Archiwa miesięczne: Luty 2016

Na granicy

Gorący filmowy czas – oglądam na tyle dużo, że nie nadążam z zapisem emocji, na które nakładają się wrażenia z kolejnych seansów. Tracę więc okoliczność skupienia się na jednym zdarzeniu, uchwycenia jego pierwszej fali rażenia. Być może zyskuję na tym tyle, że druga fala wrażeń musi przebić się przez szum innych fal. Jeśli się przebije, to raczej warto się jej przyjrzeć.
Na granicyNa granicy obejrzałam w dniu premiery (19.02), nasycona napięciem i tajemnicą, z niedosytem narracji. Jedna szala wyraźnie cięższa od drugiej, co daje się logicznie wytłumaczyć: stąd niepokój, że brakuje kilku klocków, by poskładać je w ciąg przyczyn i skutków z kropką wyjaśnienia na końcu. Niemniej jednak (i wcale nie „pomimo”) Na granicy zapada w pamięć i wśród propozycji polskiego kina wyróżnia się „charakterem pisma”. Reżyser debiutuje w fabule, ma na koncie syberyjskie dokumenty (Nasiona, Otchłań, Ikona). Obsadził się w roli scenarzysty i wybrał do współpracy ciekawy zespół. Podkreślę, że jest to zespół facetów i męski klimat przekłada się na aurę filmu. „Nieobecna kobieta pełni w tej rzeczywistości funkcję świata utraconego, czegoś dobrego, co przestało istnieć”. Są tu mężczyźni po przejściach i mężczyźni w fazie inicjacji. Jedni już wiedzą, że czerń jest filtrem, którego nie da się usunąć, a rozjaśnić jest trudno, drudzy wchodzą w to z pewnym bagażem złudzeń, krytycznej rezerwy i podskórnego buntu, lecz nie dadzą rady – zdani tylko na siebie – nie ulec temu, co „bliższe krwiobiegu”. Natura znaczy tu instynkt, siła fizyczna, czujna nieufność.

Kasperski pisał scenariusz, wyobrażając sobie archetypiczne zwierzęta: hienę, niedźwiedzia, wiernego psa, wilka i małpę. A ja podsuwam twarze aktorów, bo niejedno można sobie wyobrazić, rozczytując obsadę filmu. Marcin Dorociński jest outsiderem, złym na pierwszy rzut oka, intrygującym, rozgrywającym własne porachunki ze światem. Zło (niejednoznaczne, mimo wszystko) narasta. Andrzej Grabowski to siła stada, którym dowodzi. Szef jednostki pogranicza, kontrolującej nielegalną migrację. Przytuli i „otruje”. Andrzej Chyra to ojciec dwóch dorastających synów. Z enigmatyczną przeszłością, z potrzebą ucieczki w Bieszczady przed pamięcią lub realnym wrogiem, nie wiadomo. Odpowiedzialny, choć wygląda na takiego, co już raz zawiódł. Dla synów – skała, z którą się walczy i o którą jednak dobrze się oprzeć. Bartosz Bielenia – starszy syn, najbardziej zniuansowana postać w tej opowieści. Aż za bardzo, bo Bielenia nie wszystko udźwignie. Jest i miękki, i bezwzględnie ostry. Szukający autorytetu i odrzucający podpórki, gdy zrozumie, że samotność jest nieuchronna. Młody wilczek szczerzący kły, ale zdolny do empatii. W jego relacji z ojcem tkwi niejasna zadra. Oderwany od lektury morderca. Kuba Henriksen – młodszy syn, zdecydowanie przedwcześnie zmuszony do konfrontacji z potworem. Przedwcześnie dla postaci, bo aktor sobie radzi.

Najciekawsze postacie to Konrad (Dorociński)  i Janek (Bielenia). I tak jak Dorociński daje popis gry aktorskiej, miksując cynizm z dowcipem, wdzięk z niezależnością, bezkompromisowość z bezwzględnością, tak Bielenia powinien chyba udźwignąć dwie postaci – tę sprzed przemiany i tę po niej, a coś się miesza. To jest najprawdopodobniej poziom scenariusza. Szczegół: wódka. Gdy ojciec w samotnej bieszczadzkiej głuszy namawia synów, by z nim wypili, bo taka tradycja, młodszy przystaje, starszy odmawia. Wraca do lektury, głuchy na męską sztamę, najpewniej chce coś zademonstrować, coś z przeszłości wypomnieć. Niedługo później, gdy analogiczną, choć mniej szczodrą propozycję składa przybysz, Janek pije prosto z gwinta. Ok, to ciekawe. Nie bardzo wiem, czy ma to znaczyć, że Konrad mu imponuje, czy nienawidzi ojca, czy  prowadzi jakąś grę, udając chojraka. Za mało wiem o Janku sprzed kulminacji. Co to za gość? Czyste niebieskie oczy, zdjęcie matki w roli książkowej zakładki, lęk przed zabitą sarną… to za mało, by odczytać przemianę. Ale wystarczające, by ją zauważyć. 

Wielu znaków nie mogę zinterpretować, choć zauważam je i wyczuwam tonację. Być może o to chodzi. Kasperski nakręcił thriller i opowiada, dyrygując napięciem i nastrojem. Pomagają mu w tym aktorzy i twórcy odpowiedzialni za muzykę (Bartłomiej Gliniak) i zdjęcia (Łukasz Żal). Opowieść dźwiękowa i wizualna to bardzo wyraziste narracje. Nie sądzę, by można było unieważnić wykreowany tym triumwiratem klimat.

Na granicy. Chyra. Bielenia. Henriksen

Zaciekawiła mnie rozmowa z Wojciechem Kasperskim przeprowadzona przez Małgorzatę Stasiak („Kino” 2/2016) – stąd pochodzą wszystkie cytaty, które tu przywołuję. Sporo w niej uwag o pracy na planie, o szukaniu rozwiązań, dochodzeniu od pierwotnego zamysłu do finalnego. Kilka tropów:
„Syberia to mój uniwersytet”.
„Chcieliśmy stworzyć własne Bieszczady, jakich nikt jeszcze nie pokazał”.
„W swojej historii wysyłam więc egzemplarze ludzkiego gatunku w góry, na granicę cywilizacji – tam, gdzie zaczną działać według pierwotnego kodu”.

Odnotuję tu kilka uwag o tym, jak rodził się film w głowie reżysera, zanim doszło do etapu zderzania tej wizji z filmowym planem i wkładem pozostałych twórców. Ciekawa rzecz przyjrzeć się, jak działa Muza. W tym przypadku Muza jest racjonalna (matematyczna!), o dużych skrzydłach przyczepionych do pleców. Skrzydła przyczepione, nie do końca się zrosły, ale mają takie pióra, że mogą unieść.

„Na początku zrobiłem listę uwzględniającą to, co najbardziej cenię w kinie. Potem zastanawiałem się, jak to opowiedzieć całkowicie po swojemu”. Co figuruje na liście? Filmy, których mocną stroną jest suspens: Obcy – Ridleya Scotta, Ptaki – Hitchcocka, Trzeci człowiek – Carola Reeda, Lśnienie – Kubricka i Uwolnienie Johna Boormana. Zanim więc doszło do aktu kreacji, na stole pojawiły się produkty i wygenerowany został przepis. Oczywiście, nic nie działa tak prosto, by wystarczyło podstawić do wzoru realną materię, a rezultat byłby bezbłędną realizacją marzenia. Mimo to zostaje mi w głowie Kasperski z jego równaniem na opowieść i będę się zastanawiać, jaki wzór wyklułby się w mojej głowie, gdybym mogła zamówić sobie film.

” Stworzyłem własne równanie matematyczne, którego składowe to otwarta przestrzeń i scena pośrodku tej pustki, na której pojawia się trójka bohaterów. Akcja rozgrywa się według zasad antycznej tragedii w otoczeniu dzikiej, nieokiełznanej przyrody”.

Na granicy, reż. Wojciech Kasperski, Polska 2016

Brooklyn

Co by tu… jak by tu… od czego zacząć…? Ale ładna ta bajka. Ech…
Między światami. Między sercami. Między zagubieniem a odnalezieniem. Może jeszcze warto przywołać Rodziewiczównę – „między ustami a brzegiem pucharu”. Melodramat na sto dwa, jak się patrzy i z przytupem. Dlatego ci, którzy lubią horrory, kino polityczne czy jakieś slow cinema, powinni się mieć na baczności. Rzecz uszyta wedle miary gatunku. Wzrusza, budzi uśmiech i nostalgię. Mnie się Brooklyn podoba. I wierzę, że to będzie film o zasięgu Pretty Woman, że będzie wracał na jakichś wieczornych domowych seansach, że będziemy się uśmiechać, widząc go w telewizyjnej ramówce (o ile mamy telewizor) i że może kiedyś, na pewno nie od razu, zastąpi nam Znachora

Saoirse Ronan as "Eilis" in BROOKLYN. Photo by Kerry Brown. © 2

Serio: może się spodobać, nawet jeśli na co dzień hołdujemy innym gustom. Ale trzeba pamiętać, że wiele potencjalnych tematów zostało przyciętych przez scenarzystę, by było ładniej. Drapieżność kwestii społecznych, głębia wyobcowania imigrantów, zawiłość podwójnej tożsamości uległy stemperowaniu. Za scenariusz odpowiada Nick Hornby (który ma różności na koncie, ale też cudeńko: Była sobie dziewczyna). To adaptacja powieści Colma Toibina, Irlandczyka. 

Co do konstrukcji opowieści: jest nieco banalnie. Lata 50. Młoda Irlandka – Eilis – nie ma perspektyw. Tacy jak ona muszą szukać szczęścia za wielką wodą. Ma farta, bo płynie do Nowego Jorku z adresem i namiarem na pracę w sklepie. Będzie jej trudno, dopóki serce nie znajdzie drugiego serca. A później nagły powrót do Irlandii i wybór: który powrót ma być tym ostatecznym. Ten z Brooklynu do Irlandii, czy może z Irlandii na Brooklyn. Serce bije tu i tam.

Ciekawie się robi, gdy spojrzeć w skali mikro – na konkretne sceny i sytuacje. Sporo tu przerysowań, całkiem zabawnych, nieco Dickensowskich. Straszna właścicielka sklepu w Irlandii, to jędza, która każdemu chce dogryźć. Nawet klientom, jeśli w niedziele kupują nie to, co najpotrzebniejsze. Mniej karykaturalna, lecz również zarysowana humorystycznie, jest właścicielka „pensjonatu” na Brooklynie i współlokatorki młodej Eilis. Scenki rozmów kolacyjnych, w których starsza pani jest to szeryfem, to kaznodzieją, to wyciągaczką plotek są niezłe. Świetna jest potańcówka organizowana dla młodych przez irlandzki kościół. Na podium dobrze wymyślonych scenek stawiam tę z nauką jedzenia spaghetti. Eilis została zaproszona na rodzinny obiad w domu swego chłopaka. Tony jest Włochem, więc można obstawiać makaron. Ale jak go jeść elegancko? Lokatorki uczą Eilis  na sucho, czyli bez sosu, bo tak oszczędniej. I odgrywają, jak zachowa się sos, gdy makaron nie zawinie się jak trzeba. „Pluuum! Właśnie opryskałaś suknię jego matki i zostawiłaś plamę na ścianie”.

Walorem jest dobór aktorów. I pomysł na główne postacie, które ujmują bezpretensjonalnością, niepewnością siebie i świata. Główną bohaterkę uwielbiam. Wciela się w nią 21-letnia Saoirse Ronan (jak wymawiać?!), cudna Agatha z Grand Budapest Hotelu. W Brooklynie ma co najmniej tyle wdzięku, co u Andersona, gdy wyrabiała ciastka u Mendl`sa. I cudowny jest nieśmiały zakochany Tony (Emory Cohen). Tony jest hydraulikiem, Eilis chodzi na kurs dla księgowych. Rozmawiają niewinnie o tym, co wypełnia im dzień. To całkiem wielka sprawa móc podzielić się tym, co najprostsze. Tony jest zauroczony od początku. Eilis nie może nie ulec uroczemu Tony`emu. A wszystko jest niewinnie zwykłe i w tej zwykłości dramatyczne, że aż łza się kręci. Bo jednak z perspektywy świata, w którym – choćby potencjalnie – każdy może mieć kilka awatarów, profil na fejsbuku i na kilku randkowych portalach, takie cudowne spotkanie dwojga dopiero mających przy sobie rozkwitnąć osób wzrusza i już.

Brooklyn 1

Brooklyn, reż. John Crowley, Irlandia&Wlk.Brytania 2015

Barany. Islandzka opowieść

Barany są wielce ok. I mają dobrą prasę. Pewnie dlatego, że są inne, na inność się nie siląc. Proste, takie „po prostu”, aż może się zdawać, że każdy by mógł małym kosztem coś podobnego nakręcić. To wrażenie jest zmyłką. Nie zaglądam do kosztów producenta, ale jeśli chodzi o wkład scenarzystów, aktorów czy reżysera, to czyste złoto, waluta nie do przecenienia.

BaranyRzecz dzieje się na islandzkiej prowincji (tautologia?). Pejzaż wokół ogromny, ale nikomu w głowie go kontemplować. Ludzi niewielu i wszyscy się znają. Każdy robi z grubsza to samo – hoduje owce. Z potrzeby, z konieczności i z pasji. Do owiec można się przywiązać i czuć się z nimi jak z rodziną. Kąpać je w swojej wannie, dawać im buziaki i szczypać w boki. Owce potrzebują zachodu od świtu po zmierzch, więc absorbują, w zamian dając poczucie sensu i bycia potrzebnym. Jeśli dodać, że raz do roku odbywa się prestiżowy konkurs na najlepszego barana, to znaczy, że życie nabiera barw i tętna rywalizacji. Na horyzoncie majaczy nadzieja wielkiej satysfakcji, dumy, radości i napędu na kolejne lata życia z owcami, wśród owiec, dla owiec etc.

Monotonia? A gdzie tam! Esencja bez bitej śmietany. Takie espresso, powiedzmy. Mało, a daje kopa.  

Przyjrzyjmy się robocie scenarzystów. Pewnik pierwszy: wybrali minimalizm, rezygnując z szumu wątków pobocznych. Trzęsawka na planie pierwszym. Rzadka choroba owiec, brzemienna w skutki. Trzeba wybić całe stado i stada, które mogły mieć z chorą owcą jakąkolwiek styczność. Słowem – kataklizm ogarniający świat. Nie ma przed nim gdzie uciec. Dla stworzenia podobnego potrzasku inni potrzebują efektów specjalnych (inwazja Imperium, tsunami, zderzenie Ziemi z asteroidą, zatonięcie Titanica), a tu wystarcza jeden chory baran. Efekt jest analogiczny.

Dwa: wybór protagonistów. Dwaj bracia, około sześćdziesiątki (+), Kiddi i Gummi. Jeden mieszka w starym rodzinnym domu, drugi w sąsiedztwie, obaj samotni. Im bliżej, tym dalej. To, że nie znikają sobie z oczu, podsyca pamięć o jakiejś zadrze, z powodu której nie rozmawiają ze sobą od czterdziestu lat. Mówi się, że siłą opowieści jest fascynujący bohater, święty czy łajdak, z hiperbolicznym naddatkiem. Powinien grać o dużą stawkę, mieć silną motywację i jakiś bagaż zranień tudzież innych życiowych szturchańców, które raz po raz dadzą o sobie znak niczym reumatyzm duszy wracający przy byle deszczu. 

W Baranach tak właśnie jest, ale całkiem „na odwyrtkę”. Starsi faceci bez kobiety, bez sporu z dziećmi (których nigdy nie było), bez widoków na fortunę czy ambicji władania światem. Twarze mają interesujące, typy islandzkie, niecelebryckie. Ciała sfatygowane. Bagaż dźwigają kamienny, ale czort wie jaki. Konflikt między braćmi, choć pozostaje siłą napędową opowieści, nie doczeka się retrospekcji, która wskaże na źródło. A wydawałoby się, że to żelazny składnik narracji. Pokłócili się i już, teraz są skłóceni, a jeśli trzeba coś sobie powiedzieć, to mają psa za kuriera.

Dominuje perspektywa Gummiego, może dlatego, że ciągnięcie opowieści równolegle niewiele by wniosło. Wiem, kim jest Kiddi, bo przyglądam się, jak reaguje na to, co robi Gummi. Konflikt trwa, ma swój plan przeszły i plan teraźniejszy.

Zawiązanie akcji, perypetie, punkt kulminacyjny.
Oczywiście, nie zamierzam odsłaniać więcej, niż to konieczne. Dlatego głównie, że zdarzeń jest w sam raz, ani trochę nadto, i nie ma czego wyciągnąć, nie rozwalając przy tym piramidki. Ale przypomnijmy, że zawiązaniem akcji jest coroczny ranking baranów. Triumf braci (każdy z nich tyleż się cieszy swoim, co smuci sukcesem wroga) i dzień następny, czyli chmura po słonecznym święcie. Zdjęcie poniżej oddaje klimat zdarzenia. W szeregu stoją hodowcy i ich barany. Pani weterynarz sprawdza kolejne zady, co wszyscy śledzą niczym eliminacje do Euroligi czy innego EURO. Rozdzielenie na plan pierwszy i drugi – znamienne. Karteczki z imieniem barana noszą nie barany, lecz ludzie. Trzeci z lewej to Gummi, drugi z prawej – Kiddi.

Barany. prezentacja zadów

Wiadomo, że owce będą musiały zniknąć i że to diametralnie zmieni życie hodowców. Bracia mają naturę zakapiorów, więc nie poddadzą się łatwo. Walczą, a póki co, każdy prowadzi wojnę na własny rachunek. Grają o wszystko, bo nawet jeśli przeżyliby dwa lata bez owiec, to późniejsze odrodzenie i tak nie wskrzesi wytępionej na rozkaz owczej rasy. Pytanie, czy wzajemna wrogość braci zaszkodzi im czy pomoże, urasta do rangi fundamentalnej.

Są perypetie (czyli nagłe zwroty akcji) i niczego im nie brak, choć przebiegają niepozornie. Przypadkowa reanimacja pijanego Kiddiego, wizyta kogoś z nagłą potrzebą (WC), czy załamanie pogody – to są bardzo realne zagrożenia. Punkt kulminacyjny wyraźnie ustawia hierarchię wartości. Pewnie Was nie zaskoczę, gdy powiem, że na szczycie są owce, ale może nie każdy się spodziewa, do jakich kompromisów i odtajań może dojść, gdy topi się lód. Droga od kulminacji do rozwiązania biegnie mistrzowsko. 

Tonacja
Gama nastrojów jest szeroka. Od rejestrów rozpaczliwej powagi po humorystyczne wykorzystanie psa i koparki. Gummi ma wrodzony zmysł humoru, choć wcale nie opowiada dowcipów. Żadnych tanich mrugnięć okiem. Jego tajna misja ocalenia owczych wybrańców jest niczym budowa alternatywnej rzeczywistości. Bez rozgłosu, z „owczą miną”, która gasi podejrzenia.

Kiddi bywa ponury, ale gdy z nadmiarem powagi strzela w okno Gummiego, jest więcej niż trochę groteskowy. Podobnie, gdy obudziwszy się z kacem w cudzej wannie (tej samej, w której niedawno moczyła się owieczka), zmierza nago na suchy tapczan. 

Dowcipne wstawki nie zakłócają szczodrej porcji samotności, która tu wcale nie jest garbem. Gdy nadszedł czas Bożego Narodzenia, Gummi wystroił okno światełkami i zapakował dla siebie książkę na prezent. Być może prosty gest mógłby otworzyć drzwi lub serce, lecz nie każdy prosty gest jest możliwy, a wtedy pozostaje wystrój i pielęgnowanie rytmu. 

Zakończenie
Punkt kulminacyjny podkręca tempo i wprowadza wymiar tragiczny. Ucieczka, pojednanie, świadomość, że jest za późno. Czy można by zmieścić więcej? Ostatnia scena jest nie do zapomnienia. Rozgrywa się bez słów, w ciemności, w bólu. Jest w niej nagość i czystość, i łzy. Katharsis i nieodwracalność. 

Barany. Islandzka opowieść, reż. Grímur Hákonarson, Islandia 2015

Spotlight & Zjawa

Ani się spostrzegłam, czas minął. Oba filmy widziałam dwa tygodnie temu i choć wrażenia pozostały, to sporo szczegółów umknęło. Odwołam się więc do maksymy, wg której „coś tam wiem, to się wypowiem”.  Ale oględnie, nie pretendując, nie roszcząc sobie praw i nie krojąc nadto zamaszyście. Oba filmy mają nominację do Oscara za najlepszy film roku. Porównywać trudno, bo każdy z filmów potrzebuje innego termometru do pomiaru, niewiele z zestawień może wyniknąć. Nie będę więc szukać wspólnego mianownika. Kilka słów o tym, co zapamiętałam.

Bardzo silne emocje po seansie Spotlight. Umiarkowane po Zjawie. Film McCarthy`ego budzi, film Iñárritu hipnotyzuje, przenosi w sferę półsenną, magiczną. Tam mamy aktorską drużynę, tu popisową rolę Leonarda Di Caprio (i depczącego mu po piętach Toma Hardy`ego). Spotlight jest wizualnie siermiężny – to budynek redakcji „The Boston Globe”, piwniczne (?) pakamery, korytarze, składowiska archiwów. Kilka wyjść na ulice Bostonu, co nieco bezpłciowych scenerii. Tymczasem Iñárritu otwiera przed nami kosmos. Naturę dziką, nieujarzmioną i bajecznie piękną. Ocena filmu po upływie czasu: Spotlight constans, Zjawa zwyżkuje.

Spotlight, reż. Tom McCarthy, USA 2015
SpotlightZ życia wzięte. Opisane w 2002 roku i nagrodzone Pulitzerem. Śledztwo dziennikarskiego „oddziału” do spraw specjalnych. Afera porównywana z Watergate i – jak tamta – roztaczająca nimb profesjonalizmu nad dziennikarstwem tropiącym nadużycia. Niemal każdy piszący o tym filmie podkreśla, że mamy tu obraz szlachetnej pasji i zaangażowania. Internet i żądza newsów źle się przysłużyły prasie. Więcej teraz partactwa, mniej wiary w czytelnika i prawdę, która może zmieniać świat. Ale w tym rzecz, że – dziś czy wtedy – rzetelność jest towarem ulotnym. Zmieniło się na nią zapotrzebowanie. Ale dawniej też nie była to bułka z masłem. Herosi z drużyny Spotlight odpracowali to, co wcześniej zaniedbali. Więc nie tyle gloryfikacja „The Boston Globe” A.D. 2002, co błysk nadziei, że wciąż zdarza się solidna robota.

Mowa o wykryciu afery pedofilskiej w Kościele: przenoszenia księży, którzy dopuścili się nadużyć, w inne miejsce. Tuszowanie zła, niewyciąganie konsekwencji, nieinformowanie ludzi o potencjalnym zagrożeniu ze strony pedofilów. Bostoński kardynał Bernard Law okrył się niesławą (po czym przeniesiono go na wygodny tron w Watykanie). W jego diecezji pedofilski proceder uprawiało co najmniej 70 księży. Przy świadomie milczącej i gorliwie zamiatającej skutki pod dywan „górze”. Skala zjawiska wstrząsnęła tamtejszym kościołem. Epicentrów podobnych historii są krocie. Gdy film się kończy, wyświetlane są nazwy miejsc, w których zdarzały się analogiczne skandale. Biały drobny druk na dwóch (bodajże) ekranowych „planszach”. Wśród napisów wypatrzyłam Poznań. I nie dziwi mnie to. Bo Spotlight to nie jest film, który odsłania nieznane. Ujawnione – rozniosło się falą i trudno dziś aferę seksualną z kościelnym backgroundem przyjąć z naiwnością jak pierwszyznę.

To jeden z walorów filmu. Reakcje widzów mogą być różne. Ale nie sądzę, by dominowało oburzenie na twórców lub antyklerykalne rozjuszenie. Mnie te skrajności są obce. Uderza natomiast zasięg, liczba krzywdzących i ofiar, a przede wszystkim ta paraliżująca bierność, która w filmie McCarthy`ego ogarnia nie tylko hierarchów i współbraci, lecz całą społeczność. 

„Boston Globe” pisał o jednym z księży. Potem okazało się, że może być ich 13 (sugestia ofiary), a rozmowa z psychologiem badającym temat rozszerzyła spektrum do 6% duchownych. Takiej liczby nie sposób przeoczyć (zwłaszcza, że pedofil, „działający” bezkarnie kilkadziesiąt lat, okaleczał niejedno dziecko). Ktoś miał interes w tuszowaniu (lub zalecenia). Ale dlaczego tak wielu ludzi różnych służb (prawników, pedagogów, dziennikarzy, aktywistów społecznych etc.) nie łączyło faktów, nie nazywało rzeczy po imieniu i albo przyklepywało sprawę, albo nie wierzyło w nią i już?

Gdyby wskazać dwie sceny, które najmocniej zapadły mi w pamięć, to jedną z nich jest wyznanie szefa grupy Spotlight – Waltera Robinsona (Michael Keaton), że przegapił informację, którą należało w swoim czasie nagłośnić lub zbadać. Był wtedy świeżo nominowany i dopiero co rozpoznawał swe obowiązki. To zmienia kierunek myślenia, bo przedtem wydaje się, że winny jest kardynał, prawnicy potrafiący utajnić akta aż do całkowitego zniknięcia albo jakieś miejskie szychy, chcące mieć wygodny układ z kościołem. A tymczasem bielmo na oku nie wymaga złej intencji i totalnej znieczulicy. Wystarczy nieuważność i tego rodzaju ślepota i głuchota, do której uciekamy się często, by selekcjonować wygodne od niewygodnego. Oczywiście, to nie zrównuje nas w winie.

Drugą sceną (to mogły być dwie sceny, nie pamiętam) jest rozmowa Mike`a Rezendesa (Mark Ruffalo) i Sachy Pfeiffer (Rachel McAdams). Dodam, że Boston początku XXI wieku wydaje się być miastem katolickim. Dziennikarze grupy Spotlight do najgorliwiej wierzących nie należą. Sacha jednak mieszka z babcią i regularnie towarzyszy jej podczas mszy kilka razy w tygodniu. Mike mówi, że za chłopięcych lat był ministrantem. Potem ufność zatracił, choć bez spektakularnej przyczyny. Im dalej brną w śledztwo, tym gorzej to wygląda. Ich emocje  (a nie emocje ofiar czy krzywdzicieli) są na planie pierwszym. I wtedy Sacha mówi, że już nie może bywać na mszach, nawet dla towarzystwa. A Mike, że zawsze miał nadzieję, że wróci. Może to było asekuranctwo, może wygodne odłożenie czegoś na później. Ale ta potencjalność powrotu i jakaś ważność związana z poczuciem wspólnoty były wsparciem, które rozwiało się bezpowrotnie. Można w tym zdystansowaniu widzieć przyczynek do krytyki kościoła. Mnie bliższe jest stanięcie nad przepaścią: nie ma busoli, nie ma azylu, a owce noszą wilczą skórę. Tak się zastanawiam: niby gorsze rzeczy mogą nas spotkać niż zwątpienie, ale niekoniecznie.

Spotlight2

 Zjawa (The Revenant), reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015
Zjawa
Plakat wybrałam bez Leonarda, bo wcale nie mam przekonania, że to on gra pierwsze skrzypce. Tom Hardy jest naprawdę dobry. Z głową na pół oskalpowaną. Człowiek bez skrupułów i pełen resentymentów. Wyrachowany, gdy chodzi o zysk i własną skórę. Słowem: ktoś bez „zbędnej” nadwyżki imponderabiliów. Gdy zaczyna się bać – a strach ogromnieje, im realniejsza staje się zemsta Glassa – jest nieprzewidywalny. W finałowym pojedynku waga postaci jest 1:1.

Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda. 

Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki. 

Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.

Zjawa. Pejzaż

Zawsze nie ma nigdy

Zawsze nie ma nigdyNie recenzja a anons. Rozmowa z Pilchem o Pilchu wychwytuje z jego życia różne wątki, komentuje je pilchową frazą, sama w sobie jest wyborem, szukaniem różnych oświetleń etc. Pisanie o tej książce wydaje mi się dublowaniem (acz niepomiernie mniej sprawnym) tego, co już zrobili rozmówcy. Nie zaanonsować jednak nie mogę, bo przyjemność miałam ogromną.

Autobiografizm to w prozie Pilcha trakt główny. Wcześniejsze Dzienniki (dwa tomy), podjęta (i zarzucona) na łamach „Tygodnika Powszechnego” próba autobiografii. Poza tym felietony – w jakiejś olbrzymiej chyba liczbie – mają subiektywizmów pilchowych co niemiara. Proza też. Jedna bardziej, inna ciut mniej, ale zawsze. Więc czyta się o Pilchu za każdym razem, gdy Pilch pisze o czymkolwiek. A jeszcze nadmienię, że in statu nascendi jest biografia pisana przez Katarzynę Kubisiowską (Pilch się nie wtrąca, aprobuje bez autoryzacji).

Mniejsza o to, o czym się tu mówi, dużo istotniejsze – jak. Ważne, że rozmówczynią jest ktoś bliski Pilchowi (Ewelina Pietrowiak to jego muza z czasów Pod mocnym aniołem). I że – choć napomina się o problemach z głosem, tudzież różnistych zniżkach formy fizycznej – kondycja Pilcha-opowiadacza jest niezmiennie wysoka. To stary wyga gawędziarstwa, szafarz anegdot, ripost i puent. Złośliwych jakby ciut mniej niż można by oczekiwać, ale niezmiennie (auto)ironicznych, podszytych zmysłem humoru, którego nikt Pilchowi nie odmówi. Wołami nie odciągną tego, kto zacznie czytać.

Jeśli Pilch sięga po autobiografizm, pisząc teksty stricte literackie, to świadomie. Ceni dewizę realistów: opisz swoją wieś, a opiszesz świat. Musi być babka Czyżowa, biskup Wantuła i pani Mazurowa, bo to filary. A w dygresjach kolejni niepospolici. Tischner przemknie tu i tam, Filipowicz, a za z nim Szymborska. Mariana Stali nie może zabraknąć, bo wszędzie był i wszystko wie. 
„Urodziłem się w Wiśle, arcyciekawym miejscu, i z natury rzeczy – na początku lat pięćdziesiątych – w arcyciekawych czasach. Ale czy dla człowieka piszącego są miejsca, czasy, rzeczy, ludzie – jego miejsca, jego ludzie, jego czasy, jego rzeczy – niewarte uwagi? Wszystko, co się znajduje w polu jego widzenia, ma metafizyczną nadwyżkę”.

Człowiek piszący i człowiek czytający. O takim Pilchu jest tu najwięcej. Mogłabym przepisać z pół książki, gdyby to z prawem autorskim nie kolidowało, a i tak byłby to ledwie wybór miejsc zakreślonych. Szalenie mi się te metaliterackie dywagacje podobają. Zwłaszcza, że mówi ktoś, kto umie pisać. A jak potrafi czytać! – to jest dopiero coś, w czym chciałabym u Pilcha praktykować! Że odkrył Masłowską, to wiadomo. Podobno według Stasiuka to Pilch pierwszy entuzjastycznie wyraził się o jego Murach Hebronu. A Zygmunt Miłoszewski wyłonił się z konkursu na opowiadanie, który Pilch (na łamach „Polityki”) zorganizował, rozczytał, po czym zwycięzcę wskazał. To jest nos.

Co do pisania – najmocniej zapamiętałam nutę nieuchwytności przyszpiloną sentencją: „W obliczu tego, co nienapisane, rzeczy napisane zawsze bledną”. Dopóki się słów nie ustawi według wymyślonego porządku, można mniemać, że tworzy się rzeczy najprzedniejsze i „ekstra virgin”, co zmaterializowane niemal nigdy się nie potwierdza. A inny smaczek, to gdy Pilch podpytywany o to, jak dobrą literaturę wyczuć i jakie kryterium względem siebie stosuje, sięga po kryterium intuicji.

„Czuję frazę, a fraza ma swoją tonację. Ale jest to bardziej intuicyjne, trudne do opisania. Z drugiej strony, jak to świętej pamięci Henryk Bereza mawiał: trzeba się znać na literaturze jak na wełnie. Dobry krawiec, który ma uszyć ubranie, bierze do ręki materiał i od razu wie, czy się nadaje na garnitur czy na płaszcz. To się czuje. Nie musi uszyć, by wiedzieć, tylko dotknie i wie”.

Pilch pisaniem żyje. W znaczeniu tyleż zawodowym, co egzystencjalnym. Niektóre z wyznań łączących pisanie z samotnością (niemal totalną) mrożą konsekwencjami i – gdyby ktoś żywił romantyczne złudzenia – rozwiewają mrzonki. „… dostosowałem świat do mojego biurka” – nie oznacza to izolacji, z czegoś przecież trzeba brać materiał do szycia, ale ustawienie hierarchii. Co o tym myśleć? Nie jest to przecież żadna żelazna zasada, a jedynie (aż) konkret z życia Jerzego Pilcha. To, co bardzo odpowiada mi w tym wywiadzie-rzece, to wyważenie tonu. Są przecież wyznania na tematy arcyważne, nawet ostateczne. A nie ma patosu, nadęcia, tonacji prawd objawionych, żadnych emocjonalnych wymuszeń. Gdy rozmówczyni usiłuje wydobyć od pisarza wyznanie, co postrzega jako swą zaletę, pada (bo paść musi) dbałość o porządek i pracowitość. Luterskie z ducha. Ale tuż za nimi drepcze skromność. Co jest o tyle zjawiskowe, że Pilch to facet i skromny, i nie nazbyt pokorny zarazem. Autoironia jest kodem, który to scala. 

Bo też Pilch ma dziwactw krocie. Począwszy od tych 39 zaostrzonych ołówków, gotowych do służby, po szafę pełną spodni i koszul. Nie pada liczba, lecz wyobrażam sobie ilości hurtowe. Koszule czarne (w użyciu i jeszcze nierozpakowane), a w sąsiedztwie koszule „wielobarwne”, czyli białe. Na moją wyobraźnię działa też mania spacerowa. Nie wiem, czy wciąż aktualna? Pilch bowiem samochodu sobie nie zawłaszczył, a komunikacja miejska go irytuje. Ma takie naznaczenie, że wchodzi do niewłaściwych autobusów, co mocno mu wydłuża trasę. Antidotum na pomyłki jest w chodzeniu.

Jako że lepsza puenta nie przychodzi mi do głowy. A o Pilchu gadać można bez końca, więc niech będzie, że podniosę nawyk łażenia po mieście do rangi zaleceń dla wszystkich. Skoro można tym sposobem uniknąć choć kilku pomyłek, to łaźmy.

Zawsze nie ma nigdyJerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, Wydawnictwo Literackie