Wołyń (cz.1. i 2.)

Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2016

wolynNie sądzę, bym umiała i bym chciała pisać miarodajną recenzję o Wołyniu. Dlatego kilka podejść- impresji.

część 1 (tuż po seansie)
Wszystkie filmy Smarzowskiego oglądam tylko raz. Zawsze wydaje mi się, że wrócę. Tym razem od początku wiem, że powtórki nie będzie. Nokaut. Zobaczyć raz, zapamiętać. Analizowanie niuansów nie wchodzi w grę. Czy tu w ogóle są niuanse?
I tak jak przy Róży gotowa byłam do upadłego powtarzać, że mimo okrucieństwa, jest to film o miłości, tak podobną etykietę na plakacie Wołynia uważam za nadużycie.

Film o fanatyzmie, o nienawiści, którą ktoś roznieca, która wymyka się spod kontroli i urasta do pandemonium. I ta nienawiść ma swe źródło w chorym patriotyzmie, w zmanipulowanym poczuciu krzywdy, która domaga się rewanżu. Demony zła zerwały się z uwięzi i cwałują.

Temat rzezi wołyńskiej ma taką siłę, że niczego nie kwestionuję. Oglądałam w emocjonalnym klinczu. Jestem przemaglowana, lecz nie bezkrytyczna. Choć każde słowo krytyki brzmi trochę jak bluźnierstwo, to jednak od tego zacznę. Niewątpliwie – jak mówią – film bez precedensu i temat doniosłości wielkiej. Ale. 

W centrum opowieści jest Zosia Głowacka, Polka. Zakochana w Ukraińcu, poślubiona Polakowi. Tak zdecydowali rodzice. Jeszcze wtedy mogło być inaczej. Film rozpoczyna sekwencja scen z wesela starszej siostry Zosi, Heli, której małżeństwo z Ukraińcem pobłogosławiono. Mimo zaszłości i uprzedzeń, mieszane związki były wtedy możliwe, bo przecież sąsiedzkie. Jest końcówka lat 30. Wojna uruchamia zło i potęguje nacjonalizmy. Na rozkręcający się terror i horror patrzymy – prawie przez cały czas – oczyma Zosi. Ale Michalina Łabacz to nie Agata Kulesza. Jest cudowna jako zakochana dziewczyna. Później za dużo kładzie się jej na barki. Może tak ma być, bo to, co się dzieje nie jest na niczyją miarę. Zosia po prostu jest. A groza ją osacza. Jednak gdy na moment do głosu dochodzi Arkadiusz Jakubik (albo Jacek Braciak), przypominam sobie, czym jest aktorstwo. Gdy Maciej (Jakubik) wraca do domu z kampanii wrześniowej, cudem unika odarcia ze skóry. Patrzy z ukrycia na to, co Ukraińcy wyprawiają z jednym z podległych mu żołnierzy. A potem ma takiego stracha, że trzy ekranowe minuty stwarzają go na nowo. Od tego momentu boję się i ja. A choć powodów przybywa i zgroza potwornieje, moja skala reagowania nie zmienia się. Nanizują mi się kolejne bestialskie sceny na sznurek, są nie do pojęcia, ale nie przebijają strachu Jakubika.

Zakładam, że postać Zosi jest wymyślona celowo (bo niewinna, bez chęci zemsty, bo kobieta, bo ktoś, kto chce tylko kochać). Tylko że jej bezwolność i to, że cud ocalenia goni cud ocalenia, prowadzić musi (?) do onirycznego zakończenia. Tak się natłoczyło zło, że tylko furtką snu można wyjść z tego piekła. Jestem nie do końca przekonana.

Natomiast bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie sceny homilii. Trzy: jedną wygłasza katolicki ksiądz (ostrzega, by nie czekać i by się nie łudzić, lecz zbroić), drugą głosi z ambony prawosławny kapłan (mądry, głęboko chrześcijański), a trzecią jego rewers – prawosławny pop-podżegacz (Ewangelią uzasadnia potrzebę oddzielenia zboża od kąkolu). Pokazują, jak to samo chrystusowe przesłanie można różnie czytać, jak go do swego użyć, jak głęboko (lub płytko) się na nie otworzyć. Również to jest tu ważne, że one są wygłaszane synchronicznie. I oczywiście to, że wskazują na rolę kościoła. Co współgra z tym, jak film mówi o manipulacji. Nienawiść wylęga się w niszy, podsycana ideologią, podbita wartościami, które przyszłym mordercom dają przekonanie o własnej cnocie. Bo jesteśmy „zapalni jak słoma”. Tak wtedy, jak zawsze.

część 2 (doba po seansie)
Tego filmu się z głowy nie przepędzi. Wyświetlają się niepokojące sceny.

1.  Zamówiłam reportaż Szabłowskiego. Przecież trochę wiem, ale po obrazie Smarzowskiego „trochę” to za mało (W.Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy).

2. Nie dość, że skala tej rzezi jest piorunująca, że dokonała się między ludźmi, którzy się znali i lata całe żyli obok siebie, że ich dzieci bawiły się ze sobą, że tańczyli na polsko-ukraińskich weselach… to jeszcze ta wymyślność zadawanych cierpień. Wykłute oczy, rozerwane ciała, dzieci płonące w snopkach zbóż, ucięte głowy. Nie mogę się wypowiadać na temat relacji między tym jak było, a jak to wyobraził sobie Smarzowski – ale wierzę, że nie przesadził. Są wentyle i kontrobrazy, to nie jest film robiony po to, by widza zmaltretować.

3. W wywiadzie ze Smarzowskim uderzają mnie dwie sprawy:
a) potrzeba mówienia o filmie i obawa, by nie zmanipulowano wymowy – by nie zobaczono w nim jednostronnego potępienia Ukraińców. Ten lęk odczytał w Smarzowskim Marcin Meller. Reżyser potwierdził, dodając, że wiele się zmieniło od czasu, gdy zabierał się za film. Aura nacjonalizmów wszelakich jest dużo gęstsza, więc o manipulację łatwiej.
b) na pytanie, czy została w nim trauma po zetknięciu z tematem Wołynia, Smarzowski zastrzega, że nie może mówić o własnej traumie (rozłożonej na kilka lat i przychodzącej jednak z zewnątrz), skoro wie o ludziach, którzy doświadczyli jej, będąc w centrum i żyli, nie mogąc jej zneutralizować. Będę to miała w głowie, gdy usłyszę, że czyjaś wrażliwość (?) nie pozwala mierzyć się z oglądaniem okrutnych scen. („Znam to tylko z opowiadań, ale strzegę się tych badań, bo mi psują myśl o polskiej wsi. To byli jacyś psi”. – Wyspiański)

4. A jednak – jeszcze raz – gdy zestawiam Michalinę Łabacz i grającą epizod Gabrielę Muskałę to podziw mam dla Muskały. Pamiętam epizod z nią lepiej niż którąkolwiek z reakcji głównej bohaterki. Chyba że tak miało być: że Zosia Głowacka to oczy, które widzą i pamięć, która zbiera obrazy, nie uzewnętrzniając swojej przemiany. No, dziwne.

5. Symetryczność krzywd. W filmie dominują obrazy, w których ofiarami są Polacy. Proporcjonalnie więcej uwagi poświęca się mordom czynionym przez banderowców. Ale preludium i wątek ukazujący los Heli podważają wszelkie oskarżenia o jednostronność. Gdy podsłuchujemy rozmowy, w których Ukraińcy skarżą się na wyzysk ze strony „Lachów”, gdy narasta w nich fala niezgody, a my już wiemy, że ona się rozleje – to można poczuć przerażenie nieobliczalnością skrzywdzonych. Tym, że nie wystarczy im walczyć o swoje, będą potrzebowali zemsty. Przeraża też to, jak długo ludzie nie biorą tej zemsty pod uwagę, jak się uspokajają, że „aż tak źle nie będzie”. Nacjonalizmu – jeśli nie powstrzyma się go w zarodku – nie zatamuje żaden argument ani ból.

Unikam opisywania scen, więc tylko zasygnalizuję, że jedną z tych, które zadziałały najsilniej, była zemsta za zemstę. Odpowiedź Polaków na cierpienie, którego zaznali. Może dlatego, że dotknęła tych, którzy – zdawało się – będą na w strefie pomiędzy (no man`s land) jako polsko-ukraińskie małżeństwo. Albo dlatego, że uświadamia, jak zło zaraża ofiary? I że tego rodzaju katastrofy są jak kaskada, która nie ma końca. Chciałabym, oczywiście, wierzyć, że ma jednak koniec i że blizny znikają. Ale nie wiem.

Reklamy

11 thoughts on “Wołyń (cz.1. i 2.)

  1. PawełW

    To nie ironia: wyszedłem z kina i pomyślałem „cholera, jedyni pozytywni bohaterowie to pluton SS…..”. Zastanawiałem się czy Smarzowski powie, uzasadni wiarygodnie „DLACZEGO”. Udało Mu się. Paradoksalnie to samo działo się w czasie zaboru pruskiego w Wielkopolsce: ziemię nie kupują autochtoni, dostają ją koloniści. Wyszynk wódki, ulgi podatkowe to dla Obcych. Myśmy odpłacili w 1918 roku powstaniem. Ukraińcy – ‚Wołyniem’. Różnica wynika z różnic cywilizacyjnych: tu Zachodnia Europa – tam Azja,

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Dlatego sobie sięgnę po „Sprawiedliwych zdrajców”, żeby kilka przebłysków znaleźć. Bo to reportaż, którego bohaterami są ci, którzy pomagali. W filmie też są, ale pomoc na niewiele się zdaje.
      Też tak to widzę, że stosunkowo wiele jest o przyczynach. Przywilejach, pogardzie, hierarchii, niszczeniu cerkwi etc. Uderzyło mnie, że bardzo bezpośrednio – jeszcze przed eskalacją konfliktu – mówi się o tych różnych sortach obywateli: tu „Żydki”, tam Ukraińcy (zapomniałam słowa, które ich określało). Niby poprawność polityczna może nużyć, ale gdy znika, zbyt szybko się sankcjonuje segregowanie ludzi.
      Jakoś mnie zaskoczyłeś tym zestawieniem wielkopolskiego zrywu z rzezią. I tą Azją, bo mi to przez głowę nie przeszło i nadal dziwnie brzmi.

      Ale to wesele rozpoczynające film to piękna sprawa. :)

    2. PawełW

      Żydki i Chachoły…O Wołyniu usłyszałem najpierw od Dziaków w latach 70-tych. Wojnę spędzili w okolicach Lubartowa gdzie docierały niedobitki z Wołynia. Potem wiele o tym czytałem, głownie bibuły.Ale co innego czytać, nawet o najokropniejszych rzeczach a co innego zobaczyć. A to się Smarzowskiemu udało znakomicie.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Chachoły…
      Aż nie wierzę, że można po tym filmie mieć jakiś „stabilny” odbiór. Kotłuje się. Na pewno ważna sprawa, że film powstał i że zrobił go Smarzowski. Po Róży i Wołyniu urasta do specjalisty od obolałej historii. Świetnie, że jest. Ja mam blokadę na pisanie o Wołyniu wprost. Dlatego tak naokoło i po kawałkach. I właśnie mam potrzebę, by sobie raz jeszcze „uporządkować” ten temat. Teraz za pomocą słowa pisanego, bo obrazy w tyle głowy. Tego rodzaju filmy uruchamiają lawinę publikacji, jakichś nowych podejść do starej (niezabliźnionej i mającej reperkusje) sprawy.

  2. kornwalia

    Też bardzo na mnie zadziałała scena z przeplataniem się kazań dwóch popów, to był świetny zabieg. Dlatego jakoś mnie to osobiście ubodło, gdy w jednej z recenzji bodaj na filmwebie jakiś dziennikarz określił to mianem kiczu… No jakby ktoś podważył moją zdolność do ocenienia filmowego obrazu :( Przecież to był świetny pomysł i właśnie takimi drobinkami Smarzowski może się wybronić z zarzutów, że zrobił film o złych Ukraińcach i dobrych Polakach.
    Pamiętam, że po seansie miałam różne zastrzeżenia, ale ponieważ film przyczynił się do wielu dyskusji i ciągle do niego wracaliśmy w rozmowie, a ja ciągle go trawiłam, to podniosłam mu ocenę do 8.
    To ciekawe co reżyser powiedział o swojej traumie, nie wiedziałam tego, zaimponował mi skromnością.
    A tę książkę zanotowałam sobie kilka dni temu, chcę ją kupić komuś w prezencie.
    Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      U mnie też osiem. Notka na blogu trochę mi się chyba posypała. Ale świadomie zrezygnowałam z gładkiej i całościowej recenzji, bo film się wchłania na raty. Miała być jeszcze część 3., z dystansu. Państwo recenzenci może muszą tak oceniać, żeby było widać, że wiedzą, co można by zrobić lepiej. I jeszcze, że oni wiedzą, że ktoś to już zrobił przedtem (że wszystko już było, a oni widzieli). Więc dobrze sobie recenzentem rasowym nie być.
      To tak ironicznie. Daję przyzwolenie, ale nie lubię, gdy się mówi, co zrobiłoby się lepiej. Zawsze można zrobić swoje i poddać ocenie innych, prawda? A nie tylko zawodowcy, również amatorzy w rozmowach często w ten ton wpadają (podszywając się pod przeczytane recenzje-wyrocznie). Film Smarzowskiego jest taki, jak sobie go obmyślił Smarzowski.

      I tak jak mówisz, są w nim wątki wprowadzające inną perspektywę, rozmywające granice między białym a czarnym. To się w stu procentach udać nie mogło. Bo nie sposób dzielić winę równo pół na pół. Niezbyt to sprawiedliwe. I byłoby mdło. To nie jest zadanie Smarzowskiego, by wszystkie racje uwzględnić i naświetlić. Historyk może to sobie stawiać za cel. Artysta jest skazany na selekcję.

      Scenę przeplatanych homilii nadal doceniam. Żadna łopatologia. Świetnie, że to się dzieje równolegle.
      Pozdrawiam, Kornwalio :)

    2. kornwalia

      Wiesz, czuję się trochę wywołana do tablicy. Bo nie odmawiam krytykom filmowym prawa do oceniania i mówienia co można zrobić lepiej :) Sama oceniam książki i nie unikam krytyki, konkretnych zarzutów, skoro coś jest wystawione na widok publiczny pod ocenę właśnie, to czuję się do niej uprawniona. Sama mam też kilka zarzutów co do „Wołynia”, choć natury głównie technicznej (montaż i dźwięk). Co mnie tak ubodło w tej uwadze krytyka odnośnie wiadomej sceny to to, że nazywa ja kiczem, ale w sumie czemu? Nie wiadomo. Znaczy, że to zbyt prosty podział? Czarno-białe postaci i tym samym niewiarygodne? Ale jakby to lepiej można było przedstawić tego właśnie nie wiem, bo na pewno byli tacy i tacy duchowni, to co, miał ich pokazać w większej liczbie, żeby to za kiczowate nie zostało uznane? Dla mnie to było niesprawiedliwe po prostu.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      No, krytykę każdy uprawia według własnych kryteriów (reguły płynne). Dlatego niektóre głosy ważą dla mnie więcej, niektóre mniej. I może być, że dla kogo innego odwrotnie. Ale to grząski temat. Tyle dodam, że krytyka może krytykować. ;) Ja się zazwyczaj wsłuchuję w to wytykanie mankamentów i bywa, że mnie to prowadzi na manowce. Nie dotyczy filmu a czyichś wyobrażeń nt. tego, czym film mógłby być, gdyby był całkiem inny. I to jest ta gdybologia, której nie lubię. A nie lubię zwłaszcza w bezpośredniej wymianie zdań, gdy np wymieniam się poglądami na temat tego, co próbuję zrozumieć i dostaje ripostę, że jakby zmienić temat, bohatera i gatunek, to byłoby lepiej. No jak?! To by było po prostu coś z goła innego. Oj, za szerokie to i na sucho trudno o precyzję. Zwłaszcza, że się nie zażegnuję, że mnie się takie manowce nie zdarzają.

      A przeplatanka homilii podoba mi się właśnie dzięki tej mocnej konfrontacji. Bo tu nie chodzi o to, że każdy kapłan jest inny i że można ich cieniować psychologicznie. Kontrast wydobywa istotę rzeczy: że kościół ma w sprawach odwetu wiele do powiedzenia, że to, co mówi ma mocne reperkusje i że wychodząc z tego samego (Biblia), dochodzi do różnych nauk. I że one mogą ocalać i mogą też inspirować zło. Księża są tu znakiem, nie postaciami o jakimś indywidualnym rysie.
      Gdyby było jak nie jest, to może te niuanse by się przydały. Ale jest jak jest i nie są potrzebne.
      ;) Swoją drogą, to musi być ciekawe doświadczenie: poddawać swoje dzieło krytyce i interpretacji. Odwieczne prawo i mus. Ale znieść konfrontację swojej wizji z tym wszystkim, co inni wyczytują, to na pewno doświadczenie skrajne. Od ubogacenia po ogołocenie.

  3. czara

    Tamaryszku, dzięki, że jesteś wciąż i że Twoimi oczyma mogę odbierać te ważne filmy. Temat mi nie jest obcy, choć film (jeszcze?) nieobejrzany. Myślisz, że naprawdę trzeba wchodzić w jądro ciemności, żeby coś zrozumieć? Odniosę się do tego fragmentu tekstu:
    „b) na pytanie, czy została w nim trauma po zetknięciu z tematem Wołynia, Smarzowski zastrzega, że nie może mówić o własnej traumie (rozłożonej na kilka lat i przychodzącej jednak z zewnątrz), skoro wie o ludziach, którzy doświadczyli jej, będąc w centrum i żyli, nie mogąc jej zneutralizować. Będę to miała w głowie, gdy usłyszę, że czyjaś wrażliwość (?) nie pozwala mierzyć się z oglądaniem okrutnych scen. („Znam to tylko z opowiadań, ale strzegę się tych badań, bo mi psują myśl o polskiej wsi. To byli jacyś psi”. – Wyspiański)”
    Tu pan Smarzowski nie do końca ma racje, ponieważ istnieje niestety zjawisko traumy międzypokoleniowej. I akurat w Polsce, w dzisiejszych czasach, jest jeden z najwyższych odsetków ludzi, którzy na tę traumę cierpią – tyle lat później, niosą tę wojnę w sobie, jak cierń, nawet o tym nie wiedząc, bo skąd, przecież nigdy jej nie doświadczyli. Niestety właśnie różne strzępki historii i obrazów, które doszły do nas od tamtych pokoleń, którzy tej traumy, nie mieli możliwości „zneutralizować”, jak to Smarzowski ujmuje, to one przenoszą się z naszych dziadków i rodziców, na nasze dzieci. I tej traumy nie można też panie Smarzowski bagatelizować. Wyjaśnię jeszcze, że jedyny sposób na „neutralizowanie” tych traum, to właśnie stawienie im czoła i mówienie o nich, stąd nie chcę, żeby moje słowa były zrozumiane, że jakoby to takie filmy tę traumę przenosiły, wręcz przeciwnie. Mimo to, jednak nie negowałabym faktu, że tak drastyczne obrazy (które tylko wyobrażam sobie) nie są po prostu dla wszystkich oczu.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Tak. Trafna uwaga. Lęki naszych przodków mamy w żyłach. Nie wiem, czy ja mam. Czy to tylko dotyczy sytuacji ekstremalnych, czy także tych w skali mikro.
      Polacy mają gen cierpienia, więc przekazują go silniej niż jakikolwiek inny gen. Tak obstawiam.
      To już nie powtarzam za Tobą, ale przytaknę, że słuszne rzeczy mówisz.
      Ale jest jeszcze inny sens wypowiedzi Smarzowskiego. Ten mianowicie, że można unikać konfrontacji z tematem, przypisując sobie wrażliwość, która na to nie pozwala. Albo koncentrować się na bólu tej konfrontacji jakby on był co najmniej równy bólowi tych, którzy mierzyli się z tematem bezpośrednio. I nie mogli zmienić kanału na bardziej rozrywkowy.
      Właściwie nie uważam, że każdy musi się mierzyć z Wołyniem. Musieć nie musi. Tyle rzeczy obchodzimy mimo, że i to jest dopuszczalne. Ale mierzyć się warto. Bo – jak mówisz – to może leczyć. A jeśli już się nie mierzyć, to przynajmniej nie mówić, że to z powodu delikatności własnej.

      Czaro, no jestem jakoś.. jakby.. tak trochę mniej. Na dwoje babka wróżyła. Ty bądź, to mnie się też zachce być. :)

    2. czara

      Ależ mnie motywujesz;) Ja chyba rozumiem co Ty i Smarzowski (ależ towarzystwo;) chcecie przekazać. Też mnie ostatnio denerwują ludzie, którzy nie chcą się zajmować „smutnymi” tematami, ci to z tych „ja się tym nie interesuję, ja na to nie mam wpływu, to było dawno, nie lubię o tym myśleć”. Podejrzewam, że to ta sama kategoria.
      No to bądźmy;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s