Archiwa miesięczne: Styczeń 2018

czas mroku

Czas mroku (Darkest Hour) – reż. Joe Wright, Wielka Brytania 2017

Czas mrokuJeden z dziewięciu nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. Banku nie rozbije, spokojny mainstream – przyrządzony według tradycyjnej receptury. Z postacią-legendą na pierwszym planie, która wobec kroci już istniejących wizerunków i anegdot, wkracza w obieg w konkretnym historycznym kontekście. Dziś, gdy Wyspiarze na nowo definiują swą europejskość, Winston Churchill może być punktem odniesienia.

Tak to już z wielkoformatowymi postaciami bywa, że w opowieściach o nich łatwo o patos i szarżę na wspólnotowe emocje. Trzeba wybrać: albo się do nich doczepić i wytknąć im „amerykańskość” (scena w metrze, gdy Churchill pyta zaskoczonych „zwykłych ludzi”, co sądzą o dogadaniu się z Hitlerem – never!), albo dostrzec, że na szczęście determinacja Churchilla przyprawiona jest wątpliwościami, dodawaniem sobie animuszu „pomimo” raczej niż „bo właśnie tak!”.

Gdy Churchill mówi: zwyciężymy!, trzyma w ręku tak słabe karty, że król zarzuca mu manipulację i zwodzenie nadzieją. Premierem zostaje, choć ci, którzy go typują, czynią to pełni obaw i z braku lepszych opcji. Chusteczka Chamberlaina (znak do oklasków w parlamencie) długo blokuje aprobatę. Halifax – zachowawczy, wierzący, że Hitler ma interes w dogadaniu się z Anglią, będzie więc grzeczny i słowny – knuje i podważa idealizm Churchilla. Tymczasem Winston ma na swoim koncie kilka porażek, słynie z trudnego charakteru i ekstrawaganckich nawyków. Słabości do whisky i cygar, irytacji – gdy typistka stawia tylko jedną spację między słowami zamiast dwóch, nieznajomości realiów codziennego życia (łatwiej mu planować wojnę niż ugotować jajko)… 

Jeśli warto obejrzeć Darkest Hours – a warto, choć nie jest to seans obowiązkowy – to ze względu na dwie sprawy. Dla mnie akurat ze względu na te dwie. Pierwsza dotyczy kulisów organizowania akcji Dynamo, słynnej ewakuacji żołnierzy z plaż Dunkierki. Mam jeszcze przed oczyma obraz Christophera Nolana. Dorzucam zakulisową niepewność i upór Churchilla, który tę operację nadzorował jako świeżo upieczony (dwutygodniowy) premier. W skali filmu to epizod.

Drugi (jednak główny) impuls do śledzenia fabuły dotyczy churchillowskich przemów. Tych wygłaszanych w parlamencie, tych adresowanych na falach eteru do całego narodu, czy tych mniejszych, jak ta do współpasażerów, przerywana wzruszeniem premiera, który ponoć do płaczu równie był skłonny jak do furii. Churchill zawdzięcza tym mowom – m.in – literackiego Nobla (1953). Nie mogło więc zabraknąć słów, w których obiecuje rodakom „krew, trud, łzy i pot” i tych, w których zapewnia, że walczyć będą wszędzie i dopóty nie potwierdzi się zwycięstwo – na plażach, polach, ulicach, wzgórzach… and never, never, never… nigdy się nie poddadzą. Ja jednak – już świadoma, że Churchill język miał celny i cięty – czuję niedosyt błyskotek. A nawet dziwi mnie trochę, że najlepsze zdanie w filmie wypowiada oponent Churchilla. Na pociechę mam, że dotyczy ono siły dobrze wykorzystanej mocy słowa. Halifax po płomiennej mowie Churchilla w parlamencie puentuje: „Zmobilizował język angielski i posłał go na wojnę”.

Nie mogło mnie to nie zainteresować. Aczkolwiek… Pozostaję w kinowej homeostazie (w nieporuszeniu), która nie wróży dobrze trwałości tego filmu. Przynajmniej w mojej pamięci. Czy to nie fanaberia?: aktorskie mistrzostwo Gary`ego Oldmana (Złoty Glob!) i drugoplanowa obecność Kristin Scott Thomas ujęły mnie mniej niż również z drugiego planu wzięta Lily James. Lily gra stenotypistkę Churchilla i daje się zapamiętać. Pewnie również dlatego, że niedawno widziałam ją w filmie Baby Driver. Wdzięk ukochanej kelnereczki zakochanej w Baby i nieśmiałość sekretarki Churchilla zazębiły się. Zawsze to ulga, gdy w filmie o wielkiej historii pojawi się miła panienka ze swoim mikroświatem.

Reklamy

sznurowadła

Najsłynniejsze filmowe sznurowadła to te, które w Święto Dziękczynienia wylądowały na talerzu Charliego Włóczęgi (Gorączka złota). Sznurowadłowe spaghetti obok steku z podeszwy. Charlie zjadł i jakoś przeżył. Nie pamiętam, by inne sznurowadła zawracały mi dotąd głowę. Dotąd – znaczy do czasu, gdy przeczytałam o telomerach.

Jest taki syndrom, że osoba czytająca o jakichś dolegliwościach, rozpoznaje je w sobie. Ma to każdy hipochondryk i pewnie co drugi student medycyny. Takie zboczenie empatyczne. Nie wiem, czy ono działa, gdy czytamy o super mocach, ale choróbska, ułomności wszelakie czy niedobory bardzo uruchamiają wyobraźnię.

Najpierw przeczytałam, że energia urodzeniowa, niestety, ma ściśle ograniczone zasoby i co zużyte, to się nie odnowi. Dalej wywód prowadził do tego, że kto energię trwoni lub nadweręża, ten się wypali (czasowo lub na amen). Skoro wypalenie nie musi oznaczać gapienia się w sufit, lecz równie dobrze rzucanie się bez tchu w działania zastępcze, postawiłam sobie diagnozę. 

Kto się rzuca jak wieloryb na agrafce – z projektu w projekt, z jednej sterty wypracowań w kolejną, z małego zobowiązania w duże, z dwóch zobowiązań w cztery… Kto? Wielu. Ja też. Może to nawet norma, ale coś za bardzo z przytupem tym razem, bo poczułam, że energia mi umyka, że mogę nie podopinać tego tysiąca drobniutkich, małych, średnich i mega zadań, co sobie wzięłam na klatę. 

Dotarło, gdy przeczytałam o telomerach, które zostały porównane do niklowanych końcówek sznurowadeł. Analogię podsunęła Elizabeth Blackburn (Nagroda Nobla w 2009 r.). Telomery to zakończenia chromosomów, które je chronią przed zwyrodnieniem (żeby się sznurowadła nie rozplątały na końcach). I jak tak dzielą się komórki, enzym polimeraza kopiuje DNA, lecz niecałe. Ta część chromosomowej nici ujęta w uchwyt niklu (telomeru) nie dzieli się. Telomerki też z czasem się skracają. Pomaga im enzym telomeraza, ale do czasu. Tym samym liczba możliwych podziałów danej komórki jest skończona. W sensie: policzalna. Leonard Hayflick ustalił, że komórka ma zaprogramowaną maksymalną liczbę podziałów (tzw. limit Hayflicka). Koniec. Drugiego życia nie dostanie. Podobnie (podobno) ma się z energią. Odnawia się, dzieli na bliźniacze cząstki, lecz wciąż ciut mniejsze. Już nie tak zamaszyście można nimi zarządzać. Czegoś braknie na finiszu. Hip hip hurra zamienia się w sapnięcie – uffff. 

Może tak właśnie jest? Konsternacja. Nie chcę mieć przykrótkich sznurowadeł! Przez chwilę się zastanawiałam, czy może lepiej: nie rozmieniać się na drobne. Poczekać. Znaleźć sobie jeden obszar działań, nie tamaryszkować na wszystkich frontach. Dłużej spać. Nie stresować się nic a nic. (Zestresowane myszy miały telomery krótsze niż myszy wyluzowane!). Co by tu jeszcze? Jeszcze można by – dla zabezpieczenia – jeść tylko Dobre Produkty. Bez przerwy się wiercić, czyli być w Ruchu. Przepędzać czarną aurę, nie zauważać ludzi toksycznych, wyłączyć samokrytykę i jakiekolwiek rozpamiętywanie.

Na szczęście przyszedł Nowy Rok, a wraz z nim ironiczny uśmieszek. Tylko nie planuj! Chyba że Boga chcesz rozśmieszyć dodatkową porcją absurdu.
Astrologowie 
przepowiadają, że Skorpiony mają w herbie feniksa, co się z popiołów odradza. A nie słyszałam, by mu się dziób skracał albo by odrastały mu miniaturowe piórka. Skorpion ze mnie co prawda zwyrodniały (łagodniutki, niepamiętliwy, ze średnio rozwiniętą ambicją). Ale zawsze. Poza tym większość moich butów obywa się bez sznurowadeł. To może jakoś to będzie. 

Niechby więc te sznurowadła – choćby tymczasowe – były jak najdłuższe i jak najmniej się snujące po głowie. Najlepiej, by były pożywne i lekkostrawne.