Archiwum dnia: 20 Gru 2015

galaktyka

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy – J.J.Abrams, USA 2015

Co to jednak znaczy być wtajemniczonym! Godziny (lata!) wdrożeń i wyczekiwań. Żółtodziób nie dogoni. Laicki kostur nie pomoże. Trzeba być fanem i uczestnikiem kultu – wtedy się ma legitymację, by wydziwiać bądź rozpływać się w zachwycie. Deklaruję, że jestem nowicjuszem na płytkiej wodzie i tyle powiem, ile mi wolno, ze świadomością, że kino gatunków to nie jest to, o czym pisze mi się najłatwiej.

W kinie kultowe święto. Niebo usiane gwiazdami i wstrząsane konfliktem. Jasna moc kontra jej ciemny pogromca. Żywe legendy i młodociani następcy. Rozpoznawalna scenografia z rekwizytami, które mają swoją historię (jak przysypiający na rumowisku Sokół Millenium czy kultowe miecze). Muzyka – podobno w dużej części napisana przez Williamsa od nowa – przypomina tę, która żyje w obiegu od lat. Z wypowiedzi na forach można się dowiedzieć (wiedzę tę zapośredniczam), że również schemat fabularny nawiązuje do jednego z wcześniejszych epizodów (Nowa nadzieja). No to jesteśmy w domu. Bardziej ci, którzy zasiedlili ten Lucasowski świat już dawno. Ale – naprawdę – jest tak fajnie, że zbłąkana owieczka też czuje się jak w zagrodzie. 

Star Wars. PlakatMinimum o treści. Ciemna moc to Nowy Porządek, wojskowy dryl, odczłowieczenie, żądza inwazji i zemsty. Trzy kluczowe postacie: Snoke (animowany techniką motion capture), Generał Hux i Kylo Ren wystylizowany na Dartha Vadera (sprzed nawrócenia). 

Po stronie jasnej – oczywiście – Republika, poszukująca wycofanego od lat Luke`a Skywalkera. Trwa odzyskiwanie mapy, na której zaznaczony jest wiodący do Luke`a trop. Nowy Porządek chce ją przejąć. Ważną maskotką (lub bohaterem) jest sympatyczny biało-pomarańczowy droid BB-8. Stara gwardia to m.in. księżniczka (generał) Leia, Han Solo i Chewbacca. W zamieszki wplątanych jest dwoje młodocianych: zbieraczka złomu, Rey oraz Finn, wyzwalający się na naszych oczach z roli szturmowca złej mocy.

Science-fiction i przygody. Takie wolty, starcia, pościgi, że dech zapiera. Do tego w bardzo stylowej aranżacji. Mimo przypadku, który obsadzony jest w roli głównej i decyduje o tym, że ulubieńcy są o włos od katastrofy, a jednak włos robi swoje. Mimo industrialnej (?) technologii, która nie zabija ani lęku, ani nadziei, więc nie mrozi emocji. Niebo szturmowane wojennymi maszynami przez kilka chwil staje się niebem z filmu Coppoli. Akcja wciąga. To jest to sakramentalne stwierdzenie, które przesądza, że jest ok.

Scenografia ma swoją dynamikę i trójpodział. Jest kraina wyjściowa, Jakka, czyli obszar pustynny. Obłędnie piękna pustynia Abu Dhabi, na której kręcono zdjęcia (Zjednoczone Emiraty Arabskie) uwodzi pastelową „architekturą”. Kraina zieleni i mórz – to ta, do której docierają Rey, Finn i Han Solo, by poradzić się Maz Kanaty. I wreszcie ta skuta lodem, z zimowym lasem, w którym rozegra się choreografia tańca na miecze. Piasek, zieleń i biel. Piękne.

Co do historii Rey (Daisy Ridley) i Finna (John Boyega), to dużo dodaje do niej humor, z jakim rozgrywa się fabuła Gwiezdnych wojen. Trzeba uwierzyć w magnes bez żadnych uzasadnień. Oboje są z innych bajek: nieco nieporadny, nienadążający Finn i bystra, zwinna, odważna Rey. Sentyment i naiwność są przypudrowane podziwem dla utalentowanej nawigatorki. Zwłaszcza, że dziewczyna jest skromna, wyrosła wśród złomiarzy i sama się dziwi rozkwitającej w niej mocy. W jednej ze scen jest uwięziona, skuta na rozkaz Kylo Rena. Przed chwilą przeszła męczący eksperyment wydobywania z niej tajemnic. Oparła się mrocznej sile i zdecydowała się sprawdzić, czy jej własna sugestia zadziała na pilnującego ją szturmowca. „A teraz rozkujesz mnie, wyjdziesz, zostawisz otwarte drzwi i rzucisz broń”. No ba, szturmowiec ma ochotę jej przyłożyć, ale… Wspominam tę scenę, bo wyczytałam (czyżby? naprawdę?!), że tego zamaskowanego strażnika Porządku gra Daniel Craig. Jeśli tak, to zabawne.

Moją ulubioną bohaterką jest Maz Kanata. Czuję niedosyt pobytu w jej pubie. Postać o fantastycznej powierzchowności, o intrygująco wybałuszonych (a przy tym chyba jednak zmrużonych) ślepiach, która widzi coś, co innym w oczy się nie rzuca. Druga rzecz to atmosfera pubu. Kręcą się tam dziwolągi, do których strach się przysiąść. Nie wiesz, czy dostaniesz cios, czy może ktoś zechce się z tobą zaprzyjaźnić.

Moje trzy grosze: Kylo Ren nie powinien zdejmować maski, bo jego fizjonomia jest zgrzytem, bliżej nieuzasadnionym, ale jednak. To kluczowa postać, więc budzi dyskomfort wszelkie niedopasowanie. Co prawda urobiony przez nienawiść, wypierający się swych korzeni Kylo ma ponoć w sobie resztki światła i garść wątpliwości rozrzedzających czerń. Niewyrazistość jest więc być może celowa. Niemniej jednak. Ciekawe czy głos Marcina Dorocińskiego, tworzącego tę postać w dubbingu, brzmi lepiej. Tego się nie dowiem, bowiem z trzech dostępnych wersji wybrałam tę najbardziej optymalną: 2D z napisami.

Han Solo (Harrison Ford) „daje radę”. Niedowiarki uwierzą. Albo i nie, bo sądząc po gorących komentarzach popremierowych, społeczność żarzy się namiętną niezgodą i zachwytem. Nie ma takiej opcji, by J.J. Abrams mógł zadowolić wszystkich. Przynajmniej nie w jednym epizodzie. A że będą następne, to możliwe, że zadowoli tych kręcących nosem przy Przebudzeniu mocy, a narazi się tym, którzy klaszczą dziś.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…
Google – gdy wpisze się te słowa – wyświetla wyszukiwania, stylizując je na czołówkę filmu. W realnym świecie coraz więcej tropów prowadzi do świata Gwiezdnych wojen. Nie wiem, czy to reklamowe apogeum, czy początek maratonu bez końca. Przypominam sobie rozmowę Masona z Tatą (Boyhood), gdy obaj zgodnie utwierdzali się w przekonaniu, że Epizod VI to ostatni z serii. Co powiedzieliby na to dziś? Czekaliby na kolejne odcinki, które będą ponoć kręcone w nieskończoność…? Jeśli wojna trwa, to jak tu nie stanąć po jasnej stronie mocy?!