spotlight & zjawa

Ani się spostrzegłam, czas minął. Oba filmy widziałam dwa tygodnie temu i choć wrażenia pozostały, to sporo szczegółów umknęło. Odwołam się więc do maksymy, wg której „coś tam wiem, to się wypowiem”.  Ale oględnie, nie pretendując, nie roszcząc sobie praw i nie krojąc nadto zamaszyście. Oba filmy mają nominację do Oscara za najlepszy film roku. Porównywać trudno, bo każdy z filmów potrzebuje innego termometru do pomiaru, niewiele z zestawień może wyniknąć. Nie będę więc szukać wspólnego mianownika. Kilka słów o tym, co zapamiętałam.

Bardzo silne emocje po seansie Spotlight. Umiarkowane po Zjawie. Film McCarthy`ego budzi, film Iñárritu hipnotyzuje, przenosi w sferę półsenną, magiczną. Tam mamy aktorską drużynę, tu popisową rolę Leonarda Di Caprio (i depczącego mu po piętach Toma Hardy`ego). Spotlight jest wizualnie siermiężny – to budynek redakcji „The Boston Globe”, piwniczne (?) pakamery, korytarze, składowiska archiwów. Kilka wyjść na ulice Bostonu, co nieco bezpłciowych scenerii. Tymczasem Iñárritu otwiera przed nami kosmos. Naturę dziką, nieujarzmioną i bajecznie piękną. Ocena filmu po upływie czasu: Spotlight constans, Zjawa zwyżkuje.

Spotlight, reż. Tom McCarthy, USA 2015
SpotlightZ życia wzięte. Opisane w 2002 roku i nagrodzone Pulitzerem. Śledztwo dziennikarskiego „oddziału” do spraw specjalnych. Afera porównywana z Watergate i – jak tamta – roztaczająca nimb profesjonalizmu nad dziennikarstwem tropiącym nadużycia. Niemal każdy piszący o tym filmie podkreśla, że mamy tu obraz szlachetnej pasji i zaangażowania. Internet i żądza newsów źle się przysłużyły prasie. Więcej teraz partactwa, mniej wiary w czytelnika i prawdę, która może zmieniać świat. Ale w tym rzecz, że – dziś czy wtedy – rzetelność jest towarem ulotnym. Zmieniło się na nią zapotrzebowanie. Ale dawniej też nie była to bułka z masłem. Herosi z drużyny Spotlight odpracowali to, co wcześniej zaniedbali. Więc nie tyle gloryfikacja „The Boston Globe” A.D. 2002, co błysk nadziei, że wciąż zdarza się solidna robota.

Mowa o wykryciu afery pedofilskiej w Kościele: przenoszenia księży, którzy dopuścili się nadużyć, w inne miejsce. Tuszowanie zła, niewyciąganie konsekwencji, nieinformowanie ludzi o potencjalnym zagrożeniu ze strony pedofilów. Bostoński kardynał Bernard Law okrył się niesławą (po czym przeniesiono go na wygodny tron w Watykanie). W jego diecezji pedofilski proceder uprawiało co najmniej 70 księży. Przy świadomie milczącej i gorliwie zamiatającej skutki pod dywan „górze”. Skala zjawiska wstrząsnęła tamtejszym kościołem. Epicentrów podobnych historii są krocie. Gdy film się kończy, wyświetlane są nazwy miejsc, w których zdarzały się analogiczne skandale. Biały drobny druk na dwóch (bodajże) ekranowych „planszach”. Wśród napisów wypatrzyłam Poznań. I nie dziwi mnie to. Bo Spotlight to nie jest film, który odsłania nieznane. Ujawnione – rozniosło się falą i trudno dziś aferę seksualną z kościelnym backgroundem przyjąć z naiwnością jak pierwszyznę.

To jeden z walorów filmu. Reakcje widzów mogą być różne. Ale nie sądzę, by dominowało oburzenie na twórców lub antyklerykalne rozjuszenie. Mnie te skrajności są obce. Uderza natomiast zasięg, liczba krzywdzących i ofiar, a przede wszystkim ta paraliżująca bierność, która w filmie McCarthy`ego ogarnia nie tylko hierarchów i współbraci, lecz całą społeczność. 

„Boston Globe” pisał o jednym z księży. Potem okazało się, że może być ich 13 (sugestia ofiary), a rozmowa z psychologiem badającym temat rozszerzyła spektrum do 6% duchownych. Takiej liczby nie sposób przeoczyć (zwłaszcza, że pedofil, „działający” bezkarnie kilkadziesiąt lat, okaleczał niejedno dziecko). Ktoś miał interes w tuszowaniu (lub zalecenia). Ale dlaczego tak wielu ludzi różnych służb (prawników, pedagogów, dziennikarzy, aktywistów społecznych etc.) nie łączyło faktów, nie nazywało rzeczy po imieniu i albo przyklepywało sprawę, albo nie wierzyło w nią i już?

Gdyby wskazać dwie sceny, które najmocniej zapadły mi w pamięć, to jedną z nich jest wyznanie szefa grupy Spotlight – Waltera Robinsona (Michael Keaton), że przegapił informację, którą należało w swoim czasie nagłośnić lub zbadać. Był wtedy świeżo nominowany i dopiero co rozpoznawał swe obowiązki. To zmienia kierunek myślenia, bo przedtem wydaje się, że winny jest kardynał, prawnicy potrafiący utajnić akta aż do całkowitego zniknięcia albo jakieś miejskie szychy, chcące mieć wygodny układ z kościołem. A tymczasem bielmo na oku nie wymaga złej intencji i totalnej znieczulicy. Wystarczy nieuważność i tego rodzaju ślepota i głuchota, do której uciekamy się często, by selekcjonować wygodne od niewygodnego. Oczywiście, to nie zrównuje nas w winie.

Drugą sceną (to mogły być dwie sceny, nie pamiętam) jest rozmowa Mike`a Rezendesa (Mark Ruffalo) i Sachy Pfeiffer (Rachel McAdams). Dodam, że Boston początku XXI wieku wydaje się być miastem katolickim. Dziennikarze grupy Spotlight do najgorliwiej wierzących nie należą. Sacha jednak mieszka z babcią i regularnie towarzyszy jej podczas mszy kilka razy w tygodniu. Mike mówi, że za chłopięcych lat był ministrantem. Potem ufność zatracił, choć bez spektakularnej przyczyny. Im dalej brną w śledztwo, tym gorzej to wygląda. Ich emocje  (a nie emocje ofiar czy krzywdzicieli) są na planie pierwszym. I wtedy Sacha mówi, że już nie może bywać na mszach, nawet dla towarzystwa. A Mike, że zawsze miał nadzieję, że wróci. Może to było asekuranctwo, może wygodne odłożenie czegoś na później. Ale ta potencjalność powrotu i jakaś ważność związana z poczuciem wspólnoty były wsparciem, które rozwiało się bezpowrotnie. Można w tym zdystansowaniu widzieć przyczynek do krytyki kościoła. Mnie bliższe jest stanięcie nad przepaścią: nie ma busoli, nie ma azylu, a owce noszą wilczą skórę. Tak się zastanawiam: niby gorsze rzeczy mogą nas spotkać niż zwątpienie, ale niekoniecznie.

Spotlight2

 Zjawa (The Revenant), reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015
Zjawa
Plakat wybrałam bez Leonarda, bo wcale nie mam przekonania, że to on gra pierwsze skrzypce. Tom Hardy jest naprawdę dobry. Z głową na pół oskalpowaną. Człowiek bez skrupułów i pełen resentymentów. Wyrachowany, gdy chodzi o zysk i własną skórę. Słowem: ktoś bez „zbędnej” nadwyżki imponderabiliów. Gdy zaczyna się bać – a strach ogromnieje, im realniejsza staje się zemsta Glassa – jest nieprzewidywalny. W finałowym pojedynku waga postaci jest 1:1.

Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda. 

Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki. 

Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.

Zjawa. Pejzaż

Reklamy

16 thoughts on “spotlight & zjawa

  1. szwedzkiereminiscencje

    renée, tym razem cos widzialam, a mianowicie zjawe. niby na wiele podobnych rzeczy zwrócilam uwage, ale doszlam do zupelnie odmiennych wniosków. dla mnie to tak: piekne zdjecia, ale ile mozna ogladac zimny krajobraz? i co przyciaga pracowników korporacji (upraszczam), zeby siedzieli 2,5 w kinie i gapili sie na snieg? chyba mocne wrazenie sensownoscci dzialania di caprio, bo dla mnie to film o nim. ze warto wszystko poswiecic, zeby dochodzic sprawiedliwosci. ze warto poczuc, iz sie ma moc sprawcza i wtedy nawet buty nie mokre. podziw ubezwlasnowolnionych dla nieskrepowanej dzikosci ludzkiej natury – to nie tylko zjawa, ale i omen

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Gapiłam się na śnieg i „zimny krajobraz” :) bez bólu. Jako że życiowo jestem średnio mobilna, więc kinowe podróże są mi po drodze. Wędrowanie bohatera to na ogół (wyłączam kino festiwalowe np NH, bo tam wędrują ot, po prostu) droga metaforyczna. Sposób na starcie ze światem, pokonanie przeszkód, poznanie siebie, pozbycie się niepotrzebnego. Albo właśnie zmierzanie do celu z silną motywacją. Podoba mi się Twoje ujęcie. Zemsta mnie lekko odrzuca. Tyle zachodu, żeby się zemścić?! Próbowałam zamienić zemstę na miłość. Ale miłość do żony /syna jest nie tak mocno uzasadniona, jak nienawiść do Fitzgeralda. Lepiej brzmi ta potrzeba odzyskania mocy sprawczej. Postawienie na swoim. Zemsta, ale z dosypką dumy i potrzebą działania po swojemu. Ok.

      Może Bóg jest w to wmieszany trochę niepotrzebnie („zemsta jest w rękach Boga” mówi Glass, jak już swoje wymierzył). I gdzie u licha jest katharsis? Katharsis musi być, a nie mam jasności w temacie.

      Polecam Spotlight :) To film z Twojej półki.

  2. :kako:

    Spotlight – zgadzam się, co do emocji. Mi zapadnie w pamięć scena, w której Matt odkrywa, kto mieszka o przecznicę od jego domu… To, plus późniejsze pytanie do szefa, czy wolno mu ostrzec własne dzieci. Niebezpieczeństwo teoretyczne, istniejące gdzieś tam w archiwach i statystykach to jedno. Zagrożenie namacalne, „o rzut beretem od mojej rodziny” – to drugie. Wydaje mi się, że każdy widz bez wyjątku zatrzyma się też nad napisami końcowymi (większość polskich recenzentów wychwyciła „Poznań”…). Podoba mi się to, że autorzy postawili na przekaz nie przyćmiewając go ani popisami aktorskimi ani wizualnymi fajerwerkami. Uniknęli też łzawego dramatu. Dobry, mocny film.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :kako, mnie też przekonuje kierunek opowieści. Wyciszenie emocji pierwszoplanowych bohaterów skandalu. Decyzja, by budować napięcie działaniami reporterów Spotlight, tak przecież nieefektownymi, a mimo to przykuwającymi uwagę, to dobre posunięcie. Przekonuje mnie. Oczywiście, chciałoby się trochę więcej poszczególnych bohaterów, bo są niesamowici. Mogłabym obejrzeć dogrywkę ze Stanleyem Tuccim albo Markiem Ruffalo, albo pozostałymi. Ale to by już szło w innym kierunku.

      Scena, którą przywołujesz – świetna. Namacalna. Dzięki, bo mi niektóre pouciekały. Sporo świetnych miał Keaton i Ruffalo. Albo McAdams, np jej spotkanie z byłą ofiarą, która zaczyna wątpić, by Spotlight odważył się na otwartą grę, tyle już było uników. Albo gdy odwiedza księdza i nie wie, jak z nim rozmawiać, a on nie ma świadomości, że robił coś nie tak. Mocne, a nie podbite efektami.

  3. Stanisław Błaszczyna

    Bardzo różne filmy – łączy je pewnie tylko to, że oba zostały nominowane do Oskara i że widzieliśmy je na dużym ekranie. Przy czym, jeśli chodzi o film Iñárritu, to oglądanie go w kinie było pewną koniecznością (ze względu na zdjęcia Lubezkiego), zaś „Spotlight” równie dobrze można by było obejrzeć w domu na małym ekranie, (bo jego dramatyzm budowany jest bardziej kameralnie – i teatralnie – za pomocą słów i ludzkich interakcji). To pewnie dlatego, w przypadku „Zjawy” możemy mówić o epice, zaś jeśli chodzi o „Spotlight”, to już zawężało się to jakoś bardziej lokalnie (choć później się rozlało i zaiste epicki był skandal, który wstrząsnął posadami kościoła katolickiego, po ujawnieniu całej tej pedofilskiej afery przez „Boston Globe”).

    Mimo wszystko „Zjawa” to taka epika jednego aktora (Leonardo moim zdaniem zdominował jednak ekran – i to nie tylko dlatego, że scenariusz poświęcił mu najwięcej miejsca), zaś „Spotlight” to dynamiczny team – nota bene, pod tym ostatnim względem, film McCarthy’ego jest podobny do „The Big Short” McKay’a (choć ten ostatni jest według mnie obrazem bardziej oryginalnym i „pomysłowym”, jeśli chodzi o sposób realizacji).

    Mówisz, że u Ciebie odbiór „Zjawy” zyskuje. No cóż, mnie się wydaje to zrozumiałe i uzasadnione, bo „Zjawa” ma pewne cechy kina „kultowego” i zapewne trwalej się zapisze zarówno w pamięci swoich widzów, jak i (chyba) w historii kina. To trochę paradoksalne, bo rzeczywiście bardziej emocjonalnie (jeśli chodzi o zawartość myślową i treść… że tak się wyrażę: intelektualno-socjologiczną) może oddziaływać „Spotlight”. (Tak zresztą było w Twoim przypadku.)

    Mnie ciekawi w tym wszystkim, gdzie cały ten sukces komercyjny (i chyba jednak krytyczno-artystyczny – to w połączeniu z „Birdmanem”) zaprowadzi Alejandra G. Iñárritu. Mam nadzieję, że go nie zepsuje.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Podzielam Twoją estymę do Iñáritu i sympatię do Leonarda. Fakt, z Leo się co niektórzy naśmiewają przed Oscarami, że tym razem niedźwiedź mu zgarnie nagrodę sprzed nosa. A ja jestem za Oscarem dla Di Caprio. Należy mu się z nawiązką, zwłaszcza za tę nawiązkę, czyli wcześniejsze filmy. A Iñáritu na zakręcie, oby się nie zaprzedał popkulturze. Ufam, że nie.

      Nie napisałam zbyt wnikliwie. Bo raz: późno się zrobiło. Dwa: pół miesiąca po seansie. Trzy (głównie!): jak przeczytałam Twój post, to już nie miałam potrzeby szukać słów. Podjąłeś tyle różnych kwestii, że zajęłam się opiłkami. ;)
      Odbiór zwyżkuje, bo to dobre kino jest. Działa na mnie słabiej niż poprzednie filmy Iñáritu (nie znam Biutiful). Po Birdmanie, który rozgrywał się na deskach teatru i w teatralnych przyległościach, Zjawa mocno rozszerza horyzont. To mówisz, że od 10 lat czekał scenariusz? I to w dodatku tym razem tylko po części autorski…

      Jeszcze nie widziałam The Big Short. Spotlight ma u mnie wysokie noty. Super ustawienie głosu. Emocje prowadzone bez nadużyć, czyli bez oczywistych chwytów (typu apel do wzruszeń nad losem skrzywdzonego lub irytacji jednostkowym czarnym charakterem).

  4. ZygmuntMolikEWA

    Gdy już tak sobie rozważę oszałamiającą mnogość, więcej niż profesjonalnych, analiz większości, wartych choć krzty uwagi, filmów świata, tym bardziej drę włosy z głowy;
    o teatrze, o spektaklach, od dawien dawna – nikt – tak wnikliwie i sensownie – ani myśleć, ani tym bardziej pisać, nie potrafi. Wielka zgryzota.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lamentacja o trzeciej (sic!) nad ranem :)
      Bo teatr trudniejszy do uchwycenia. Zobacz, jak kino weszło pod strzechy. Prawie zewsząd jest na wyciągnięcie ręki. Znam takich, co wędrują za spektaklem, ale do tego i buty trza mieć dobre, i zdrowie, i – na ostatku – jeszcze pióro i głowę. A powinno być tak, że nic się nie marnuje – żaden spektakl, monodram, żadna próba teatralna nawet. W intencji tej zgryzoty zaparzam ziółka.
      I biegnę do kina na Barany islandzkie. ;)

  5. la-di-da

    Ja też oba widziałam sporo czasu temu, ale nie zdążyłam napisać. Masz przewagę :)).
    Całkowicie się zgadzam z Twoją teorią odnośnie różnych termometrów!

    Pięknie piszesz o zdjęciach i całym „kosmosie” w „Zjawie”. To fakt. Nieprawdopodobne zdjęcia, niebosiężny rozmach. Tu się Oscar należy bez dwóch zdań.

    Mam też bardzo podobne odczucia co do „Spotlight”. Temat jest mocny, mnie nawet nie sam temat uderzył, co zasięg zjawiska. Zastanawiałam się przy okazji, czy w polskich księgach diecezjalnych figurują te same „określenia”…

    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Się nie nadąża…;) Też sporo odpuszczam. Bo pisze się nie krócej niż ogląda film. A widziałam, że zjechałaś Big Short. Muszę jednak obejrzeć. Boję się, że mi się w głowie nie pomieści.

      Co do szyfrów, ciekawe. Co też mogłoby przebić „urlop zdrowotny”? ;)
      Pozdrawiam :)

  6. liritio

    To mamy 2:1, Zjawa jeszcze przede mną.
    Spotlight to McCarthy, ale wybrałabym Dróżnika każdego dnia. Tak czy inaczej, bardzo dobry, chociaż w jakiś dziwny sposób niespecjalnie emocjonalny. Wybuchający Ruffalo z okrzykiem „it’s time!” mnie nie przekonał, ale on generalnie rzadko mnie przekonuje. Nie znam się.
    Przede wszystkim Keaton – badawcze spojrzenie ma w każdym filmie, ale tutaj pasuje podwójnie, szczególnie w rozmowach z kolegą adwokatem czy z ważnym panem w barze. Oj tak, Michael Keaton, klasa sam dla siebie. I Stanley Tucci z przeciwnej strony, który po finale i triumfie dziennikarskim nadal otwiera ciągle te same drzwi. A tam dwoje dzieci. I co?
    I trzeci, Billy Crudup, taki wyrachowany, ale jednocześnie też on pyta pierwszy „a gdzie Wy byliście?”. Dobry film, bo mądrze zrobiony. Ale stonowany, łatwo coś przeoczyć.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak, właśnie dobrze zrobiony. Olbrzymi respekt dla twórców, że nie poszli tam, gdzie można było pójść. Napięcie jest, lecz jasna sprawa, że można było podkręcić, wbić w fotel, rozdziawić widzom usta etc. Punkt za powściągliwość.
      A ja na Ruffalo patrzę z rosnącym zainteresowaniem. Wcześniej jakoś nie zapadł mi w pamięć. Dopiero od Foxcatchera. Po tym filmie żartowałam, że za co niby te oscarowe nominacje za charakteryzację?! Bo jeszcze nie miałam w głowie twarzy Ruffalo. Bardzo się fizycznie zmienia w kolejnych rolach. Co ciekawe, bo ma bardzo wyraźną urodę, wcale nie taką z plasteliny. A jednak. Chyba czas zapamiętać tego Crudupa.;) I tylko mogę przyklasnąć, że Keaton i Tucci (bardzo lubię!) jak zawsze.

      Wrócę do Dróżnika. Dawno nie sięgałam, a na półce stoi, budząc dobre skojarzenia/wspomnienia.
      Liritio, wyślę maila w sobotę z corocznym zapytaniem. Zajrzyj. :)

  7. janek

    Chciałem wyrazić radość, że udało się mi być na filmie „Zjawa” jeszcze przed oskarami. Tak, ten film należy oglądać tylko w kinie. Dla mnie, miłośnika piekna natury, ale i świadomego jej „władzy” była to prawdziwa uczta. Nic dodać czy ująć z Twojej relacji Ren. Oczywiście podobają się mi niektóre zwroty, np.: „Zjawa mocno rozszerza horyzont” (!) ; albo: „widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki”. Ale niepotrzebnie chyba odnoszę się do recenzji zamiast do filmu. Film mi długo siedział z tyłu głowy a to znaczy, że w moim odczuciu był bardzo dobry. Leonardzie, trzymam kciuki! :).
    Pozdrawiam Ren :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Oho! Janku-Duchu! Znać wiosna nadciąga, skoro wychodzisz z ukrycia. :)
      Podzielam radość. I bawi mnie Twoja skłonność do wychwytywania moich wyrażonek i określeń. Czasem wyciągniesz na wierzch podszewkę, czasem docenisz, czego nikt nie widzi. ;)
      Kciuki trzymamy. Ale mnie czegoś jednak brak. Tylko nie wiem czego, bo co mi przyjdzie do głowy, to odrzucam. Na przykład mam problem z motywacją Glassa. Raz, że taka „czysta” zemsta. Dwa, że miłość nie ma tej siły wyrazu, jaką mieć powinna, by iść w parze z zawziętością i ją usensownić. I dlaczego w tytule „zjawa” – aż takie wyeksponowanie „ducha” żony?
      A kryterium zostawania w pamięci jest jak zawsze najważniejsze.
      Pozdrawiam :)

    2. janek

      Duch choć nie Król, ale może to i lepiej :).
      Napisałem „podobają mi się”, lecz tak naprawdę to uwielbiam Twoje wyrażonka. Bo są tylko takie Twoje. Rozmyślone.
      A jaki może mieć cel człowiek, który przeżywa, choć nie powinien, i wstaje, by żyć tak bardzo samotny. Można tylko albo rzucić się ze skały albo kogoś zatłuc. I nie wiem jakie tam są te mądre interpretacje tytułu, ale to powstanie z martwych Glassa czyni z niego zjawę. A kiedy już wstaje – zawłaszcza ekran. Choć nie całkiem, bo ekran czyli horyzont właśnie, jest bardzo szeroki :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Ok, tytuł w punkt. Glass jest jakby z pogranicza. Mogłabym to włączyć do postu, ale ex post i z zawłaszczeniem. ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s