Archiwa miesięczne: Maj 2017

Kuracja Yaloma

Kuracja Yaloma, reż. Sabine Gisiger, USA 2014

Obejrzałam w kinie MUZA, w „tani czwartek”. W ofercie zdarzają się przy tej okazji różne cuda niewidy i to jest film z tej kategorii. Nie słyszałam wcześniej ani o Irvinie Davidzie Yalomie (ignorancja), ani o filmie (co wybaczalne, nie ma go nawet w indeksie FilmWebu). Warto było obejrzeć. Jeśli się komuś nadarzy okazja, proszę nie przegapiać. Dokument biograficzny, który trudno oceniać według kryteriów filmowych. Magnesem jest bohater. Dla tych lepiej zorientowanych w psychologicznym świecie znaczące może być nazwisko. Mnie ujął człowiek.

Druga dekada XXI wieku – Yalom (rocznik 1931) ma ponad 80 lat. Mieszka w pobliżu Palo Alto, już nie wykłada na Stanfordzie, lecz wciąż jest zawodowo czynny. Co zrozumiałe, gdy uwzględnimy zakres jego działań. To profesor psychiatrii, „ojciec psychoterapii”, pionier terapii grupowej. W Ameryce znany i popularny. Tym bardziej, że nie tylko badacz i praktyk, lecz również popularyzator i autor powieści. W Polsce wydawany przez Instytut Psychologii Zdrowia i przez Czarną Owcę.

Przyglądam się postaci bardzo otwartej i empatycznej, nieekspansywnej, skłonnej do zejścia na drugi plan. Uderza skromność, absolutny brak zachowań przywódczych (choć z powodzeniem występuje przed kilkutysięczną rzeszą słuchaczy na konferencji). Raczej introwertyk, z dobrze przepracowaną umiejętnością wchodzenia w relacje.

Pierwsze co mnie ujmuje to właśnie ta symbioza doświadczenia (podszytego zawodowym sukcesem) i świeżości. Profesjonalizm i „naiwność”. Pół wieku pracy terapeutycznej i gotowość do zaczynania kolejnego wyzwania jakby było pierwszym. Sztuka odkładania na bok gotowych mądrości. Mówi Yalom: pomagam ludziom, bo sam tę drogę przeszedłem wiele razy, czy nie tego oczekujemy od przewodnika? Nie w tym rzecz, że zna metę, ale że już szedł i widział, jak szli tą drogą inni, że też się wybiera w drogę. Chyba można zaufać?

Podoba mi się fragment z wyszperanego w Sieci wywiadu (TU), w którym odnosi się do Barucha Spinozy. Punkt wyjścia: namiętności są silniejsze niż rozum i często nas zwodzą. Nic dobrego nie wyniknie z tej konfrontacji. „Musimy zamienić rozum w namiętność”, uczynić z poznawania siebie przygodę. „Jako terapeutę prowadzi mnie to do chęci zwiększania wiedzy pacjenta o samym sobie. Często pytam: «Czyż nie jest interesujące, że ja wydaję się być bardziej zainteresowany tobą niż ty sobą samym? Dlaczego tak się dzieje?» Pomagam pacjentowi w zainteresowaniu się sobą samym, ażeby wraz z terapeutą byli podekscytowani wspólną pracą”.

Drugie co mnie ujęło i zaskoczyło to wiara w literaturę i filozofię. Ani stawianie pytań, ani szukanie odpowiedzi nie zaczęło się na kozetce u Freuda. Notabene: Yalom odleżał obowiązkowe (dla studenta psychologii) psychoanalityczne seanse i nauczył się dzięki nim, jakie drogi omijać. Literatura i filozofia penetrują ludzką „duszę” od zawsze. Oczywiście, brzmi to deklaratywnie, gdy powiem, że Yalom uczy się od pisarzy i filozofów. Powiedzieć łatwo. Moim zdaniem już deklaracja jest ciekawa, idąca pod prąd obiegowych wyobrażeń o psychologii coachingowo-NLP-owskiej. Skuteczność, wymierność, rozwiązywalność, użyteczność… Można się uczyć od charyzmatycznych coachów, mówców występujących przed wypełnioną salą, można też od tych, którzy utrwalili swe rozważania w esejach czy fabułach. To się nie wyklucza. Ale przeczuwam, że literatura i filozofia wprowadzają w te poszukiwania oddech. Otwartość (filozofia) i paraboliczność (literatura). 

Zanim pojawił się pomysł studiów medycznych, Yalom zachłannie czyta. Potem odkrywa, że wiedzę może spożytkować w terapii. A po latach koło się zatacza i – mając doświadczenie praktyka – wraca do literatury. Pisze książki, bo nimi może trafić do ludzi inaczej, szerzej i głębiej. Nie bezpośrednią diagnostyką, lecz analogią i leczniczą siłą narracji. Yalom pisze książki, sięgając po doświadczenia terapeuty. Ale też powieści, w których ożywia filozofów: Kiedy Nietzsche szlochał, Kuracja Schopenhauera, Problem Spinozy. Super sprawa. Korci mnie, by przeczytać i trochę boję się, że pan Yalom aż nadto jest sympatyczny, by mieć na dokładkę literacki talent. ;) Tytuły bliższe obserwacjom psychoterapeuty to: Kat miłości…, Istoty ulotne…, Leżąc na kozetce, Patrząc w gwiazdy.

Trzecia sprawa – coś, co zostaje wyrażone nie słowami, lecz wynika z całej filmowej opowieści – to świadectwo życia. Lekarzu, ulecz się sam. Psychoterapeuto, wyklaruj swoje życie. No i tu jest pułapka. Gdyby Yalom był świetliście uporządkowany, zakrawałoby to na ściemę. Gdyby się zanadto pogubił, to można by bez żalu machnąć ręką na porady. Uważam, że mieści się w bezpiecznym środku, z tendencją ku jasności. Kluczowe, że mówi o sobie w sam raz – nie stawiając siebie w centrum i nie chowając się za teorię. 

Jest synem polskich Żydów, którzy przed wojną wyemigrowali do Stanów, założyli tam sklep i – nie asymilując się – nigdy nie wyszli z getta. Ojciec umiera, gdy Irvin jest nastolatkiem, relację z matką będzie przepracowywał całe życie. W roli antidotum wystąpi żona, niezależna, dowcipna, ale nie dominująca. Małżeństwo udało im się nad wyraz. Zazdrości go im ich czworo dzieci (każde po rozwodzie). Podpatrują wnuki. I jestem w stanie uwierzyć w terapię, patrząc na to jak stabilnie czuła się przy panu Yalomie pani Yalomowa. Jeśli w związku ktoś musi być tym, któremu zależy ciut bardziej, to oficjalnie w tę rolę wchodzi Irvin. Żona lekko kokietuje, że – ach, czasami wyfruwała w pragnieniach tu i tam, ale dodaje – on mnie zawsze bardzo ciekawił. Choć tym, co może w Irvinie Davidzie Yalomie ujmować najmocniej, jest właśnie to niesilenie się na atrakcyjność i deklarowanie stałości. 

tytułem wstępu

Nie wiem, co ten wstęp zapowiada – kolejny rozdział czy epilog? Babka wróżyła na dwoje. Ale fakt: dwa i pół miesiąca bez wpisu. Znów zawiesiłam się na polskim kinie (syndrom Wołynia i Pokotu). Jeden z możliwych wniosków sugeruje, że jest to kinematografia wampiryczna i trzeba ją z kinem światowym przeplatać, inaczej wyssie, zassie, zaczopuje wenę na amen. Niewykluczone, że magiczny wpływ na zamilknięcie miało też podwójne mierzenie się z Milczeniem (Endo i Scorsese`a). Wszystko bowiem może mieć skutki uboczne i stać się niechcianym antypre-tekstem. 

Szukając przyczyn racjonalnych, znajduję trzy. Po pierwsze nadmiar pretekstów. Kwietniowy konkurs filmowy (dla licealistów) przygotowuję cały rok, ale im bliżej mety, tym większa gorączka. Przeistoczyłam się więc, na miesiąc z okładem, w filmowy odkurzacz i oglądałam na tyle dużo, że nie dało się wcisnąć w rozkład doby ani chwili na tamaryszka. Czyste oglądanie plus wymyślanie zagadek. Ależ by mi blog napęczniał, gdybym nadążała z refleksją! Po drugie: odwyk. Mówi się, że potrzeba 21 dni, by wprowadzić jakąś czynność do nabytych przyzwyczajeń (jeśli dzień w dzień ma się ją w harmonogramie). To ile trzeba, by któryś z nawyków wyrugować? Może trochę więcej, ale każdy brzęczyk jest do usunięcia, więc i pisanie bloga, gdy zejdzie na czwarty plan, to szybko spada na dziesiąty. Nolens volens. Po trzecie – wpis Czary o tym, że tu i teraz, że gąsienica w ogrodzie, czyli czas na przepoczwarzanie (metamorfozy). A przede wszystkim – że czas blogów chyba minął. Dłuższą chwilę zajął mi namysł nad tym końcem.

Bo choć pewnie w każdej chwili powstaje iks nowych, to – tak mi się zdaje – energia ekspansji maleje. Blog to już nie prekursor sieciowych publikacji, lecz epigon. Daleko w tyle za vlogiem, za instagramem (tudzież bliźniaczymi portalami) i nawet kurzu po facebooku nie wącha. Gdzież mu do jego intensywnej nachalności, nieprzerwanej mobilizacji by być up to date! Otóż, nie tam trendy, gdzie blog. Co – paradoksalnie – może jednak dawać blogowi pewne fory. Takich jak ja jest może niewielu, lecz się zdarzają: bez przekonania do filmików nagrywanych roboczo, do selfie-dokumentacji, do hasztagów, hiperłącz i alarmów o cudzej aktywności.

No wiem, przesadzam. Są na pewno makroplusy w tym, nad czym wybrzydzam. A ja marudzę z nienadążania. Bo tak jak wyznaje Czara – inne formy są nie dla mnie. Niech żyje blogowa staroświeckość! Niech żyją blogi-dinozaury! Zwłaszcza te, podszyte jakąś silną (często tajemniczą) motywacją, która sprawia, że jest mus. Czasem dlatego, że czytelników krocie, czasem pomimo że kroci brak. Czasem dlatego, że posty są na poziomie profesjonalnych tekstów publicystycznych, a czasem, że w ogóle nie pretendują do zawodowstwa, jeno urokiem naturszczyka głoszą charyzmę autora. 

Co do mnie: bez założeń, bez liftingu, bez wyścigu i bez szans na Grand Prix – rozkrzewiam się dalej. Tamaryszek tak ma. Potwierdzają to dane z botanicznych encyklopedii.

Tyle tytułem wstępu.

ps.
Cokolwiek postanowi Czara, mam nadzieję, że o tym usłyszę i że przeczytam. Bo pisanie Czary to w blogowym wszechświecie crème de la crème. Odsyłam do Gąsienicy