Archiwum dnia: 07/05/2017

tytułem wstępu

Nie wiem, co ten wstęp zapowiada – kolejny rozdział czy epilog? Babka wróżyła na dwoje. Ale fakt: dwa i pół miesiąca bez wpisu. Znów zawiesiłam się na polskim kinie (syndrom Wołynia i Pokotu). Jeden z możliwych wniosków sugeruje, że jest to kinematografia wampiryczna i trzeba ją z kinem światowym przeplatać, inaczej wyssie, zassie, zaczopuje wenę na amen. Niewykluczone, że magiczny wpływ na zamilknięcie miało też podwójne mierzenie się z Milczeniem (Endo i Scorsese`a). Wszystko bowiem może mieć skutki uboczne i stać się niechcianym antypre-tekstem. 

Szukając przyczyn racjonalnych, znajduję trzy. Po pierwsze nadmiar pretekstów. Kwietniowy konkurs filmowy (dla licealistów) przygotowuję cały rok, ale im bliżej mety, tym większa gorączka. Przeistoczyłam się więc, na miesiąc z okładem, w filmowy odkurzacz i oglądałam na tyle dużo, że nie dało się wcisnąć w rozkład doby ani chwili na tamaryszka. Czyste oglądanie plus wymyślanie zagadek. Ależ by mi blog napęczniał, gdybym nadążała z refleksją! Po drugie: odwyk. Mówi się, że potrzeba 21 dni, by wprowadzić jakąś czynność do nabytych przyzwyczajeń (jeśli dzień w dzień ma się ją w harmonogramie). To ile trzeba, by któryś z nawyków wyrugować? Może trochę więcej, ale każdy brzęczyk jest do usunięcia, więc i pisanie bloga, gdy zejdzie na czwarty plan, to szybko spada na dziesiąty. Nolens volens. Po trzecie – wpis Czary o tym, że tu i teraz, że gąsienica w ogrodzie, czyli czas na przepoczwarzanie (metamorfozy). A przede wszystkim – że czas blogów chyba minął. Dłuższą chwilę zajął mi namysł nad tym końcem.

Bo choć pewnie w każdej chwili powstaje iks nowych, to – tak mi się zdaje – energia ekspansji maleje. Blog to już nie prekursor sieciowych publikacji, lecz epigon. Daleko w tyle za vlogiem, za instagramem (tudzież bliźniaczymi portalami) i nawet kurzu po facebooku nie wącha. Gdzież mu do jego intensywnej nachalności, nieprzerwanej mobilizacji by być up to date! Otóż, nie tam trendy, gdzie blog. Co – paradoksalnie – może jednak dawać blogowi pewne fory. Takich jak ja jest może niewielu, lecz się zdarzają: bez przekonania do filmików nagrywanych roboczo, do selfie-dokumentacji, do hasztagów, hiperłącz i alarmów o cudzej aktywności.

No wiem, przesadzam. Są na pewno makroplusy w tym, nad czym wybrzydzam. A ja marudzę z nienadążania. Bo tak jak wyznaje Czara – inne formy są nie dla mnie. Niech żyje blogowa staroświeckość! Niech żyją blogi-dinozaury! Zwłaszcza te, podszyte jakąś silną (często tajemniczą) motywacją, która sprawia, że jest mus. Czasem dlatego, że czytelników krocie, czasem pomimo że kroci brak. Czasem dlatego, że posty są na poziomie profesjonalnych tekstów publicystycznych, a czasem, że w ogóle nie pretendują do zawodowstwa, jeno urokiem naturszczyka głoszą charyzmę autora. 

Co do mnie: bez założeń, bez liftingu, bez wyścigu i bez szans na Grand Prix – rozkrzewiam się dalej. Tamaryszek tak ma. Potwierdzają to dane z botanicznych encyklopedii.

Tyle tytułem wstępu.

ps.
Cokolwiek postanowi Czara, mam nadzieję, że o tym usłyszę i że przeczytam. Bo pisanie Czary to w blogowym wszechświecie crème de la crème. Odsyłam do Gąsienicy