Archiwa miesięczne: Styczeń 2016

Moja miłość

Z pewną rezerwą podchodziłam do tego filmu. Z rezerwą – bo toksyczna miłość i związek jako temat flagowy (słowo „flagowy” przyczepiło się do mnie za sprawą przebierania w ofertach telefonów komórkowych). Miłość, oczywiście, istotna sprawa. Ona, jej brak lub zniekształcenia pojawiają się wszędzie, czy się tego pragnie czy unika. Ale żeby tak tylko o niej, to grozi przegrzaniem zmysłu percepcji. Vincent Cassel wabił z plakatu. Szalę przeważyła Maïwenn – byłam pod wrażeniem Polisse, czas sprawdzić, co u niej słychać.

Dobrze słychać. Podobał mi się film. Uruchomił kilka znanych wirów. Aż by się chciało potrzymać główkę w oparach zatrutych perfum i deliberować nad tym, jaką trzeba mieć siłę, by miłość udźwignąć lub ominąć, gdy głupia. Jako że z Nowym Rokiem deklaruję dbać o zdrówko psychiczne, ominę grząski grunt.

Odczekałam. Poczytałam recenzje innych (nietypowo) – szukałam zwłaszcza tych pisanych przez mężczyzn, ale i tak najkrytyczniejszą wysmażyła kobieta. Zauważyłam, że wyceny krytyków są rozbieżne. Bywają noty dostateczne! Ja wystawiłam dobrą (7/10 na FilmWebie). Z tym, że mam w głowie tę historię i ona wciąż działa, co znaczy, że obejrzeć bardzo było warto.

Mon Roi. Tony

Historia obejmuje circe 10 lat. Rozpoczęła się, gdy bohaterowie byli w okolicach czterdziestki. Może jeszcze ciut przed. Zakochali się, pobrali, urodził im się Sindbad. Imię wymyślił mężczyzna, zaznaczam, bo wydaje mi się, że tacy mężczyźni jak Giorgio, wybierają imiona, które pasują do nich samych. Nie upieram się. Sindbad kojarzy mi się z kimś lekko oderwanym od życia, wpatrzonym w odległe latarnie, wiecznie w rejsie ku nieznanym morzom. Mężczyzna i kobieta byli ze sobą i nie byli. Kochali się i doprowadzali do szału, czego innego im było trzeba, ale uparli się, że chcą też siebie nawzajem. Choć był to głupi upór. Dali sobie trochę szczęścia i trochę bólu. Właściwie: dużo. Mężczyzna wygląda kwitnąco, kobieta jest w rozsypce.

Opowieść jest retrospektywą, przesuwającą się przed oczami Tony (Emmanuelle Bercot). Wypadek zniszczył jej kolano, czeka ją długa rehabilitacja, podczas której ma szansę spojrzeć na to, co doprowadziło do kraksy. Nieudany zjazd na nartach i nieudane małżeństwo dały jej w kość. Z obu będzie wychodzić powolutku, wkładając w to wysiłek, znosząc ból, nabierając determinacji, by wrócić do zdrowia.

Niepotrzebnie pojawia się scena z psychologiem, który wyjaśnia analogię, czytelną i bez tego. Natomiast świetnym pomysłem jest wprowadzenie przyjaźni Tony z paczką chłopaków, którzy jak ona leczą  swe kontuzje w klinice. Są od niej o połowę młodsi, z innych światów społecznych. Ona to dobrze zarabiająca adwokatka, oni mają imigracyjne korzenie, inny pułap możliwości. Niektórzy twierdzą, że czas teraźniejszy wypada w filmie słabiej niż opowieść właściwa. Mnie się wydaje niezbędny. Jak inaczej Tony miałaby udźwignąć przeszłość? Rozpamiętywaniem, zaprzeczaniem etc.? Nie da się wrócić do siebie inaczej niż przez tu i teraz. Tony angażuje się w szereg drobnych rozmówek, wygłupów, rozrywek. Śmieje się, zajmuje głowę czymś innym niż dotąd. A do niedawna wydawało się, że jedynym źródłem radości, dawcą śmiechu i szczęścia, jest Georgio, tytułowy „król”. Nie trzeba zastępować intensywności czymś równie intensywnym. Wystarczy dopuścić do siebie trochę innego świata. To już jest wentylacja. Oddech leczy.

Mon Roi. Vincent Cassel jalo Georgio Milevsky

Giorgio (Vincent Cassel) to przystojny restaurator. Paryski bon vivant, z klasą, wdziękiem, poczuciem humoru, pełen pomysłów na życie. Krążą wokół niego różne „eks”, długonogie modelki, którym trudno oderwać się od czaru Georgia. Powiedzmy, że spotkanie z Tony jest doświadczeniem nowym, szansą na stabilizację i rodzinę. Małżeństwo i dziecko z błyskotliwą, roześmianą i rozumną kobietą – właśnie tego chce. Nie kalkuluje (załóżmy), lecz szuka ciepła, miłości, gruntu. 

Trochę wygładzam, ale rysy i tak się pojawią. A gdyby nie to, że Tony czuje się przy Georgio wyjątkowo – seksownie, bezpiecznie, radośnie (nigdy nie śmiała się tak całą sobą) i jeszcze odzyskuje wiarę w miłość (przecież jej doświadcza), to nie brnęłaby na oślep i łatwiej by jej było zmienić kierunek. 

Nie ujawniam tego, co zaszło, z obawy, że mogę komuś zepsuć odbiór. Jedną scenę przywołam, bo jest symptomatyczna. Gdy zdesperowana Tony prosi o rozwód, mówi, że nie wytrzyma dłużej emocjonalnej huśtawki. Rysuje dłonią amplitudę: góra-dół, góra-dół. – Wiesz, co to jest? – odparował Georgio. – Wykres EKG. To znaczy, że żyjesz. Spokój, o którym marzysz, to linia prosta. 

Mon Roi1

Aktorzy są świetnie dobrani. Emmanuelle Bercot nagrodzono za tę rolę w Cannes. Vincent Cassel mistrzowsko wypełnia rolę Georgia donjuanowskim urokiem, perfidią w manipulacji i swoistą bezbronnością (wobec siebie samego). 

Doświadczona cudzymi recenzjami (z nich pochodzą cytaty) postawię kilka znaków ostrzeżenia. Wcale nie jest tak, że historię Tony i Georgia należy uznać za „pigułkę prawd o kobietach i związkach”, ani za „uniwersalną opowieść o wypalającym się uczuciu”. Bo to pretensjonalne. Opowieść o dwojgu ludziach jest opowieścią o nich. Zdarza im się to, co się zdarza i zachowują się tak, jak oni mogą się zachować, a nie tak, by ileś milionów kobiet i tyleż samo mężczyzn widziało w nich siebie. Mogą widzieć. Albo: mogą zrozumieć, że reagowaliby inaczej. Byłabym zdziwiona, gdyby ktoś obejrzał Moją miłość i wszystko wydało mu się obce. Zgłaszam też veto wobec recenzentów, wyrokujących, że Tony jest niedojrzała („rozhisteryzowana i niesamodzielna”) albo że Georgio to tylko playboy. 

Dojrzałość i inteligencja o niczym nie przesądzają. Nie chronią przed toksycznym związkiem. Chyba że ktoś rozumie dojrzałość jako unikanie ryzyka. Ma tu coś do powiedzenia głód miłości, deficyt nie do zastąpienia niczym innym. W historii opowiedzianej przez Maïwenn, noszą go w sobie oboje: Tony i Georgio. Może dwa głody to nie najlepsze połączenie? 

Do mnie ten film trafia, tym bardziej, że jest niejednoznaczny. Na przykład ostatnia scena: wybieram interpretację pozytywną, a można odwrotnie. Podoba mi się, bo na pewno nie jest o tym, że mężczyzna niszczy, a kobieta cierpi. Choć Georgio zniszczył trochę więcej, a Tony więcej wycierpiała. Nie ma winowajcy i ofiary. W tym sedno. Maïwenn mówi w wywiadzie, że ból zadajemy sobie sami. Słowa reżysera a film to nie zawsze rzeczy zbieżne. Ale warto je skonfrontować.

„Chciałam ukazać również to, w jak różny sposób mężczyzna i kobieta egzemplifikują uczucie. Mężczyzna chce wolności i ją daje. Kobieta oddaje siebie i oczekuje w zamian tego samego”.

„Georgio, główny bohater pani filmu, zarzuca partnerce: pokochałaś mnie za wolność, którą noszę w sobie, za poczucie niezależności, wystawne życie, które oferuję. Teraz chcesz mnie zmienić. Winisz mnie za to, jakim jestem mężczyzną, a przecież to były cechy, dzięki którym zwróciłaś na mnie uwagę.

To okrutne, ale prawdziwe. Mam wrażenie – nie chwaląc się – że wyszła mi tu jakaś bardziej uniwersalna diagnoza. Georgio mówi do Tony: prosisz mnie o rozwód z tego samego powodu, dla którego mnie pokochałaś. Znam wiele takich par”.

Moja miłość (Mon roi), reż. Maïwenn, Francja 2015

Dziewczyna z portretu

Dziewczyna z portretuTranspłciowość w połowie lat 20. ubiegłego stulecia to absolutna zieleń. Einar Wegener, duński malarz pejzaży jest pierwszym mężczyzną, na którym przeprowadzono operację zmiany płci. To musiało być strasznie ryzykowne z medycznego punktu widzenia. Było też niezwykle obciążające psychicznie – dla postaci głównej i tych, którzy byli tuż obok. Wykluwanie się Lili Elbe to temat fascynujący tym bardziej, że nawiązujący do prawdziwej historii. Temat gęsty, realizacja rozrzedzona.

Historia ma potencjał, a grzęźnie na mieliźnie. Co uzmysławia, że w filmie, jak i w literaturze, nie chodzi o niezwykłość i wagę pomysłu, lecz o sztukę opowiadania. O napięcie, tempo, wiarygodność, o zawłaszczenie uwagi widza. Może jeszcze o świeżość, która jednak wcale nie musi być awangardą formy czy problemu.

Spróbuję wyważyć wrażenia – film obejrzałam i być może zapamiętam. Nie jest to jednak moje kino. W FilmWebowej skali daję 4/10 (czytaj: „ujdzie”). 

To nie grzech, że w Hollywood powstają „hollywoodzkie” filmy. Cóż. Dziewczyna z portretu zrealizowana jest dla wrażeń wizualnych. Wrażenia są wysokiej próby. Scenografię i kostiumy doceniono oscarowymi nominacjami. Piękna jest Kopenhaga i Paryż lat przedwojennych. Dom, w którym mieszka dwoje malarzy (Gerda i Einar/Lili) ma jasnobłękitne ściany, jest przestronny, pracownia przenika się z przestrzenią mieszkalną, artystyczny nieład przyprawia małżeńską symbiozę szczyptą nonkonformizmu. Małżeństwo Wegenerów jest zgodne, jakby oparte na komunii dusz i ciał, a zarazem nieszablonowe, gotowe na towarzyski skandal (pierwsze wyjście Einara w stroju Lili) i bezkompromisową lojalność w najtrudniejszych chwilach.

Od Gerdy (Alicii Vikander) oczu nie można oderwać. Bezpośrednia, delikatna i łobuzerska zarazem, zakochana w swym mężu-mimozie. Kostiumy leżą na niej cudnie. Piękne kreacje wieczorowe, koktajlowe, dzienne. Śliczna jest nocna koszula, i podomka, i ten kostiumik, w którym maluje. Cukiereczek. Dorzućmy do tego image Lili. Błękitne rajstopy, ecru i zieleń sukien kontrastujące z rudą fryzurą. 

Oczy się pasą, muzyka prowadzi emocje. I tu już jest za dużo grzybów w barszczu. Ta opowieść się nie rozwija. Niezwykle szybko ktoś rzuca karty na stół (ok), a potem próbuje przez dwie godziny grać na jednej nucie. W każdej scenie napięcie jest constans (tonacja szczytowa). Gerda przeżywa (słowo kluczowe) zagubienie Einara, Einar przeżywa budzenie się Lili, Lili przeżywa swe narodziny. Nie ma zwykłych scen. Wszystko jest podbite emocjami i przerysowane manierą Redmayne`a. Zarówno Eddie Redmayne, jak i Alicia Vikander otrzymali w tym roku nominacje do Oscara (aktor pierwszoplanowy, aktorka drugiego planu). Nie jestem fanką ich gry, choć stawiam tezę, że ugotował ich scenarzysta. 

Nie wiem, co czuje kobieta w ciele mężczyzny i czego potrzebuje, by swą kobiecość rozpoznać i wyrazić. Redmayne proponuje, by jego Lili hiperbolicznie reagowała na dotyk. Gładzi więc nieustannie swoją twarz, szyję, dekolt. Wygina ciało, przegląda się w lustrze. Znów się dotyka. Gładzi materiał sukienki, doznaje ekstazy, wciągając na siebie pończochy lub nocną koszulkę żony. Reaguje jak oczadziały(a). Wśród licznych scen, które ja odbieram jak dublujące komunikat – niektóre są niesamowite. Ale ich siła jest zaprzepaszczona tym, że w sąsiedztwie aż tyle analogii. Już wiemy, że Lili chce być Lili. Nie chcę, by to zabrzmiało cynicznie, ale żal mi Lili nie dlatego, że musi uwolnić się od Einara, a dlatego, że kobiecość, za którą tęskni, jest karykaturalna. Lili traci zainteresowanie światem, chce tylko jednego: być kobietą. Stuprocentową. A to przecież jakiś fantazmat. Przestaje malować, jest wniebowzięta, gdy dostaje pracę stażystki w sklepie dla pań. Jeśli ma osobowość, to w tej fazie skurczyła jej się do rozmiarów orzeszka. Oj, wiem, że to skomplikowane i być może tak to jakoś przebiega. Ale Redmayne nie trafia do mnie z przekazem. Zamiast empatii odczułam znużenie. 

Aktorka drugiego planu interesuje mnie dużo bardziej niż postać tytułowa. Ostatecznie – to Gerda namalowała Danish Girl. Jej obecność, lojalność i ból ważą tyle samo, co metamorfoza Einara w Lili. Gdyby tylko Alicia Vilander miała szansę na lepiej rozegraną dramaturgię swych emocji. Mogłoby to niejedno ocalić. Gerda jest święta. A gdy w ostatniej bodajże scenie pozwala, by wiatr ukradł jej szalik, by szalik odpłynął w pejzaż Einara, to skala emocji rozwala termometr. Efekt jest chłodzący. Do diabła, myślę sobie, gdy czytam w epilogu, że do końca życia malowała portrety Lili. Jeszcze i to!

Wcale się nie kryguję, że zdradzam co nieco z treści. Nie wierzę, że można oglądać film Toma Hoopera i dać się czymś zaskoczyć. To złudzenie (na pewno), ale zdaje mi się, że przez 120 minut dzieje się to, co spodziewam się zobaczyć. Oczywiście, czasami sukienka jest mniej udana, a czasem bardziej. I wciąż nie rozstrzygnęłam, czy bardziej twarzowe były dłuższe włosy Gerdy czy te krótsze.

Dziewczyna z portretu (The Danish Girl), reż. Tom Hooper, USA

nienawistna ósemka

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight), reż. Quentin Tarantino, USA 2015
Nienawistna ósemka

Notka będzie raczej krótka. No bo co tu mówić? Można rzec: Good job! Mam jednak w pamięci Fletchera z filmu Whiplash, który w tych słowach widział samo zło. Nie ma co chwalić, oczekujmy więcej i więcej. Niech Tarantino przejdzie sam siebie. W Hateful Eight jest „tylko” sobą.

Dystans ma swoje źródło w tym, że gdy obejrzałam Django, wiedziałam, że za moment wrócę do filmu ponownie i aż fruwałam, gdy przypomniała mi się melodia lub scena. Wszystko błyszczące i perliste. A tutaj: spokój odbioru, „lekka przyciężkość”, ostatecznie głęboko słuszna i w sam raz. Potwierdzenie tego, co wiem. Może taki jest los mistrzów, że już nie wyważają drzwi,  tylko pilnują rytmu.

Fabułę pozna, kto się wybierze. Wspomnę tylko, że jesteśmy tuż po wojnie secesyjnej w stanie Wyoming. Jest sroga zima. Śnieżyca zanosi się na coraz większą. Bielutko. Mroźnie. Pusto, choć oko wykol. Dyliżans zmierza do miasteczka Red Rock, lecz zboczy do zajazdu, bo pogoda nie odpuszcza. Zajazd nazywa się Pasmanteria. 

Ósemka to główne postacie, wśród których jedna dama – Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Wygląd, charakter, sposób bycia i ilość brudów, które się na nią wylewają (zupa, krew, wnętrzności) odbierają jej atrybut nieskalanej. Są i trzy inne panie w rozdziale retrospektywnym, lecz Daisy, której losem zawiśnięcie, króluje. 

Jest generał (Bruce Dern) i szeryf (Walton Goggins), jeden jawny łowca głów, zwany Szubienicą (Kurt Russell). „Łowiectwo” jest tu topowym fachem, bo ceny ściganych zna każdy. Drużyna ośmiu ma w swym kręgu całkiem pokaźną potencjalną sumkę. Daisy jest skuta, pozostali podszywają się zgrabnie za kogoś, kim nie są. Dorzućmy więc trzy nazwiska, których identyfikacją należy się zająć podczas seansu: Oswaldo Mobray (Tim Roth), Bob (Demián Bichir) i Joe Gage (Michael Madsen). Wisienką na torcie (nawet jeśli nikt tu frykasów nie zajada) jest Major Warren grany tarantinowsko przez Samuela L. Jacksona. Tyle wymienianki, ale właśnie wcale niedużo, bo film jest teatralnie kameralny. Jak wejdziemy do Pasmanterii, to już nie ma po co ruszać dalej. I nie ma komu. Epitet „nienawistna” jest, oczywiście, trafny, bo nienawiść to chleb powszedni. Tylko ofiary się zmieniają: od „czarnucha”, przez „Meksykańca”, „białasa”, homofoba etc. 

Jak dla mnie: pan Samuel jest the best. Gdybym się wahała, to szalę przeważa list od Abrahama Lincolna, absurdalny i wzruszający. List prezydenta USA do czarnoskórego żołnierza, którego usunięto z armii za tchórzostwo to pięknie ograny (po trzykroć) rekwizyt. Co jeszcze mi się podoba? Nie będę pisać, że błyskotliwość scenariusza i dialogów, zaskakujące zmiany wizerunkowe bohaterów czy choreografia wytryskującej krwi, bo to oczywiste.

Podoba mi się kompozycja, dzieląca film na rozdziały, a zwłaszcza pomysł na epizod, który porzuca opowieść i wraca do Pasmanterii na kilka godzin przed pojawieniem się w nim kluczowych gości. Świetna jest muzyka – ta oryginalna, i ta przysposobiona do filmu. Ennio Morricone ma szansę dostać kolejnego Oscara. Dobrze tak wtulić się w fotel, poczuć śnieżycę, być bezpiecznie daleko od nadpobudliwych kowbojskich gnatów i słuchać takich piosenek czy melodii. I poczuć, jak dalece ten świat nie rozczula się nad subtelnościami egzystencji. Tutaj gra trwa aż zgasną światła i nikt nie dramatyzuje, gdy szanse na wyjście z opałów są minimalne, a z każdą chwilą spadają. Dorzucę jeszcze – na konto tego, co udane – rozhisteryzowaną grę szeryfa Mannixa. Jego skłonność do powtarzania kwestii podbitych prowokującą drwiną.

Dysponuję czasem, bo mam ferie. Wciśnięcie Nienawistnej ósemki w harmonogram okrojony powinnościami może być trudne. Jedna rzecz  – 167`. Druga – to, że Tarantino nie odpuszcza, stawia na konwersację, zmienia sytuację z minuty na minutę, więc jeśli ktoś wyczytał, że szaleje śnieżyca, ośmioro typów spod ciemnej gwiazdy przesiaduje w Pasmanterii, czytają list od Lincolna, a w tle gra Morricone, to jednak niezupełnie.

Excentrycy

Weekend minął filmowo i kiwa się tamaryszek jak osioł nad żłobem – tu owies, tam siano.
Excentrycy zarazili mnie swingiem, a choroba to pogodna, choć przewlekła. Austriackie kino wbiło mnie w fotel i zakneblowało usta. Mogę więc tylko zaanonsować. Gdy Widzę, widzę (Ich seh, Ich seh) wejdzie na ekrany (12.02), idźcie koniecznie. Niekoniecznie z dziećmi i w nie najtrudniejszy dzień. Bez żadnego rozczytywania się co do treści. Idźcie w ciemno. Lub wyślijcie kogoś, kto za dużo gada, a na trochę zamilknie. Ja natomiast zmieszałam dwa powyższe składniki z trzecim i obejrzałam trzygodzinną Nienawistną ósemkę. Tak więc wygląda mój wybór: o swingu pisać czy o łowcach głów? Oby się nie skończyło jak z tym osłem, co zdechł, nie mogąc się zdecydować. Zacznę alfabetycznie.

Excentrycy

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, reż. Janusz Majewski, Polska 2015.

Wiem z zaprzyjaźnionego bloga, że jeśli ktoś czytał książkę Włodzimierza Kowalewskiego, to oczekiwania może mieć zawyżone. Ale rozczarować się nie sposób. Bo książka to sztuka słowa, a jazz to jednak lubi trochę wybrzmieć. Choćby więc intryga nie uwiodła tajemnicą albo coś się wydało widzowi bardziej przewidywalne niż bohaterowi tej fabuły, to i tak przejdzie suchą nogą na słoneczną stronę ulicy.

If I never have a cent
I’ll be rich as Rockefeller
Gold dust at my feet
On the sunny side of the street

Ustalmy więc, że niewiele trzeba, by mieć wszystko. W kraju rządzi Gomułka, co trudno uznać za dobry omen, choć propaganda początku mizdrzy się, by stawiać na „otwarcie”. Stąd zielone światło dla anglojęzycznych tekstów i dźwięków niemarszowych. Tyle ma człowiek wolności, ile jej sobie uszczknie lub odgrodzi. Każdy skrobie własną rzepkę. A że wolność lubi fale wspólnej improwizacji, więc jazz band w Ciechocinku robi furorę! Od jednej blachy, przez wąski krąg, do teamu, którego muzy słuchają tłumy. I w tym nadzieja, że lekkość swingu rozwala polityczny beton, bez konfrontacji i szańców.

Maciej Stuhr jako Fabian. ExcentrycyZaczynem jest Fabian (Maciej Stuhr), grający na puzonie, wokalista i dyrygent. Z Fabianem to nie wiadomo co i jak, bo wraca do kraju z Anglii w 1957, w dodatku bez nylonów i kawy, co czyni go dziwakiem, ekscentrykiem jak nie gorzej. Trudno się dziwić, że co rusz przyciąga nawiedzonych posłańców z pilną informacją jakoby „w nieodległej wsi płonęła dzwonnica, ale nie widać dymu”. Minie półtorej godziny (seansu), nim Fabian pojmie, że to hasło czekające na odzew – tak dalece jest apolityczny. Odnotujmy jednak: ani jazz, ani wolność apolityczne nie były nigdy (jak dotąd).

Wraz z pakietem swingowych standardów – I`ve got you under my skin, Chattanooga Choo Choo, St. James Infirmary Blues – zjawia się miłość. Rzecz jasna (i dość powszechna) niekoniecznie w postaci czystej, bliższa z jednej strony zaczadzeniu, z drugiej – manipulacji. Ten wątek jest co prawda pierwszoplanowy, lecz nie najbardziej ujmujący. Trzymają go w ryzach aktorzy. Pełen wdzięku Maciej Stuhr i konsekwentnie zdolna Natalia Rybicka. Jeśli ktoś podważy atuty, które przypisałam im obojgu, najpewniej będzie się czepiał o niejedno. Ja to łykam z apetytem. Choć perukę Ms. Modeście Nowak zdjęłabym wcześniej.

Crème de la crème ciechocińskiej opowieści tworzą miejscowi odmieńcy: stroiciel fortepianów pan Zuppe (Wojciech Pszoniak) i socjalistyczna abnegatka, „aspołeczna” Bayerowa (Anna Dymna). Nie chcę tu wartościować, kto jest od kogo ważniejszy. Jak w jazz bandzie – liczy się każda wygrana nuta i cały zespół Excentryków dobrze ze sobą współgra. Ci dwoje interesują mnie szczególnie i nie ma szans, by wypadli z mojej pamięci.

Pszoniak - Zuppe. ExcentrycyZuppe jest obsesyjnym homofobem (wiem, to pleonazm). Lubi pogawędki i wchodzi w nie z monotematycznym refrenem: „wszyscy polscy pisarze to pederaści”. Teza mocno parszywa, lecz tak podszyta ironią, rozświetlona końcowym wyznaniem, i tak mistrzowsko wsparta analizą tekstów, że naprawdę zabawna. Oj, bez kontekstu filmu nie brzmi to dobrze. Kto jednak wysłucha Pszoniaka, szukającego – jak głodny chleba – afirmacji homoerotyzmu u Mickiewicza czy Leśmiana, ten wie, o jaki absurd to się ociera (tfu, słowo się przyczepiło). Wie, że czarne jest białe, a białe czarne. 

Dymna - Bayerowa. ExcentrycyBayerowa, w świecie, który już minął, była postacią pełnokrwistą. Teraz niechętnie wychodzi z cienia. Wyleguje się w łóżku i chowa głowę pod kołdrę, gdy słyszy dzwonek u drzwi. Nie da się jej ubarwić widoczków, bo wie, że kolory przepędzono. Zostawia nam istotne memento, by uważać na słowa. Sama nader często mawia, że – excuse moi – „wszyscy mamy przesrane”. Coś jakby w złą godzinę to rzekła, bo niebawem władza ludowa uspołeczni ją w sektorze usług higienicznych. Wykrakała sobie rolę klozetowej babci. Więc: uważaj, co mówisz, może się spełnić. Inna rzecz to słowa Anny Dymnej w wywiadzie. „- Warto być 45 lat aktorką, żeby zagrać taką scenę w sraczu. Super scena. – To nie jest tak, że gram wulgarną babę. Ja wiem, jak ona cierpi”. Oboje, Pszoniak i Dymna, wcielają się w postaci, które nadwrażliwcom mogą się wydawać brudne. I oboje je uczłowieczają do tego stopnia, że Bayerową i Zuppe da się lubić, nawet za nimi zatęsknić.

Bohosiewicz - Wanda. ExcentrycySonia Bohosiewicz rwie zęby i śpiewa. Zębów bym nie dała w opiekę, ale słucham z przyjemnością. Najpiękniejsze jest jej osadzenie na drugim planie, z którego ani na moment nie próbuje wychynąć, aż człowiek sam za nią biegnie na tyły. Przypomina, jaką moc ma niesprzedajność. I dobrze, że jej od tej klasy poznikały wrzody. Należało się.
Jedno zdanie o planie trzecim, na którym Sonia Smołokowska (Róża) śpiewa moją ulubioną piosenkę z tego filmu: Bei mir bist du schön.

Excentrycy wywieźli z Gdyni Srebrne Lwy, ale krytyka ich nie hołubi. Oczywiście, można zbudować tysiąc ataków inspirowanych jedną myślą, że nie jest to arcydzieło. Trafiłam nawet na zarzut, że Excentrycy nie śmieszą tak jak CK Dezerterzy. Trudno, środa nie jest czwartkiem. Ale nikomu nie zaszkodzi rozpogodzić się swingiem (póki jeszcze nie grają marszy i hymnów). Film do wielokrotnego oglądu i odsłuchu. Tym bardziej, że znajomość fabuły przy kolejnym – może już domowym – seansie nie zgasi zabawy i radości z epizodzików.

Moje córki krowy

Taki początek filmowego roku, że trudno będzie przebić. Nokaut. W uszach gra mi piosenka Piotra Bukartyka (Kup sobie psa), która kończy film. Jest niby o czym innym (o telefonie od kogoś, kto kiedyś odszedł, a teraz chciałby z tobą pobyć, trochę nie w czas), lecz trafia w punkt. „Dzwonisz bo nie najlepiej ci ze sobą…”. Lecą napisy końcowe i amatorski film z kasety VHS. Młodzi rodzice, dwie figlarne dziewczynki. Całe życie przed nimi, tam – na tym filmie z rodzinnego archiwum; bo ten właściwy film jest o tym, że więcej już za nami, drogi dobiegają do mety. Dlatego chce się dzwonić, by trochę „pobyć” i się ogrzać, mimo że trudno ułożyć się i zgrać. Zwłaszcza z kimś, kto kiedyś był bliski lub kto mógłby być, bo jest rodziną.
Moje córki krowy
Czterdziestoletnie siostry, tak różne, że chyba podmienione. Starsza – samodzielna, racjonalna, serialowa aktorka, samotnie wychowująca córkę-studentkę, bez szczęścia do facetów, To Marta grana przez Agatę Kuleszę. Druga – rozchwiana, emocjonalna, infantylna, z kompleksem tej młodszej-głupszej i z mężem nieudacznikiem. To Kasia, czyli Gabriela Muskała. Obie świetne, moje ulubione. Jednocześnie śmieszne i złamane bólem. Kontrapunkt śmiechu i dławiącego żalu jest w filmie tak wyrazisty, że nie sposób od tego nie zacząć. Ten splot jest pomysłem na całość. Świadome zderzanie tragizmu z komizmem, empatii z niedojrzałością, tego, co w nas czułe z tym, co egocentryczne.

Dojrzałym być niełatwo, zwłaszcza wobec niespodziewanej próby o randze ostatecznej. Choroba rodziców to jak uderzenie kilofem w fundamenty. Mówisz: sprawdzam. I nic ci się nie zgadza, nic nie jest solidne. Jeśli kierujesz się w życiu rozumem (Marta), to zaskoczy cię absurd. Jeśli słuchasz emocji (Kasia), to skierują cię na manowce. Stracisz dużo, aż będzie się zdawało, że wszystko, a mimo to coś zyskasz. Zysk zawsze jest możliwy, choć pokazać wiarygodnie proces utraty i wzbogacenia to coś piekielnie trudnego. Moje córki krowy są pod tym względem ok. Owszem, mają rację ci, którzy mówią, że to film „prorodzinny”, bo siła więzi ogromna. Ale nic nie jest dane ot, tak. Ani w relacjach między siostrami (odmienność, zaszłości, żale, osobność), ani w relacji między każdą z córek a ojcem czy matką (jak zawsze: miłości za mało lub nie taka). Między rodzicami też nie wszystko było lśniące, nawet jeśli Kasi się zdaje, że tata wzrusza się jak Romeo. Toksyny można zbierać chochlą, pełen gar. Odtruwanie idzie z wolna i nieporadnie. I nie wygładzi się chropowatości do końca. Ale ta scena – pod koniec – gdy ojciec chodzi wśród drzew, a Kaśka z Martą siedzą na ściółce i mówią to samo, choć inaczej, to jednak jest piękne. „Moje życie to porażka”. „No, a moje to sukces…”. To sobie trzeba powiedzieć na półmetku. Najlepiej z dystansem.

Są w Moich córkach krowach ważne rozmowy, ale siłą filmu są mikrosytuacje. Kalejdoskop scen toczących się rytmem wyznaczonym przez awaryjną sytuację. Nawet te poważne wyjaśnienia (np. gdy Marta mówi ojcu o terapii, której potrzebowała, by uwolnić się od jego apodyktyczności) przerywa scena w tonacji odmienna. Przez chwilę intensywnie dotykamy rany, by natychmiast wskoczyć w coś, co jest naturalnie zabawne. Podziwiam scenarzystów, wyczucie tych przejść jest niesamowite. I z jednej strony – opowieść jest spójna, wszystko się super zazębia. A z drugiej – mam w głowie dziesiątki zapamiętanych epizodów. 

To, co mnie frapuje już poza seansem, to pytanie o autobiografizm. Historia opiera się na doświadczeniu reżyserki, która pracę nad filmem nazywa twórczą terapią. Oczywiście, zaznacza: tyle jest przekształceń, że nie należy sięgać po wytrych biografizmu. Poza tym forma tragifarsy ma w sobie siłę cudzysłowu. Ale wiadomo: Marta przypomina Kingę Dębską, córka reżyserki gra córkę Marty, wyroki medyczne, z którymi trzeba się było zmierzyć, są analogiczne. Podobno siostra realna nie rozpoznaje się w tej wykreowanej, co może być istotnym wentylem w konfrontacji życia z opowieścią. Interesuje mnie to ze względu na ryzyko i odwagę związaną z taką odsłoną. Jedno i drugie: odwaga i ryzyko.

Na przykład komizm – dany jest szczodrze wszystkim postaciom. I prostackiemu szwagrowi (nie można przegapić Dorocińskiego w takiej roli!) i ojcu, który gubi się dramatycznie i zabawnie (Marian Dziędziel – świetna kreacja) i obu siostrom. Ale jednak bardziej Kasi. Marta bywa zabawna błyskotliwie. Kasia (co jest również zasługą vis comica Gabrieli Muskały) rozbraja nieporadnością. I jeśli siostry są dla siebie nawzajem niepojęte, to widzowi chyba bliżej do racjonalnej Marty. Co prawda im dalej w głąb, tym mniej jednoznaczna to przewaga, jednak to infantylna uczuciowość wyzwala więcej pobłażliwego uśmiechu. Myślę o odwadze reżyserki, bo jedna rzecz to dotrzeć do własnej traumy, druga rzecz wyważyć perspektywy oglądu. Dominuje ta, która jest bliższa reżyserce.

Jest tylko jedna scena, w której szale racji są w absolutnej równowadze. Najsilniej emanuje z niej siostrzany żal, że ta druga nas nie widzi, bo koncentruje się na sobie. Scena w ogrodzie, po pogrzebie, na którym Marta żegnała matkę. Mówiła prosto, szczerze, uczciwie. Ale Kasia podchodzi do niej z pretensją – absurdalną dla Marty, mimo to zrozumiałą. „Mówiłaś tylko o sobie. Jakbym nie istniała”. Rodzi się silne napięcie. Kulminacyjne. Zakładam, że o mocy katharsis, skoro później jest ta wspomniana wyżej (kadr poniżej) scena w lesie.

Moje córki krowy. Gabriela Muskała i Agata Kulesza

Moje córki krowy, reż. Kinga Dębska, Polska 2015

córki dancingu + 10/2015

Córki dancingu, reż. Agnieszka Smoczyńska, Polska 2015

Kto się sylwestrowo nie wyszumiał, znajdzie tu ujście do cielesnych wibracji i mentalnych świderków. Kto się daje złowić na baśnie – też powinien spróbować. Nie jest to świat Władcy Pierścieni, ani Gwiezdnych wojen, ani Pentameronu, ale mimo wszystko kraina alternatywnej rzeczywistości z baśniowym backgroundem. Dwie syreny – Złota i Srebrna – wyłowione z Wisły, trafiają na dancing w późnych latach 80. i sieją zamęt.
Córki dancinguZaczyna się od tego, że śmierdzi rybami. Kierownik dancingu chodzi, węszy i szuka źródła. Trafia do kanciapy, gdzie na sofie leżą dwie dziewczyny. I może by je przegnał, choć ładne, ale gdy na własne oczy widzi, jak zmieniają się w syreny, ulega. Nie wiem: magii, pożądaniu, ekscentrycznej energii, niezdrowej ciekawości. A może omamił już go ten narkotyczny zapach?

Bardzo zmysłowy film. Z tą etykietą zachowam Córki dancingu w pamięci. Odbiera się go (nie ograniczę się do czasownika „ogląda”) organoleptycznie. 

Skoro dancing, to specyficzna oprawa muzyczna: Daj mi tę noc, Bananowy song, Byłaś serca biciem… – kilka autoparodiujących się hitów, przy których Magda Cielecka tańcząco się rozbiera, a Kinga Preis daje popis wokalu i bezpretensjonalnego talentu. Dancingowe dźwięki idą w parze z klimatem, czymś dla mnie egzotycznym i z pogranicza groteski. Ale główny ton należy do muzyki innej, syreniej, wykreowanej przez duet sióstr Wrońskich (Ballady i romanse) i nawoływania Złotej i Srebrnej. Bo choć syrenki nauczyły się polskiego na plaży w Bułgarii, to czasem mówią do siebie po swojemu, śpiewnym wyciem.

Oczy pasą się światłem i kolorem. Znów ta dancingowa powierzchnia, spod której wychodzą obrazy nieprzewidywalne, stworzone pod dyktando fantastyki. Choćby obecność syren i tajemniczego trytona (satyra), któremu oberwano rogi. Istoty hybrydyczne, które trafiły do ludzkiego świata i próbują się w nim odnaleźć, czują jednak zew swej podwójnej natury. To, kim są, daje im glejt niezwykłości i obciąża przekleństwem. Wodzą na pokuszenie mężczyzn, lecz jak już pokochają, trudno będzie przekroczyć granicę. Wpatrzony w Srebrną ukochany mówi: „dla mnie zawsze będziesz rybą”, a syrenie ciało („bezdziurkowe”) fizyczną miłość u…trudnia. Srebrna (Marta Mazurek) i Złota (Michalina Olszańska) są smukłe, wiotkie, długowłose i długonogie. Wystarczy skropić je wodą, a dół przemienia się w ogon. Zmysł wzroku (i powonienia) uzupełnia dotyk: ogony są jak jęzory, jak olbrzymie sumy, śliskie, masywne, zwierzęce. Syrenki to nie elfy ni inne mimozy, to krwiożercze bestie, którym wyrastają długie zęby, przegryzające szyję i pożerające serce. Reżyserską wyobraźnię wspomagała malarska twórczość Aleksandry Waliszewskiej i sugestywna ekspresja scenarzysty, Roberta Bolesty.

Film, owszem, ma fabułę: początek, kulminację, rozwiązanie, ale wszyscy zdają się ją ogrywać, brać w nawias, przysłaniać dygresjami, zagłuszać emocją. Miłość, rewanż, samozagłada. Nie umiem ustalić, o czym są Córki dancingu. Być może po prostu wizją i grą. Ekscentryczną opowieścią z pogranicza marzeń i obsesji. Są też testem wytrzymałości dla żołądka. Mnie chwilami mdliło, chwilami biłam brawo syrenom, a gdzieś pomiędzy myślałam, że reżyserka jest niezłą artystką. 

To był mój ostatni kinowy film w roku 2015.

***

FILMOWY RANKING 2015

Trochę jestem zdziwiona, jak wiele w tym roku pominęłam w blogowych postach. I to jedyny powód poniższego zestawienia. Oto filmy, które zapamiętam szczególnie. Nie wiem, czy najlepsze, bo trzeba by wpierw zdefiniować kryteria, ale na pewno ważne. Kolejność alfabetyczna.

  1. 45 lat
  2. Birdman
  3. Dzikie historie
  4. Miara człowieka
  5. Mr. Turner
  6. Pieśń słonia
  7. Sicario
  8. Syn Szawła
  9. Wada ukryta
  10. W głowie się nie mieści