ba, szturmowiec ma ochotę jej przyłożyć, ale… Wspominam tę scenę, bo wyczytałam (czyżby? naprawdę?!), że tego zamaskowanego strażnika Porządku gra Daniel Craig. Jeśli tak, to zabawne.

Moją ulubioną bohaterką jest Maz Kanata. Czuję niedosyt pobytu w jej pubie. Postać o fantastycznej powierzchowności, o intrygująco wybałuszonych (a przy tym chyba jednak zmrużonych) ślepiach, która widzi coś, co innym w oczy się nie rzuca. Druga rzecz to atmosfera pubu. Kręcą się tam dziwolągi, do których strach się przysiąść. Nie wiesz, czy dostaniesz cios, czy może ktoś zechce się z tobą zaprzyjaźnić.

Moje trzy grosze: Kylo Ren nie powinien zdejmować maski, bo jego fizjonomia jest zgrzytem, bliżej nieuzasadnionym, ale jednak. To kluczowa postać, więc budzi dyskomfort wszelkie niedopasowanie. Co prawda urobiony przez nienawiść, wypierający się swych korzeni Kylo ma ponoć w sobie resztki światła i garść wątpliwości rozrzedzających czerń. Niewyrazistość jest więc być może celowa. Niemniej jednak. Ciekawe czy głos Marcina Dorocińskiego, tworzącego tę postać w dubbingu, brzmi lepiej. Tego się nie dowiem, bowiem z trzech dostępnych wersji wybrałam tę najbardziej optymalną: 2D z napisami.

Han Solo (Harrison Ford) „daje radę”. Niedowiarki uwierzą. Albo i nie, bo sądząc po gorących komentarzach popremierowych, społeczność żarzy się namiętną niezgodą i zachwytem. Nie ma takiej opcji, by J.J. Abrams mógł zadowolić wszystkich. Przynajmniej nie w jednym epizodzie. A że będą następne, to możliwe, że zadowoli tych kręcących nosem przy Przebudzeniu mocy, a narazi się tym, którzy klaszczą dziś.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…
Google – gdy wpisze się te słowa – wyświetla wyszukiwania, stylizując je na czołówkę filmu. W realnym świecie coraz więcej tropów prowadzi do świata Gwiezdnych wojen. Nie wiem, czy to reklamowe apogeum, czy początek maratonu bez końca. Przypominam sobie rozmowę Masona z Tatą (Boyhood), gdy obaj zgodnie utwierdzali się w przekonaniu, że Epizod VI to ostatni z serii. Co powiedzieliby na to dziś? Czekaliby na kolejne odcinki, które będą ponoć kręcone w nieskończoność…? Jeśli wojna trwa, to jak tu nie stanąć po jasnej stronie mocy?!

stary dobry Woody

Annie Hall – reż. Woody Allen, USA 1977
Manhattan – reż. Woody Allen, USA 1979
Hannah i jej siostry – reż. Woody Allen, USA 1986

No cóż, nie każdy listopad jest udany. Tegoroczny był jak pandemonium. Prawie w każdej sferze. Irracjonalny i rozczarowujący. Światowo, krajowo, osobiście i cieleśnie. Wymknął się spod kontroli mikrokosmos. Zbuntowane ciało samo sobie dało w kość. Dostało cztery tygodnie L-4 i choć nie czuje się po nich jak po spa, to mimo wszystko lepiej niż Woody Allen

Właściwy czas na spotkanie z kwintesencją neurotyzmu i hipochondrii – zgodnie z dewizą wybicia klina klinem. Sięgnęłam do opowieści nowojorskich sprzed trzech, czterech dekad. Wody Allen był wówczas daleki od podróżowania po Rzymie, Paryżu czy Barcelonie. Siedział na Manhattanie lub w sąsiedztwie, chodził do psychoanalityka, do lekarzy, do klubów, na korty, nad rzekę. Był kinomanem i maniackim czytelnikiem. Miał popaprane życie uczuciowo-erotyczne. I intelektualny (żydowskiej proweniencji) klucz odpowiadania na lęgnące się króliczo pytania egzystencjalne. Woody Allen, znaczy tu – umownie – bohater filmów (których był jednocześnie aktorem, reżyserem i scenarzystą). 

Wyliczmy: Alvy Singer (komik i mizantrop) z Annie Hall, Isaac (pisarz) z Manhattanu i Mickey (znów komik, „eks” jednej z sióstr, ale przede wszystkim hipochondryk) w Hannah i jej trzech siostrach. Towarzyszą mu ulubione Allenowskie aktorki: Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Barbara Hershey.

Mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać (dwa z trzech tytułów oglądałam wcześniej), ale uderzyło mnie, że te historie filmowe – mimo neurotyzmu i niekończących się tyrad Allena, mimo scen tworzących niezależne skecze – są jednak fabularnie bardzo spójne i zmierzają do domkniętych epilogów. Złośliwość równoważona jest czułością. Co tu zresztą mówić: trzy świetne, niestarzejące się filmy, z których najbardziej lubię Annie Hall

Annie Hall. Diane Keaton. Woody Allen

 Annie Hall

Najzabawniejsza historia o czymś najsmutniejszym na świecie. Film jest zresztą poskładany z wielu puzzli, epizodów, odprysków przeszłości (z różnych przedziałów czasowych), z tysiąca wkurzeń i marudnych obserwacji. Jest więc i wielotematyczny. Ale temat nadrzędny to ten, który Woody-Alvy wypowiada wprost do kamery: „Annie i ja zerwaliśmy ze sobą, a ja ciągle jeszcze nie mogę się z tym pogodzić. Ciągle przesiewam szczątki naszego związku… Rozmyślam o swoim życiu, próbując odkryć, gdzie się spieprzyło”.

Yeah, to jest tekst! Przyciągnie popaprańców, którzy westchną jak Krecik, że… och, tak, i ja przesiewam i szukam niegdysiejszych śniegów. Przyciągnie amatorów czarnego (i w ogóle wszelakiego) humoru, bo to przecież beka przesiewać życie jak młynarz mąkę. Jedni i drudzy dostaną to, na co czekają. Niektórzy dwa w jednym. Dowcip rozpoczynający tę historię kończy wszak puenta: „Takie właśnie mam podejście do życia. Jest pełne samotności, smutku, cierpienia i niezadowolenia. I to wszystko o wiele za szybko się kończy”.

Annie i Alvy rozstali się, a przedtem byli ze sobą w jedyny (chyba) możliwy sposób: wśród wątpliwości, tarć, rozstań i powrotów, prób narzucania drugiemu, co ma czytać (to Alvy!) i mikroucieczek przy pozorach zgody (to Annie). Było prześmiesznie, co ilustruje scena z homarami, które rozpełzają się po kuchni przy wtórze histerii i ubawu. Było czule, co dobrze oddaje scena z zabijaniem pająka w łazience. Musiało być również intelektualnie, inaczej nie byłaby to historia Allenowska. Tu z jednej strony dywagacje o sensie życia – Alvy ma swoją pesymistyczną teorię: „Uważam, że życie dzieli się na okropne i nędzne”; okropne, gdy spotyka cię perfidne nieszczęście i nędzne – w pozostałych przypadkach („Powinnaś być wdzięczna, że masz nędzne życie”). A z drugiej strony kontekst tego wszystkiego, co bohaterowie oglądają (Bergman), czytają (koniecznie z ulubionym słowem Alvy`ego w tytule) czy słuchają. 

Właściwie: jest tu wszystko, co powinno się znaleźć w opowieści o miłości. Początek i koniec. Kluczowe momenty. Coś, co sprawia, że wierzymy w powodzenie tego związku i coś, co przesądza, że nie dajemy mu szans. Trochę antagonizmów i mniej więcej tyle samo zgrania w punkt. I jest piękny epilog. Zdradzę, bo i tak znacie ten film. Od pierwszej sceny wiemy, że Annie i Alvy nie idą wspólną drogą. Jedno związało się z kimś, drugie nie. Drogi się jednak przecinają, szczególnie gdy mieszka się w Nowym Jorku. Wpadają więc na siebie i może z nutką bólu, ale takiego zmieszanego z uśmiechem, jedno z nich zauważa, jak drugie ciągnie swego partnera na film, który musi się kojarzyć z poprzednim związkiem. Ale najładniejsza jest tu scena, w której spotykają się w kawiarni i ze śmiechem, przyjaźnie spoglądają na to, co ich łączyło. W tle migają sceny, które kilka chwil wcześniej rozgrywały się na naszych oczach. Puentą jest to, że nawet jeśli rozdroża są nieuchronne, to fajnie, że choć kawałek drogi szło się wspólnie. Ta scena jest chyba równie piękna jak scena ocenzurowanych pocałunków z Cinema Paradiso.

Annie Hall. Keaton i Allen

Oczywiście, Annie Hall (i Manhattan i Hannah i jej siostry) warto zobaczyć nie tylko po to, by śledzić związki uczuciowe i gdybać, dlaczego one wszystkie są tak kruche lub jaki wpływ na szczęście ma neuroza. Są podróżą w lata 70. i 80. I majstersztykiem pomysłów scenariuszowo-reżyserskich (z akcentem na scenariusz). 

Woody Allen jest geniuszem (przynajmniej „był”, bo czas wszystko rozrzedza). W Manhattanie bohaterka grana przez Diane Keaton określa tym mianem każdego, kto ją poruszy, więc Woody trochę z tego kpi. Cóż, a jednak…

Uwielbiam snobizm intelektualny Allenowskich bohaterów. Pewnie dlatego, że żyję w takim czasie i miejscu, gdy (i gdzie) od dawna nikt się nie snobuje. Dlatego nawet jeśli intelektualny snob grzeszy pychą, wierzę, że będzie zbawiony. No może poza jednym wyjątkiem. Mowa o tym przemądrzalcu z kolejki do kina (Annie Hall), który wiedział, co ma na myśli Marshall McLuhan lepiej niż autor tej myśli. Nieszczęścia chodzą parami, więc nie dość, że Annie marudna, to jeszcze za plecami tokuje facet, który zżarł wszystkie mądrości. Kobieta, która mu towarzyszy gra rolę „słuchawki”, czyli biernie milczy. Alvy przez chwilę też, no ale tak się nie da. Facet analizuje kino Felliniego („przerysowane”) i dramaty Becketta („Podziwiam technikę, ale nie dostaję od niej kopa”), zna się na wszystkich trendach, -izmach i nie omieszka się tym pochwalić. Tę scenę powinno się aplikować wszystkim niewyżytym recenzentom. Również ze względu na puentę. Alvy wyciąga zza kotary McLuhana i konfrontuje go z mądralińskim. McLuhan uciera mu nosa i sprowadza tyczkę do parteru. 

Podobnie jest, gdy Annie opowiada Alvy`emu o swoim byłym. Nie opowiada, bo trick polega na tym, że przeszłość rozgrywa się na oczach bohaterów. Po lewej stronie ekranu młody przystojny aktor czaruje Annie truizmami, po prawej – Alvy naśmiewa się i kpi z eksrywala. Takich pomysłów jest w tych filmach zagęszczenie. Konfrontują się różne rzeczywistości: przeszłość z przyszłością, fabuła z widzem, dzieło z autorem. Otóż zwarcie wygląda tu z grubsza tak (klasyka humoru Allena):
„- Wiesz, jak chciałbym umrzeć? Rozszarpany przez dzikie zwierzęta” – mówi wyciągnięty z przeszłości adorator. Na co zdegustowany i niemal doprowadzony do mdłości Alvy odpowiada: „- Straszne! Zjedzony przez jakieś wiewiórki!”. Bo też jedno drugim podszyte: intelekt i emocje. Tu, oczywiście, zazdrość, do której intelektualny malkontent przyznaje się z trudem:
„- Nie mów, że jesteś zazdrosny.
– Tak, troszkę… jak Medea”. 

Być może cały ten wpis jest patchworkowy i niczego nie porządkuje. Ale naprawdę nie sposób przepisać Woody`ego na klarowny konspekt. Tu przecież ścierają się ze sobą setki pomysłów, tematów, błysków, ironicznych komentarzy. Cudem jest to, że wcale nie zgryźliwość dominuje, że w tej intelektualnej demaskacji jest wyraźna nuta sentymentu. Stawiam tezę, że osiąga ją Allen za sprawą kobiet.

Dzięki spokojnej, zrównoważonej, choć trochę zbyt „samowystarczalnej” Hannah i dzięki wiosennej Lee, o której mężczyźni śnią, na jawie wyrażając swój zachwyt wierszami Cummingsa. Ale też dzięki Holly, ekscentrycznej, niepewnej siebie, pogubionej córce marnotrawnej, która – jak wiele Allenowskich postaci – radzi sobie, przetwarzając życie w tekst literacki. [Hannah i jej siostry]
I nie wiadomo, czy trzeba by tu wymieniać te stojące w przeciwwadze do neurotycznego mężczyzny, jak choćby 17-letnia, czysta jak łza i ufna Tracy, czy stawiać na typ rozedrganych neurotyczek niczym Mary – między którymi wybierał Isaack w Manhattanie.
A diadem i tak wręczam Annie Hall. Za ten udany image w za dużych spodniach i w krawacie. Za to, że boi się iść własną drogą, ale pójdzie. I za to, że mówi inaczej niż wszyscy, ma słabość do słów, które już wyszły z użycia (wykwintność, układność i la-di-da). Tak, la-di-da!