Archiwa miesięczne: Grudzień 2016

Cybulski. Podwójne salto

cybulski-podwojne-salto

KSIĄŻKA

Święta z Cybulskim. Zjawił się pod choinką i roztoczył charyzmę. Trudno powiedzieć, by go kiedyś nie było. Kto raz widział Popiół i diament, ten o Cybulskim pamięta. A teraz okazje do przypomnień są szczególne. Niebawem (8 stycznia) minie pół wieku od feralnego skoku do pociągu. Cybulski był tuż przed czterdziestką. Nie zestarzał się, w pamięci pozostanie Maćkiem Chełmickim. Postacią, która dała mu sławę i kompleksy. 

Druga okazja, by pamiętać i na nowo odkrywać Cybulskiego to świetna książka Doroty Karaś. Biografia reportażowa – zasłyszany termin, uważam, że trafny. Nie jest to klasyczna monografia. Żywioł reportażu dostrzec można choćby w klamrze tworzonej przez pierwszy i ostatni rozdział. Oba noszą tytuł „Pociąg”. Chodzi o „ten” pociąg (Wrocław – Warszawa, 4.20) i wszystkie inne, do których wskakiwał spóźniony Cybulski. Ale też o pociąg, którym na pogrzeb do Katowic zjechała stolica i którym odjechała. „Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że jedziemy na pogrzeb najwybitniejszego Polaka” – zaczepiła Kalina Jędrusik ówczesnego ministra. W drodze powrotnej przytaknął. A przecież nie żegnali świętego. Cybulskim niejeden był znużony, zmęczony intensywnością, zamaszystością, nieustannym utrudnianiem rytmu pracy, jego własnym zmęczeniem sobą. Jakoś scalała się w nim jasność i mrok, siła przyciągania z odpychaniem.

Jak na reportaż przystało zaczyna się od „śledztwa” w sprawie podwójnej ceremonii pogrzebowej, wydłużonej trasy na cmentarz, budzika na grobie i fotografii, które to uwieczniają. O Cybulskim sporo wiemy. Ale Dorota Karaś szuka rozmówców, czyta, dopytuje na nowo, sprawdza naocznie. I naprawdę niejedno odkrywa. A czas goni i był to chyba ostatni moment, by spotkać świadków życia i rówieśników Cybulskiego. Autorka pracowała nad książką dwa lata. Przy wielu rozmówcach dopowiada, że już odeszli. Niedawno syn Cybulskiego i jego najważniejszy reżyser. W rozmowie w Tok FM, zapytana o selekcję materiału, stwierdza, że najradykalniej cięła anegdoty. Bardzo doceniam. Zwłaszcza, że Podwójne salto nie jest ich pozbawione, a wyobrażam sobie jak łatwo tu o przedawkowanie. Inna rzecz, że każdy rozdział rozpoczyna się cytatem z listu od wielbicieli, czystą groteską w roli kwiatka do kożucha. Szczególnego sensu w tym nie ma, wdzięk – owszem. Ulegam tej samej pokusie:

„Szanowny Panie Zbyszku (…), chcemy się dowiedzieć, gdzie mamy się udać, aby zostać czymś w rodzaju jakiejś aktorki, czy trzeba mieć ukończone LO, czy dałoby się bez tego (…). Nie mamy nadziei, abyśmy mogły zrobić karierę tak prędko jak Claudia Cardinale”.  „Szanowny Panie! (…) Zamieszczony autograf na zdjęciu nie zadowala mnie, ponieważ kolekcjonuję autografy i pisma oryginalne, a nie fotokopie”.

CYBULSKI

Co mnie zaskoczyło lub co dotarło do mnie ze szczególną intensywnością:

1. Ziemiańskie pochodzenie Cybulskiego. Myślałam, że – jak Maciek Chełmicki – był warszawiakiem z krwi i kości. Tymczasem jego genealogia sięga kresów. Majątek dziadków leżał nad rzeką, na której drugim brzegu rozciągała się Rumunia. Zasobność, koneksje, przywiązanie do tradycji. Jedynie pradziadek-Ormianin pasował do wizerunku, do typu urody pana Zbyszka. Jasne, że takim rodowodem nie było co się po wojnie afiszować.

Tu ciekawa jest postawa Cybulskiego wobec oficjalnej linii politycznej. Nie był w żadnej kontrze, raczej ponad ideologią. Przyjmował ją chyba tak, jak się diagnozuje smog, niby niezdrowy, ale do szafy się przed nim chować, byłoby stratą czasu. Studia rozpoczął w 1949, wraz z dyktatem socrealizmu. I znów – choć obyczajowość jego pokolenia trudno określić mianem konserwatywnej, to jednak zawsze bardzo się liczył z religijnością i zasadami rodziców.

Dwunastoletni Zbyszek wraz z bratem Antonim zostali na początku wojny rozłączeni z rodzicami. Otrzymali wiadomość o ich śmierci, a potem – po siedmiu latach – odnaleźli się. Dziewiętnastoletni Zbyszek pisze do nich listy, przygotowuje rodziców na to, kim się obaj z bratem stali. Niesamowite, jak bezpośrednie i szczere (s.75). Podobno również później, gdy jako dorosły wracał do domu, z matką zdarzało mu się przegadać całą noc.

2. Zdziwiła mnie wszechstronność działań, zwłaszcza w młodości. Był roztrzepany, spontaniczny, o skłonnościach do idealizacji. Czytał i dawał w prezencie Małego Księcia. Jakim cudem potrafił być zarazem super zorganizowanym twórcą drużyny harcerskiej (w Dzierżoniowie), odpowiadać za istnienie teatru Bim-Bom, dbać o swych aktorów jak najlepszy opiekun (narzucający gdy trzeba morderczy rygor) – tego nie pojmuję. Z tej wszechstronności, oczywiście, najbardziej przypadł mi do gustu epizod trójmiejski, czyli czasy teatrzyku Bim-Bom.

3. Miłość do sportu. Nieodwzajemniona. ;) Miał taką idée fixe, że aktor potrzebuje sportu jak ryba wody. Sport uruchamia ciało, daje naturalność ruchu, wspomaga grę, jakby oczyszcza kanał improwizacji. Zarządzał, by wszyscy (w jakikolwiek sposób mu podlegli) stawali do zawodów. Sam był pierwszy na starcie, ostatni na mecie. Może upodobanie do szermierki nie budzi moich zdziwień. Zabawne natomiast jest to, że kochając sport, miał mnóstwo kompleksów związanych z ciałem. Nogi za krótkie, za białe, tyłek za duży etc. Legendą stało się jego chodzenie na plażę w szlafroku, by nie odsłaniać dolnej partii ciała. Oj, wytykali mu to liczni. Zwłaszcza ci, którzy podśmiechując się z jego nie najlepszej dykcji (niewymawianie nosówek), mawiali o nim „Stary Polak z tako nisko dużo dupo”. Polskość to dla niego było człowieczeństwo, wiec chyba równie często można było od niego usłyszeć „cześć, starenia”, jak i motywujące: „Stary, bądź Polakiem!” (=okaż serce).

4. Nerwica natręctw. Zdziwiła, ale też uzasadniła impulsywność scenicznych zachowań (np. Maćka szukającego naboju w hotelowym pokoju). Wiecznie sprawdzał, czy czegoś nie zostawił, podnosił rozrzucone przedmioty. Przylgnęło to do niego tak, jak inne „mitotwórcze” gesty i rekwizyty: plecak, buty, czarne okulary, blaszany kubek z powstańczej menażki.

5. Intensywność i jej przemiany. O młodzieńczych latach Cybulskiego czyta się zachłannie, z fascynacją. Coś w nim płonęło. Żarliwość, dowcip, scalanie ludzi, bycie w dwójnasób. Jeden z rozmówców Doroty Karaś mówi, że gdy się dosiadał do towarzystwa, unieważniał dotychczasowe tematy, narzucał własny. Było to naturalne i akceptowane. Do czasu. Albo coś się w nim zmanierowało, albo pogubił się, zmęczył, staczał boje z przyklejonym wizerunkiem… Człowiek bez domu, człowiek z pociągu, uzależniony, nadużywający, mogący w każdej chwili rozwalić wszystko. Oczywiście, to uproszczenie. Nie jest tak, że białe przenicowało się na czarne. Może tych białych i czarnych nitek w osnowie było cały czas tyle samo, a po prostu wyczerpywała się percepcja otoczenia. Ktoś potrzebował snu i regeneracji… Cybulski spalał się gorączkowo: „Ty nie śpij, żyj”.

Z tej intensywności charakteru czy temperamentu brał się styl gry. Wytykano Cybulskiemu brak dykcji i warsztatu. Rzeczywiście, nie potrafił powtórzyć wyćwiczonej sceny. Za każdym razem wchodził w nią całym sobą, dodawał nowe. Dlatego film, nie teatr.

To, kim był Cybulski, zawsze będzie niepełne, jeśli nie wspomni się o ludziach z jego otoczenia. Same barwne ptaki. Upływ czasu dodaje im kolorów. 

***

Więc jeszcze raz o tym, o czym każdy wie, ale co trzeba koniecznie powiedzieć głośno. Najlepiej słowami Holoubka, w których jest odrobina patosu – kto jak kto, ale Gustaw-Konrad może sobie na nią pozwolić.

„Gdyby z ekranu naszych czasów pozostał wyłącznie on, wiedzielibyśmy o nas więcej niż z kronik wydarzeń i uczonych ksiąg”.

Może to nie najściślej moje czasy, ale i dla mnie Cybulski jest teraźniejszością dzięki kilku filmowym postaciom. Wyliczam jak on sam w hotelu Monopol, gdy zapalał kieliszki ze spirytusem (de facto z benzyną):
* wyrzucony na śmietnik historii Maciek Chełmicki z Popiołu i diamentu,
* tchórzliwy Wiktor Rawicz partnerujący Krafftównie w Jak być kochaną,
* romantycznie zakochany Jacek szukający swojej róży w Do widzenia, do jutra... (Mały Książę to ulubiona książka Cybulskiego),
Alfons Van Worden w magicznej podróży po Hiszpanii z Rękopisu znalezionego w Saragossie,
* komiczny Staszek w przygodach włoskiego żołnierza w okupowanej stolicy  – Giuseppe w Warszawie.

A jednak to były czasy…! Jak się żyło i w jakiej kompanii…!

Dorota Karaś, Cybulski. Podwójne salto, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016

Dym

Opowieść Auggiego

Dym Wayne`a Wanga i Paula Austera obejrzałam tuż przed świętami cztery razy. A zaczęło się od tego, że nie obejrzałam go na czas. Przyjaciółka prowadzi kurs „Fotografia w filmie”, jestem kursantką, staram się być grzeczna i pilna. Z trzech zadanych filmów przypomniałam sobie, niestety, tylko Powiększenie Antonioniego. Dym powinien mi wyskoczyć z pamięci, ale zatarł się na amen. Jak to tak?!

Film sprzed dwóch dekad (1995). Na rogu nowojorskiej 3. ulicy i 8. alei jest niewielka trafika, którą prowadzi Auggie Wren (Harvey Keitel). Axis mundi. Tu zbiegają się drogi, krzyżują plany i wybrzmiewają opowieści, w których co rusz ktoś inny staje się narratorem i bohaterem. 

  1. Paul Benjamin – pisarz, któremu skończyło się szczęście, gdy żona zginęła w bandyckiej strzelaninie; czekający na powrót weny.
  2. Rashid – czarnoskóry siedemnastolatek, konfabulator poszukujący ojca i okradający złodziei.
  3. Ruby – niegdysiejsza narzeczona Auggiego, z pirackim okiem.
  4. Cyrus – którego Bóg najpierw sprowadził na złą drogę, później ukarał; bezręki ojciec Rashida.
  5. Auggie Wren – właściciel sklepu z cygarami i artysta-fotograf, który codziennie wychodzi przed trafikę o ósmej rano i robi jedno zdjęcie.

Oczywiście, niejedno z tego wynika. Ja jednak o tym, co na końcu. A na końcu jest opowieść wigilijna. Paul Benjamin ma tylko cztery dni, by napisać opowiadanie. Żadnego pomysłu i warunek, żeby w tle były święta. Auggie ma propozycję: znam tony takich historii, opowiem, a ty stawiasz obiad. Wszystko będzie najprawdziwsze…

dym-paul-i-auggie

I choćby dla tej opowieści (a nie tylko!) warto obejrzeć Dym. Paul zna fotograficzny projekt Auggiego, więc to jest początek. – Powiem ci, jak zdobyłem mój pierwszy, właściwie jedyny, aparat fotograficzny. A było to lata temu…

Mówi więc o tym, jak wkurzył go nastolatek, kradnący pisma z jego sklepu (pornograficzne, uściślam). Jak go gonił, a z pogoni został mu portfel, który złodziej zgubił. I jak nie miał serca dzwonić na policję. Jak o sprawie zapomniał – do czasu. Święta odkurzają zakamarki wspomnień, więc Auggie – miał przecież adres chłopaka – wybrał się z wizytą, by dokumenty oddać. Sam spędzał święta, nic innego nie miał do roboty. Jak niespodziewanie poznał babkę chłopaka, staruszkę-dziwaczkę. I jak dwoje samotników, on i ona, różniących się tym, czym tylko można, spędziło razem świąteczny dzień. Jak ni stąd ni zowąd został posiadaczem nowiutkiego aparatu. Co może się wydawać szczęśliwym trafem, choć niekoniecznie trafem. 

Powiedzmy, że pominęłam ze dwie trzecie tej opowieści. Czuję się jak Auggie, kradnąc mu jego historię. Gdy pytanie ze startu opowieści wypełniło się odpowiedzią, obaj panowie, Auggie i Paul, nasyceni obiadem, zaciągnęli się dymem tytoniu. Patrzą sobie w oczy z uśmiechem. – Masz swoją historię – mówi Auggie. Paul uśmiecha się, łagodnie acz szelmowsko. Bo chyba uznał, że historia jest ujęta w cudzysłów. Auggie zna ich krocie i wszystkie są jego, choć żadna nie musi składać się z faktów. 

Paul Benjamin: Zmyślanie to prawdziwy talent, Auggie. Żeby opowiedzieć dobrą historię, trzeba wiedzieć, jak trącić wszystkie właściwe struny. Muszę przyznać, że należysz do grona mistrzów. (…)
Auggie Wren: Jeśli nie możesz dzielić się z przyjaciółmi sekretami, to co z ciebie za przyjaciel…
Paul: Właśnie.
Życie bez tego nic nie byłoby warte. 

Właściwe struny

auggie

W czym tkwi siła tej opowieści? Pytam, bo zgadzam się, że Auggie jest mistrzem.

Może w trickach literackiego rzemiosła? Pierwszoosobowa narracja uwiarygadnia zdarzenie. Klamra kompozycyjna (skąd mam aparat? ano stąd) i rola rekwizytu tworzą ramy i wprowadzają konkret (lejtmotyw). Zwroty akcji budują napięcie i zaskoczenie. Bohater nie jest statyczny, a to, co mu się przydarza sprawia, że rozumie więcej (lub uświadamia sobie, że czegoś nie rozumie). Jest suspens, qui pro quo, nostalgiczny epilog. No ale mistrzostwo to nie tylko receptura.

Może siła ukryta jest w emocjach?
Święta Bożego Narodzenia zderzone z samotnością. Mężczyzna bez rodziny i zapomniana przez rodzinę niewidoma 80-latka. Pomyłka (babcia bierze Auggiego za wnuczka), z której po chwili oboje zdają sobie sprawę, mimo to brną dalej, grając swe role z rozmachem. Spędzają dzień na opowiadaniu – Auggie zmyśla, co u niego słychać, babcia chwali i wierzy przykładnie w każdą fikcję. Jeśli więc więzy krwi są na niby, to więź łącząca opowiadacza ze słuchaczem jest najprawdziwsza. Bohater kieruje się dobrą wolą, lecz nie jest święty. Zrobi zakupy i podzieli się czasem. Potem nakłamie ile wlezie i ukradnie aparat. Co do emocji – cała gama. Wkurzenie, odpuszczenie, ciekawość, zaskoczenie, empatia, bliskość, trochę wstyd i zakłopotanie, trochę smutek i zgoda na kolej rzeczy.

Ale niewykluczone, że sedno tkwi w sztuce opowiadania.
Paul i Auggie, których znajomość przebarwiła się w fabule filmu na przyjaźń, przypieczętowują swą relację obiadem z opowieścią. Auggie niczego nie relacjonuje z drugiej ręki, lecz – nawet jeśli zmyśla – buduje sytuację zwierzenia (od tego są przyjaciele, by im powierzać „sekrety”). Mówi nieśpiesznie, z wyczuciem. Sam ulega wzruszeniom, do których słuchacz nie musi, ale może (!) dołączyć. Na przykład gdy opowiada o zdjęciach znalezionych w portfelu złodzieja, które rozbrajają zew sprawiedliwej kary. Dzieciak ze szkolnym pucharem, którym cieszy się jakby wygrał w Totka… Albo gdy dostrzega, że babcia, choć „wariatka”, to jednak rodzinę od obcych odróżnia, więc podjęła grę z jakiejś naturalnej potrzeby. I że choć tego wtedy nie wiedzieli, były to jej ostatnie święta. 

Opowieść zbliża i świetnie to podkreśla zarówno scena milczenia wśród papierosowego dymku, jak i robota operatora. Większość ujęć to półzbliżenia, przeplatane zbliżeniami (twarz mówiącego i twarz słuchacza). Fenomenalne jest przejście w detal: usta Auggiego – oczy Paula. Pars pro toto. Szczegół zastępuje całość. Jedna opowieść urasta do lustra, w którym jak w kropli przeglądają się inne opowieści. I samo życie. Opowieści są niezliczone i piętrowe. Czy istnieje film, który mówi o tym równie przekonująco i „naocznie” jak Dym?

Ja sobie życzę wielu mistrzowskich opowieści w nadchodzącym roku. Mogę je wchłaniać oczami lub uchem. Mogę spróbować się nimi dzielić. Bo chyba w opowiadaniu to też jest ważne, że raz się bierze, raz daje. Na cały 2017 zamawiam RÓWNOWAGĘ. W każdym temacie i pod każdym względem.

Nowy początek

Tytuł w sam raz dla mnie. I właśnie tytuł jest kluczem do opowieści Villenueve`a. Polska wersja zwłaszcza. W oryginale – Arrival – po prostu przyjazd, przybycie Obcych na Ziemię. Dwanaście kosmicznych obiektów zawisło nad dwunastoma ziemskimi obszarami. Wybór miejsc nie jest oczywisty (USA, Rosja, Chiny, Sudan etc.). Obcy! Po co przybyli? Czyżby inwazja? Są domniemanym zagrożeniem – bez względu na to, czy okażą się prymitywni czy po stokroć doskonalsi od Ziemian. Nieważne co nam chcą zabrać, na pewno coś. Z mnogości możliwych strategii i postaw – ta jedna pojawia się zawsze. Boję się, więc atakuję. Zanim jednak zabrzmi vox populi, zanim demagodzy chwycą za mikrofon (czytaj jak chcesz: za broń, media, bęben), ktoś pod presją acz spokojnie wypracuje drogę mediacji. Dlatego możliwy jest ciąg dalszy. Dlatego, że frontmenom konfrontacji nałożono cugle.arrival

Tuzin obcych obiektów. Pięknych jak kamień. Doskonale niedostępnych.
„Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie. (…)
– Nie wejdziesz – mówi kamień –
Brak ci zmysłu udziału”.
(Szymborska, Rozmowa z kamieniem)

***

Louise Banks (Amy Adams), utalentowana lingwistka  rozszyfrowuje język przybyszów. Towarzyszy jej fizyk, który ma kosmitów za język pociągnąć i zdobyć kilka technologicznych patentów. W języku tkwi sekret i nadzieja. Jest bronią i darem jednocześnie. W jednej z początkowych scen on podczytuje wstęp do jej językoznawczej książki – o tym, że  początek tkwi w języku (może inicjować spotkanie lub konflikt). Truizm? Louise mówi, że wstępy książek zawsze są pełne banału. Villeneuve ogrywa potencjalny zarzut. Skutecznie. Nie będzie truizmów. Ta historia – z nietypowym dla sci-fi rozłożeniem akcentów – jest przygodą lingwistyczną! Najpierw mozolną rozgrzewką z wyczuwaniem konstrukcji zdań pytających i oznajmiających, z podawaniem imion, ustalaniem czy wypowiedziane znaczy dla odbiorcy to samo, co dla nadawcy. A później dzieją się cuda. Nie tyle w akcji, bo ta jest dość niespieszna, co w sferze estetyki i w percepcji czasu (a każdy manewr z czasem, to działanie o rewolucyjnych skutkach!).

Po pierwsze estetyka: przybysze posługują się pismem sejsmograficznym (!). Z macek wypuszczają czarny dym, który zastyga w formie amplitud zamkniętych w okrąg. Różniących się od siebie jak płatki śniegu – niby takie same, a każdy inny. Dopóki są pojedyncze, Louise je oswaja. Wystarczy do tego otwarcie na drugiego, zdjęcie maski (kombinezonu), uważność. To, co zwykle w komunikacji. Plus dodatek ekstra: talent lingwistyczny i chyba nieświadome wejście w rolę medium. Gdy Louise zacznie śnić w nowym języku, zobaczy swoje życie w innym świetle. Słychać echo Wittgensteina. Poznając język, rozsuwasz granice świata. Język to klucz do zrozumienia tego, co wokół i tego, co w środku.

Po drugie – czas. By coś powiedzieć, słowa muszą wydobyć się z nas w określonym porządku: litera, słowo, zdanie, tekst. Gdy zaczynam pisać, nie wiem, dokąd dobrnę. Percepcja też jest procesem. I tu pulsuje źródło kosmicznej innowacji. Gdy kosmici przekazują komunikat (rozbudowane memento), czynią to synchronicznie. Wystarczą dwie sekundy. Jednocześnie pojawia się wstęp i akord końcowy. Tysiące znaków wyświetlających się naraz, choć w określonej sekwencji. Wykres rozedrganych czarnych ikonek. Oszałamiający! Tłumacz nie da sobie z tym rady dopóty, dopóki ta równoczesność nie przekoduje mu mózgu. Czas przestaje być linearny. Nie jest też w znany nam już sposób cykliczny. Czas po prostu jest: trwa teraźniejszość i – jak zawsze – tylko ją można przeżywać. Ale drgania przeszłości i przyszłości są na wyciągnięcie ręki, na okamgnienie.

Wydawało się podczas seansu, że Louise ma za sobą intensywne doświadczenia szczęścia i bólu, (narodziny i dzieciństwo córki, potem jej śmierć), że wracają do niej w pamięci. Tymczasem ich początek jest dopiero przed nią. To znaczy, że w tym wyimaginowanym świecie Villenueve`a, jeśli skorzysta się z daru synchronii, można nosić w sobie przeszłość i przyszłość. Można nawet przeżywać szczęście, mając świadomość, że jest śmiertelne. Zaczynać z nadzieją, choć bez złudzeń, że uda się uniknąć rozpadu. 

Nie mam patentu na wyjaśnianie tytułu, ale wrócę do zapowiedzi, że uznaję go za znaczący. Nie w tym rzecz, że po „przybyciu” Istot z Kosmosu zmieniło się życie na Ziemi. Nie trzeba by było wówczas dodawać przymiotnika. Tymczasem „nowy” znaczyć może „inny niż sądzisz”, taki pra-, pra-, prapoczątek. Niewykluczone, że wszystko ma swój początek gdzie indziej niż się zdaje.

Nowy początek (Arrival) – reż. Denis Villeneuve, USA 2016

 ***

Są dwa filmy, które z przekonaniem dedykuję na nadchodzące Święta. Nowy początek jest jednym z nich. Niech będzie, że potwierdzę to życzeniami, do których mnie zainspirował.

∼ DLA TAMARYSZKOWYCH GOŚCI ∼ 

By czas sacrum sprzyjał szczęściu i pozwalał ujrzeć niejedno w innym świetle.
By dało się wierzyć, że nie każda inność jest inwazją.
By odkryć język, którym możemy mówić do siebie pięknie i zrozumiale.

Niech teraźniejszość ma swój czas,
pomimo cieni z przeszłości i obaw o przyszłość.
Może jeszcze…, by dało się zacytować postać z tego filmu:
– Niesamowite! Nie to, że spotkałem kosmitów, lecz że udało mi się spotkać Ciebie –

z pozdrowieniami świątecznymi,

tamaryszek