trzy billboardy…

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – reż. Martin McDonagh, USA 2017

Trzy billboardy za Ebbing, MissouriJeden z dziewięciu nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. O trzy nieba bardziej trafiający w mój gust niż Czas mroku. Nierozsądnie porównywać takie różności, chyba że według kryterium kinofilskiej sytości. Odludny amerykański Ebbing syci bardziej niż londyński Westminster.

Trzy mocne punkty pomysłu:
1) Prowincjonalna mieścina staje się axis mundi – mikroświatem – w który wchodzimy niechętnie, spodziewając się, że spod naskórkowej poprawności wyjdą demony fobii, frustracji i podłości. Tymczasem… zadomawiamy się i – choć opuszczając Ebbing nie łudzimy się, że świat jest dobry – mamy nadzieję, że na horyzoncie świta.

2) Poczucie humoru i dystans do siebie. Co wynika, rzecz jasna, z dobrze rozpisanego scenariusza – z dialogów i sytuacji. Przyprawionych leciutko absurdem, hojniej ludzką nieporadnością, a już całkiem bez skąpstwa – autoironią. 

3) Postacie – trudno przesądzić, czy mocniej oklaskiwać scenarzystę czy aktorów. Po co rozdzielać, właśnie zgodność jest tu w punkt. Najpierw pierwszoplanowa Mildred Hayes (Frances McDormand) – matka Angeli Hayes, „zgwałconej na łożu śmierci” i spalonej 17-latki. To ona – po siedmiu miesiącach bezczynności policji – podrywa stróżów prawa do działania. Wykupuje trzy billboardy i wypełnia je trzema komunikatami:

* Raped while dying * And still no arrests? * How come, Chief Willoghby?

Miasteczko oburzone, bo choć współczuje matce, to nie pochwala szkalowania znajomych. Policjanci mają ochotę przyłożyć każdemu, kto się nawinie, nie tylko Mildred, wszystkim, zwłaszcza gdy ktoś „kolorowy”, rudy lub mały. Posterunkowy Dixon (Sam Rockwell) ma tę chęć w takim stężeniu, że śmieszy nawet potencjalne ofiary. Role łamią stereotypy. Skrzywdzona matka jest zaczepna i nieprzewidywalna, złośliwie dowcipna.  Nawet zakochany w Mildred miejscowy karzeł potwierdza, że nie jest miła (a przecież wiemy, że Frances McDormand nie uśmiecha się, gdy nie musi). Niewiele jest scen, w których żałoba Mildred ma ton liryczny i kruchy. Na przykład ta, gdy pielęgnując kwiaty pod billboardami, Mildred zauważa sarnę: piękną jak nieżyjąca Angela, budzącą nadzieję, że jej obecność jest znakiem, lecz przecież nadzieję, która pryśnie, gdy włączy się rozsądek. Jakim cudem w ten ból wpleciony jest dowcip, szorstkość i gniew zdolny mimo wszystko do miłosierdzia – wie scenarzysta i reżyser, Martin McDonagh

Rządzi tym filmem liczba trzy, więc czas wspomnieć o trzecim ważnym bohaterze, szeryfie Willoughby (Woody Harrelson) i jego trzech listach, w których zostawia adresatom nie tylko wskazówki i siłę do walki, nie tylko swą pamięć i świadomość może mniej dostępną tym, którzy nie muszą się jeszcze ostatecznie żegnać. W tych listach jest zachwyt nad niedoskonałym i niezaprzeczalnie pięknym światem. Tym większy, gdy dostrzeże się w nim potencjał miłości. 

By nie kończyć sentymentalnie, wspomnę o trzech (jest ich więcej, ale wybieram wierność trójce) bohaterach drugiego planu. Robbie, nastoletni syn Mildred, zrównoważony  i cichy, czysty kontrast nieokiełznanej matki. Księdza napoi herbatką, zniesie owsiankę we włosach, ekscentryczne wyrównywanie przez mamę  rachunków z całym światem. Świetny Lucas Hedges – aż nie do wiary, w ilu świetnych filmach grał ten 21-latek. Niezapomniany z roli Patricka w Manchester by the Sea. James (Peter Dinklage) – najpopularniejszy aktorski karzeł, tu – jak zawsze – z wdziękiem, szarmancją i dowcipem ogrywający swą wyróżniającą się posturę. Niech będzie, że trzecią postacią jest matka posterunkowego Dixona (Sandy Martin), której ten opowiada się, o której wróci do domu. Rasistka podsuwająca Dixonowi niewybredne rozwiązania. Ale rasizm, zaściankowość, małostkowość i podłość niespodziewanie stają się własną podszewką. W każdym siedzi poczciwota, potrzebujący impulsu, by odpuścić. 

Smutna historia z tragicznym punktem wyjścia staje się opowieścią kojącą i zabawną. Szeryf Willoughby powiedziałby, że napisał ją sam Szekspir albo może Oskar Wilde. Nie powstydziliby się, choć tym razem to nie oni. 

Reklamy

2 komentarze do “trzy billboardy…

  1. mariusZ

    Witam. Będzie coś o „Kształcie wody”? W sumie to był główny oskarowy rywal na „Trzech bilbordów”.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      ;) O Kształcie wody – u nie – nie będzie. Chyba, że kiedyś, gdy zacznę uprawiać filmową archeologię. :)
      Bardzo żałuję, że nie mam chwili, by napisać o filmie Fatiha Akina – W ułamku sekundy. Albo o takiej brudnej, szorstkiej Bliskości Bałagowa.
      Może się to jeszcze jakoś odwróci i napiszę. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.