Archiwa miesięczne: Wrzesień 2016

Sługi Boże

Sługi Boże – reż. Mariusz Gawryś, Polska 2016
Adam Forman, Sługi Boże, Wydawnictwo Agora 2016

slugi-boze

Jaki plakat (okładka książki), taki film. Bartek Topa w katedralnym mroku, na karku czuje oddech monumentalnych rzeźb, które z racji wielkości i pozycji widzą więcej. On błądzi po omacku. W sinej ciemności – dyktowanej nocną porą i staraniem tych, którzy pod osłoną czerni chcą niejedno zataić. Komisarz Warski: zmęczony i zdeterminowany. Po przejściach. Z gnatem w ręce, bo jak trzeba (choć nie można), to strzela. 

Tak rozpoczyna się film: obława na pedofila, który przestraszonej dziewczynce maluje paznokcie czerwonym lakierem i szminką barwi usta. Już jest w potrzasku, ale jeszcze może szantażować, osłaniając się dzieckiem. Warski strzela bez negocjacji. Wkrótce dostaje nakaz terapii i jasno widzimy, co sądzi o „szczerych rozmowach” na kozetce. „-Z czym mamy problem?” – zagaja psycholog. „- Nie wiem, z czym pan ma problem.” – ripostuje i przekierowuje „reflektor” Warski. Taki jest, nikt go nie będzie wydelikacał i prześwietlał. Mroczne sprawy, jedna za drugą. Zdążył już sobie spieprzyć życie prywatne, mieszka wśród nierozpakowanych pudeł. Wycisza się w wodzie albo chociaż oddaje jej część niemego krzyku. Tak go widzimy, gdy zaczyna się nowa, gruba sprawa.

Kombinuję, jak pisać, by nic nie zdradzić, bo wszystko jest nadto. Trzeba zobaczyć bez spojlerów. Może ci, którzy robią rekonesans, szybciej łapią trop. Ale ci, którzy wiedzą malutko lub nic (jak ja), mają większą frajdę. Udał się film. Polecam. Niezły polski thriller kryminalny

Po pierwsze: świetny Warski. Bartek Topa ma dobrą passę. Nie tylko on: tu są dobrze rozpisane role. Blisko przy Topie pojawia się Julia Kijowska, grająca policjantkę z Niemiec (Ślązaczkę). Jest Adam Woronowicz, jak zwykle świetny w roli typa pełnego dwuznaczności. Krzysztof Stelmaszyk gra watykańską szychę, tyleż cyniczną, co dowcipną. Foremniak piękną, tajemniczą kobietę. Role wyraźne i nieoczywiste. Miałam co rusz wrażenie, że wyczuwam zagrożenie i fałsz, ale tropy bywały mylne. Myślę więc: – Uważaj na nią. Oszukuje. – Widzisz, kręci coś na boku. – Ale układ! Grubymi nićmi szyte. – Rany! Więc w sumie, choć niemiły, to jednak nie taki najgorszy. etc. Super niespodzianki. Dobrze zagęszczone. Tempo narasta, wręcz wariuje. Co nieprawdopodobne, staje się rzeczywiste, nawet przekonujące. I tak jak w zupie „dookoła ogródka”: i marchewka, i groszek, i seler, i ziemniaczek, i wszystko inne. Czyli: służby specjalne – te z poprzedniej epoki i te nowe, farbowane; watykańskie „przedsiębiorstwo” (jak mówi Kuntz); przywiązanie do tradycji z wykwitami nietolerancji (chodzi o chorał gregoriański śpiewany przez kobiety); i kobiecość uwodzicielsko chora; i przekrwione oczy ofiar dziwnie naznaczonych etc. Ładny miks. I do tego wszystko jest szyte na miarę: według prawideł gatunku. Bez szukania „formy bardziej pojemnej”, w której znalazłyby ujście ewentualne zakusy na arcydzieło. Jest porządnie. Z dobrym muzycznym tłem i piosenką, która chyba najsilniej wybija się tu klimatem: „Biegnij dalej sam” (Fisz Emade Tworzywo)

Jasna rzecz, że to jest film, którego nie może nie obejrzeć ktoś, kto lubi Wrocław. Bo miasto pięknie się prezentuje, nawet jeśli mrocznie. I z lotu ptaka, i z bliska. Da się rozpoznać scenerię, ale też nie jest tak, że film folderuje miasto turystom. 

I żeby do końca nie zdradzać, czego dotyczy śledztwo i dokąd prowadzi, powiem tylko, że epizodziki też pamiętam i są świetne. Na przykład scena z tatarem na śniadanko, gdy Warski doradza jajko, a Kuntz go raczej nie chce. Albo gdy Warski z Rudzkim o diable gadają – pierwszy sugeruje, że szef chóru ma go chyba pod skórą i pewnie jest ich dwóch (schizofrenicznie), a drugi imputuje Warskiemu, że siedzi w nim cały Legion. Wiele smaczków. Z samolotem do Rzymu, co leci na północ, czyli w najwłaściwszym kierunku.

Skoro o filmie więcej mówić nie chcę (bardzo go zarazem polecając), to może o książce? Pewnie za chwilę tajemnica bardziej się rozjaśni, bo dziś jeszcze trzeba było tropić. Otóż odpowiednikiem filmu jest książka o tym samym tytule, która o miesiąc poprzedziła premierowy seans. Napisał ją Adam Forman, który nie istnieje. A ściślej: istnieje jak ten diabeł w kilku wcieleniach. Reklama Agory odsłania kilka twarzy, z których każda mówi: Adam Forman to ja, a książka jest o tym. Czyżby taki był podział pracy, że każdy zajął się innym aspektem? Więc zacytuję, dziwiąc się niezmiernie, jak to jest, że czterech facetów pisze jedną książkę, w dodatku – sądząc po filmie – sensowną.

Można posłuchać i popatrzeć TUTAJ:

  1. Mariusz Gawryś: „To książka o milczeniu i próbie przebicia się przez to milczenie”.
  2. Piotr Głuchowski: „To historia o gniewie i zemście, ale także o wybaczeniu”.
  3. Maciej Strzembosz: „To książka o przeszłości, która powraca i przynosi zbrodnię”.
  4. Paweł Goźliński: „To opowieść o tym, jak wniknąć w ludzką osobowość i wykorzystać ją dla własnych celów”.

wywrotka

„Życie często rozgrywa się w dwóch setach: najpierw cię usypia, dając ci złudzenie, że nad wszystkim panujesz, a w drugiej części meczu, gdy widzi, że jesteś już rozluźniony i bezbronny, przypuszcza kolejny atak i niszczy cię do szczętu”.
(Virginie Despentes, Vernon Subutex. Tom 1)

Jedna rzecz to to, że tyle mam w głowie tekstów, filmów, o których chciałam napisać, że już mi się mieszają. Nie wszystkie motylki wkłuję do gablotki, niektóre będą sobie fruwać dalej. By nie pozwolić na ulotnienie się zbyt wielu, sięgnę po trik łączenia w grupy, a co za tym idzie: obcinania co nie pasuje i wybiórczego koncentrowania się na tym, co wspólne. 

Druga rzecz – no nie wiem, wierzyć w znaki? Dlaczegóż to gdzie nie spojrzę, tam wywrotka? Temu się kończy miłość, tamtemu zdrowie, komuś innemu praca. Niektórym wszystko naraz. Mam ochotę zapakować się w zbroję ze stali nierdzewnej, by mnie nie dźgnęło. A różne znaki na ziemi i na niebie przemawiają złowieszczo. Do siebie brać, czy wyluzować? Bohater powieści Virginie Despentes (którego wezmę pod lupę kiedy indziej), po 25 latach prowadzenia sklepu muzycznego „Rewolwer” ląduje na bruku. Ma na karku cztery dychy (prawie pięć), w oczach błysk, w głowie historię rocka, w „adresowniku” namiar na dziesiątki kumpli i setki eksprzyjaciółek, a mimo to: ulica i to nie każda, bo nie ma samowolki w świecie bezdomnych. Mówi się, że ZMIANA to wartość sama w sobie – szansa, wyjście ze strefy komfortu, wyzwanie. Eeee… No, też mi, ale gdzieeee… Naocznie widać, że nie każda zmiana dobra.

„W obliczu katastrofy Vernon trzyma się pewnych zasad: zachowuje się jak facet, który nie zauważył niczego szczególnego. Patrzył, jak wszystko wokół zapada się w zwolnionym tempie, a potem proces destrukcji uległ przyspieszeniu. Postanowił jednak być obojętny i zachować fason.”

W najlepszych z obejrzanych w sierpniu filmach zachodzi analogia.

Komuna

Anna (Trine Dyrholm) jest dziennikarką telewizyjną, piękną, spełnioną 40-letnią kobietą. Z mężem i córką przy boku, i jeszcze z dużym domem, który mąż właśnie otrzymał w spadku. Dom tak ogromny, że zginęliby w nim we troje, więc Anna – mająca chęć na coś nowego – rzuca pomysł: załóżmy komunę. Na plakacie doborowe towarzystwo, pod jednym dachem dzielące się posiłkami, organizacją codzienności i mniej lub bardziej spektakularnymi przypadkami, które podsuwa im los. Anna w środku, w niebieskim golfie, promienna. 

Nie da się oddzielić tego, co przydarzy się jej rodzinie, od tego, co wydaje się tematem głównym filmu Vinterberga (komuna). Zniknęła gdzieś prywatność, możliwość ukrycia przed światem bólu, wyjścia z foremki radzącej sobie ze wszystkim dojrzałej kobiety. Ani poryczeć w poduszkę przez tydzień, ani zapić do imentu, ani potrzaskać talerzy i kubków, bo bractwo przecież musi na czymś jeść. W pracy też lustra, kamery i milionowa publiczność. 

Na czym polega wywrotka? Ano na tym, że mąż się zakochał. W dwudziestolatce, podobnej do Anny jak kropla do kropli, tylko oczy ma piwne, nie niebieskie. I lat o dwadzieścia mniej. Proszę sobie wyobrazić taką scenę, gdy siedzą obie na ławce: Anna przyjęła strategię akceptacji nieuchronnego, więc próbuje polubić Emmę, która też z szacunkiem wyznaje: zawsze panią podziwiałam, OD DZIECKA (!). Nawiązuje do tego, że od berbecia oglądała ją na szklanym ekranie. Dziecko wyrosło i zabrało jej faceta, cóż. Jeden domownik więcej. Wywrotka w miłości pociąga za sobą kilka innych, bo nieszczęścia chodzą jak nie w parach, to stadem. 

Mniejsza o perypetie, zatrzymam się na jedne scenie: Erik wyznaje Annie, że jest jakaś „ona”, że coś się zmieniło. Noc, bliskość, niczego niepodejrzewająca Anna, bezpieczna przy Eriku i odprężona. Erik gnieciony w środku dyskomfortem sytuacji. Anna w samym centrum katastrofy. Jak reaguje? A jak może zareagować? Ma zamienić miłość w nienawiść? Założyć mundur asertywnej mścicielki? Rozpłakać się i zaklinając rzeczywistość, oczekiwać, że wyznanie było żartem? Szantażować? Nie wiem, co jeszcze mogłaby zrobić, ale robi to, co doskonale rozumiem. Z kosmiczną empatią wspiera Erika, któremu jest niezręcznie. Przecież nadal go kocha i jeśli wszystko się zmieni, to jedno nie. Jakby problem był wciąż czymś wspólnym, co ich łączy. Erik natomiast właśnie zrzucił z serca stukilowy głaz. Leciutko mu się zrobiło, więc ciągnie dalej: wiesz, ale nie będę mógł z tobą spać. Uważam, że to kluczowa scena filmu.

Wszystko, co dalej wydarzy się Erikowi i Annie zostało rozpisane w tej wymianie zdań. To, że Erik uwierzył, że to się dzieje poza nim, że „zakochało mu się” i w sumie: i szczęśliwy jest, i biedny, bo przecież znokautować Anny nie chciał. To, że coraz śmielej będzie wprowadzał Emmę w swoje życie, już nie wnikając w emocje Anny. To że uwierzyli oboje w dojrzałość Anny, nie biorąc pod uwagę, że strata miłości (jeszcze w tym momencie nieuświadomiona, więc w stanie hibernacji), będzie destrukcyjną torpedą. Nie do udźwignięcia. Chyba że… zacznie się coś naprawdę od nowa. Tu sytuacja przypomina drugi film: Co przynosi przyszłość. Rzecz w tym, że „nowe” nie oznacza tu nowej oferty (miłości, pracy, pomocnej dłoni), lecz decyzję, by ruszyć bez asekuracji w coś, co wydaje się pustką (oby nie). Komuna to film Trine Dyrholm, dostała za rolę Anny Srebrnego Niedźwiedzia. Absolutnie zasłużenie.

Co przynosi przyszłość

Nathalie ma lat mniej więcej tyle co Anna. Uczy filozofii francuskich licealistów. Tak jak jej mąż, z którym dogadują się od lat. W jej życiu wiele jest punktów stałych, niekoniecznie wygodnych, lecz zaakceptowanych i przyprawionych tym, co lubi najbardziej. Bo Nathalie wie, co lubi. Wie, co myśli, co jest dla niej ważne. Gdyby się pogubiła, wiedziałaby, od czego zacząć rozpoznanie. 

A konkretnie: lubi uczyć i łączyć filozofię z życiem. Ma dwoje dzieci, które wyfruwają z gniazda i którym daje dużo wolności. Jest na każde wezwanie swej chorującej na depresję matki. Przewidywalność to – rzecz jasna – pozory, bo ani prywatność, ani świat wokół Nathalie nie zastygają w jednej formie. Mąż odejdzie do innej. Jedno po drugim zobowiązanie zamieni się w wolność, która może ciążyć, może przynosić lekkość. Nathalie umie ją unieść.

Bardzo mi się ten film podobał (obejrzałam dwa razy), ale nikogo nie namawiam, nie zapewniam, że fajny, że ma takie nie inne przesłanie. Wiele zależy od tego, jak łączy się epizody i jaką nadaje się im wagę. Tym, co scala tę historię jest postać. Można powiedzieć: rola Isabelle Huppert. Nie mogłam oderwać oczu od drobnej, dynamicznie przemieszczającej się, wciąż będącej w drodze Nathalie. Jest niejednoznaczna, wcale nie wiem, czy dobra z niej córka, matka, żona czy wcale nie. Nauczycielką jest świetną, zdecydowanie. Nie muszę jej oceniać. Fascynuje mnie spójność, wierność sobie. To, że wywrotka, choć sporo jej zabiera, nie niszczy jej. 

Jest wytrącona z równowagi: śmiercią matki, słowami męża, nadszarpnięciem zawodowej pozycji, rozbieżnością w podejściu do życia jej ulubionego ucznia. Jest krucha. Jeśli mówię, że zna odpowiedzi i umie podjąć decyzję, to powinnam dodać, że jej odpowiedzi są otwarte. Swoją drogą: odważnie (po francusku) reżyserka aplikuje widzowi sporo cytatów z filozoficznych ksiąg. Zwróciłam uwagę szczególnie na ten odczytany podczas pogrzebu. O niepewności, która jest kwintesencją ludzkiego życia. O ile łatwiej byłoby wiedzieć coś na pewno. Tymczasem żyjemy wśród przypuszczeń i założeń – gdy chodzi o to, czy istnieje Bóg (wspomniany cytat) lub gdy pytamy, co jest trwałe, co przelotne.

I pomimo tej kruchości, niepewności i braku podpórek Nathalie wcale nie zawalił się świat. Siła w tym, że akceptuje zdarzenia i niezwykle szybko przechodzi do działania. Coś zakończy, przetnie, postawi kropkę. Do niczego się nie nagina. Nie szuka nowej miłości, nie angażuje się w żaden ruch, by zagłuszyć samotność. I właśnie w ten sposób przychodzi do niej przyszłość. Odsłaniając tylko tyle, co jest teraz.

Też Srebrny Niedźwiedź z tego roku, dla reżyserki. 

Co przynosi przyszłość (L’avenir), reż. Mia Hansen-Løve, Francja 2016
Komuna (
Kollektivet). reż. Thomas Vinterberg, Dania, Szwecja, Holandia 2016