Archiwum dnia: 20 Sty 2016

nienawistna ósemka

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight), reż. Quentin Tarantino, USA 2015
Nienawistna ósemka

Notka będzie raczej krótka. No bo co tu mówić? Można rzec: Good job! Mam jednak w pamięci Fletchera z filmu Whiplash, który w tych słowach widział samo zło. Nie ma co chwalić, oczekujmy więcej i więcej. Niech Tarantino przejdzie sam siebie. W Hateful Eight jest „tylko” sobą.

Dystans ma swoje źródło w tym, że gdy obejrzałam Django, wiedziałam, że za moment wrócę do filmu ponownie i aż fruwałam, gdy przypomniała mi się melodia lub scena. Wszystko błyszczące i perliste. A tutaj: spokój odbioru, „lekka przyciężkość”, ostatecznie głęboko słuszna i w sam raz. Potwierdzenie tego, co wiem. Może taki jest los mistrzów, że już nie wyważają drzwi,  tylko pilnują rytmu.

Fabułę pozna, kto się wybierze. Wspomnę tylko, że jesteśmy tuż po wojnie secesyjnej w stanie Wyoming. Jest sroga zima. Śnieżyca zanosi się na coraz większą. Bielutko. Mroźnie. Pusto, choć oko wykol. Dyliżans zmierza do miasteczka Red Rock, lecz zboczy do zajazdu, bo pogoda nie odpuszcza. Zajazd nazywa się Pasmanteria. 

Ósemka to główne postacie, wśród których jedna dama – Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Wygląd, charakter, sposób bycia i ilość brudów, które się na nią wylewają (zupa, krew, wnętrzności) odbierają jej atrybut nieskalanej. Są i trzy inne panie w rozdziale retrospektywnym, lecz Daisy, której losem zawiśnięcie, króluje. 

Jest generał (Bruce Dern) i szeryf (Walton Goggins), jeden jawny łowca głów, zwany Szubienicą (Kurt Russell). „Łowiectwo” jest tu topowym fachem, bo ceny ściganych zna każdy. Drużyna ośmiu ma w swym kręgu całkiem pokaźną potencjalną sumkę. Daisy jest skuta, pozostali podszywają się zgrabnie za kogoś, kim nie są. Dorzućmy więc trzy nazwiska, których identyfikacją należy się zająć podczas seansu: Oswaldo Mobray (Tim Roth), Bob (Demián Bichir) i Joe Gage (Michael Madsen). Wisienką na torcie (nawet jeśli nikt tu frykasów nie zajada) jest Major Warren grany tarantinowsko przez Samuela L. Jacksona. Tyle wymienianki, ale właśnie wcale niedużo, bo film jest teatralnie kameralny. Jak wejdziemy do Pasmanterii, to już nie ma po co ruszać dalej. I nie ma komu. Epitet „nienawistna” jest, oczywiście, trafny, bo nienawiść to chleb powszedni. Tylko ofiary się zmieniają: od „czarnucha”, przez „Meksykańca”, „białasa”, homofoba etc. 

Jak dla mnie: pan Samuel jest the best. Gdybym się wahała, to szalę przeważa list od Abrahama Lincolna, absurdalny i wzruszający. List prezydenta USA do czarnoskórego żołnierza, którego usunięto z armii za tchórzostwo to pięknie ograny (po trzykroć) rekwizyt. Co jeszcze mi się podoba? Nie będę pisać, że błyskotliwość scenariusza i dialogów, zaskakujące zmiany wizerunkowe bohaterów czy choreografia wytryskującej krwi, bo to oczywiste.

Podoba mi się kompozycja, dzieląca film na rozdziały, a zwłaszcza pomysł na epizod, który porzuca opowieść i wraca do Pasmanterii na kilka godzin przed pojawieniem się w nim kluczowych gości. Świetna jest muzyka – ta oryginalna, i ta przysposobiona do filmu. Ennio Morricone ma szansę dostać kolejnego Oscara. Dobrze tak wtulić się w fotel, poczuć śnieżycę, być bezpiecznie daleko od nadpobudliwych kowbojskich gnatów i słuchać takich piosenek czy melodii. I poczuć, jak dalece ten świat nie rozczula się nad subtelnościami egzystencji. Tutaj gra trwa aż zgasną światła i nikt nie dramatyzuje, gdy szanse na wyjście z opałów są minimalne, a z każdą chwilą spadają. Dorzucę jeszcze – na konto tego, co udane – rozhisteryzowaną grę szeryfa Mannixa. Jego skłonność do powtarzania kwestii podbitych prowokującą drwiną.

Dysponuję czasem, bo mam ferie. Wciśnięcie Nienawistnej ósemki w harmonogram okrojony powinnościami może być trudne. Jedna rzecz  – 167`. Druga – to, że Tarantino nie odpuszcza, stawia na konwersację, zmienia sytuację z minuty na minutę, więc jeśli ktoś wyczytał, że szaleje śnieżyca, ośmioro typów spod ciemnej gwiazdy przesiaduje w Pasmanterii, czytają list od Lincolna, a w tle gra Morricone, to jednak niezupełnie.