Archiwum dnia: 13 Sier 2019

MAIDEN

„Babeczki na blaszce”

Coś na podładowanie akumulatorów. Ściślej: na złapanie wiatru w żagle. Na to, by uwierzyć, że niemożliwe (jeśli się go tak nie nazywa) może się zrealizować. Wiara w marzenia przenosi góry. Ci, którym nikt nie dawał szans, zdeterminowani, zapędzą prześmiewców w szary kąt. Wszystkie te banalne motywki nabierają, oczywiście, świeżego sensu, gdy mamy przed oczami konkret.

Wielkie regaty: Whitbread Round The World Race. Ponad 30 tysięcy mil, kilka etapów (5), wiele dni na morzu (około pięciu miesięcy). Odwaga – by w ogóle pomyśleć o takim wyzwaniu, by się go podjąć i realnie zmierzyć z żywiołem i z własnymi możliwościami. I strach – bo to nie przelewki. Nie każdy wraca. Cóż, to coś dla prawdziwych mężczyzn! A tu nagle pojawia się babski zespół i sądzi, że da radę. Wyglądają na amatorki, kilka z nich (rzadkość!) zaliczyła krótsze regaty w roli kucharki. Ale żeby kobieta była kapitanem i skipperem, polegającym tylko na sobie i kilku siostrzanych istotach?! To zakrawa na żart, a stało się prawdą w roku 1989/1990.

MAIDEN2

Może nie nagle, bo cztery lata zabrało Tracy Edwards skompletowanie załogi, zdobycie funduszy i oficjalnego sponsora. Nie powiem nic o tym, jak im szło i ile było prób, poświęceń, niespodzianek, bo na tym opiera się dramaturgia filmu. Film zobaczyć warto. Zwłaszcza ze względu na archiwalia. Opowieść – jak można się domyślać – zderza materiały sprzed 30 lat (dużo ich: wywiady, filmiki i zdjęcia z rejsu) ze współczesnym komentarzem tych, którzy w regatach wzięli udział. Dla załogi Maiden to złote wspomnienia. Dla mężczyzn z konkurencyjnych zespołów – sentymentalny powrót do czasów, gdy żarty z pań nie podpadały pod kryteria niepoprawności. 

Mówili o nich: nie dadzą rady, bo słabe. Zakładali się, dokąd dopłyną i mało kto obstawiał Urugwaj (pierwszy etap). Skojarzenia mieli słodkie („babeczki na blaszce”) z tendencją do zaostrzeń (lesbijki? co one robią na tej łajbie? jak wytrzymują bez facetów? kiedy się wezmą za łby?). Media dodawały animuszu, stawiając dziewczynom pytania z kategorii plotkarsko-obyczajowej (jak tu pytać „babeczki” o strategię i logikę działań?).

Ciekawe jest może nawet nie to, że to historia przełomowa – pewnie jedna z wielu, bo stereotypy nie kruszą się łatwo. Interesuje mnie, z czego zrodziła się ta historia i dokąd prowadzi. Na drugie pytanie odpowiedzi brak. Oglądamy przemianę i rozkwit wiary w siebie. Co dalej zrobiły z tym dziewczyny z Maiden? Przygoda życia stała się przeszłością, do której z dumą wracają. Wystarczy, ale ciekawi mnie, jak żyły po tym uskrzydleniu? 

Pytanie pierwsze: jest kilka tropów (wiążą się głównie z Tracy). Szalona matka, kilka dekad wcześniej zostawiająca kobiece ślady na męskich drogach – za zmiennym skutkiem, więc córka wcześnie wiedziała, co czeka zbuntowane i że mimo wszystko nie zawsze klęska. Poza tym: gniew, wściekłość, doświadczenie odrzuconych i wyrzutków. Oj, to jest silny napęd! Last but not least: charakter. Pyskata nastolatka, która wie, o czym marzy, która – choć boi się słowa „feministka” i choć pożera wiadra strachu i stresu – walczy o siebie.

MAIDEN. Tracy Edwards

Łyżka dziegciu. Maiden przypomniał mi Sugar Mana, ale to porównanie  jest dla filmu o żeglarkach niekorzystne. Historia Sixto Rodrigueza miała tysiąc warstw i wiraże nieprzewidywalne. Koncepcja oparta na dziennikarskim śledztwie, w którym początkowe pytanie (jak umarł Rodriguez?) znajduje odpowiedź, która zmienia bieg wypadków, to nieporównywalnie lepsza rzecz! Motywująca biografia muzyka rodzi pytania dotyczące nas samych. A „przegrana kariera” nie tylko nie przekreśla człowieka, ale go stwarza. Podobieństwo widzę właśnie w optymizmie przekazu. Maiden obejrzeć warto, ale to prostszy film – w temacie i w konstrukcji. 

Maiden – reż. Alex Holmes, Wielka Brytania 2018 (dokument)