Archiwum kategorii: Literatura

guguły

Wioletta Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

Książka miała swą premierę w lutym 2014 roku. Docierały do mnie raz po raz aprobaty krytyków. Najświeższym ich przejawem jest umieszczenie tytułu na liście dwudziestu nominowanych do Nagrody Literackiej Nike i równolegle na liście nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia. I co? Niechby choć jedną z nich dostała. Ech, bo to jest taka książka, którą się odkłada z poczuciem, że może to jedna z ważniejszych rzeczy, jaką się w ogóle w życiu czytało. Owszem, za chwilę moje sympatie mogą powędrować gdzie indziej i trudno zgadnąć, jak długo będę pamiętała o Gugułach. Ale przeczytać było warto, było wzruszająco i tak, jakby coś szukało odbicia w moich doświadczeniach (choć przecież niby bezpośrednio nic) i było tak, że raz po raz jakiś akapit czytałam z dreszczem kilkakrotnie.
Guguły
Niby niepozornie, żadna tam zamaszysta powieść, 24 rozdziały albo mikroopowiadania (na trzech do ośmiu stron, większość mieści się na czterech). Narratorką jest – ukształtowana autobiograficznie – Loletka, Wiolka,Wioletta, mająca lat kilka, później kilkanaście. Tkwiąca w opisywanym świecie, czyli w wiosce Hektary na Jurze Krakowsko-Często-chowskiej z przełomu lat 70. i 80. – tkwiąca po uszy. Proza inicjacyjna, o dojrzewaniu i wiecznej niedojrzałości. Tak by sugerował tytuł: guguły to niedojrzałe jagody.

Niedojrzała jest Wiola, bo przecież przydarzają jej się rzeczy pierwsze. Życie. Śmierć, bliższa lub dalsza. Erotyka – może nie nazbyt dosłowna, lecz tak czy owak czająca się we krwi bądź zaskakująco diagnozowana u innych. Z tych inicjacji to może najważniejsze jest podpatrywanie najbliższych, do których wcale nie od razu ma się ciekawość i cierpliwość. Aż któregoś razu melodia zagrana na liściu przez ojca brzmi pięknie i zalega w uszach na wieczność. Zapamiętuje się rodziców wśród tylu oczywistych zajęć, zapachów, odzywek, wykrętów etc, że wcale się o tę pamięć nie dba. Więc ona osadza się w nas takimi łatami, skrawkami ich opowieści, pewnie też nie tak, jak im się zdaje, że są zapamiętywani. Świetny jest u Grzegorzewskiej portret ojca. Z czarnym wąsem, jakąś tam domieszką cygańskiej krwi. Jego wymykanie na ryby czy pokera. Wyprawianie zwierząt wbrew marudzeniu matki – i znajomość tego, co w faunie piszczy. Dbanie o pszczoły. Ucieczki przed wiejską religijnością w sferę sceptycyzmu. I te momenty uchwyconego starzenia, gdy gaśnie jakaś ikra, starania o ciało czy strój są mniej uważne, coś się ulatnia. Aż po chwilę – w biografii Wioli mocno przedwczesną – gdy wzywa się ją z kolonii na pogrzeb. Właśnie w tytułowym opowiadaniu (rozdziale) Guguły pojawia się ten najcudowniejszy opis. Gdy Wiola podchodzi do trumny i widzi w niej ośmioletniego chłopca, którym ojciec był niegdyś. Tlące się w nim wówczas marzenia i lęki. Cały świat, najwidoczniej przekazany w dymku jakiejś starej opowieści.

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu w dziupli gniazdo kuny. Rysiu włożył rękę do środka i wymacał w puchu ciepły miot. Chciałby zamienić się na życia z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”.

Nieco później, gdy Rysiek miał lat 28, zagadnął tak trochę pewnie w przestrzeń, trochę do córki.
” – Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają  mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

***

Naprawdę można by mądrzej o Gugułach pisać i niejedno z nich wyciągnąć – anegdotkę, puentę, klimat. Te realia sprzed lat, które mnie się wydają bardzo bliskie. I właśnie prowincjonalność (miejsca i etapu życia), nazwaną na okładce „znakomitą balladą o polskiej wsi w czasach PRL-u i dojrzewaniu, które smakuje jak cierpkie guguły”. Z jednej strony: czytam Grzegorzewską i jej tekst jest dla mnie wart zestawienia z Schulzem albo z Myśliwskim (czyli mistrzostwo!). Z drugiej strony – czytam i myślę o odzyskiwaniu własnej fazy przepoczwarzeń. Zazdroszczę Autorce tej przechwyconej narracji. Każdy z rozdziałów jest niczym kartka z zapisanym jednym wspomnieniem. Ale jak te puzzle wydobyć z przeszłości? Czy to się dzieje w pamięci (i jedni pamiętają, drudzy słabo lub nic) czy w akcie tworzenia, który wytrąca pamięć z uśpienia i ją formuje? Czasem się zdaje, że przeszłość przepadła. Że to są mgliste obrazki. A czasem – że jak się wsłuchać i natężyć węch (udrożnić inne zmysły), to jeszcze można odzyskać niejedno. Na mnie tak ożywczo zadziałały Guguły.

blade runner

Łowca androidów (Blade Runner), reż. Ridley Scott, USA 1982
Philip K. Dick, Blade Runner (Do Androids Dream of Electric Sheep?), Prószyński i S-ka, tłumaczył Sławomir Kędzierski – rok powstania: 1968

Gdy wokół newsy o Ultronach, nowych Spidermanach, remakach i sequelach hitów kina akcji czy sag science-fiction, czas sięgnąć po nieodkrytą klasykę. Nie wiem, jak to się dzieje – a niestety notorycznie – że umykają mi kinowe przeboje. Co bywa rozczarowujące dla tych, którzy się spodziewają, że widziałam wszystko. ;) Wyszło na jaw, że nie znam Łowcy androidów. Zaopiekowano się tą dysfunkcją i niebawem otrzymałam do czasowej dyspozycji film i książkę – z bardzo przydatną instrukcją, by najpierw zobaczyć, potem przeczytać. Luka wypełniona, a wpis jest dedykowany, z wdzięcznością.

Pierwsza sprawa: i książka, i film są szalenie klimatyczne. Film zdecydowanie w tonacji noir, przyszłość w stylu retro, Yukon 2019. Postapokaliptyczna Ziemia, skąd wielu emigrowało  i osiadło na okolicznych planetach. Wspierają ich tam androidy, które po rebelii mają zakaz powrotu na planetę-matkę. Reklamy (wszechobecne i audio-wizualne) zachęcają do przemyślenia wyboru: „Emigruj lub się degeneruj!”. Tubylcy żyją w radioaktywnym pyle, wśród deszczu, po którym pełno kałuż, a światło nie rozjaśnia przestrzeni przedmieść czy (tym bardziej) wnętrz przepastnych mieszkań. Ogromne wieżowce bywają zamieszkane przez jednego człowieka i nie jest to miarą posiadania, lecz pustki. Filmowcy nadali światu azjatycki charakter. Wrażenie surrealistyczne, bo Azjaci nie docierają na plan pierwszy, natomiast wizualnie i fonicznie wypełniają każdą szczelinę planu drugiego. Pustka i przeludnienie zarazem – czytaj: samotność. Blade Runner

Klimat filmu ma swoich dyktatorów – scenografię i muzykę Vangelisa. Nie wyobrażam sobie jak bardzo inny byłby Blade Runner przy zmienionych dźwiękach. Elektroniczna nostalgia, z porcją patetycznego smutku. Patos, wiadomo, źle się kojarzy, ale tutaj jest w sam raz. By wybrzmiały pewne kwestie i by było żal tego, czego nie można już zmienić.

Nastroje w powieści Dicka nie atakują tak bezpośrednio. Można je nawet nastawiać programatorem lub wysubtelniać skrzynką empatyczną. Mimo to oscylują wokół dekadencji. Główna postać, łowca Deckard, racjonalny i nie nazbyt hamletyczny, coraz czarniej odbiera rzeczywistość. Narasta w nim obsesyjna tęsknota za istotami autentycznymi, za niereplikowanymi zwierzętami. Tym bardziej, im mniej ostre wydają mu się rozróżnienia między ludźmi i androidami. 

Ale istotę rzeczy najtrafniej oddają słowa Johna Isidora (w filmie będącego J.F.Sebastianem), gdy opisuje dziewczynie jedną z zasad rządzących światem („chłam wypiera niechłam”).  –  „Pokoje, w których nikt nie mieszka – setki pokojów i każdy z nich pełen jest rodzinnych fotografii, ubrań i rzeczy, które kiedyś należały do jakichś ludzi. Ci, którzy umarli, nie mogli nic wziąć, ci, którzy emigrowali, nie chcieli. Ten budynek, poza moim mieszkaniem, jest całkowicie schłamiony. (…) Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych, papierowych zapałkach albo opakowanie po wczorajszej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam sam się rozmnaża. Na przykład jeżeli pójdzie pani spać, pozostawiając takie rzeczy w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle”. (…)

Postapokalipsa ma – jak sądzę – forpoczty w czasach, które ją poprzedzają. Bo nadmiar, przyrost, nadprodukcja i ekspansja to etykiety dobrze opisujące to, co wokół nas.

Druga sprawa to spora rozbieżność między powieścią a filmem. Duże zmiany w fabule, jeszcze większe w istocie konfrontacji ludzi z androidami. Historię tych zmian a także kilku różnych zakończeń oraz chyba wszystko, co naprawdę powinien wiedzieć miłośnik Blade Runnera znaleźć można w artykule Michała Chacińskiego i Konrada Wągrowskiego sprzed ponad 7 lat. Powstał w ćwierćwiecze premiery filmu i śmierci Philipa K. Dicka. TU

Punkt wyjścia. Policja wytropiła przybyłe na Ziemię androidy, przekazuje więc zlecenie łowcy, który ma je czym prędzej „zlikwidować”. W filmie jest ich czworo, w książce więcej. Nie używa się słowa „zabić”, bo przecież one nie żyją. Przeprowadzenie testu Voigta-Kampffa, badającego poziom empatii, daje łowcy glejt, by działać bez pardonu. – Czy zdarzały się rozpoznawcze pomyłki? – pyta Rachel, dobrze wiedząc, że tak, bo zakłócenia emocjonalności mają też ludzie leczący się psychiatrycznie. Rick Deckard zna skalę niebezpieczeństwa i rację wyższą. Androidy (zwane kolokwialnie andkami lub neutralnie replikantami) są zagrożeniem. Najnowsza technologia – Nexus 6 – wyposażyła je w moc fizyczną i intelektualną wyższą niż ludzka. Rzeczywiście, kilka scen rewanżu wystarczy, by zorientować się, że działają brutalnie. Czego replikantom brak? Ano uczuć, wspomnień i empatii. Bywa, że oni sami wierzą, że są ludźmi, a to tylko implanty cudzej pamięci dają im wrażenia jakby mieli za sobą przeszłość. Replikanci „umierają” po czterech latach. Podobno właśnie tyle trzeba, by otworzyły się na emocje. Gdyby więc proces humanizacji poszedł dalej niż sądzono, to czas będzie je po prostu „wyłączał”. 

Najciekawsze jest właśnie to skonfrontowanie człowieka z replikantem, służące przedefiniowaniu człowieczeństwa. W filmie Ridleya Scotta androidy są ludzkie, budzą współczucie a nawet chciałoby się im życzyć niezależności i akceptacji. Marzą o tym, o czym marzą ludzie: by okiełznać upływ czasu i zyskać wieczność. Gdy Roy Batty dotrze do konstruktora, staje przed nim jak Syn marnotrawny przed Bogiem („Ojcze, chcę dłużej żyć!”). Towarzyszący mu J.F. Sebastian przeżywa ten sam strach, będąc człowiekiem – choruje na przyspieszone starzenie organizmu. Czas jest bezlitosny dla wszystkich, którzy cenią życie. 

Jedną z niesamowitych scen jest ta rozgrywająca się w pokoju z zabawkami, gdy wpada do niego Deckard. Jest w pułapce dźwięków i ruchów różnych mechanicznych istot, wśród których ukryła się Pris. Replikantka wśród sztucznych mechanizmów zyskuje na żywotności. Tylko się przyczaiła. A gdy zerwie się do walki, będzie drapieżna. Umierając w konwulsjach – jednak ludzka. Podobnie jak Roy Batty, który wygasając, przełamuje androidalny egoizm i ratuje swego kata. Mówi przy tym słowa, które wrzucają do filmu dawkę zagęszczonego wzruszenia. Krój może hollywoodzki, ale nie sposób nie widzieć w śmierci Roya całego unicestwionego wszechświata „Widziałem rzeczy, w  które wy, ludzie, byście nie uwierzyli. Statki bojowe w ogniu w pobliżu Oriona. Refleksy światła skrzące w mroku koło Tannhäusen Gate. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu...”. Replikanci tak bardzo są ludzcy, że możliwy jest romans i zwątpienie we własną tożsamość. Origami podrzucane od jakiegoś czasu Deckardowi sugeruje, że sny o jednorożcu nie są jego wyłączną własnością. Czyżby więc i on miał przed sobą krótki czas przydatności? 

Blade Runner. KsiążkaInaczej rozstrzygnął to Philip K. Dick, u którego konfrontacja z androidami uwypukla ich obcość. Choćby nie wiem co, technologia to nie wszystko. Roy Batty (świetnie wykreowany w filmie przez białowłosego Rutgera Hauera, przyćmiewającego Harrisona Forda!) jest w powieści niechlujny i emocjonalnie tępy. Pris wyrywa nogi pająkowi, a Rachel zabija z zemsty kozę. Człowieczeństwo definiuje się jako zaprzeczenie replikanckiej nieczułości. Być człowiekiem to tęsknić do współodczuwania, to altruizm, opiekuńczość i coś, czego nie ogarnie najdoskonalsza inteligencja – międzyludzka solidarność. 

Oczywiście, te cechy nie są człowiekowi dane bez możliwości ich utraty. Dlatego pytanie o to, kim jestem pozostaje aktualne. Bo w świecie, w którym o nasze dusze walczą Przyjazny Buster (personifikacja popkultury) i mniej efektowny a nawet uznany za fikcję Wilbur Mercer (kwintesencja religii) wynik boju jest nieprzewidywalny. Jeśli dobrze rozumiem, Dick zostawia mnie w poczuciu ogołocenia. Media są trywialne. Religia ma wagę pozoru, choć i tak potężną siłę, ze względu na popyt raczej niż na wartość oferty. Depresja żony Ricka wciąż się czai w pobliżu, a Rick nie ma szans na żywe zwierzę, więc reanimuje elektryczną owcę. Pomijam tu uwagi o fabularnych pomysłach Dicka, które zaskakują po obejrzeniu filmu (podwójna policja, replikantka-artystka, ekspiacja Deckarda). Oczywista sprawa, że nastrojowa opowieść filmowa, zmajstrowana według reguł sztuki, nie daje szans niuansom. Więc punkt dla książki, choć żaden to zarzut dla filmu. Zwłaszcza, że rozpowszechniana wersja jest oczyszczona z banalnych rozwiązań oglądanych w kinie Anno Domini 1982.

Blade Runner, którego oryginalny tytuł brzmi: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, to taka książka, którą odkładasz, by pogłaskać kota, przytulić się do psa lub choćby nakarmić rybki. Co tam: nawet biedronki pożałujesz i dasz jej szansę na drugie życie za oknem.

Liebster Blog Award

Ani się spostrzegłam, a minął miesiąc z hakiem. No cóż, w przyrodzie nic nie ginie, a już zwłaszcza rzeczy cenne. Dostałam nagrodę. (!) Mogę być ogniwem w łańcuszkowej zabawie blogerskiej.  Najfajniejsze jest to, że wytypowała mnie Buksy (Więcej niż pierwsza czytanka), co jest zarazem najstraszniejsze, bo tylko spójrzcie na pytania! To są pytania dla bibliofilów, dla czytelniczych freaków – o niezwykłej orientacji nie dość, że w literaturze, to jeszcze w księgarstwie, mediach i dziwnologii wszelakiej. Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Poza tym, że spróbuję w przyszłym roku czytać więcej, to może coś mi się wyjaśni.

Bardzo mi się natomiast podoba definicja Liebster Blog Award, objaśniająca, że jest to wyróżnienie przyznawane blogerowi przez innego blogera „w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę”. :)

Liebster Blog Award

1. Twoje Ulubione miejsce pełne książek to?
Znam odpowiedź! Ale najpierw muszę zaznaczyć, że biblioteka i księgarnia nie należą do miejsc, w których mogę przebywać dłużej niż pół godziny. Bo tam jest książek za dużo. Za dużo impulsów, zbyt intensywna świadomość, że przecież nie dam rady przeczytać w życiu wszystkiego, co jest tego warte. I  w ogóle: jest jeszcze tyle innych sposobów miłego spędzania czasu, że gdyby lektura miała mi je z życia wyrugować, to powinnam stanąć okoniem.

W domu książek naprawdę pod dostatkiem, odkąd mam Kindla, przybyło ze czterysta tytułów niezajmujących miejsca. Regularnie pozbywam się tych, do których już nie wrócę. Mam problem z wyborem, prawda. Ale gdy w Poznaniu trwa akcja Przytargaj książkę, to ja targam kilkanaście tytułów, wracając z ledwie dwoma zamiennikami. Świadczy to o moim lękającym się przywiązań do rzeczy sercu i potrzebie robienia miejsca nowemu – autointerpretacja ;).

Miejsce: Księgarnia z Bajki (TU i TU (FB)) prowadzona przez Krysię Adamczak. Absolutnie bezkonkurencyjne miejsce. Na Wichrowym Wzgórzu i na os. Przyjaźni w Poznaniu. Kto ma dziecko, ten powinien tam zabłądzić koniecznie. Czytelniczych spotkań, gier i przebieranek jest tu bez liku. Księgarnia z Bajki kończy godziny pracy o 18.00, a już o 19.00 zaczyna się drugie życie. Spotkania z autorami, przeróżne warsztaty, Kluby Zwierciadła (raz w miesiącu, prowadzone przez Renatę Dziurdzikowską z pisma „Zwierciadło” na ważne życiowe tematy, w kontekście mądrych książek) etc. Najpiękniej promujące czytanie miejsce w Poznaniu. Kiedyś z przyjaciółką prowadziłam tam zajęcia z „twórczego czytania/pisania”, co bardzo miło wspominam, zarówno czas szalonych przygotowań, jak i spotkania-niespodzianki. Dobrze pamiętam też zabawę w opowiadanie baśni! Byłam, próbowałam, ale mówię Wam: nikt nie opowiada baśni tak pięknie, jak pani Krystyna. Ostatnio uczestniczyłam w spotkaniu z Małgorzatą Sieczkowską, psychoterapeutką zaproszoną przez Ewę Woydyłło do współpracy nad książką Dobra pamięć, zła pamięć (polecam!). Wówczas w tej zacisznej książkowej przestrzeni zmieściło się ponad sześćdziesiąt osób.
Księgarnia z bajki

2. Pisarz (lub pisarka), którego czytania nigdy nie masz dość to ?
Sorry, klimat jest taki, że nie jestem wiernym czytelnikiem. Przeczytałam Wolność Franzena, po Korekty dotąd nie udało mi się sięgnąć. Był Nomen omen Marty Kisiel, a Dożywocie zakupione czeka na lepszy moment. Z lubianych pisarzy, po których naprawdę chcę sięgać, a jakoś wciąż mam białe plamy na mapie ich twórczości to: Julian Barnes, Bohumil Hrabal (Naia jest dla mnie żywym memento), Joanna Bator (książki japońskie wciąż czekają, razem z najnowszą – a przecież nie znaczy, bym wolała Wałbrzych od Kraju Kwitnącej Wiśni). Wiecznie nierozpoznanym nazwiskiem (o bardzo wysokich notowaniach w ciemno) jest dla mnie Magda Szabó.

Ok, wskazuję Chimamandę Ngozi Adichie. Przeczytam wszystko, co napisze. I Mariusza Szczygła – też nie wszystko znam, bo wciąż nad czymś pracuje – ale uważnie śledzę i mogę zadeklarować swą wytrwałość. Na przykład Duży Format bez „Szczygła na czwartek” uważam za wybrakowany.

3. Książka, której wydania w Polsce nie możesz się doczekać to ?
Nie jestem aż tak zorientowana w zagranicznym rynku wydawniczym, bym obstawiała, co należałoby przetłumaczyć. O planach dowiaduję się, gdy są już podjęte. I ze stoickim spokojem czekam na to, co ma nadejść.

Na przykład teraz wiem, że kupię nową powieść Larsa Saabye`a Christensena, Odpływ, którą Wydawnictwo Literackie wyda w połowie stycznia. Obwąchuję właśnie Półbrata, stąd ta deklaracja. Ale znów: Półbrat ma ponad 900 stron, to czy ja będę miała wolę, by rzucić się na następną rzecz tego samego autora?
W tym samym czasie ukaże się w Czarnej Owcy nowa książka Kate Atkinson. Po świetnej powieści Jej wszystkie życia i po rozczarowaniu Zagadkami przeszłości, które porzuciłam, mam ochotę sprawdzić trzeci tytuł. Wybiorę e-booka.
A z rzeczy polskich: czekam na aneks do antologii reportażu 100/XX, ale to dopiero w 2016.

4. Najlepsza lektura na listopadowy wieczór to?
Udaję, że nie słyszę tego przytyku, że w listopadzie świat jest szary, więc trzeba uciec w lekturę grubej powieści. Primo: miesiąc moich urodzin nadaje się do życia równie dobrze jak każdy inny. Secundo, można w nim czytać to samo, co w lipcu. Moją lipcową lekturą była pominięta na blogu Kate Atkinson. Grubaśna powieść Jej wszystkie życia.

Bardzo angielska w klimacie. Akcja toczy się w latach 1910 – 1967. O, i już trzeba sprostować. Owszem, pewnej śnieżnej lutowej nocy (10.02.1910) przychodzi na świat Ursula, której dorastanie i dorosłość będziemy śledzić, ale rozdział „Śnieg”, w którym jej narodziny są opisane, powtarza się w powieści jedenastokrotnie. Za każdym razem „przepisany” tak, że różnice (niuanse lub sprawy zgoła fundamentalne) decydują o dalszym biegu zdarzeń. Takich punktów, w których biografia wpada w korkociąg, jest kilka. A życie toczy się zależnie od przypadku lub impulsu, naszego chwilowego lęku bądź instynktownej (zapisanej w przeczuciu?) desperacji. Życie, życia Ursuli przebiegają w odmiennych tonacjach, zależnych od czasem niepozornych bodźców. Piękne. Dodam, że świetnie skomponowane, opowiedziane i przystrojone w literackie konteksty. 

Zapotrzebowanie na tradycyjnie rozumiany listopad z pewnością zapewni Magdalena Grzebałkowska i jej Beksińscy.

5. Jaki tytuł czytany przez Ciebie dawno temu powinien Twoim zdaniem po latach przerwy znowu zawitać do księgarń?
Nie wiem, pytanie mija się z moim tokiem rozumowania.

6. Jaka jest Twoja ulubiona audycja radiowa lub telewizyjna o książkach?
Telewizyjnej nie mam. Choć tradycyjnie oglądam Tygodnik Kulturalny na TVP Kultura (piątek po 22., powtórka w sobotę wieczorem). Mam swoich ulubionych recenzujących i takich, których pochwała działa ostrzegawczo. ;)

Radio to Trójka, Michał Nogaś i audycja Z najwyższej półki. Cieszę się, że można ją sobie odsłuchać poza czasem antenowym. Słucham też piątkowych rekomendacji przed ósmą rano, gdy Nogaś gościnnie występuje u Wojciecha Manna, a ja się modlę o szybszą zmianę świateł na skrzyżowaniu. 

Ale taki radiowy literacki rarytas, na który rzadko można trafić, a naprawdę warto czuwać i się czaić to Literackie Biuro Śledcze, prowadzone kilka (dwa, trzy?) razy w roku przez Śledczego Jerzego Sosnowskiego, Asystenta Michała Nogasia i kilku Detektywów-pomocników, np. Przemysława Czaplińskiego (UAM) i Jerzego Klejnockiego. Mówił Gombrowicz, że „nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem” – i miał rację. Podpowiedzi są przewrotne, konkurencja wśród zgadywaczy duża, wymagania wysokie. I trzeba mieć sprawność „Szybkiego Billa”, by w mig się dodzwonić lub zamailować.

Ostatnia edycja była w drugie święto. Pluję sobie w brodę, że włączyłam za późno. Odgadłam (ale nie pierwsza) tę ostatnią zagadkę. 

„Idzie wskroś przez łan dzieweczka”,
Taka była to piosneczka,
Którą chłopiec znał.
Chciał poza tym dorosłości, alkoholu i ciemności,
I w hotelu spał.

(Autor, tytuł, miasto, w którym rzecz się rozgrywa:  kroY weN ,użobz w ycąjuzsuB ,regnilaS.D.J)
A kiedyś – zdarzyło się naprawdę! – trzy razy wygrałam paczki książek jako najszybciej trafiający. Redaktor Sosnowski powiedział: „Pani Renato, to się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś w jednej audycji ustrzelił nagrodę dwukrotnie!”. A ja chciałam wejść do radioodbiornika i pomachać. Dopiero po chwili mnie olśniło: Live and let live. I stałam się mniej wyrywna. Zresztą: zagadki trudne, odgadnąć niełatwo.

7. Jaka jest Twoja ulubiona seria wydawnicza?
Jeśli mówimy o seriach, to zacieśniam krąg obserwacji do Wydawnictwa Czarne. Mają najlepiej zapadające w pamięć nazwy, które rzeczywiście z czymś mi się kojarzą. Wymienię te, z których w tym roku  wzięłam coś dla siebie lub na prezent. Seria Esej (Pensjonat pamięci), Inna Europa, inna literatura (Jest noc), Menażeria (Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci), Proza świata (Czas kobiet), Lilith (Marlene), Dolce Vita (Brudna robota), Biografie (Havel), Amerykańska (Kroniki [Boba Dylana])…
Najlepsza seria (ex aequo): Reportaż (właściwie wszystko) i Sulina (Bukareszt, kurz i krew oraz Bolszewicy i apostołowie).

8. W jakiej książce znalazła/eś świat, do którego chciałabyś się natychmiast przeprowadzić?
Ja nie jestem taka, żeby już od razu się przeprowadzać. W myśl zasady, że nie trzeba kupować browaru, by napić się piwa. Lubię książki, w których nie jest słodko. W których już istnieją kłopoty i problemy, a ja to przeczuwam, więc wolę nie pakować się do lustra i pozostać po tej stronie.

Chyba że… Ok, mogłabym się przenieść do Nowej Funlandii. Tam, gdzie trafił życiowy nieudacznik Quoyle i gdzie okrzepł, zahartował się, stworzył fajną gazetę i znalazł samego siebie. Mowa o: Kronikach portowych Annie Proulx (lub o filmie Hallströma, pod tymże tytułem, z Kevinem Spaceyem w roli głównej).

9. Najdziwniejsza książka, jaką czytała/eś, to?
To by musiała być dziwność formalna, znacząca dużo więcej niż oryginalność. Szukałabym wśród surrealistów (Boris Vian?). Trudno wytypować, bo gdy książka mnie do siebie przekona, przestaje być dziwna. W ogóle: dziwność to dziwna kategoria. W udzieleniu pełnej odpowiedzi przeszkadza mi intuicyjne omijanie rzeczy niestrawnych. Gdyby nie to, pewnie wskazywałabym 
Finneganów tren albo coś z tej półki.

10. Twoje literackie odkrycie tego roku to?
Małgorzata Rejmer – nie znałam dotąd, jestem pod wrażeniem. Zapamiętuję i Bukareszt, i pióro. (Więcej…). 

11. Bohater literacki, w towarzystwie którego mógłbyś/mogłabyś spędzić, jeśli nie życie, to przynajmniej długą podróż to?
Nie sądzę, by coś dobrego wyniknęło ze zderzenia fajnej postaci literackiej akurat ze mną. Bardziej kręcą mnie pisarze i aktorzy. Ale też nic z tego. Sympatyczna relacja wyklucza zależność w rodzaju: on/ona i mój bezgraniczny podziw lub ja i jego/jej przymus, by spełnić moje oczekiwania. Niech sobie ten świetny bohater, czy Ktoś, rośnie w swoim mikrokosmosie, nie będę go na siłę do mego kosmosu przeflancowywać. Ot.

Ok, Ren, „nie filozuj”, tylko się zabaw. Wyruszam w podróż, nieważne dokąd, ja prowadzę. Zabieram Szczygła, wiele ryzykując. Co prawda nie muszę się bać, że rozmowa nam się zawiesi, pan Mariusz jest miły, umie zadawać pytania i opowiadać hecne anegdotki. Można by rozmawiać o czymkolwiek… i tu niebezpieczeństwo, że wziąłby mnie reporter na widelec. Z braku możliwości zasłyszenia i podpatrzenia czegoś bardziej frapującego. Doszłoby więc do zmiany warty.

Wskakuje Wokulski i pomaga mi zrealizować zaprzepaszczone marzenie o podróży do Turcji. Ze Stachem wypad nie byłby drogi, może nawet udałoby się pomnożyć majątek? Znamy się jak stare konie. Oddaję mu miejsce za sterem i ucinam sobie drzemkę.

Jeszcze mi nie wybrzmiał w uszach Stambuł (Wokulski został, bo i tak nie ma do kogo wracać), a już do samochodu wskakuje Oriana Fallaci (wygląda jakby wyszła z filmowego Wałęsy). Tyleż autorka, co postać. Peroruje o niebezpieczeństwie inwazji islamu, ale nie ulegam. Wolałabym kobiecą rozmowę lżejszego kalibru. Ufam, że dałybyśmy radę. Może o kapeluszach (pełnych czereśni)…

Dosiada się Cate Blanchett, Oriana wysiądzie, kiedy zechce, niczego nie sugeruję. Na początek możemy pomówić o sukienkach, bo Cate ma super kreacje. Mam nadzieję, że będzie w dobrej formie i nie będzie mówić sama do siebie (wiecie, Jasmine). Może zdradzi coś o Blackbirdzie?Przypominam sobie, że z nią można zbłądzić w świat książek: J.R.R.Tolkien (Galadriela), F.Scott Fitzgerald (ukochana Benjamina Buttona), Annie Proulx (epizod w Kronikach portowych), Szekspir (mam na myśli jej kreacje królowej Elżbiety I i wynikającą z nich znajomość z sir Williamem). Mogłybyśmy, dlaczego nie, obgadać Notatki o skandalu (też ekranizacja, poza tym: „szkolny” temat).

Jedziemy, asfalt śmiga pod kołami, boli mnie szyja od skrętu w prawo i śródstopie od naciskania gazu. Na poboczu widzę chmary interesujących postaci, które chcą się dosiąść. Nie zatrzymuję się. Czekam na kogoś…, no, jest! Nie macha, bo się zapatrzył, ale gdy mówię, że mogę podwieźć do Lizbony, to wskakuje. Raimund Gregorius, niegdyś łacinnik, któremu zdarzyło się wyjść w połowie lekcji, a potem wkroczyła bajeczna nieodwracalność. Co my będziemy robić w Lizbonie? Chodzić śladami Amadeu de Prado, „złotnika słów” (Nocny pociąg do Lizbony). Raimund będzie mi opowiadał. Nostalgicznie i magicznie. Tak jak to było u Pascala Mercier: „- Balsam rozczarowania. Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć, czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?”. Sami przyznacie, że w takim nastroju będę gotowa na fado.

Nagroda jest przechodnia, więc ja przyznaję Liebster Blog Award każdemu, kto zechce w komentarzu odpowiedzieć na choćby jedno z trzech pytań.
1. Z jakim zdaniem, znalezionym w czytanych w tym roku książkach, artykułach, tudzież komiksach, chciałbyś wejść w rok 2015? Nie musi to być credo, może być cytat kilkuzdaniowy.
2. Gdyby w Szopce noworocznej mogły wystąpić postaci nie z pierwszych stron gazet, a jednak – dla Ciebie – ważne, to kto by to był, co by powiedział lub o co by został zapytany? Ewentualnie – w rytm jakiej muzyki by zatańczył?
3. Dlaczego marchewka jest lepsza od pietruszki? (pietruszko, przepraszam).

tablica z Macondo (i inne)

Każdy ma swojego Barańczaka, jeśli tylko chce go mieć. Gdy czytałam komentarze pod poprzednim wpisem, pomyślałam, że jest to jakiś wytrych. Co nam przychodzi do głowy jako pierwsze, gdy pada nazwisko Barańczak? Peregrino mówi: piękne tłumaczenia dobrej anglojęzycznej poezji i podrzuca link do wiersza Johna Donne`a (TU). Też niegdyś pisałam o poznanych dzięki Barańczakowi wierszach Roberta Frosta (TU) i Emily Dickinson (TUTAJ). Liritio wspomina przede wszystkim tłumaczenia Szekspira, ale cytuje też świetne humorystyczne streszczenie szekspirowskiego Króla Leara. Wzięte z Biografiołów, gdzie można znaleźć „Podstawowe utwory W. Szekspira, przystępnym sposobem streszczone i dla celów mnemotechnicznych w formę wierszowaną przyodziane”. Przytoczmy Jego wersję Romea i Julii (niech się chowają ściągowe portale!):

Rody Werony: wraży raban.
Młodzi: hormony.
Starzy: szlaban.
Mnich: lekarstwem zielarstwo?
Finał: trup grubą warstwą.

A ja w rozkroku. Bo trochę mnie korci, by postawić na ulubione wiersze Barańczaka. Albo na to, po co sięgałam ostatnimi czasy. Bawiłam uczniaków jego żartami z Pegaza… Bo wiecie: czasem można mieć już dość tych samych nazwisk. I wtedy z pomocą przychodzi pan B. Proponuje odświeżenie literackiego panteonu dzięki sprytnej anagramowej sztuczce. I tym sposobem do podręczników wskakują: J.H.Nocnosikawka, Wicek „Imci” Mazda, Łucja Lizusowski czy Flops Delato. Po bliższym rozebraniu okazują się starymi znajomymi, ale efekt świeżości wart jest gry. Tak, to Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki i Leopold Staff. A rozpoznacie, kto się czai pod anagramem G. Widrwitz-Colombo, K.Makaron-Ocipina, Iwan M.Ulituj lub Heiki Cwyszenkeiner? 

Nie dalej niż kilka miesięcy temu sięgałam do Edwarda Leara, Ogdena Nasha, Morrisa Bishopa z Fioletowej krowy. I do świetnego eseju „Jak tłumaczyć humor Szekspira?” (z tomu Ocalone w tłumaczeniu). Barańczak bierze w nim na warsztat pierwszą scenę z Romea i Julii i przygląda się różnym wersjom translatorskim. Od tej „najwierniejszej”, linearnej, poprzez doceniane przez niego wersje poetyckie, aż po własną, która właśnie ów immanentny humor Szekspirowi pozostawia. Oczywiście, wiem, że zarzucano Barańczakowym tłumaczeniom mocne naznaczenie osobowością poetycką tłumacza, i że broniono tłumaczeń wcześniejszych czy późniejszych. Jasne, ja ich nie zwalczam. Ale zawsze wybieram Barańczaka. 

Jeśli mam wskazać jedno, co najsilniej kojarzy mi się z Barańczakiem, będzie to Tablica z Macondo i wpisane w ten esej credo. Zostawię więc na drugim planie tłumacza, humorystę, poetę, człowieka domagającego się społecznej prawdy i sprawiedliwości…., a wybieram eseistę i literaturoznawcę. Profesora. Bo jeśli ktoś potrafił mnie przekonać, że literatura ma sens, że czytanie i rozmowy o literaturze miewają wartość metafizyczną (a przynajmniej sięgającą głębiej niż naskórek), to był to Barańczak. Wszystko, co najlepsze w tej dyscyplinie, kojarzy mi się z Nim: błyskotliwość, jasność wywodu, docenianie paradoksu i kontrapunktu, wielowarstwowość, erudycja, wnikliwość i lekkość, dowcip i dyscyplina. Hmm… pamiętam jakby to było wczoraj, gościnny wykład Barańczaka na poznańskiej filologii… Uszy mi płonęły i chyba wyrosły z nich jakieś antenki, bo cudem i intuicją rozumiałam o co chodzi, choć człowieka z fatalniejszą dykcją to długo by ze świecą szukać.

Ale: Macondo.
Zaczyna się od obserwacji dróg w stanie Massachusetts. Ściślej: od samochodowych tablic rejestracyjnych, które w Ameryce (no, nie tylko) mogą być przypadkową składanką cyfr i liter lub tekstem wybranym przez właściciela wozu. Ten drugi przypadek oznacza, rzecz jasna, dopłatę i podporządkowanie się pewnym regułom. Barańczak humorystycznie komentuje potencjał motoryzacyjnych komunikatów. Uwierzysz? Sześć-siedem liter (bez znaków diakrytycznych) daje niezwykłe szanse. Od ekspresywnych oznajmień i deklaracji (niekiedy autoironicznych), po hasła wywoławcze odnoszące się – np. – do kultowych piosenek czy innych znaków pokoleniowych, bądź cudnie metaliterackie oznajmienia w rodzaju: A PLATE  czy REAR (tablica, tył). 

Barańczak obserwator i humorysta szybko wskakuje w rolę interpretatora. Oho, można by bez liku wymieniać jego gruntowne analizy literackie, ale wystarczy przeczytać komentarze do samochodowych tablic, by zrozumieć, ile znaczy wprawny odbiór komunikatu. A nie trzeba czekać dłużej niż dwa akapity, by Barańczak zajął się tworzeniem własnych twórczych wariantów, po polsku. Od razu przy tym tłumacząc swój zamysł i potencjał tkwiący w tekście. Tym szczególnym okazuje się napis ON JEST, będący tyleż poezją (tak, bo ustanowiony regulaminem urzędów „motoryzacyjnych” warunek oryginalności i podporządkowania dyscyplinie językowej jest warunkiem tożsamym z zasadami poetyki) co manifestem wiary w sens słowa.

Pamiętacie bezsenność i plagę niepamięci w Macondo? Metoda Jose Arcadia, by na karteczkach zapisywać nazwy rzeczy i wyjaśniać, do czego służą, miała moc ocalenia. I była tyleż pragmatyczna, co metafizyczna właśnie, bo pomagała zapamiętać to, co najłatwiej upłynnia się z zasobów świadomości: kim jesteś, jak brzmią fundamentalne zasady i to, że Bóg jest. Słowa Marqueza można sobie przypomnieć, sięgając po cytowany na tamaryszku w kwietniu fragment Stu lat samotności (TUTAJ).

Barańczak wybiera zaimek „ON”: zwięzły i wieloznaczny. Może odsyłać nas (przynajmniej) do trzech adresatów. On to Drugi Człowiek, Świat i Transcendencja (Bóg). Trzy punkty odniesienia. Trzej sprzymierzeńcy i „kłopotliwi przyjaciele” jednocześnie – „bez których nie moglibyśmy przeżyć ani dnia, ale których obecność stwarza nam co chwilę nowe nierozwiązywalne problemy”.

Chodzi o to, by wierzyć, że „ON JEST” i starać się wejść z NIM w dialog. Jest w tym coś z gry, ale też z całkiem serio podjętego poszukiwania sensu. Rzecz jasna: nie chodzi tylko o uzasadnienie dla rocznej opłaty za użytkowanie spersonalizowanej tablicy rejestracyjnej (wówczas 40 $). Ani o to, by pisać z nadzieją na uważnego, inteligentnego Czytelnika. Ani o to, by nieustannie pamiętać, że „ja” jest tylko jednym z wielu głosów, równoważnym z głosem Innego. Ani o to, by liczyć się z obecnością Absolutu (i liczyć na tę obecność). Hmm… chodzi raczej o wszystkie te sensy naraz.

„Przez swoją zwięzłość, tablica rejestracyjna jest emblematem wiersza lirycznego: chodzi w niej o to samo, o sztukę zmieszczenia maksimum znaczeń w ograniczonej liczbie znaków. Ale czy na tej samej zasadzie wiersz nie jest emblematem życia, którego sztuka sprowadza się również do wtłoczenia maksimum sensu w ograniczoną liczbę lat?”

„Nasz potrójny adresat jest już dostatecznie udręczony i znudzony wielogłosym chórem świadomych i nieświadomych agentów Nicości. Nie należy mu zawracać głowy jeszcze jednym bezkształtnym odwzorowaniem bezkształtu, jeszcze jednym pustym odbiciem pustki. Jeśli chcemy zwrócić jego uwagę, możemy to uczynić tylko w jeden sposób: mówiąc zwięźle i sensownie. Czas wyznaczony na audiencję jest krótki (…).”

Byłoby mi miło, gdybyście zechcieli dorzucić Wasze pierwsze (lub te najsilniejsze) Barańczakowe skojarzenia.
cdn.

***

Barańczak z półki

Jakem tamaryszek nigdym tu stosików nie wywieszał(a). A wiadomo, że stosiki książek na blogach o literaturze to norma. Dziś wyjątek: sesja zdjęciowa moich (zdjętych z półki) Barańczaków.
* Tuzin wydanych przez wydawnictwo W drodze Szekspirów w Jego tłumaczeniu. Czerwony i zielony wytarmoszone, bo poddane szkolnej obróbce. Oraz Sonety Williama Sz. (150).
* Stosik tłumaczeń poezji anglojęzycznej (Robert Frost, Seamus Heaney, Thomas Hardy, Philip Larkin,… Emily Dickinson wywędrowała ode mnie)
* Z tej samej kategorii, ale osobno wymienię: antologia siedemnastowiecznych metafizyków angielskich (tu tkwią korzenie mojej skłonności do paradoksów, przyswojonej i uświadomionej dzięki Barańczakowi).
* Dorzucam jeszcze Brodskiego, choć uściślę, że w tomiku są wiersze spolszczone przez troje tłumaczy.
* Antologia angielskiej i amerykańskiej poezji nonsensownej (Fioletowa krowa) i szaleństwo słowiarskich żartów pana Stanisława, czyli tom Pegaz zdębiał.
* Trochę marnie się prezentuje poezja samego Mistrza: zbiór 159 wierszy, pogryzmolony notatkami, nie do pożyczenia, dwa cieniutkie ostatnie tomiki: Podróż zimowa (do pieśni Schuberta) i Chirurgiczna precyzja.
* Rzecz o poezji Herberta, chyba filar jakiejkolwiek dyskusji o tym poecie: Uciekinier z Utopii. (Książki o Białoszewskim, niestety, nie mam).
* Eseje o tłumaczeniach i o warsztacie tłumacza – Ocalone w tłumaczeniu.
* Książki najgorsze – recenzje wybitnych dzieł grafomańskich. ;)
* Zaufać nieufności. Osiem rozmów o sensie poezji oraz Tablica z Macondo. Osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze.
* I jeszcze książka-przewodnik po Barańczaku Krzysztofa Biedrzyckiego (Świat poezji Stanisława Barańczaka).

Aneks:
Warto się rozejrzeć, dużo strun poruszyło odejście Barańczaka. I warto nie przegapiać. Zauważyłam, że mój wpis (nieświadomie) zgrał się z postem na blogu Adama Szostkiewicza o Poecie w krawacie. Odsyłam. I że notkę poświęciła Barańczakowi również Virginia. Polecam.

Barańczak

Niech już się skończy ten grudzień. Jakby się rozpruł wór z nazwiskami Moich Ulubionych i odlatują w zaświaty. Krzysztof Krauze. Stanisław Barańczak. Barańczak – do którego od zawsze i niezmiennie mam stosunek niemal bałwochwalczy. Niegdyś tam: bohater mojej pracy magisterskiej. Ale i przedtem i później budzący moje czytelnicze ożywienie. Poeta. Tłumacz. Genialny interpretator i publicysta. Od wielu już lat okutany milczeniem. W moim panteonie (kruchym, bo nie lubię rankingów i się w nich gubię) ma zagwarantowaną pozycję kogoś, kogo się nie zapomina. Z podziękowaniem za wiersze i eseje, szlachetność i zmysł humoru… 

Jakieś Ty
Z tomu „Widokówka z tego świata” 1988

Właściwie nie muszę wiedzieć o tobie nic więcej, niż
to,  że jesteś tym jakimś Ty, które formułuje mi w ustach
i – przez opar wydechu, przez opór języka, przez niż
atmosferyczny, przez kłęby spalin nad jezdnią, mgłę lustra,
pył międzyplanetarny – każe przebijać się (z ust
do ust, przez morza, z tego świata na tamten, z chodnika
na chodnik, z murów mózgu w ten sam mur czy mózg)
drugiej osobie liczby pojedynczej czasownika,
jakiemuś „słyszysz”, „nie milcz”, „pamiętasz”, „spójrz”, „bądź”,
które, prostolinijnie wysłane przed siebie, pętlą
powraca, nie drasnąwszy skóry, ścian, urwisk, słońc,
mój rozmówco, Fachowy Psychoterapeuto,
łaskawy Czytelniku, Wszechmogący Panie,
Nieśmiertelna Jedyna, Od Czterdziestu Dwóch
Lat Już Wytężający nadaremnie słuch
Sobowtórze, Tubylcze Na Brzegu, skąd jak bumerang
ze świstem nadlatuje ciągle to samo pytanie
zmienione w tę samą odpowiedź: że w międzyczasie umieram.

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta,
kiedy szedłeś wzdłuż bloku. A w tej samej chwili
waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

„Non so piu…” – ten żar róż bez ciężaru, ten żart na
śmierć i życie, pędzący za chmarą motyli
anapest tętna. Właśnie ta aria Mozarta
m i a ł a tu brzmieć, jak gdyby istniała gdzieś karta
praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcili
ci inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa –

gwarancja, że choć jedna zasłona, niezdarta
do szczętu płyta przetrwa; że zawsze uchyli
jakieś okno czy wyrok ta aria Mozarta.

Jak gdyby wszystkie dobra zdążyła ta martwa
ręka niepoczytalnie zapisać nam, czyli
kopczykom gruzów, z których wstawały mocarstwa,
w których rosła, wbrew nim, na niczym nie oparta
wiara, że to nie błąd, że nigdy się nie myli
w oknie na którymś piętrze ta aria Mozarta.
Waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998
Ani, jedynej

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi,
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił
uwagi – gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:
„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”?

Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy,
niedotykalnie drodzy ze swoim „Śpij, pomiń
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”.

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: „Zapomnij.
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”.

Stanisław Barańczak

słowa

Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wydawnictwo Czarne 2014

Świąteczne nastroje? U mnie nostalgia*. Otuliłam się nią i tak już będzie. Nawet jak przybędą pasterze, zwłaszcza w Cichą Noc, pomimo anielskiej Glorii. Boże Narodzenie, choć naznaczone radością i weselem, podszyte jest też smutkiem tęsknoty. Raczej za czymś nieuchwytnie minionym niż za tym, co może nadejść. Może to rozczulająca tęsknota za dawniejszą nadzieją, w której przegląda się nadzieja świeża, niemogąca tej dawnej dorównać intensywnością? Sprzyja temu nuta Preisnerowskiej kolędy, która w moim domu rozbrzmiewa zawsze chwilę przed Wieczerzą (o milknących głosach tych, których zabrakło).

Zapomniane słowaNic bez przyczyny. Zrzućmy całą winę na książki. Tę jedną czytałam tego roku w październiku. Potem w listopadzie. I w grudniu – hasła na „s” i dalej. Rzuciłam się na nią łapczywie i wyobrażam sobie, że można rzecz połknąć w weekend. Czyta się świetnie. Alfabetycznie ułożone eseje, szkice czy notki. Każda innym piórem pisana – znam większość autorskich nazwisk: Szczygieł, Bator, Komorowska, Ogórek, Miodek, Bereś, Młynarski, Chutnik, Bralczyk, Stasiuk, Grynberg, Tokarczuk, Milewicz, Łobodziński, Glińska, Chwin, Różycki etc. etc. Dziewięćdziesiąt krótszych-dłuższych wskrzeszeń.

Chodzi o słowa zapamiętane i ważne, które dziś trudno spotkać. Niektóre odeszły wraz z obyczajem czy cywilizacją, gdy zniknęły nazywane nimi przedmioty bądź zjawiska. Krachla (butelka z porcelanowym korkiem i metalowym kabłąkiem, wypełniona „szampanem dzieciństwa” – oranżadą) lub cnota, kukuruźnik, szmizetka czy podkurek.

Inne wyparła moda lub – co istotne – trendy tyleż językowe co dyktowane obyczajem i światem wartości (nobliwy, krnąbrny, kostyczny, charakterny, zacny czy taktowny). Ale mnie przyciągnęły właśnie te zawadiackie, rewelacyjnie rekomendowane przez tęskniących za dziecięcą psotą autorów: hecny, ancymon, urwis, facecjonista, trzpiot czy pieczeniarz.

W niektórych notkach szeleszczą stare słowniki, tropimy etymologię i ewolucyjne przesunięcia semantyczne. W innych bryka anegdota. Mariusz Szczygieł hecnie relacjonuje dowcipy sprzed lat, a Olga Tokarczuk wspomina przeklinającego dziadka (psiakrew!). A tak! Bo choć wydawać by się mogło, że słów z tej kategorii nie brakuje, to tylko pozór – w użyciu mocno nadwerężone trzy wyrazy, a dawne zaklęcia więdną i schną.

Lekko odsłaniam więc kurtynę i przemycam słowa, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Miglanc (Anda Rottenberg)
„Inaczej: sprzedawca wiatru. (…) Serdeczny i życzliwy. Elokwentny, choć raczej przytakuje i uwypukla, niż polemizuje. Wszystkich zna, wszystko umie, chętnie oferuje pomoc. Dopuszczony bliżej, zalęga się w domu i w obejściu. W zasadzie nieszkodliwy, lecz trudny do usunięcia”

Awanturnik (Ziemowit Szczerek)
„Kiedyś, dawno, dawno temu, ten polski awanturnik oznaczał nie tylko wyżej opisanego pajaca, ale również kogoś, kto poszukuje innego rodzaju przygód: podróżuje, szpera, jeździ po ciekawych, dziwnych miejscach, jest ciekaw wrażeń. A później tak się jakoś porobiło, że z tego porządnego i zacnego człowieka, awanturnika, typ pozostał paskudny. Ogr jakiś niewychowany, chamidło, bydlę wręcz. Brr. (…)”

Czuczeło (Małgorzata Szejnert)
„(Każde wypchane zwierzę to czuczeło. Nazwa oficjalna.)
W naszym domu w Białej nie było wypchanych zwierząt. Ale przypominam sobie coraz lepiej krążenie tego słowa po pokojach i kuchni i jego domowe znaczenia. Były kąśliwe, kpiące lub czułe. „Czuczeło” to ten, co wstał zaspany i jeszcze się nie uczesał. „Czuczeło” to ktoś, kto przyszedł, kiedy nie trzeba, stoi jak kukła i nudzi. „Czuczeło” to czyjś niewyraźny cień za oknem. „Czuczeło” to strach na wróble w ogrodzie sąsiadki (i sama sąsiadka). „Czuczeło” to stara miotła i zerwana firanka, która o zmroku przybiera widmowy zarys postaci. „Czuczeło” to uparte dziecko, które dopomina się bajki przed snem, gdy nikt nie ma czasu, bo jest przecież wojna, a dom pełen ludzi, z których większość przybyła ze wschodu. (…)”

Nie wiem, czy da się przywrócić, co odeszło. Czasem wystarczy choćby krótkie zapatrzenie, a pojemność świata niepomiernie wzrasta. Mimo nostalgii…

*Nostalgia, choć w słownikach wciąż przypisywana jest zadumie nad utraconą ojczyzną, dla mnie ma dużo większą pojemność. To siostra Melancholii, tylko mniej smętna, lekko uśmiechnięta i – w razie dobrego pretekstu – gotowa odnaleźć sprężysty krok i jasne spojrzenie.

 Z okazji Świąt,
lecz niekoniecznie z ich powodu,
życzę
wszystkim Gościom tamaryszka:
SŁÓW
co nazywają celnie i z precyzją,
koją i inspirują,
przenoszą góry, budują mosty, kierują wiatr w żagle naszych marzeń,
snują opowieść, w której można zamieszkać.

I tego, by SŁOWAMI się cieszyć,
(mieć w zanadrzu swoje „czuczeło” „krachlę”, „łapserdaka” )
ufać im i pokładać w nich nadzieję

na to,
że jeszcze może zdarzyć  się (niejedno!)

spotkanie, oczarowanie i zrozumienie.

I by wśród wielu słów nie zgubić tych najważniejszych
(tych, co to były na początku, a bez nich nic nie jest „tak naprawdę”).

angole

Ewa Winnicka, Angole, Wydawnictwo Czarne 2014

Jestem z tych, co nie przeczytali poprzedniej książki Ewy Winnickiej, choć dostała za nią nominacje do Gryfii (2011) i było o niej głośno. Mam za sobą lekturę świeżego tytułu. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne, włączając je tym samym do grona reportaży, na które na pewno warto rzucić okiem. A nawet oko zawiesić na dłużej, okiem swoim wczytać się uważnie, oko przetrzeć raz po raz ze zdumienia lub sobie okiem mrugnąć, gdy trafi się na coś bardzo znanego. Autorka przygląda się polskim emigrantom – tym dawniejszym, „rozbitkom z otoczenia Władysława Andersa” w Londyńczykach i tym najświeższym w Angolach. Bohaterowie Angoli to głównie trzydziesto- czterdziestolatkowie, ujawnieni z imienia (często z twarzy, bo dodano liczne fotografie) – ci, których bulwarowa prasa brytyjska nazywa „najeźdźcami” lub „kolonizatorami”, rodzynki z około dwumilionowej fali. 

Oczywiste pytanie: czy rozmowy ujęte w 34 rozdziały, eksponujące tyluż bohaterów, są dla milionowej rzeszy reprezentatywne? Zaplecze reporterki było rzecz jasna szersze, wspomina o trzystu interlokutorach, z których wybrała tych ciekawszych lub scalających w swej opowieści doświadczenia im podobnych. To wciąż nie milion. Ważniejsza obserwacja (poparta głosem Autorki): wcale nie chodzi o portret obiektywny, ani o publicystyczną syntezę. To studium różnych przypadków, zapis indywidualnych perypetii, obserwacji, rozczarowań lub spełnień. Przy czym decyzja, czy opowieść należy zaliczyć do ilustracji sukcesu czy porażki zależy od świadomości bohatera i od wyceny czytelnika. Reporterka zawiesza głos.

Kto ma oko, niechaj czyta. Dobrze też poprosić o pomoc ucho, bo zwierzenia podane są językiem rozmówców. Świetny pomysł! Jak najprościej, bez przeróbek, bez uogólnień i polerowania. Sposób mówienia jest przecież nieocenionym źródłem informacji. Odsłania mentalność i charakter, rejestruje wiele smaczków. Czasem uderzała mnie czyjaś pewność siebie, przeróżne mantry, potwierdzające, że jest ok. Jakby ów szklany sufit, dzielący Wyspiarzy od przyjezdnych, nie istniał. Nie wiem, czy istnieje (wielu zwierza się, że jednak tak). Gdy Roman opowiada, jak bardzo go akceptują i dodaje, że wrósł w ten świat, wiem, że to subiektywne. Mogę się zdystansować, bo „bycie meblem stąd” mnie nie przekonuje (Roman przywołuje komplement:„Jesteś częścią umeblowania, nie wracaj do Polski”). Mogę też to docenić. Bo przecież sukces zawsze jest subiektywny i być może najważniejsza jest gotowość, by tak właśnie na swoje życie spojrzeć. A gdy słyszę, jak Maciej opowiada o znienawidzonych Albańczykach, irytujących Pakistańczykach („ciapatych”) czy Hindusach, to nie tylko poznaję hierarchie społeczne, lecz i nadwerężoną godność, nieufność czy samotność.

Angole

Angole rozpoczynają się rewelacyjnie! To ponoć parafraza apeli zamieszczanych w bulwarowej prasie, w reakcji na doniesienia o kolejnych falach polskiej emigracji. I słuszna sugestia, że choć rozmówcami Winnickiej są Polacy, to bohaterami również tytułowi Anglicy i ich modus vivendi. I to, czy społeczeństwo angielskie wymusza na przyjezdnych uznanie swych imponderabiliów, czy też podlega transformacjom pod dyktando najeźdźców.

Ladies and Gentelmen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881 – 1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachowywać. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionych garstką Litwinów, Rosjan i Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancshire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie”.

 Mam swoje ulubione historie. Oli z Belfastu – o tym, jak żyje się w mieście podziałów, jak duże trzeba mieć wyczucie rzeczywistości, by nie wpakować się w absurd. Pół żartem: „Nie wejść w zielonej koszulce do klubu oranżystów”. Serio: balansować między katolikami i protestantami, republikanami i lojalistami, zwłaszcza w lipcu i w okolicach „muru pokoju”. 

Albo opowieść Miki, dziewczyny, która odniosła sukces, choć jak twierdzi: „W Polsce byłam duża rybą w małym stawie, tutaj jestem małą rybką w wielkim jeziorze”. Udało jej się w życiu zawodowym i osobistym, ma perspektywy. Może dlatego, że jak się już jest rybą, to się nie tonie? Podobało mi się w jej charakterze to, że nie pozbywała się inności, lecz wygrywała na swą korzyść. Wśród wycofanych, unikających mówienia wprost, szukających okrężnych dróg tubylców, umie nazywać „słonia”. Angol czeka, aż słoń sam zniknie, wystrzegając się bezpośredniości (Mika: „Widzę tu słonia w pokoju. Mamy kłopot”). 

Może najwięcej sympatii mam dla Adama, młodego chłopaka pracującego jako opiekun niepełnosprawnych (fizycznie lub intelektualnie). To nie jest bułka z masłem, najpewniej tylko etap życiowej drogi, ale sądząc po sposobie odnalezienia się w swej roli – etap szczęśliwy. „Moi podopieczni dali mi pogląd na to, kim jestem i czego w życiu oczekuję.  W skrócie: oczekuję zbyt wiele”. Rodzice w Polsce martwią się, że syn jest zmęczony, że doświadczenie trudne, a sami znają z autopsji odpowiedzialność za niepełnosprawnych, więc wiedzą. „Niech mi tata nie mówi, że ja się męczę. Kiedy rano przychodzę podać śniadanie lokatorom, Morgane, moja pani czterolatka, uśmiecha się radośnie i mówi: „Good morning, my prince. „Czterolatka” ma lat pięćdziesiąt.

Lekko zapada w pamięć historia Marcina, dowcipnego kierowcy z Manchasteru, który tłumaczy Angolom różnice kulturowe. I nieźle puentuje zabawne insynuacje, miedzy innymi tę o łabędziożercach. Doniesienie prasowe: „W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?”  Odpowiedź Marcina: „łabędzie smakują mi tylko z grilla, gotowane zupełnie nie” i dodaje, że to nic innego jak podążanie wzorem króla Henryka VIII, który łabędzie jadał.

Duże wrażenie robią na mnie ci, którzy są gotowi pomagać rodakom w potrzasku. Monika z Henley ogłosiła w internecie, że pomaga. Irracjonalne! Oczywiście, dzwonek za dzwonkiem, problem za problemem. Łatwo zgadnąć, że nadszedł czas, gdy trzeba było akcję zawiesić. Wyciągnęła z kłopotów 120 osób (!). „To było naprawdę wariackie posunięcie. Pewność siebie mnie zgubiła, można powiedzieć”. „Czy jeden człowiek może dokonać zbawienia? Myślę, że niestety nie, za co chciałabym serdecznie przeprosić”. Zostawia Winnickiej apel do Polaków, a diagnozuje on krótko-celnie sytuację wszystkich marzących o „ziemi obiecanej”, krainie lepszej niż miejsce i ludzie, otaczający nas tu i teraz. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”. 

***

Tych, którzy mierzą się z trudnościami, są „jedną wypłatę [tygodniówkę!] od bezdomności”, odchorowują decyzję lub godzą się na cichą desperację jest naprawdę wielu. Jeden z bohaterów, o podziwu godnej umiejętności wyszukiwania niszy do działania, założył i z sukcesem prowadzi firmę pogrzebową. Między innymi dostarcza ciała zmarłych do Polski, jeśli taka jest wola rodziny. Twierdzi, że połowa jego „klientów” to samobójcy. Połowa tych, którzy do niego trafiają. Nie połowa emigrantów. Bo większość sobie lepiej-gorzej radzi. A czasem można uwierzyć, jeśli trafi się na optymistę, że bycie bezdomnym w Londynie też ma swoje dobre strony, bo tutaj całkiem łatwo kradnie się alkohol ze sklepów.

Różne są losy. Angole nie są zapewne wyważonym studium polskiej społeczności na Wyspie, ale nie są też książką stronniczą. Dają możliwość zdiagnozowania siebie. Przejrzenia się w historiach innych, obojętnie czy jest się jednym z emigrantów, czy planuje się być, czy też nosi się w sobie zastrzeżenie, że nigdy. Lektura książki Ewy Winnickiej dostarczyła mi wielu skrajnych rozpoznań. Trochę mnie przeraziła, bo wydobyła na jaw moją zachowawczość (nie, nie rzuciłabym się na głęboką wodę – a wielu ruszyło na Wyspy bez znajomości angielskiego i bez namiaru na pracę).

Może też uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy mam w sobie dość ambicji i woli walki, by grać o życie w obcym sobie świecie. A wydaje mi się, że wielu z tych, którzy wyjechali, taką wolę i energię w sobie odnalazło. Nawet jeśli zaczynali skromnie, mieli nadzieję, często zasadną, że urządzą się po swojemu. Choć w zawsze nie do końca swoim świecie. 

Wymieniłam swoje ulubione historie, pomijając te najbardziej wstrząsające. Bo dziwnie byłoby zostawić lajka tam, gdzie bohaterowie płacą wysoką cenę za swój wybór. Na przykład przy kuriozalnych opowieściach o Polakach oskarżonych o gwałt lub bicie dzieci. Restrykcyjne prawo brytyjskie bardzo serio podchodzi nawet do domniemanych podejrzeń (bohaterowie Winnickiej poznają piekło, choć są niewinni). Na przykład sytuacja Basi, sprzątającej w hotelach, która poszła na wojnę z pracodawcami, gdy zauważyła, że przy tej samej pensji, co miesiąc ma więcej obowiązków. Stała się na moment bohaterką medialną, o wiele dłużej będzie trwało jej wychodzenie z rozstroju nerwowego i depresji. Na przykład liczne codzienne tarapaty ludzi pracujących przy fabrycznej taśmie, którym się śni, że zamiast boczku pakują udka. Jest trochę tych przykładów.

aneks
Nominacja do Nagrody Nike 2014

bardzo poszukiwany

Bardzo poszukiwany człowiek, reż. Anton Corbijn, USA, Niemcy, Wielka Brytania 2014
John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, Sonia Draga 2014

Minął już prawie miesiąc od seansu, co nieco uleciało, zostały mi w głowie te najmocniejsze akcenty. Jest ich jednak sporo i koncentrują się na roli Philipa Seymoura Hoffmana. Ostatniej filmowej kreacji, która – na szczęście – godna jest tych, z których go zapamiętam. Chciałam jakoś przedłużyć porażająco silną emocję, wykreowaną w ostatnich sekwencjach filmu. Podpatrzeć, z czego ją Hoffman ulepił. Sięgnęłam więc po pierwowzór scenariusza: powieść szpiegowską mistrza tego gatunku, Johna Le Carrégo. 

Konkluzja: powieść dobra, silniej niż film polifoniczna; scenariusz mistrzowski (sporo przesunięć, które klarują sytuację i uwypuklają lejtmotyw); rola Günthera Bachmanna, charyzmatycznego agenta niemieckich tajnych służb,  nieporównywalnie silniejsza jest w filmie. Za sprawą reżyserskiej koncepcji (zapewne), ale też dzięki talentowi Hoffmana (niezaprzeczalnie).

Z powieścią (filmem) szpiegowską jest ten szkopuł, że czego by nie powiedzieć, wszystko jest jakąś przedwczesną odsłoną tajemnicy. Pozostaje milczeć lub nie przejmować się oskarżeniami o spojlerowanie. Ostrzegam, że przerwałam milczenie. Trochę sama dla siebie zestawiam tu słowa powieści z zapamiętanym obrazem. Myślę, że można się tymi cytatami poczęstować.

Bardzo poszukiwany czlowiek. plakat

Afera dotyczy zagrożenia islamskim terroryzmem. Szerzej: zderzenia cywilizacji, które możemy przetrwać, jeśli dążenie do konfrontacji zastąpimy kompromisem i dyplomacją. Oczywiście, obie strony, pielęgnując poczucie krzywdy i potrzebę rewanżu, brną w drogę bez wyjścia. Islamiści zatracają się w terroryzmie, cywilizacja zachodnia – w jego tępieniu (na oślep i nieskutecznie). Czujność, spryt, szybkość działania – są niezbędne. Grożą jednak schematyzmem w przypisywaniu ról. I niszczą szanse na kompromis, wymagający zaufania, poświęcenia części swych przekonań, złagodzenia radykalizmu. Opowieść Le Carrégo najpierw w sporych emocjach pozwala podglądać misterną, budzącą nadzieję, konstrukcję, by później gruchnąć ciężkim ciosem zdrady, która jak nic wznosi najpotężniejsze mury na przyszłość.

Rzecz rozgrywa się na bardzo poszczególnym przypadku, w który zaangażowanych jest kilkoro osób. Nie rozwiązujemy więc spraw globalnych, lecz jednostkowe, choć one jak soczewka skupiają wiele typowych  trendów i mechanizmów.

Hamburg i konie lipicańskie

W Hamburgu pojawia się zbiegły z rosyjskiego więzienia imigrant Issa Karpov, czeczeński islamista. Szuka kontaktu z bankierem (Tommy Brue), u którego zdeponowana jest zapisana mu w testamencie pokaźna suma. Ma szczęście, bo trafia na młodą ambitną adwokatkę działającą w ośrodku dla bezpaństwowców i nielegalnych imigrantów (Annabel Richter). Ma też  pecha, bo niezwykle szybko namierzają go specsłużby, dla których muzułmanin-buntownik, z nieklarowną przeszłością, jest jak zapłon nieszczęścia, które trzeba w czas ugasić.

Islamista z grubą kasą – to pachnie prochem. Zrozumiała jest ich podejrzliwość. Zrozumiały jest też idealizm młodej prawniczki, która już widziała brutalne akcje przedstawicieli prawa. Ich manipulacje, odsyłające imigrantów tam, gdzie prawo niemieckie wysyłać zakazuje (tam, gdzie czekają ich tortury). Właściwie równie zrozumiałe powinno być to, że Issa Karpov nie myśli o podkładaniu bomb, lecz o medycynie. Choć kto go tam tam wie – obsesyjnie związany jest z cierpiącymi współbraćmi. Ale postać to łagodna, nieco naiwna, niezbrukana zachłannością na pieniądze. Szuka bankiera, lecz pieniędzmi się brzydzi (skoro od ojca, więc na pewno są zbrukane – jego ojcem był rosyjski oficer, gwałciciel czeczeńskich dziewcząt).

Dafoe, Hoffman

Dlaczego ważny jest Hamburg? Bo jest miastem z kompleksem. „– Kiedy zdarzył się jedenasty września, było nie jedno Ground Zero, tylko dwa (…). Pierwsze było w Nowym Jorku. Druga strefa zero tej katastrofy, o której tyle się nie mówi, była tu, w Hamburgu. (…) Hamburg zawalił”.

Ale też jest to miasto portowe, otwarte, bez ksenofobii. Mówi Bachmann: „Nasi obcokrajowcy nie są dla nas obcymi. Nie jesteśmy jakimś tam zapyziałym miasteczkiem w głębi lądu, gdzie na obcokrajowców patrzy się jak na Marsjan. Obcokrajowcy wtopili się u nas w obraz miasta. Od wieków miliony sobowtórów Mohammeda Atty piją nasze piwo, rżną się z naszymi dziwkami, a potem wracają na swój statek. I ani ich nie witamy, ani nie żegnamy, ani nie pytamy, co tu robią, bo jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Tutaj są Niemcy, lecz jakby obok Niemiec. Jesteśmy lepsi od Niemiec. Jesteśmy Hamburgiem, ale też Nowym Jorkiem. W porządku, nie mamy Bliźniaczych Wież. Co z tego? Nowy Jork już też nie ma. Ale jesteśmy interesujący. I ciągle przyciągamy niewłaściwych ludzi”. 

Kluczowy „niewłaściwy”, a w związku z tym „bardzo poszukiwany” przez specsłużby człowiek, to Issa Karpov. Nie on jeden. Istnieją pewnie tysiące teczek (folderów), w których gromadzi się materiały na jemu podobnych. Albo na takich jak muzułmański autorytet, Abdullah, który w 95-ciu procentach jest wzorem cnót, a w pięciu procentach jest łotrem. Albo na przeróżnych aferzystów, którzy właśnie tu lubią wyprać swoje zyski. Stąd te konie lipicańskie, o których mówi bankier Brue, że: „mają tę ciekawą właściwość, iż rodzą się czarne jak noc i dopiero z wiekiem stają się białe. I że właśnie z tego powodu użyczyły swego miana kuriozalnemu typowi rachunku bankowego wymyślonemu przez wybitnego bankiera Edwarda Amadeusa Brue, kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, mojego ojca, którego skądinąd nadal szanuję jako ucieleśnienie bankierskiej uczciwości, pod koniec jego bezgrzesznych lat w Wiedniu, gdy brudne pieniądze z upadającego Imperium Zła płynęły strumieniami – czy raczej całymi ciężarówkami – przez zetlałą do cna żelazną kurtynę”.

Dafoe, Dobrygin

Jeszcze tylko wyjaśnię, że „specsłużby” to liczba mnoga. I że są między nimi tarcia. Zwłaszcza między frakcją amerykańską a tą hamburską Bachmanna. Nie ma jednego frontu, są ludzie, którzy mają swoich ludzi i swoje priorytety. Właśnie to, że style działania się wykluczają, stanowi siłę napędową akcji. Może nawet uda mi się nie odkrywać wszystkich kart, gdy krótko wskażę, że cała sympatia jest po stronie Bachmanna. Nie żeby był czysty jak łza, lecz dlatego, że dostrzega niuanse. A jego cel to nie zemsta, lecz werbunek. I możliwie honorowe dotrzymywanie słowa tym, których zaufanie pozyskał. 

Philip Seymour Hoffman 2

Sedno konfrontacji widać jak na dłoni w zestawieniu cytatów. Bachmann, idący na kompromisy, trzyma się idei pozyskania informatorów. A na zarzuty, że prędzej doczeka się samobójczej eksplozji niż sensownej relacji z donosicielem, odpowiada: „Zresztą my nie będziemy go namawiali do zdrady, tylko damy mu nową definicję wierności”.

Gdzieś w okolicach końca wkurzony Bachmann podchodzi do człowieka, który poplątał mu szyki i słyszy:
„- Sprawiedliwości stało się zadość, chłopie. Możemy spokojnie iść do domu. (…)
– Zadość? – powtórzył tępo. – Zadość? O jakiej ty sprawiedliwości mówisz?
– O amerykańskiej, baranie. A niby o jakiej? O prawdziwej sprawiedliwości, takiej, kurwa, co strzela z biodra. A nie byle jakiej, takiej jak wasza, co wystarczy byle adwokat, żeby ją wypaczyć. (…) Oko za oko, Günther. Sprawiedliwość, czyli zemsta, jasne?” 

Każdy, kto widział film, rozpozna sytuację i poczuje niedosyt. W filmie to wszystko rozgrywa się jednym słowem. I jest to jedno z najgenialniejszych użyć trywialnej „kurwy”. Philip Seymour Hoffman włożył w to cały swój aktorski sznyt. W moich oczach tą sceną pożegnał się z rzeszą fanów, którzy chętnie zawyliby wraz z nim. Z rozpaczy i bezradności albo po prostu ze wstydu i wkurzenia. Scena przełamuje  chyba kontekst i nabiera samodzielności. Jakby się nie układać ze światem, karty i tak są znaczone.

Polifoniczność

To à propos powieści. Gdyby nie pierwszeństwo filmu, Bachmann zostałby zepchnięty na drugi plan. W książce równie ważny jest złamany wewnętrznie i odrodzony mocą niemożliwej miłości bankier Brue. Wciela się w niego William Dafoe, bardzo udanie, lecz w okrojonych scenariuszem możliwościach. Sześdziesięciolatek na życiowym zakręcie, który spotkanie z prawniczką reprezentującą klienta przypłaci życiową wywrotką. Bezkompromisowa Annabel wkracza w jego życie bezpardonowo: „Mojego klienta by tutaj nie było, gdyby nie ten pana pierdolony bank!”. Tommy Brue widzi w niej kogoś, kim sam nie jest, a chciałby być, gdyby mu starczylo odwagi. Zresztą: ona w nim tę odwagę budzi. Powieściowy Brue zabiega o paszport dla Issy i zabezpiecza Annabel przed ewentualnymi reperkusjami. Otacza ją gwarancją bezpieczeństwa – i tyle tylko jest tego, co może dać z szansą na przyjęcie. „Zainwestował samego siebie na niewłaściwym rynku”. Nie wzbudzi wzajemności, może nawet otrze się o śmieszność. 

„Ale jeżeli w życiu człowieka pojawia się osoba o połowę młodsza i od razu mianuje się przewodniczką moralną, to ten człowiek musi zainteresować się i słuchać, nie ma wyjścia. A jeżeli tak się składa, że osoba ta jest równocześnie najbardziej pociągającą i najbardziej interesującą kobietą, i najbardziej niemożliwą miłością w całym jego życiu, to tym bardziej”.

Szkoda, bardzo szkoda, że pozbawiono filmowego Tommy`ego Brue rewelacyjnej sceny w restauracji. Gdy on i ona są podsłuchiwani (każde przez inny zespół służb), a Brue ceremonialnie lekceważy konspirację, wręcza Annabel dokumenty i rozpoczyna piękną opowieść o swojej córce. Najdziwniejsze z możliwych wyznań, bo oczywiście, jego troska o dorosłą już Georgie jest ekwiwalentem uczuć do Annabel. Ale też jest wycofaniem się i świadectwem miłości, która nie zniewala i ktora nie usycha, lecz przemienia.

Powieść dopuszcza do głosu bohaterów zdegradowanych w filmie. Więc świetnie uzupełnia wrażenia z seansu. Gdybym jednak miała wybrać, co odpowiada mi bardziej, powiem: film. Ze względu na szansę obserwowania Philipa Seymoura Hoffmana. Bo to jest bardzo nieodżałowany człowiek.

Dafoe, McAdams

Na koniec – konia z rzędem (zastrzegam: koń nie lipicański) temu, kto mi wyjaśni motto powieści. „Najważniejszą zasadą jest to, by pomóc tym, których kochamy, uwolnić się od nas”. (Friedrich von Hügel) Trochę rozumiem. Ale mniej niż więcej.

wśród swoich obcych

Kierunek: Izrael

Kontekst ostatnich wydarzeń kieruje skojarzenia izraelskie w Strefę Gazy. Gorące miejsce i czas. Eskalacja konfliktu, ostrzał cywilów, jakieś racje za radykalnymi rozstrzygnięciami i jakieś racje przeciwko nim. Dyskusje o terroryzmie Hamasu i o rozpadzie wspólnoty arabskiej oraz o tym, czy Izrael użył adekwatnych działań, które dałoby się jakoś usprawiedliwić. 

Im więcej na ten temat oglądam, czytam, myślę, tym bardziej wydaje mi się ten konflikt nierozstrzygalny i nie do pojęcia przez kogoś z zewnątrz. Albo inaczej: pojąć można, wyrobić sobie pogląd i zebrać argumenty też, ale zawsze pozostanie się kimś impregnowanym na to, co przekazuje kultura (tradycja), z której wyrastają strony konfliktu. Coś tu jest przekazywane w „genach”, mentalny software, bez którego żadne wtajemniczenie nie jest wystarczające. Oczywiście, to bycie w centrum jest tyleż wtajemniczeniem ile obciążeniem i ślepotą.

Świeżo mam w głowie obejrzany na Transatlantyku dokument z Sundance – Zielony Książę i przeczytane dwa tygodnie temu opowiadania Amosa Oza – Wśród swoich. Łączy je spojrzenie na wspólnotę, na siłę więzi i na samotność, której się mimo wszystko (albo: tym bardziej) w niej doświadcza.

***

Zielony Książę, reż. Nadav Schirman, Izrael, Wielka Brytania, Niemcy 2014
Transatlantyk Festival Poznań, 8 – 14.08.2014

Zielony Książę

Konstrukcja dokumentu jest prosta: mówiące przed kamerą głowy. Wyznanie „grzechu”, który popełniłoby się ponownie, nawet jeśli świadomość konsekwencji przytłacza. Prostota kompozycji, jej dwubiegunowość dążąca do kontrapunktu, jest chyba ok. Temat ma taką wagę, że forma schodzi na drugi plan.

Sprawdzałam po seansie, czy to aby na pewno miało miejsce. Niewiarygodne! W opisie festiwalowym pojawia się określenie „dokumentalny thriller”, można by też powiedzieć „antyczna tragedia” – mimo polityki w tle, egzystencjalna i osobista.

Mossab Hassan Yousef ma dziś 36 lat i mieszka w Stanach Zjednoczonych. Jako 19-latek rozpoczął współpracę z Shin Bet, izraelską służbą bezpieczeństwa. Jego agentem prowadzącym był Gonen Ben Itzak. Pierwsza dziwność (ujawnienie danych agenta) – wyjaśniona w filmowej opowieści. Zwerbowanie młodego Yousefa było nie lada sukcesem. Strzeżono tajemnicy i czerpano ze źródła ile się dało. Przez dziesięć lat (1997-2007)! Yousef, czyli Zielony Książę. Czyli „syn Hamasu”, pierworodny syn założyciela tej terrorystycznej organizacji. Dostarczał bezcennych informacji, roztaczając zarazem płaszcz ochronny nad ojcem, któremu nie groziło nic skrajniejszego niż więzienie.

Mossab wybrał los, który sam określa jako najcięższą z hańb. Świadomy, że najbliżsi dostrzegą w tym zło, on sam był przekonany, że postępuje dobrze. Tu jest ta puszka z tajemnicą, która pozostanie zamknięta. Jousef, oczywiście, tłumaczy, ale i tak nie rozumiem, nie mogę tego ogarnąć. Jest etap zapatrzenia w ojca, nienawiść do Izreala, wiara w słuszność idei Hamasu. Potem izraelskie więzienie (trafia do aresztu za szmugiel broni) i więzienie arabskie. Nie mogę sobie przypomnieć, jakim cudem do niego trafia, ale to, co widzi jest traumatycznym rozczarowaniem. Terror, samobójstwa, poświęcanie ludzi dla idei i zemsty. Z psychologicznego punktu widzenia decyzja Mossaba Hassana Yousefa wydaje się szalona. Zwłaszcza w kontekście opowieści o bliskich relacjach z rodziną. Podziw dla ojca, szacunek dla matki, więź z rodzeństwem. Żaden tam nastoletni bunt. Raczej iluminacja i poczucie misji zbawczej.

Dramturgia zmierza nieuchronnie do punktu kulminacyjnego: wycofania się i (dziwne, bo chyba niekonieczne) wyznania prawdy swoim. Pierwsze słowa ojca (w rozmowie telefonicznej) są ojcowskie: jesteś moim synem, tylko to się liczy. Później karty się rozsypią. Rodzina się go wyrzeka, życie jest zagrożone, wyklęcie smakuje gorzko. I całkiem niespodziewanie pojawia się motyw przyjaźni i bliskości między agentem tajnych służb i jego podopiecznym. Coś niebywałego. Coś, co niszczy karierę Gonena i co całkowicie przełamuje odwieczną wrogość obu stron. Przy czym „przyjaźń wrogów” napotyka na ostracyzm – odpowiednio: Hamasu i Shin Betu.

Zdradzam może zbyt wiele, ale i tak całe pokłady informacji, zwerbalizownych lub zasugerowanych, pozostawiam za zasłoną. Film zdobył nagrodę publiczności na festiwalu w Sundance. Działa oszałamiająco. Ale im dalej od seansu, tym więcej podejrzeń nabieram.

Samotność Mossaba – odrzucenie przez swoich, nieufność obcych (USA), wyrok śmierci ze strony tych, których zdradził – to taki ładunek doświadczeń, który niesamowicie obciąża. Trudno mi nie uruchomić podejrzeń, że konfesja Mossaba jest pewnego rodzaju autokreacją. Szlachetny samotnik, odważnie (?) głoszący, że islam jest religią wojny, liżący rany po bolesnym odrzuceniu jest dla mnie figurą podejrzaną. Przesadzam? Dostrzeżenie w Hamasie obłędu i grozy nie musi budzić podejrzeń. Hamas j e s t  irracjonalnie bezwzględny. Ale samowydziedziczenie się Mossuba Hassana Yousefa jest gestem może i słusznym, lecz tak bardzo pozbawionym instynktu samozachowawczego i tak bardzo ogołacającym, że aż niepojętym. Przykre, że wyrzekli się go najbliżsi. Choć przecież on wyrzekł się ich pierwszy – rozczarowania Hamasem skierowały go nie do ojca, lecz do służb izraelskich. Ta samotność jest piętrowa i ma swój prolog w czymś sprzed podjęcia decyzji. Czas samotności wśród swoich (choć Mossub jej zaprzecza, mówiąc wyłącznie o bliskości) jest najciekawszym – ukrytym – tematem tego dokumentu. Zwłaszcza, że symetrycznie doświadcza go również izraelski funkcjonariusz.

***

Amos Oz, Wśród swoich, Rebis Dom Wydawniczy, Poznań 2013
To jedna z najnowszych książek Amosa Oza (Bejn chawerim 2012). Zbiór ośmiu opowiadań rozgrywających się w latach 50. w kibucu Jikhat. Subtelne opowieści o jego mieszkańcach. Każdy tekst o kimś innym. Ci, którzy przewijają się w tle, wypłyną na plan pierwszy w innym opowiadaniu. Pomysł prosty i bardzo piękny. Cieszyły mnie te wzmianki, dopowiedzenia, epizody, bo przecież opowiadanie skupia się na jednym wydarzeniu, ledwo odsłania czyjąś przeszłość, zostawia niedosyt. Pojawianie się znanych mi postaci w jakimś kolejnym wątku dawało im nowe życie. Formalnie jest więc to zbiór opowiadań, de facto mikropowieść.

Wśrod swoichPo pierwsze: kibuc. Amos Oz dobrze zna te realia, dorastał w analogicznej rzeczywistości, porzucił kibuc, gdy był już po czterdziestce (47). Pewnie jednak nie ja jedna odbieram rzeczywistość tak zorganizowanej społeczności jako coś, co dawałoby mi się we znaki. Symbioza syjonistyczno-socjalistycznych idei. Wspólnota, rządząca się ideą równości, podporządkowania planów życiowych dobru społeczności. I szereg konkretnych ustaleń i reguł, którym na co dzień trzeba się podporządkować. Owszem, wszystko można przedyskutować i przegłosować. Tutejszy demagog, nauczyciel (i kibucowy kobieciarz) David Dagan powie wtedy: „Daj mi chwilę, żeby uporządkować te sprawy”, po czym powoła się na więzi, jedność, zbieżne cele, zależność. Kibuc jest metaforą wspólnoty, tradycji, z której wyrastasz, myślenia i odczuwania, których główne zręby są ci bliskie.

Niby się zgadzasz, chcesz być jednym z nich, lecz i tak hodujesz w sobie smutek, który zjadasz sam. To nie są opowiadania o kibucu, rzecz jasna. Raczej o tym, jak uniwersalna jest samotność, jak nie do przełamania, jak można ją oswajać lub wmawiać sobie, że jest tycia i prawie nie ma o czym mówić. A jest. 

Samotny jest Cwi Prowizor – śmieszny stary kawaler, rozpowiadający o nieszczęściach, które wyławia z radia czy prasy. Jakby całe zło świata miało umniejszać ciężar włożony nam na nasze własne barki. I prześmiewca Roni Szindin, ratujący się kpiną i plotką.

Albo Ariel, do której odszedł mąż Osnat, a która nocą siada przy biurku i pisze listy do porzuconej. I czuje, że silniejsza jest to więź niż to, co czuje do śpiącego w jej łóżku mężczyzny.

Mosze Jaszar, nastolatek, który jest w Jikhat od niedawna i którego ciągnie do Camusa, Kafki, Dostojewskiego, chce być człowiekiem kibucu, ale wie, że zawsze będzie osobny. Niektórzy to wiedzą. Gdy wymyka się popołudniem, diagnozuje w myślach istotę sprawy.
„Cwi Prowizor, ogrodnik, klęczał na jednej z rabat i pielił perz. Uniósł głowę i spytał Moszego, dokąd jedzie. Chłopak zamierzał odpowiedzieć, że jedzie odwiedzić ojca w szpitalu, ale zamiast tego powiedział tylko: – Do‍ miasta! – Po co? – spytał Cwi Prowizor. – Co jest tam, czego tu nie ma? Mosze zmilczał, chociaż chciał powiedzieć: «Obcy‍ ludzie»”. To, że oprócz „swoich” są i inni, zdejmuje z tych pierwszych nieszczęsne przypisanie, które drażni.

Samotny jest mały Juwal, dręczony przez dzieci w dziecińcu (rodzice oddają tam swoje latorośle, by wychowywały się wspólnie, tam spędzają całe dnie i noce). Gdy desperacko ucieka w nocnym deszczu, przekonany, że goni go wilk, a mimo to chce być dalej od tych, którzy drwią sobie z niego i z jego zabawki. 

Samotność kobiety, która rozumie, że trzeba jej odejść od męża, bo czuje, że żyje nie swoim życiem. I mężczyzny zatroskanego o całą społeczność, przeczuwającego, „że wszystko, co wydaje nam się ważne, w gruncie rzeczy jest bez znaczenia, a o tym, co naprawdę się liczy, nie ma czasu myśleć. Całe życie mija bez bodaj chwili namysłu nad prostymi, wielkimi sprawami, jak samotność, tęsknota, namiętność i śmierć”.

„Po powrocie do domu Osnat nalała sobie szklankę zimnej wody z kwaskiem cytrynowym i zdjęła sandały. Stanęła boso przy otwartym oknie i pomyślała, że większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości, niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zlikwidować żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, a jest niełatwa, myślała. Zazdrości, małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu”.

Inaczej niż w Zielonym Księciu, konflikt izraelsko-arabski jest tu zawieszony. Ktoś stracił męża w wojnie sześciodniowej, w pobliżu są ruiny arabskiej wioski zmiecionej w akcji militarnej, ale to tylko odpryski. Wokół sami swoi. 

kisiel na wakacje

Marta Kisiel, Nomen omen, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2014

Kierunek: Wrocław

To dziwne jest. Jakby mi brakło jakiegoś genu. I to nie w sferze percepcji bezpośredniej, lecz tej przetwarzającej. Czytam z przyjemnością. Tak, to jest jazda bez trzymanki! Styl zakręcony jak korkociąg. Aż chce się go naśladować i mówić à la Niedaś, pić herbatki do wtóru z siostrami Bolesnymi, może nawet wywinąć orła temperamentnie jak Salka albo zapleść włosy w gruby warkocz i rozejrzeć się kogo przywabię.

Szalenie mi się podobały blogowe recenzje książek Marty Kisiel (Nomen omen i wcześniejszego Dożywocia). Aż kipi w nich od zachwytu, dziękczynnej radości i nadwyżki wygibasów, które jak nic wskakują w idiolekt piszących za sprawą kontaktu z Autorką. Może do dwóch odeślę, bo ja tak fajnie nie napiszę.  Bo we mnie przyjemność nadzwyczaj szybko się ulatnia. Nie odmienia mnie i nie przymusza do wyczekiwań na następny tytuł pani Marty. Rdza jest raczej po mojej stronie, gdyż zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Taki rozkrok. Przyklaskuję zachwyconym recenzjom – bo wymienione w nich atuty są adekwatne. Niemniej jednak… wakacyjny szlagier nie będzie mi towarzyszył zbyt długo. Odsyłam do Bazyla i do Padmy.

Nomen omen

Drążenie tematu, czyli szukanie słabych stron, by uzasadnić swój brak uniesienia, byłoby grubą nieprzyzwoitością. Co mnie cieszy? Dlaczego warto było zająć lekturą dwa popołudnia?

Hmm… za moment wybiorę się do Wrocławia, by oglądać nowohoryzontowe kino. Tymczasem tu, po krótkim preludium w Kotlinie Kłodzkiej, trafiam wraz z Salką na ulice tego miasta, niejedną rozpoznaję i choć axis mundi, czyli domek czarownic na Lipowej 5, jest mi nieznany, to i tak wrocławskie tło jest dużym atutem. Zwłaszcza, że to i Wrocław, i Breslau zarazem. Współczesność i historia (los uchodźców) przyprawione gotycką fantastyką. 

Bohaterowie są wyraziści. Nie da się powiedzieć, że pełnowymiarowi, bo nie taka intencja przyświeca humorystycznej powieści. Coś z Chmielewskiej pobrzmiewa na drugim planie, i może coś z Niziurskiego. To także walor, który przeniósł mnie do czasów, gdy uhahanie* podczas lektury i adrenalinka przygodowa były mi bliższe niż dziś. Wszyscy są do polubienia. U mnie numer jeden to Jadwiga Bolesna-Tupatajkowa, czyli środkowa z 85-letnich „sióstr ksero”. Zaraz na drugim miejscu – starsza od niej o trzy minuty – Matylda, niegdysiejsza profesor od łaciny, sypiąca jak z rękawa sentencjami, a przy tym poważna, przenikliwa i nie do zdarcia. A Jaga i tak górą – za młodzieńczość. Za potańcywanie w kuchni i za pstrokate stroje („niczym reinkarnacja Isadory Duncan na ostrym haju”). Za to, że nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i budzi popłoch na każdym szpitalnym oddziale (jako że wieki świetlne temu szkoliła medyczną kadrę na uniwersytecie). No i rzecz jasna – za buńczuczną miłość do komputerowych nowinek, zwłaszcza do gier z serii Warcraft, w które angażuje się niczym roznamiętniona nastolatka. 

Salka Przygoda, od pierwszej sceny budząca sympatię i chęć udzielenia wsparcia, może aż nadto często się przewraca, a jej młodszy brat Niedaś, mówiący rezolutnym językiem, tak jak mnie oczarował, tak później nieco umęczył. „Seryjnie”. ;)

Powiedzmy, że to jest karkołomne do potęgi: wplatać w przygodową fabułę wątki z polskiego romantyzmu! Aż trudno uwierzyć jak zgrabnie to wyszło. Słowacki i Mickiewicz, ale jacyś wyzwoleni z brązu wieszczów, choć przywołani z pełną świadomością, że zna ich tak naprawdę ledwie ułamek gnębionego szkolną wersją narodu. W roli tegoż ułamka wystąpił Bartek, doktorant polonista. Jakżesz świeżutko wskakują na scenę dziady i Upiór! Jak pięknie Juliusz S. snuje myśl o melancholii… Cytat nieodzowny. Rozmówcy: ojciec Salki, Paweł Przygoda i Bartek, jej „fatygant”, tekst wyjęty z Anhellego.

„– Miło mi poznać młodego człowieka! – huknął, chwytając dłoń Bartka i ściskając ją serdecznie. – Przygoda! Technik elektronik, agnostyk, empirysta!
– Tokarski! – odhuknął Bartek odruchowo. – Filolog polski, ateista, romantyk.
– Romantyk? – Brązowe oczy aż się roziskrzyły. – „Chorobą zgubną mówię: jest melancholija i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy…”
– „Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się” – Bartek dokończył gładko.
Paweł Przygoda o mało nie pęknął, czując, jak wraz z tym cytatem łączy ich marynarskimi węzłami lina okrętowa w postaci całego dziewiętnastego wieku z przyległościami.
– Synu! – wydusił przez ściśnięte wzruszeniem gardło. – Mów mi ojcze”.

Długo by można wybierać, które fragmenty najlepiej oddadzą aurę językową powieści Marty Kisiel. Samotny cytat mówi niewiele. Ten styl ma swadę, energię, upodobanie do neologicznych zawijańców, do zdań poskładanych wielostopniowo, lecz tak lekko, że czytelnik sunie jak z górki, bierze wszelkie zakręty i w ogóle go nie bolą biodra. Cecha priorytetowa: zmysł humoru. I to w różnych tonacjach. Bo inaczej jest, gdy Niedaś (student) mówi szyfrem żargonu, inaczej gdy fatalistyczny dowcip uruchamia Salomea, a inaczej gdy od niechcenia odbiją piłkę panie starsze. A przecież nuta dominująca to sama narracja. 

„– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!”

„– Siostra, tobie też tak to zryło beret? (…) Ta myśl pomału torowała sobie drogę przez zryty beret Niedasia. Zamrugał, gdy w końcu dotarła do celu i padła tam wycieńczona”.

„Piątka z plusem, blok i kredki”. Bez względu na to, „o co kaman?”. To był rollercoaster. Doceniam, smakuję, ale w głowie mi się kręci. O, jak miło będzie znów pospacerować. I jeśli to prawda, że gdzieś nad brzegiem Odry stoi krasnoludek i pierze sobie portki – to ja go znajdę! 

***************

* Istnieją dwie wersje zapisu, podobnie jak z onomatopeicznym „ha! ha!” i „cha! cha!”. Zdaje się, że ta z „ce-ha” jakby bardziej lansowana, ale obstaję przy dźwięcznym „ha”. Sprostowanie ma mnie rozgrzeszyć z ewentualnych posądzeń o dysortografię.