Archiwum kategorii: obserwacje

sznurowadła

Najsłynniejsze filmowe sznurowadła to te, które w Święto Dziękczynienia wylądowały na talerzu Charliego Włóczęgi (Gorączka złota). Sznurowadłowe spaghetti obok steku z podeszwy. Charlie zjadł i jakoś przeżył. Nie pamiętam, by inne sznurowadła zawracały mi dotąd głowę. Dotąd – znaczy do czasu, gdy przeczytałam o telomerach.

Jest taki syndrom, że osoba czytająca o jakichś dolegliwościach, rozpoznaje je w sobie. Ma to każdy hipochondryk i pewnie co drugi student medycyny. Takie zboczenie empatyczne. Nie wiem, czy ono działa, gdy czytamy o super mocach, ale choróbska, ułomności wszelakie czy niedobory bardzo uruchamiają wyobraźnię.

Najpierw przeczytałam, że energia urodzeniowa, niestety, ma ściśle ograniczone zasoby i co zużyte, to się nie odnowi. Dalej wywód prowadził do tego, że kto energię trwoni lub nadweręża, ten się wypali (czasowo lub na amen). Skoro wypalenie nie musi oznaczać gapienia się w sufit, lecz równie dobrze rzucanie się bez tchu w działania zastępcze, postawiłam sobie diagnozę. 

Kto się rzuca jak wieloryb na agrafce – z projektu w projekt, z jednej sterty wypracowań w kolejną, z małego zobowiązania w duże, z dwóch zobowiązań w cztery… Kto? Wielu. Ja też. Może to nawet norma, ale coś za bardzo z przytupem tym razem, bo poczułam, że energia mi umyka, że mogę nie podopinać tego tysiąca drobniutkich, małych, średnich i mega zadań, co sobie wzięłam na klatę. 

Dotarło, gdy przeczytałam o telomerach, które zostały porównane do niklowanych końcówek sznurowadeł. Analogię podsunęła Elizabeth Blackburn (Nagroda Nobla w 2009 r.). Telomery to zakończenia chromosomów, które je chronią przed zwyrodnieniem (żeby się sznurowadła nie rozplątały na końcach). I jak tak dzielą się komórki, enzym polimeraza kopiuje DNA, lecz niecałe. Ta część chromosomowej nici ujęta w uchwyt niklu (telomeru) nie dzieli się. Telomerki też z czasem się skracają. Pomaga im enzym telomeraza, ale do czasu. Tym samym liczba możliwych podziałów danej komórki jest skończona. W sensie: policzalna. Leonard Hayflick ustalił, że komórka ma zaprogramowaną maksymalną liczbę podziałów (tzw. limit Hayflicka). Koniec. Drugiego życia nie dostanie. Podobnie (podobno) ma się z energią. Odnawia się, dzieli na bliźniacze cząstki, lecz wciąż ciut mniejsze. Już nie tak zamaszyście można nimi zarządzać. Czegoś braknie na finiszu. Hip hip hurra zamienia się w sapnięcie – uffff. 

Może tak właśnie jest? Konsternacja. Nie chcę mieć przykrótkich sznurowadeł! Przez chwilę się zastanawiałam, czy może lepiej: nie rozmieniać się na drobne. Poczekać. Znaleźć sobie jeden obszar działań, nie tamaryszkować na wszystkich frontach. Dłużej spać. Nie stresować się nic a nic. (Zestresowane myszy miały telomery krótsze niż myszy wyluzowane!). Co by tu jeszcze? Jeszcze można by – dla zabezpieczenia – jeść tylko Dobre Produkty. Bez przerwy się wiercić, czyli być w Ruchu. Przepędzać czarną aurę, nie zauważać ludzi toksycznych, wyłączyć samokrytykę i jakiekolwiek rozpamiętywanie.

Na szczęście przyszedł Nowy Rok, a wraz z nim ironiczny uśmieszek. Tylko nie planuj! Chyba że Boga chcesz rozśmieszyć dodatkową porcją absurdu.
Astrologowie 
przepowiadają, że Skorpiony mają w herbie feniksa, co się z popiołów odradza. A nie słyszałam, by mu się dziób skracał albo by odrastały mu miniaturowe piórka. Skorpion ze mnie co prawda zwyrodniały (łagodniutki, niepamiętliwy, ze średnio rozwiniętą ambicją). Ale zawsze. Poza tym większość moich butów obywa się bez sznurowadeł. To może jakoś to będzie. 

Niechby więc te sznurowadła – choćby tymczasowe – były jak najdłuższe i jak najmniej się snujące po głowie. Najlepiej, by były pożywne i lekkostrawne.

 

zanik pamięci krótkotrwałej

Jednym pamięć szwankuje, innym towarzyszy jak namolny rzep. Niezwykle czuły „organ”, niecielesny, choć ma swoje biologiczne macki. Miejsca stałe – jakieś płaty potyliczne, ciemieniowe, zakręty skroniowe czy kątowe itp. Chciałoby się tak wyjąć ją i sobie pooglądać! Tu odkurzyć, tam nieco zmatowić, gdzie indziej trwale amputować. 

Od skraju do skraju: czasem móc ją wyłączyć, czasem uaktywnić, naoliwić i usunąć rdzę. Są sposoby na nadpamiętliwość i na niepamięć: dieta, terapia, coaching. Ale szczerze nie wiem, kto kim steruje: my pamięcią, czy pamięć nami.

Nadpamiętliwość jest gęstsza emocjonalnie. Żywi się traumą. Rozpamiętuje brak lub utratę, jakąś krzywdę czy zranienie. Wspomina niegdysiejsze emocje i słowa. Rzeczywiste lub urojone. Co ciekawe – to bez znaczenia. Pamięć jest interpretacją przeszłości. Powtarzam za Ewą Woydyłło* – jest alternatywa w tym temacie. Możesz pamiętać dobrze lub źle, jak chcesz. A po co chcieć źle? Nawet ekstremalne zdarzenia różnie się zapisują, jednych przytłaczają i niszczą, innych budują nie naruszając naskórka. Zależy od osobowości, a często właśnie od decyzji, że chcesz pamiętać, co dobre lub że do upadłego będziesz drążyć to, co boli. Eckhart Tolle*, mistrz świadomości, postrzega pamięć jak niepotrzebny brzęczyk. Nie en block, oczywiście, ale jednak. Utożsamia ją z umysłem, który – uwaga! – należy jak najczęściej wyłączać, bo jest narwany i nadprojekcyjny. A wtedy, oddychając głęboko i świadomie, pomieszkując w swoim ciele i świadomie smakując teraźniejszość, możemy wreszcie nie przegapiać życia. To Eckhart Tolle, nie ja.

Mądrzy ludzie mówią: nie żyj przeszłością. Nie trać teraźniejszości. Zinterpretuj to, co było tak, by nie raniło, lecz dawało siłę, pozwalało zrobić zakręt i bez garbu ruszyć dalej. Lub – co chyba statystycznie zdarza się rzadziej – by nie mamiło minionym pięknem.

A co na to sztuka? Ha! Wszystkie książki świata i wszystkie filmy są zrobione z przeszłości! Co to za bohater, którego nie uciskają przeszłe zdarzenia? Przeszłość motywuje, kształtuje, intryguje… itp, itd, etc. Na drugie ma Retrospekcja. Wszak każdy opowiadacz główkuje, jak tu zapuścić szyję w przeszłość. Czy retrospekcja ma wkroczyć we śnie czy w konfesyjnej rozmowie, błysnąć w monologu wewnętrznym czy we flashbackach? Tyle cudownych tricków i to by miało pójść w niepamięć? Nomen omen. 

Czytam właśnie Małe życie Hanyi Yanagihary, więc wiem, co mówię. Nie mam jeszcze wglądu w to, kim okaże się Jude i dlaczego bagaż ma taki ciężki. Wiem, że ma i że odrzucić nie potrafi. Dla równowagi przywołam Brunona Schulza, bo znalazł w przeszłości jakąś odnogę czasu, który wiecznie trwa i daje kopa. Aż się od tego frunie zimą w stronę fiołków i słodko zasypia w zaspach. Więcej przykładów nie uruchamiam, bo trudno wybierać z nadmiaru.

Otóż, chciałam zauważyć, że „niepamięć” ma dużo mniejsze obłożenie. Jeśli już, to pojawia się przy charakterystyce staruszków, którym mylą się twarze i dni. Jak dziaduniowi Domuntównej z Nad Niemnem. Jemu akurat pomieszało się tyleż z racji wieku, co z szoku miłosnego, bo mu żona odeszła z Pacenką. Wołał więc po naciśnięciu na jakiś memuarowy odcisk: „Pójdę! Znajdę! Zabiję!”, choć Pacenko już dawno był martwy. 

Nawet jeśli rzeczona niepamięć pojawia się w literaturze czy filmie, to jest bytem rozrzedzonym i niezbyt wdzięcznym w opisie. Masz ci los: opisz nicość!

Ok, ok, wiem. Gabriel García Marquez* jest genialnym wyjątkiem. Wszak plaga bezsenności, która nawiedziła Macondo, niebawem przekształciła się w zbiorową amnezję. Na szczęście ród Buendiów umiał temu zaradzić metodą karteczkową (co już kiedyś cytowałam: TUTAJ).

Do tego, że z wiekiem pamiętamy mniej, za bardzo bym się nie przywiązywała. Trzeba uwzględnić neurobiologię i to, że dzisiejsze nastolatki są poddane „przyspieszonej ewolucji”, która pamięć uznaje za organ fakultatywny. Zdaje się bowiem, że niewiele już trzeba pamiętać, skoro wszystko jest na kliknięcie. A że mam szerokie pole obserwacji, to potwierdzam, że znane mi nastolatki mają pamięć jak ser szwajcarski. Z wyjątkami, które cementują regułę. Że jednak żal i że warto się nie poddawać trendom, o tym przekonuje esej Umberto Eco*, list do wnuka, zachęcający, by pamięć ćwiczyć, systematycznie, z uporem i na przekór. „Pamięć jest mięśniem takim samym jak mięśnie w nogach”. Więc ćwicz. Ucz się co rano wiersza albo składu drużyny piłkarskiej. Znasz te z tegorocznego Euro, to sięgnij do składów sprzed lat. Sprawdzaj czy umiesz wymienić bohaterów z ulubionego filmu, miejsca, słowa, to wszystko, co sprawia, że świat nie jest pustym, sterylnym pokojem. „Wygląda to na zabawę (i jest to zabawa), ale sam zobaczysz, że twoją głowę wypełnią postaci, opowieści, wszelkiego rodzaju pamiątki”.

„Wszystko jest godne pamięci. Przyjdzie dzień, kiedy będziesz stary i poczujesz się tak, jak gdybyś żył tysiąc razy, bo będzie tak, jak gdybyś brał udział w bitwie pod Waterloo, jak gdybyś był świadkiem zabójstwa Juliusza Cezara i znalazł się w miejscach, gdzie Berthold Czarny, mieszając w moździerzu różne substancje w nadziei, że wyjdzie z tego złoto, odkrył przez pomyłkę proch strzelniczy i wyleciał w powietrze (…). Z innymi twoimi przyjaciółmi, którzy nie pielęgnowali pamięci, będzie tak, jak gdyby przeżyli tylko jedno życie – własne, które wyda im się bardzo smutne i ubogie”.

Tak, no cóż. Może gimnastyka pomoże. Bo też trzeba na koniec wyznać, czy to jest literacko płodne czy nie, robią się luki w pamięci. Robią się na potęgę. Pamiętacie Motyl Stil Alice*? Film, w którym Julianne Moore gra błyskotliwą profesor lingwistyki, rozkochaną w słowach, które nagle zaczyna tracić? Alzheimer. Pamiętam początki objawów (później jest jak w ciągu geometrycznym). Jogging kończy się w miejscu, którego nie rozpoznaje, choć biega tą samą drogą od lat. Coraz więcej słów lubi się chować „na końcu języka”. Albo ten test w gabinecie lekarskim, wredny, ja bym poległa. Jakieś informacje do zapamiętania – adres, nazwisko, dane bez związku, które umykają z głowy natychmiast, więc nie pamięta się ich, gdy lekarz prosi o przywołanie. Pamiętam (!), że stany przed diagnozą robiły na mnie duże wrażenie. Ostatecznie, kto tego nie zna z autopsji?!

Kilka przykładów, wcale nie wymyślonych (choć akurat nie moich własnych). Gubisz się w swoim mieście. Zapominasz PIN do karty debetowej. Zabierasz do torebki pilot od telewizora. Urządzasz scenę kasjerce, że naliczyła ci towar, którego nie kupowałaś, po czym znajdujesz go jednak w siatce. Ulubiony aktor ma twarz, a nie ma nazwiska. Zaglądasz do lodówki w poszukiwaniu Pazdana i nie znajdujesz w niej kluczyków od samochodu… 

DORY 5


„Cześć, jestem Dory*. Cierpię na brak pamięci krótkotrwałej”. Jak by nie było, aż tak źle nie jest, by Dory nie pobiła nas w tej konkurencji. Dory to mała zapominalska rybka ze Studia Pixar. Nie pamięta niczego dłużej niż sekundę. Nawet gdy kończy zdanie (albo w połowie), zapomina, co właśnie powiedziała. Zatroskani rodzice znaczą drogę do domu muszelkami i układają wierszyki mnemotechniczne. Martwią się. Całkiem słusznie, bo na długi czas tracą Dory z oczu. Rybka rośnie. Plącze się, myli, zapomina. Ale radzi sobie przednio, przysposabiając różnych towarzyszy do uwzględnienia jej specyfiki.

Niesamowita animacja. Pełna przygód i dowcipu, a tak bardzo wprost mierząca się z czymś nie do zbagatelizowania. Z innością, brakiem pełnej sprawności, której nie sposób odzyskać czarami czy technologią. Jeśli chce się – spróbować – temu zaradzić, to szukając w dostępnych zasobach. Skoro nie pamięć, to intuicja. Jeśli nie wiem, to pytam. Jak już wiem, że nie tu, to idę tam.

Jasna rzecz, że moje uwagi o nadreprezentacji bohaterów ze schorowaną pamięcią, inaczej mówiąc: z bagażem przeszłości, wcale nie znaczą, że naprawdę nikt nie pisze o uwolnionych od wspomnień i pamięci. …Dory jest o tyle ciekawym przypadkiem, że będąc bajką, nie jest zbyt słodka, że nie przeraża i nie drąży niemocy. Bardzo w sam raz, wręcz na miarę. Mówiłam, że występuje tu Krystyna Czubówna? Widocznie zapomniałam…

DORY 6

***

  • Ewa Woydyłło, Dobra pamięć, zła pamięć, Wydawnictwo Literackie 2014.
  • Eckhart Tolle, Potęga teraźniejszości, Wydawnictwo Galaktyka 2010.
  • Gabriel García Marquez, Sto lat samotności
  • Umberto Eco, O pożytkach z oglądania się za dziewczynami [w:] „GW” z dn. 23.04.2016
  • Motyl Still Alice, reż. Richard Glatzer, Wash Westmoreland, USA 2014.
  • Gdzie jest Dory?, reż. Andrew Stanton, Studio Pixar, USA 2016.

podrygi

Mam swoją teorię, że najśmieszniejsze słowa zaczynają się na literę „p”. Można polemizować, ja wiem swoje. Kiedyś już o tym pisałam (TU), dziś dorzucam „podrygi”. 

Podrygiwać to jakby podskakiwać, wyrywać się ze stanu constans w stan podgorączkowy. Ku górze się kierować. Słownik tak rzecz ujmuje – podryg to drgnięcie całego ciała podobne do zrywana się. A jak już zrywać się, to do lotu. I tu niespodzianka, która gasi optymizm. Najczęstszym użyciem tego słowa jest sięganie po zwrot „ostatnie podrygi”, co eufemistycznie znaczy „ledwo zipać”, zbliżać się do nieuniknionego końca. 

***

Najpierw sprawa bloga. Czym są podrygi, każdy bloger wie. Po względnie krótkiej fazie natężonych natchnień, przychodzi uspokojenie. Stonowana regularność: pięć wpisów w miesiącu – taka jest moja norma. Pielęgnuje się łączność i blogerską tożsamość. Potem odrywa się człowiek na moment i jakby w niego leń wstąpił. Pługiem trzeba orać drogę na WordPress. Skrzydeł dodaje odzew (komentarze i statystyki), ewentualnie lajki. No, tym się jednak bloger nie wyżywi, więc najlepiej gdy ma motywację absolutną i długofalową. Bardzo bym chciała wiedzieć, po co ludzie piszą blogi.

Jak z wszystkim: blog może być czymś zastępczym. Antidotum na nadmiar wypracowań do korekty – „a figa! teraz sobie MNIE poczytajcie, wolno nawet wytknąć błędy!”. Może to być potrzeba katalogowania: „tu w jednym miejscu znajdziecie wszystko, co czytam, oglądam i myślę” – nie mój przypadek, bo jednak sporo puszczam mimo, nie wałkując. Zwłaszcza ostatnio. Ale porządny indeksik mam. Niedawno zrobiłam nawet wykaz wpisów nierecenzenckich (OBSERWACJE). Mediewiści obstają przy tym, że katalogowanie miał we krwi człowiek średniowiecza. Uwielbiał spisy i hierarchie. Czasy teraz takie, że wcale by mnie nie dziwiła fala nawróceń na modłę krzyża i miecza.

Z innych pobudek do pisania wskażę trzy, z którymi mi po drodze. Otóż, rzeczą nadrzędną, niewymagającą niczyjego aplauzu, jest chęć zobaczenia „co się myśli”. Może bruneci mają inaczej, ale blondynka musi napisać, by to ujrzeć. Dalej, instynkt żywicielski – nakarmić słowem świat. Co prawda światu się już przelewa, aż chlupie od orzeczeń i epitetów, ale człowiek-bloger ma jednak nadzieję, że jego wpis przebije miliard trzysta innych. Ku nasyceniu głodnych. Inna sprawa to ktoś bliski, dla kogo pisze się szczególnie (po cichu licząc na uwagę tysięcy, ale ten jeden ma twarz). I jak się Ktoś taki wykoleguje z życia, to wena mocno przysycha, a nawet rodzą się filozoficzne konstatacje: „psu na budę to wszystko!”.

Blogi są efemeryczne. Wiem, bo obserwuję znikanie. Ze smutkiem i westchnieniem zrozumienia. Niewykluczone, że ktoś – mylnie! – zgaduje suspens, że się zwijam. Otóż, bynajmniej. Nic nie jest wykluczone – może w trakcie podrygu zabraknie mi oddechu i słów, ale jestem starą podrygiwaczką, więc kijem przeganiać, a wrócę. Chyba że nie. Póki co blog działa jak wentyl. Potrzebuję go, by w roli życiowej się nie zagnieździć i nie skostnieć, by zamiast tylko uczyć pisania, sprawdzić, jak to jest pisać i mijać się z zamysłem.

Może ja nie jestem Picasso, ale bez rysunku się nie da. Schemat uwiarygodni każdą teorię. Poniższy objaśnia, że podrygi mogą być sprężynowe (elipsy), wertykalno-schodkowe i wektorowo-łamane. Koń jaki jest każdy widzi: sprężynki są najefektywniejsze, schodki taranują przeszkody, a łamane to coś więcej niż schizofrenia, to dwubiegunówka.

podrygi

Liczby. Tamaryszkowi zdążyły już trochę gałązki zdrewnieć, bo krzewi się od 24 marca 2011 r. (na WordPressie), a od 24 lutego 2010 – na bloxie (bloksie). W tym czasie powstało 290 tekstów (B – 58, W – 232). Komentarzy na wordpressowych Pre-tekstach zakwitło 3800. Większość wpisów dotyczy filmów, ale dzielnie się motywuję do pisania o literaturze. A prawdę mówiąc, czasem aż mnie rozsadza, by sobie coś poopowiadać całkiem z czapy. Niby tak miało być: film czy książka jako pretekst. Ale organicznie nie daję rady. Głupio mi przywoływać tytuł, któremu warto poświęcić esej, by potem dać nura w dygresje. Tymczasem – ciągnie wilka do lasu, a mnie do dygresji. Dlatego raz na sto lat piszę notkę o niczym, żeby sobie dogodzić.

***

Wierzcie lub nie, ale teoria podrygów blogowych sprawdza się na kilku innych płaszczyznach. Teoria – powtórzę – czyli założenie, że nie da się trwać constans, coś musi słabnąć, gorączkowo skakać jak rtęć w termometrze, by zastygnąć w pół gestu. I choćby chuchać-dmuchać, to cóż…
I właśnie żal napędza próby, mimo że po czasie i tak ma się wrażenie, że było przesądzone.

Życzę samych życiowych sprężynek. Tobie też.

Liebster Blog Award

Ani się spostrzegłam, a minął miesiąc z hakiem. No cóż, w przyrodzie nic nie ginie, a już zwłaszcza rzeczy cenne. Dostałam nagrodę. (!) Mogę być ogniwem w łańcuszkowej zabawie blogerskiej.  Najfajniejsze jest to, że wytypowała mnie Buksy (Więcej niż pierwsza czytanka), co jest zarazem najstraszniejsze, bo tylko spójrzcie na pytania! To są pytania dla bibliofilów, dla czytelniczych freaków – o niezwykłej orientacji nie dość, że w literaturze, to jeszcze w księgarstwie, mediach i dziwnologii wszelakiej. Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Poza tym, że spróbuję w przyszłym roku czytać więcej, to może coś mi się wyjaśni.

Bardzo mi się natomiast podoba definicja Liebster Blog Award, objaśniająca, że jest to wyróżnienie przyznawane blogerowi przez innego blogera „w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę”. :)

Liebster Blog Award

1. Twoje Ulubione miejsce pełne książek to?
Znam odpowiedź! Ale najpierw muszę zaznaczyć, że biblioteka i księgarnia nie należą do miejsc, w których mogę przebywać dłużej niż pół godziny. Bo tam jest książek za dużo. Za dużo impulsów, zbyt intensywna świadomość, że przecież nie dam rady przeczytać w życiu wszystkiego, co jest tego warte. I  w ogóle: jest jeszcze tyle innych sposobów miłego spędzania czasu, że gdyby lektura miała mi je z życia wyrugować, to powinnam stanąć okoniem.

W domu książek naprawdę pod dostatkiem, odkąd mam Kindla, przybyło ze czterysta tytułów niezajmujących miejsca. Regularnie pozbywam się tych, do których już nie wrócę. Mam problem z wyborem, prawda. Ale gdy w Poznaniu trwa akcja Przytargaj książkę, to ja targam kilkanaście tytułów, wracając z ledwie dwoma zamiennikami. Świadczy to o moim lękającym się przywiązań do rzeczy sercu i potrzebie robienia miejsca nowemu – autointerpretacja ;).

Miejsce: Księgarnia z Bajki (TU i TU (FB)) prowadzona przez Krysię Adamczak. Absolutnie bezkonkurencyjne miejsce. Na Wichrowym Wzgórzu i na os. Przyjaźni w Poznaniu. Kto ma dziecko, ten powinien tam zabłądzić koniecznie. Czytelniczych spotkań, gier i przebieranek jest tu bez liku. Księgarnia z Bajki kończy godziny pracy o 18.00, a już o 19.00 zaczyna się drugie życie. Spotkania z autorami, przeróżne warsztaty, Kluby Zwierciadła (raz w miesiącu, prowadzone przez Renatę Dziurdzikowską z pisma „Zwierciadło” na ważne życiowe tematy, w kontekście mądrych książek) etc. Najpiękniej promujące czytanie miejsce w Poznaniu. Kiedyś z przyjaciółką prowadziłam tam zajęcia z „twórczego czytania/pisania”, co bardzo miło wspominam, zarówno czas szalonych przygotowań, jak i spotkania-niespodzianki. Dobrze pamiętam też zabawę w opowiadanie baśni! Byłam, próbowałam, ale mówię Wam: nikt nie opowiada baśni tak pięknie, jak pani Krystyna. Ostatnio uczestniczyłam w spotkaniu z Małgorzatą Sieczkowską, psychoterapeutką zaproszoną przez Ewę Woydyłło do współpracy nad książką Dobra pamięć, zła pamięć (polecam!). Wówczas w tej zacisznej książkowej przestrzeni zmieściło się ponad sześćdziesiąt osób.
Księgarnia z bajki

2. Pisarz (lub pisarka), którego czytania nigdy nie masz dość to ?
Sorry, klimat jest taki, że nie jestem wiernym czytelnikiem. Przeczytałam Wolność Franzena, po Korekty dotąd nie udało mi się sięgnąć. Był Nomen omen Marty Kisiel, a Dożywocie zakupione czeka na lepszy moment. Z lubianych pisarzy, po których naprawdę chcę sięgać, a jakoś wciąż mam białe plamy na mapie ich twórczości to: Julian Barnes, Bohumil Hrabal (Naia jest dla mnie żywym memento), Joanna Bator (książki japońskie wciąż czekają, razem z najnowszą – a przecież nie znaczy, bym wolała Wałbrzych od Kraju Kwitnącej Wiśni). Wiecznie nierozpoznanym nazwiskiem (o bardzo wysokich notowaniach w ciemno) jest dla mnie Magda Szabó.

Ok, wskazuję Chimamandę Ngozi Adichie. Przeczytam wszystko, co napisze. I Mariusza Szczygła – też nie wszystko znam, bo wciąż nad czymś pracuje – ale uważnie śledzę i mogę zadeklarować swą wytrwałość. Na przykład Duży Format bez „Szczygła na czwartek” uważam za wybrakowany.

3. Książka, której wydania w Polsce nie możesz się doczekać to ?
Nie jestem aż tak zorientowana w zagranicznym rynku wydawniczym, bym obstawiała, co należałoby przetłumaczyć. O planach dowiaduję się, gdy są już podjęte. I ze stoickim spokojem czekam na to, co ma nadejść.

Na przykład teraz wiem, że kupię nową powieść Larsa Saabye`a Christensena, Odpływ, którą Wydawnictwo Literackie wyda w połowie stycznia. Obwąchuję właśnie Półbrata, stąd ta deklaracja. Ale znów: Półbrat ma ponad 900 stron, to czy ja będę miała wolę, by rzucić się na następną rzecz tego samego autora?
W tym samym czasie ukaże się w Czarnej Owcy nowa książka Kate Atkinson. Po świetnej powieści Jej wszystkie życia i po rozczarowaniu Zagadkami przeszłości, które porzuciłam, mam ochotę sprawdzić trzeci tytuł. Wybiorę e-booka.
A z rzeczy polskich: czekam na aneks do antologii reportażu 100/XX, ale to dopiero w 2016.

4. Najlepsza lektura na listopadowy wieczór to?
Udaję, że nie słyszę tego przytyku, że w listopadzie świat jest szary, więc trzeba uciec w lekturę grubej powieści. Primo: miesiąc moich urodzin nadaje się do życia równie dobrze jak każdy inny. Secundo, można w nim czytać to samo, co w lipcu. Moją lipcową lekturą była pominięta na blogu Kate Atkinson. Grubaśna powieść Jej wszystkie życia.

Bardzo angielska w klimacie. Akcja toczy się w latach 1910 – 1967. O, i już trzeba sprostować. Owszem, pewnej śnieżnej lutowej nocy (10.02.1910) przychodzi na świat Ursula, której dorastanie i dorosłość będziemy śledzić, ale rozdział „Śnieg”, w którym jej narodziny są opisane, powtarza się w powieści jedenastokrotnie. Za każdym razem „przepisany” tak, że różnice (niuanse lub sprawy zgoła fundamentalne) decydują o dalszym biegu zdarzeń. Takich punktów, w których biografia wpada w korkociąg, jest kilka. A życie toczy się zależnie od przypadku lub impulsu, naszego chwilowego lęku bądź instynktownej (zapisanej w przeczuciu?) desperacji. Życie, życia Ursuli przebiegają w odmiennych tonacjach, zależnych od czasem niepozornych bodźców. Piękne. Dodam, że świetnie skomponowane, opowiedziane i przystrojone w literackie konteksty. 

Zapotrzebowanie na tradycyjnie rozumiany listopad z pewnością zapewni Magdalena Grzebałkowska i jej Beksińscy.

5. Jaki tytuł czytany przez Ciebie dawno temu powinien Twoim zdaniem po latach przerwy znowu zawitać do księgarń?
Nie wiem, pytanie mija się z moim tokiem rozumowania.

6. Jaka jest Twoja ulubiona audycja radiowa lub telewizyjna o książkach?
Telewizyjnej nie mam. Choć tradycyjnie oglądam Tygodnik Kulturalny na TVP Kultura (piątek po 22., powtórka w sobotę wieczorem). Mam swoich ulubionych recenzujących i takich, których pochwała działa ostrzegawczo. ;)

Radio to Trójka, Michał Nogaś i audycja Z najwyższej półki. Cieszę się, że można ją sobie odsłuchać poza czasem antenowym. Słucham też piątkowych rekomendacji przed ósmą rano, gdy Nogaś gościnnie występuje u Wojciecha Manna, a ja się modlę o szybszą zmianę świateł na skrzyżowaniu. 

Ale taki radiowy literacki rarytas, na który rzadko można trafić, a naprawdę warto czuwać i się czaić to Literackie Biuro Śledcze, prowadzone kilka (dwa, trzy?) razy w roku przez Śledczego Jerzego Sosnowskiego, Asystenta Michała Nogasia i kilku Detektywów-pomocników, np. Przemysława Czaplińskiego (UAM) i Jerzego Klejnockiego. Mówił Gombrowicz, że „nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem” – i miał rację. Podpowiedzi są przewrotne, konkurencja wśród zgadywaczy duża, wymagania wysokie. I trzeba mieć sprawność „Szybkiego Billa”, by w mig się dodzwonić lub zamailować.

Ostatnia edycja była w drugie święto. Pluję sobie w brodę, że włączyłam za późno. Odgadłam (ale nie pierwsza) tę ostatnią zagadkę. 

„Idzie wskroś przez łan dzieweczka”,
Taka była to piosneczka,
Którą chłopiec znał.
Chciał poza tym dorosłości, alkoholu i ciemności,
I w hotelu spał.

(Autor, tytuł, miasto, w którym rzecz się rozgrywa:  kroY weN ,użobz w ycąjuzsuB ,regnilaS.D.J)
A kiedyś – zdarzyło się naprawdę! – trzy razy wygrałam paczki książek jako najszybciej trafiający. Redaktor Sosnowski powiedział: „Pani Renato, to się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś w jednej audycji ustrzelił nagrodę dwukrotnie!”. A ja chciałam wejść do radioodbiornika i pomachać. Dopiero po chwili mnie olśniło: Live and let live. I stałam się mniej wyrywna. Zresztą: zagadki trudne, odgadnąć niełatwo.

7. Jaka jest Twoja ulubiona seria wydawnicza?
Jeśli mówimy o seriach, to zacieśniam krąg obserwacji do Wydawnictwa Czarne. Mają najlepiej zapadające w pamięć nazwy, które rzeczywiście z czymś mi się kojarzą. Wymienię te, z których w tym roku  wzięłam coś dla siebie lub na prezent. Seria Esej (Pensjonat pamięci), Inna Europa, inna literatura (Jest noc), Menażeria (Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci), Proza świata (Czas kobiet), Lilith (Marlene), Dolce Vita (Brudna robota), Biografie (Havel), Amerykańska (Kroniki [Boba Dylana])…
Najlepsza seria (ex aequo): Reportaż (właściwie wszystko) i Sulina (Bukareszt, kurz i krew oraz Bolszewicy i apostołowie).

8. W jakiej książce znalazła/eś świat, do którego chciałabyś się natychmiast przeprowadzić?
Ja nie jestem taka, żeby już od razu się przeprowadzać. W myśl zasady, że nie trzeba kupować browaru, by napić się piwa. Lubię książki, w których nie jest słodko. W których już istnieją kłopoty i problemy, a ja to przeczuwam, więc wolę nie pakować się do lustra i pozostać po tej stronie.

Chyba że… Ok, mogłabym się przenieść do Nowej Funlandii. Tam, gdzie trafił życiowy nieudacznik Quoyle i gdzie okrzepł, zahartował się, stworzył fajną gazetę i znalazł samego siebie. Mowa o: Kronikach portowych Annie Proulx (lub o filmie Hallströma, pod tymże tytułem, z Kevinem Spaceyem w roli głównej).

9. Najdziwniejsza książka, jaką czytała/eś, to?
To by musiała być dziwność formalna, znacząca dużo więcej niż oryginalność. Szukałabym wśród surrealistów (Boris Vian?). Trudno wytypować, bo gdy książka mnie do siebie przekona, przestaje być dziwna. W ogóle: dziwność to dziwna kategoria. W udzieleniu pełnej odpowiedzi przeszkadza mi intuicyjne omijanie rzeczy niestrawnych. Gdyby nie to, pewnie wskazywałabym 
Finneganów tren albo coś z tej półki.

10. Twoje literackie odkrycie tego roku to?
Małgorzata Rejmer – nie znałam dotąd, jestem pod wrażeniem. Zapamiętuję i Bukareszt, i pióro. (Więcej…). 

11. Bohater literacki, w towarzystwie którego mógłbyś/mogłabyś spędzić, jeśli nie życie, to przynajmniej długą podróż to?
Nie sądzę, by coś dobrego wyniknęło ze zderzenia fajnej postaci literackiej akurat ze mną. Bardziej kręcą mnie pisarze i aktorzy. Ale też nic z tego. Sympatyczna relacja wyklucza zależność w rodzaju: on/ona i mój bezgraniczny podziw lub ja i jego/jej przymus, by spełnić moje oczekiwania. Niech sobie ten świetny bohater, czy Ktoś, rośnie w swoim mikrokosmosie, nie będę go na siłę do mego kosmosu przeflancowywać. Ot.

Ok, Ren, „nie filozuj”, tylko się zabaw. Wyruszam w podróż, nieważne dokąd, ja prowadzę. Zabieram Szczygła, wiele ryzykując. Co prawda nie muszę się bać, że rozmowa nam się zawiesi, pan Mariusz jest miły, umie zadawać pytania i opowiadać hecne anegdotki. Można by rozmawiać o czymkolwiek… i tu niebezpieczeństwo, że wziąłby mnie reporter na widelec. Z braku możliwości zasłyszenia i podpatrzenia czegoś bardziej frapującego. Doszłoby więc do zmiany warty.

Wskakuje Wokulski i pomaga mi zrealizować zaprzepaszczone marzenie o podróży do Turcji. Ze Stachem wypad nie byłby drogi, może nawet udałoby się pomnożyć majątek? Znamy się jak stare konie. Oddaję mu miejsce za sterem i ucinam sobie drzemkę.

Jeszcze mi nie wybrzmiał w uszach Stambuł (Wokulski został, bo i tak nie ma do kogo wracać), a już do samochodu wskakuje Oriana Fallaci (wygląda jakby wyszła z filmowego Wałęsy). Tyleż autorka, co postać. Peroruje o niebezpieczeństwie inwazji islamu, ale nie ulegam. Wolałabym kobiecą rozmowę lżejszego kalibru. Ufam, że dałybyśmy radę. Może o kapeluszach (pełnych czereśni)…

Dosiada się Cate Blanchett, Oriana wysiądzie, kiedy zechce, niczego nie sugeruję. Na początek możemy pomówić o sukienkach, bo Cate ma super kreacje. Mam nadzieję, że będzie w dobrej formie i nie będzie mówić sama do siebie (wiecie, Jasmine). Może zdradzi coś o Blackbirdzie?Przypominam sobie, że z nią można zbłądzić w świat książek: J.R.R.Tolkien (Galadriela), F.Scott Fitzgerald (ukochana Benjamina Buttona), Annie Proulx (epizod w Kronikach portowych), Szekspir (mam na myśli jej kreacje królowej Elżbiety I i wynikającą z nich znajomość z sir Williamem). Mogłybyśmy, dlaczego nie, obgadać Notatki o skandalu (też ekranizacja, poza tym: „szkolny” temat).

Jedziemy, asfalt śmiga pod kołami, boli mnie szyja od skrętu w prawo i śródstopie od naciskania gazu. Na poboczu widzę chmary interesujących postaci, które chcą się dosiąść. Nie zatrzymuję się. Czekam na kogoś…, no, jest! Nie macha, bo się zapatrzył, ale gdy mówię, że mogę podwieźć do Lizbony, to wskakuje. Raimund Gregorius, niegdyś łacinnik, któremu zdarzyło się wyjść w połowie lekcji, a potem wkroczyła bajeczna nieodwracalność. Co my będziemy robić w Lizbonie? Chodzić śladami Amadeu de Prado, „złotnika słów” (Nocny pociąg do Lizbony). Raimund będzie mi opowiadał. Nostalgicznie i magicznie. Tak jak to było u Pascala Mercier: „- Balsam rozczarowania. Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć, czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?”. Sami przyznacie, że w takim nastroju będę gotowa na fado.

Nagroda jest przechodnia, więc ja przyznaję Liebster Blog Award każdemu, kto zechce w komentarzu odpowiedzieć na choćby jedno z trzech pytań.
1. Z jakim zdaniem, znalezionym w czytanych w tym roku książkach, artykułach, tudzież komiksach, chciałbyś wejść w rok 2015? Nie musi to być credo, może być cytat kilkuzdaniowy.
2. Gdyby w Szopce noworocznej mogły wystąpić postaci nie z pierwszych stron gazet, a jednak – dla Ciebie – ważne, to kto by to był, co by powiedział lub o co by został zapytany? Ewentualnie – w rytm jakiej muzyki by zatańczył?
3. Dlaczego marchewka jest lepsza od pietruszki? (pietruszko, przepraszam).

biedny Polak ogląda sukces

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014
Zaginiona dziewczyna, reż. David Fincher, USA 2014

Mogłaby to być notka o najnowszym Fincherze, gdyby w ogóle dało się o nim pisać… i nie zostać spojlerówką. Film widziałam w ubiegły weekend i mniej więcej w tym samym czasie obejrzałam dwa zbieżne programy kulturalne, w których krytycy wyceniali wartość Bogów (Palkowskiego) i Zaginionej dziewczyny (Finchera). Bardzo się tym zestawieniem nakręciłam i choć minął tydzień, emocje zetlały i wszyscy są już w innym punkcie na kulturalnej bieżni, to ja jednak chcę się nad tym pochylić. Nad tym, że udany polski film może wkurzać – a nawet musi, taka karma.

 Zaginiona dziewczynaO czym są Bogowie każdy wie. O czym jest Zaginiona dziewczyna? O manipulacji i o tym, że gdy poczujemy ją na sobie w odpowiednio dużym stężeniu, to raz na zawsze wyparowuje z nas spokój i naiwność. Manipulacja przebiega na planie kameralnym, dotyczy małżeństwa, które w piątą rocznicę zmierzy się z próbą… I to jest thriller do potęgi. Niewinne zdanie z prologu, w którym mąż patrzy na żonę, pytając sam siebie: O czym myślisz? Dokąd zmierzasz? Co zrobiłem tobie, co zrobiłaś mnie? Gdy wróci w ostatniej sekwencji, przyniesie odmieniony przekaz. Manipulacja wkracza też na plan ogólny, dotyczy mediów, zwłaszcza żywiących się sensacją magazynów plotkarskich. Osądzających bezlitośnie i z przytupem (czyli głosem widzów, z których każdy może dorzucić swój kamyk). Wręcz nie wypada: żyć w XXI wieku i nie wiedzieć, że z opinią publiczną trzeba grać. Sprzedawać siebie tak, by przetrwać, wzbudzić empatię, zyskać punty. 

Bardzo sprawny thriller, w którym mniej więcej w połowie ujawnia się najważniejsze, lecz da się oglądać do końca, bo zmienia się bieg myśli i emocji. Już wiemy, co się stało, a jeszcze nieznany jest ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że chodzi o zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu i o spekulacje jakoby maczał w tym palce mąż.

Zobaczyć warto, choć to, co pozostaje po seansie  w żaden sposób już na mnie nie wpływa, wygasa adrenalina i nie ma potrzeby wchodzić w głąb. Ja nie miałam. Fajerwerk, błysk bez powidoku. Bogowie – to był szok! Chęć, by powracać do co lepszych scen, coś sprawdzić, pogadać. Wyważyć, co podobało się najbardziej. Wcześniej czy później zobaczyć drugi raz (już widziałam).

 ***

Powód, by łączyć Religę z thrillerem Finchera jest tylko jeden: czas premiery i sąsiedztwo na krytycznofilmowej wokandzie. Symptomatyczne. „Tygodnik Kulturalny” (na TVP Kultura) z 10.10  oraz 32 odcinek „movie się” (na FilmWebie). Dwie różne energie – pierwsza z aspiracjami do erudycji, kumulująca się w puentach, z  mocno wyważonym recenzenckim sparingiem, druga – żywiołowa, pasjonacka, honorująca subiektywizm, z filmoznawczym backgroundem. Woda i ogień. A zbieżna tonacja! Rezerwa wobec Bogów, zachwyt Fincherem. Co do gustu, każdy kieruje się własnym i tu „nie dziwi nic”. Węszę w tym jednak trzy kompleksy, które wytknę, bez premedytacji.

Tygodnik Kulturalny

„TK”: m.in. Zdzisław Pietrasik, Łukasz Maciejewski, Michał Chaciński.

O Bogach„Film, który nie ma oponentów, wszystkich satysfakcjonuje. Nie przejdzie do historii polskiego kina”. (ŁM) (Ironicznie: niewiele wart jest film, który zrozumieć może każdy, nawet bez filmoznawczych studiów).
„Jak mało nam trzeba, żebyśmy chwalili polski film! To nie jest wybitne dzieło. Tak naprawdę to jest po prostu porządna robota. Co jest istotne: z bohaterem pozytywnym”. (ZP) (Ironia: bo dobre kino powinno zajmować się dewiacją, prawda?) Dalej Zdzisław Pietrasik pyta retorycznie: „czy to jest takie trudne?” – cóż takiego zrobili twórcy, czego nie zrobiłby każdy przeciętny fachowiec? I z pobłażaniem: „ludzie chcą oglądać rzeczy pozytywne”, więc będzie się im podobać – w domyśle: my, krytycy, nie nabierzemy się na coś, co podoba się milionom.

I zmiana tonacji, gdy wywołano Zaginioną dziewczynę: „najwyższa poprzeczka”, jak zwykle u Finchera (wiemy, że to dobre kino zanim obejrzymy, no bo to Fincher, prawda?). „Mistrzowsko prowadzone równoległe wątki”, „wyrafinowanie w docieraniu do widza, który nie jest wtajemniczony” (przecież to jest elementarna sprawa, że widz thrillera nie wie wszystkiego!). „Produkt z najwyższej półki”. Padają analogie do Bergmana i Hitchocka. I dużo frazesów, łącznie z pochwałą „bardzo wyrafinowanej gry aktorskiej”, choć kilka zdań wcześniej padła uwaga, że Ben Affleck jest drętwym misiem – ale taki właśnie ma być. Gust gustem, jeśli jednak istnieje choć gram obiektywizmu w ocenie warsztatu aktorskiego, to Tomasz Kot i Piotr Głowacki wyprzedzają Afflecka i Rosamund Pike o kilka długości. Thrillerowi to nie szkodzi, przerysowania da się wytłumaczyć, intryga niejedno tuszuje. Ale Kot i Głowacki, choć wystąpili w filmie polskiej produkcji (!) są po prostu o niebo bardziej zniuansowani i wielowarstwowi niż amerykańskie megagwiazdy. Widziałam oba tytuły w odstępie kilku dni. I nie dam sobie wmówić dziecka w brzuch ;)

movie się 32„movie się”: trzech sympatycznych panów z redakcji FilmWebu – Łukasz Muszyński, Michał Walkiewicz i Kuba Popielecki.

Program o większej sile przekonywania choćby dlatego, że rozmówcy (zawodowi krytycy i filmoznawcy) nawet nie próbują wdrapywać się na stołek, by stamtąd ex cathedra ogłaszać werdykty. Mam wrażenie, że mocniej trzymają się swoich kinowych wrażeń. Różnych. Poniższe cytaty będą wyrwane z kontekstu i nie oddają atmosfery polemiki, w której są tarcia i wyraźne opozycje. Zacytuje najbardziej sceptycznego wobec Bogów Muszyńskiego.
„Wyszedłem z seansu z przekonaniem, że jest to dobrze zrobiony film telewizyjny, ze świetnym Tomaszem Kotem. Ale takich filmów w Stanach Zjednoczonych robi się na pęczki”. Narodowe uniesienie tłumaczy mizerią polskiej kinematografii, bo jak wiadomo na bezrybiu i rak ryba. I dalej bardzo oszczędnie: „przyzwoicie napisany”, „solidnie zrobiony film według podręcznika scenarzysty, ale co dalej?”.
Ledwie jednak przejdziemy do Finchera już oczekiwania przestają być wybredne a pochwały oszczędne. Oczywiście, jest Bergman i Hitchcock. Genialna scenarzystka (rzeczywiście, w tej roli pisarka Gillian Flynn). Po prostu amerykańskie kino, z którym nie możemy się równać, bo nie po to filmoznawcy oglądają tyle tamtejszych filmów, by potem przyznać, że na polskim podwórku ktoś jest w stanie doskoczyć do poziomu. W programie FilmWebu świetna jest kontrargumentacja. Nikt nikogo nie przekonał, ale uzdrawiający jest już rozkład sił. Można bronić Bogów i zachłystywać się Fincherem. Aż ma się ochotę sprawdzić. Co polecam. Jednocześnie sugerując dystans do wszelkich ocen i recenzji. Rozumiejąc, oczywiście, że podcinam gałąź tamaryszka, cóż autopsja zawsze przebija pośrednictwo. ;)

Komentarz: sprawy są trzy. Pierwsza: czczość etykietek i czkawka.Rozumiem wstrzemięźliwość wszystkich, na których jak płachta na byka działa etykieta „arcydzieło”. W Polsce to słowo nigdy się nie przyjmie. Bo my mamy alergię na rzeczy wysoko wycenione. Odruchowo szukamy dziury w całym, a jakby jej nie było, to czujemy się w obowiązku taką dziurę wydłubać. Polskie zdrowie psychiczne przejawia się w sceptycyzmie. Kropka. My sobie wręcz nie życzymy oglądania czy czytania arcydzieł. Arcydzieło to na przykład Pan Tadeusz, którego nikt przy zdrowych zmysłach (poza kilkoma znanymi mi polonistkami) nie czyta dla przyjemności. Wyżej wymienione polonistki jakimś cudem łączą zdrowie psychiczne ze zdolnością doceniania narodowej epopei, ale to jest już siódme wtajemniczenie.

Druga sprawa: przymus krytyki. Podejrzewam, że to lipa, wielka nieczarnoleska lipa, trudno jednak mierzyć się z mitem. Chodzi mi o tę wiarę, że inteligentny człowiek nie może się zachwycać, nie zgłosiwszy jakiegoś „ale”. Ktoś, kto się tylko zachwyca widocznie nic lepszego w życiu nie widział. I jeśli postawimy na szalach wagi dwa osądy: „świetny” i „owszem, świetny, ale…”, to ten drugi waży o trzy kamienie więcej. Nieważne po co te kamienie, ważne, że werdykt wagi działa na korzyść tego, kto marudzi.

Trzecia sprawa: dysonans poznawczy albo relatywna miarka. O ile mogłabym w swej pokornej naiwności uwierzyć, że nie chwali się za rzemiosło (i że nie muszę padać na kolana przed scenariuszem Krzysztofa Raka, reżyserią Łukasza Palkowskiego czy grą Tomasza Kota), to zmiana kryteriów wyceny w zależności od tytułu budzi mój sprzeciw. Mam dysonans poznawczy. I tyle. Ciekawe, co by było, gdyby jakiś chochlik podmienił napisy w obu filmach. Reżyserem Bogów okazałby się David Fincher. Ech, co on tam może wiedzieć o nas, Polakach? Co drugą sytuację bylibyśmy gotowi podważyć jako niemożliwą do zaistnienia. Moglibyśmy pochwalić megawarsztat, ale wara obcym od naszych tematów. A gdyby jeszcze w czołówce Zaginionej dziewczyny umieścić Łukasza Palkowskiego?  Cóż, warsztat – jak w Orwellowskim dwójmyśleniu – zostałby wyceniony na trójkę z plusem. Film porównać by można z czymkolwiek, co ma metkę Made in USA, a wówczas Palkowski niech się chowa. Gdzie mu do takiego Finchera na przykład!

Zabrnęłam w absurdy. Niech będzie jasne, że te absurdy to nie tylko moja specjalność.

krzesła

J. powiedział, że mam jeszcze prądu nie wyłączać. Żeby zaczekać. Może przyjdzie świeża dostawa energii i będzie jak na karuzeli. Obaczym. Tymczasem książek nie czytam (spakowane do kartonów), filmów nie oglądam (płyty dvd wrzucone do worów), żyję jak na biwaku w prowizorce remontowej. W zadyszce czerwcowego finiszu.

The Following. PlakatTo, co powyżej, jest „prawdą stopniowalną”, bo jednak coś tam oglądam. Pożarłam piętnaście odcinków pierwszej serii The Following. To serial o psychopatycznym mordercy, wielbicielu prozy Edgara Allana Poego, wykładowcy literatury, specjalizującym się w romantyzmie. O jego naśladowcach i o walczącym ze złem gliniarzu. Oglądałam nocą późną, bladym świtem i zasypiając miałam jeszcze w uszach pogłos rozcinanej nożem śledziony. Tak, tak. A oderwać się nie mogłam, bo gdyby romantyzm nie wystarczył, był w rezerwie drugi wabik: teoria i praktyka pisania powieści. Joe Carroll mordował tak, jakby pisał książkę, stosując literackie tricki, zajawki, zwroty akcji, lejtmotywy i toposy, dzielił tekst na rozdziały i świadomie rozgrywał finał. Co prawda jego oponent, kochany Kevin Bacon jako Ryan Hardy, próbuje mu to pisanie zakłócić, ale tekstu przybywa. Nic to, że dobry eksagent FBI uczy się czytać nienapisane (by złu zapobiec). Nic to, że kciuki trzymam (główne za siebie, by trupem nie paść z wrażenia). Całkiem blisko finału „pisarz” usłyszy od swego „bohatera” morderczą krytykę: „Wiesz, że nie umiesz pisać. Kto nie umie, ten uczy”.

Cóż…. Kto nie umie, ten uczy. Całkiem jak ja. Stop! Nie będę brać tych słów do serca. Bo świat nie jest znów tak bardzo, bardzo zły. Każda kobieta „z klasą” o tym wie, zwłaszcza gdy musi kuriozalnie wycenić „zachowanie” podopiecznych. Na co dzień można by ulec wątpliwościom, ale pod koniec, gdy każdy się spina i kurz ze skrzydeł otrzepuje, wygląda to na zastęp anielski.

Na marginesie wyznam, że „ocen z zachowania” wystawiać nie umiem i gdyby mogły mnie zastąpić krasnoludki, z pocałowaniem ręki tę przyjemność podam dalej. Nie ma jednak sytuacji, z której nie można by się czegoś nauczyć. Dziś zrozumiałam, jak ważne są krzesła.

Nie prowadzę skrupulatnych notatek, poprosiłam więc o przegnanie mojej sklerozy i spisanie tego wszystkiego, o czym powinnam pamiętać. Zasług, spontanicznych porywów dobroci, wytrwałości w przestrzeganiu ustaleń, ofiarności, pasji konkursowej i wszelakich osiągnięć. Każdy o sobie. Kto pyta, nie błądzi, ale kto głupawo pyta, ten niech się nie dziwi odpowiedziom. Zdziwiłam się.

Rzecz dotyczy osiemnastolatków. Jakiego rodzaju wyznania zdobędą największą popularność lub które zapamiętam na dłużej? Coś szczególnego? Coś, co pozwoli zrozumieć, ile dobra kryje się w niepozornych gestach? Okazało się, że nic nie przebija dwóch hitowych wyznań: „przyniosłem nakrętki” i „nosiłem krzesła”. Poniżej próbka spisanych z karteczek atutów, w których czai się nadzieja na obniżenie restrykcji za „nieobecności”:

– brałem aktywny udział w „akcji krzesła” :)
– tańczyłam zumbę na prosty kręgosłup!
– nosiłam krzesła na testy gimnazjalne,
– przyniosłem nakrętki ;)
– ustawiałem krzesła na konkurs filmowy,
– czyściłam obrazy w sali,
– nosiłam krzesła, kiedy mi kazali (dwa razy!)
– czyściłam obrazy w klasie (ścierką zapożyczoną od miłej pani sprzątaczki :)
– jestem miłą, zawsze pomocną klasową koleżanką :)
– nosiłam stoły w Dzień Wagarowicza!
– mam tylko jedną nieusprawiedliwioną godzinę nieobecności ;)

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie ja zaganiałam do ustawiania krzeseł. Sobie przypisuję „akcję krzesła”, czyli poranne wezwanie do zdejmowania krzeseł ze stołów. Samo się dzieje, ale zawsze zostaje kilka postawionych na sztorc. Nikomu to nie przeszkadza, ale kto by lubił mówić do krzesłowych nóg. „Akcja krzesła” to błyskawiczne równanie do poziomu.

Czego się nauczyłam?
1) Nigdy nie wiadomo, co jest serio, a co na niby. Głowę bym dała, że chcieli mi wykręcić numer. A gdybym miała dwie głowy, to tę drugą dałabym sobie uciąć, że oni tak na serio.
2) Nigdy nie wiadomo, co się stanie spécialité de la maison.
3) Krzesło to konkret. Człowiek najdłużej pamięta to, co mu się zapisało w mięśniach.

Ilustracja: krzesła i „obrazy” w sali 145. Spojrzałam dziś na koniec dnia na postawione na głowie krzesła. Jutro zacznę od „akcji…”. A już za kilka…naście dni ten widok nabierze statyczności. Nadchodź chwilo i trwaj! Trwaj, bo jesteś piękna!

wrzesień 2013

145.czerwiec 2014

matura

Kciuki trzymam!

Maturzyści co mieli napisać, napisali. Wybór był skromny i drętwy. Arcypolski.
Teraz trzeba ściskać paluszki za egzaminatorów: by prace wpadły w dobre ręce, o dobrej godzinie, przy dobrej pogodzie etc.

koniczynkaI ja będę czyjeś maturalne analizy czytać i wyceniać. I niech mnie Bóg ma w swej opiece, bym trzeźwo, miłosiernie i jakoś tak adekwatnie (o ile się da) wyważyć cudzy trud umiała. Gdy spotkam pracę błyskotliwą, niech mnie oświeci intuicja, by nie zaprzepaścić niczego przez ślepą wierność wytycznym. Niech nie trafiają w moje ręce prace kuriozalnie głupie, by nie dobijać mojej wciąż nie dość polskiej, choć polonistycznej duszy. Wciąż „nie dość”, bo gdy się przyglądam tematom, to nie czuję w nich emocji, które współbrzmiałyby z moimi. Podejrzewam, że znaczna część piszących pisała o czymś niezbyt sobie bliskim. Szkoda. Po raz kolejny trzeba się było zastanawiać nad losem ojczyzny, narodu, literatury narodowej i przeróżnych ofiar. To są sprawy ważne, ale lepiej gdyby można je było przywołać samorzutnie, z impulsu lub przekonań, niż tak z rozkazu rozwałkowywać i ugniatać. Prorokuję liczne zakalce.

Odważniej i bez owijania w bawełnę pisze o tym Dariusz Chętkowski na blogu „Polityki”. Trafnie. Natomiast liczne komentarze, które się pod wspomnianym wpisem pojawiły, wprawiają mnie w nastrój kabaretowo-wisielczy. („Witam, zamiast Lucjan Rydel napisałem Ryszard Riedel, czy to błąd dyskwalifikujący moją pracę?”)

Spadające aniołyGdybym była maturzystką, to chciałabym, by wszystko miało ręce i nogi. I głowę. Wolałabym, by o egzaminie, do którego przystępuję, mówiono z szacunkiem, by nie ironizowano, nie wyśmiewano się, nie zamieniano matury w maturkę. Czasami życzy się zdającym łatwych egzaminów. Ja tam nie mam nic przeciw wyzwaniom trudnym, ale sensownym. Takim, które premiują wiedzę i sztukę myślenia. Angażują emocje i budzą wiarę, że to coś znaczy. Oczywiście, dojrzałość polega również na tym, by nie hołubić złudzeń, że Ktoś/Świat wystawi nam ocenę ze wszech miar sprawiedliwą. Ten najistotniejszy werdykt zapada mimmo wszystko w nas samych. Niemniej jednak: niechby nie było tak, że głównymi decydentami są fart i pech. Nie mam powodu naburmuszać się, że wysokie procenty przypadają w udziale czytaczom ściąg i streszczaczom załączonego fragmentu. Ale nie mogę pozbyć się dreszczu żalu, gdy myślę, jak niewiele szans na rozwinięcie skrzydeł mają ci, za których kciuki zaciskam szczególnie.

Wsłuchałam się dziś w przedmaturalne sondy, rozmowy z osiemnastolatkami przed egzaminem i tuż po nim. Uderzyło mnie, jak wielu z nich śmiało się ironicznie przy pytaniu, czy czytali lektury. Ja tego tak czarno nie postrzegam. Znam takich, którzy czytają, choć wiem, że gatunek nieczytających ma stary rodowód i bynajmniej nie wymiera. Ale to podejście do matury ze strony zdających nie jest mi obojętne. Bo raz: pełno w nim przejęcia właściwego komuś, kto będzie oceniany, dwa – często pobrzmiewa refren: „byle zdać”, „mnie to do niczego niepotrzebne” etc. Trzy: wyczuwa się świadomość uczestnictwa w grze – my nie czytamy, bo wiemy, że to lipa, wy od lat odgrzewacie trupie „nieśmiertelniki”. Bilans zbalansowany.


Może jestem staroświecka jak znaki interpunkcyjne, ale wystrzegam się jaj z matury. Wkurza mnie głupawy program „matura to bzdura” (bo co ma piernik do wiatraka? – powszechne niedouczenie ma się nijak do egzaminu, raczej demaskuje odmóżdżającą rolę mediów). Strunę przeciągają jedni i drudzy – twórcy matury i jej komentatorzy. Słowem, jak widać, ulotniło mi się poczucie humoru i trzeba czym prędzej je wskrzesić, bo bez niego ani rusz. No tak. Wymądrzyłam się, zaalarmowałam świat, jak strasznie ambiwalentne jest to, w czym uczestniczę. I zdawszy sobie sprawę, że kijem rzeki nie zawrócę, idę uprawiać swój ogródek. I wypić spokojnie trzecią kawę. ;)

Tegoroczne tematy:
1) (na podstawie fragm. Potopu – scena wbijania na pal, na szczęście przerwana interwencją Kmicica) przeanalizować emocje żolnierzy, zachowania i sytuacje ukazanych w tekście postaci;
2) (na podstawie fragm.Wesela – scena rozmowy Gospodarza z Poetą) przedstawić i porównać, co bohaterowie sądzą o Polakach i o poezji narodowej.

* koniczynkę pożyczyłam bez wiedzy Autora – stąd (licząc na to, że podanie źródła jest zadośćuczynieniem).
* powyżej Wyspiański – Spadające anioły

podsłuchane, podczytane

Właściwie bez komentarza. Wystarczyłby link, lecz przepisuję to sobie i innym – dla pomnożenia dowcipu. Rzecz oparta na zapiskach dziewczyny („księgarnianki”) pracującej we wrocławskiej księgarni. Dialogi z życia wzięte. Nic nie przebije „dziesiątki”. ;)

Całość można przeczytać pod wskazanym linkiem: TUTAJ

4

1. 

– To prawda, że nie macie skakanek? 
– Prawda. 
– No wie pani, właśnie mi sąsiadka powiedziała, że nie macie i przyszłam sprawdzić, bo to strasznie dziwne, nie uważa pani? 
– Nie widzę nic dziwnego w braku skakanek w księgarni. 
– A ja widzę. Do widzenia.

2. 

– Szukam przewodnika, ale chyba go nie ma. 
– Jakiego przewodnika pan szuka? 
– Geograficznego. 
– A dokładniej? 
– Szukam przewodnika państwa.
– Jeśli mi pan nie powie, jakie to państwo, to nie będę mogła panu pomoc. 
– Boże, jaka pani jest wścibska! 

3. 

– Dzień dobry w czym mogę pomóc? 
– Mój kolega słuchał audiobooka XXX. Ale ja chcę książkę, bo podobno książka jest lepsza. 

4. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
– Szukam mapy Wrocławia.
– Proszę, ma Pani do wyboru.
– Ale na każdej z nich jest napisane, że to na Euro, a ja szukam mapy po Euro, takiej bez stadionu. Po co mi stadion, ja ulic tylko potrzebuję.

5.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak. Dostanę nową książkę Dana Browna „Piekło”?
– Oczywiście, proszę. 
– Ale tu jest napisane „Inferno” a ja chcę „Piekło”! 
– To ta sama książka – „inferno” z włoskiego to „piekło”. 
– Pani jest chyba pomylona jakaś. 

6. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Ja mam tylko jedno krótkie pytanie. 
– Tak, słucham.
– Czy ten „Ulisses” Jamesa na wystawie to jest ciąg dalszy „50 twarzy Greya”?

7.

– Dzień dobry, szukam książki. Teraz żeby nie strzelić gafy…Stanisław Lem napisał takie książki „O kobiecie”, „O mężczyźnie…” 
– Znaczy Lew? Lew-Starowicz?
– O, tak właśnie! Prawie mi się udało.

8.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, poproszę trzecią część trylogii El Greya.

9.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, szukam lektury. Chwileczkę tylko znajdę kartkę, bo dziecko mi zapisało…o jest: tytuł: „Szekspir”, autor Hamlet. Macie na stanie? 

10.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Szukam książki. Ale nie pamiętam tytułu. 
– A może pamięta pani nazwisko autora? 
– Tak. Pamiętam, że miał w środku nazwiska taką kreseczkę. Proszę po tym wyszukać. 

11. 

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Szukam najnowszej powieści tej pisarki. 
– Której? 
– No tej…, no tej z włosami. 

12.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Widzi pani, wczoraj słyszałem recenzję książki. I bardzo mi się spodobała. 
– A może pan podać autora albo tytuł, to sprawdzę czy mamy. 
– Nie pamiętam. Ale ma kosztować 29.90 albo 39.90. Może po cenie pani znajdzie?

masz ci los!

No masz. Jak czasem los przydepnie, to tylko stękać. Czekać aż przyjdzie wichura i przegna. Nic, nic, się wygramolę z przydepnięcia, kurz zetrę, włos potargam, przytupnę! Jeno ten los po horyzont się rozmościł. Nic innego nie widać, tylko los, karmę, przypisanie… istne fatum. I to z każdej strony, gdzie by nie zerknąć.

Otwieram Myśliwskiego – Ostatnie rozdanie – rzecz, wiadomo, wyczekana, bo prawie pewniak. Zakłady można robić, czy rozbije triumwirat, czy będzie na miejscu czwartym – trzy mocne tytuły idą łeb w łeb: Kamień na kamieniu, Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli. Zawsze jest tak, że ktoś próbuje pozbierać i ogarnąć swoje życie. Jakiś Szymon Pietruszka czy inny gawędziarz. Miesza się cierpienie z radością, bliskość z samotnością, codzienność i święto. A wszystko wokół zwykłych spraw się kręci. Albo to będzie potrzeba wybudowania grobu, albo wspomnienie zgubionego buta czy pałaszowanego rodzinnie rosołu, albo łuskanie fasoli. A tym razem jest notes-adresownik, spuchnięty od nadmiaru, rozlatujący się, sam siebie niepewien. Bohater otwiera go co i rusz, próbując rozpoznać, kto pod jakim nazwiskiem się kryje. Kim był ten, tamten? Co mnie z nim wiązało? Listy, zestawienia, rządki nazwisk upchanych pod kolejnymi literami alfabetu. Pięknie, ładnie, ale za dużo. Niestety, déjà vu

Rzecz pamięci, która bynajmniej nie jest gruntowna ani stała. Z biegiem lat pokazuje to samo jak zupełnie nowy film. Czasami z dnia na dzień. I tak od listy nierozpoznawalnych nazwisk przechodzimy do warstewek własnej tożsamości, która również ma całe połacie nierozpoznanego. „Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym” – mówi Myśliwski. Trochę mnie przynaglając, by podkręcić świadomość.

„Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić sami z sobą. I od razu nasuwa się pytanie: to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”.

niby jarzębinaNie wiem, ku czemu prowadzi mnie Myśliwski, bo jestem w drodze. Wiszą mi nad głową różne miecze Damoklesa (innowacja, nie błąd), więc powieść łykam haustem, a potem odkładam i czytam od nowa. Tym sposobem nieźle już sobie obrzydziłam nieszczęsny notes, w którym wszystkiego jest ponad miarę, a niewielki z tego pożytek, bo słowa oderwały się od treści, nazwiska od twarzy, wspomnienia od prawdy.

Więcej u Myśliwskiego nostalgii niż entuzjazmu, więcej utraconego niż znalezionego. Mam nadzieję, że jest nadzieja. Sprawdzę. Liczę na nią, mając na uwadze obraz chłopca na obsypanej kwieciem ulęgałce. I szybko na tę modłę tworząc swój jarzębinowy ekwiwalent. Pozytywny, z mocnym akcentem, gościnny. Wyżej to nie jarzębina, ale zamiennik.

Kondycja, póki co, nie doskakuje do szczytu swych możliwości. Lecz uparcie przeczy diagnozom nader jednoznacznym o „obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy radzić sobie z samotnością”. Bo też cóż by to była za pułapka. To byłby bezpardonowy kopniak losu. 

I rzuca mi Myśliwski takie zdanie: „Gdy się jednakże na taką kwitnącą ulęgałkę patrzy, można zawstydzić się sobą. Czymże się bowiem jest wobec takiej kwitnącej ulęgałki?” A ja nieśmiało myślę sobie: podpatrywać tę ulęgałkę. Uczyć się od jarzębiny. 

Niewykluczone, że Myśliwski jest o czymś innym, przeczytałam dopiero jedną trzecią.

co tkwi w szczegółach?

anioł i diabeł, negatywDiabeł. Lub anioł. Coś tkwi i o wielu sprawach przesądza. 

Przyznaję, mam na sobie Ange ou Démon (Givenchy), próbkę z perfumerii; testuję, bo jeszcze nie wiem, co wybiorę. Ma być odmiana. Sądzę, że to nie jest bez znaczenia, więc ujawniam – wzorując się na  Witkacym, który kodował narkotyczne źródła swoich natchnień.

Anioł czy Diabeł? Ech, mnie na pewno bliżej do angela, do niewinności, jasności i wszelkiej takiej „opatrunkowatości”. Przynajmniej z wierzchu i oficjalnie. Bom ja typ „nie-zołzy”, jeśli ktoś jarzy, o co chodzi. Choć „zadziorna nuta” perfum odpowiada mi bardziej niż ta łagodna, tymiankowo-mandarynkowa.

anioł i diabeł. jajka

Po prawdzie to ja mogę dziś wyłącznie o szczegółach, bo całości są mi dziwnie niedostępne. Owszem, kilka lektur z wakacji (w tym świetna Alice Munro!), ale czas minął i to byłoby wywoływanie duchów. Z czytaniem we wrześniu było marnie. Przewaga tekstów „niepublikowanych”, mniej znanych autorów (przed progiem dojrzałości). Nawet filmy mi ostatnio umykają. Kupiłam karnet na wyświetlaną w odcinkach 15-godzinną Odyseję filmową Marka Cousinsa. Obejrzałam (z zachwytem) trzy godziny, lecz ciąg dalszy przegrywa ze skoczną rtęcią w termometrze. 

Zatem szczegóły. Padło na interpunkcję, drobiny takie: kropki, kreski, małe krzywe. A ważne, bo nadają ton. I skoro już diabła i anioła przywołałam, to pójdę dalej: interpunkcja jest metafizyką podszyta i ma przełożenie na kosmiczny wymiar codziennych zdarzeń. Tylko lekko przesadzam, bo znaki znaczą więcej niż się zdaje i mają swój charakter. Dalej: sięgamy po nie trochę pod dyktando wewnętrznych strojeń, więc  nawet pomijanie przecinków coś o nas mówi. Czyż nie?

anioł i diabeł. niebieski i czerwony  Interpunkcja to rezerwuar niezbędnych do życia namyśleń, zawieszeń, przyspieszeń lub rytmicznych taktów. Wszystko zależy od stylu. Trochę od tego, co się nam przydarza, ale niewiele. Dużo ważniejszy jest styl wybranej narracji. Mówię o „przecinkach” w tekście i o różnego kroju pauzach/przytupach w toku zdarzeń codziennych. Spróbuję tę myśl wyłożyć.

(NAWIAS)

Kto używa, ten stosuje parentezę, nawet, gdy wzorem molierowskiego pana Jourdin nie wie, że mówi prozą. Zdania parentetyczne: wtrącenia, dopowiedzenia, uzupełnienia, dygresyjki… No, ja lubię. Ale wiem z doświadczenia, że im ich więcej, tym mniej pewności siebie. Kontekstowość spowalnia docieranie do celu. Można się pogubić (i wiecznie obstawiać tyły), gdy węszy się podszewkę każdej rzeczy i dba o precyzję. Nawiasy są moralnie niedzisiejsze. 

MYŚLNIK – 

Wraz z wielokropkiem i pytajnikiem należy do tzw znaków prozodycznych, naśladuje intonację wypowiedzi, jej emocjonalny ton. Myślnik to „pan nauczyciel”, wymowny milczeniem. Pretensjonalny w nazwie, wymuszacz refleksji. Ja stosuję, ale myślę sobie, że sympatyczniejsze są przecinki. Dziwne, ale myślnik w ogóle nie brzmi, on jest gestem.

WYKRZYKNIK !

Wow! Nie! Hurra! Żywioł ekspresji. Szalenie rezolutny, przydatny w malowaniu świata w kontraście bieli i czerni. Styl małolatów. I despotów, ale ci, przy odrobinie wyrafinowania, wolą zimne, krótkie zdania oznajmujące, z dystyngowaną kropką. Ja się wystrzegam, chyba że mnie porwie entuzjazm i nieświadomie raz czy dwa sobie podskoczę. Lub zatańczę. Tak! Wykrzyknik jest tancerzem. Wygina ciało śmiało, tak już ma.

PYTAJNIK ?

Co za dużo, to niezdrowo, ale bez pytań ani rusz. Pytajnik ma w sobie dziecięcość, ciekawość, badawczość i wieczne zdziwienie. Może być upierdliwy, ale ja mu daję carte blanche. W Wielkopolsce brzmi śpiewająco, unosi ku górze frazę, jakby się wspinał na palce. Taki sam siebie niepewny, ale odważny zarazem. Znany z tego, że przerywa ciszę bądź myślenie. Zielone światło.

„CUDZYSŁÓW”

Jeszcze od biedy, gdy jest to cudzysłów formalny; tekst ujęty obustronnie w łapki. Gorzej, gdy łapki nikną, a tekst pozostaje cudzy. Kojarzy mi się z plagiatem, kujoństwem, wtórnością. Radykalnie. Choć może być przydatny jako ramy życiowego motta, sentencja, która przyświeca, szacunek dla autorytetu. Czasami bywa ironistą, kpiarzem, co unieważnia sens dosłowny. Na przyjaciela nie bardzo, ale trudno pominąć, bo ma szerokie plecy.

WIELOKROPEK …

Trochę niepoważny marzyciel. Wciąż sugeruje drugie dno, jakiś niewypowiedziany, czający się sens. Moim zdaniem ma tendencję do pesymizmu, a przynajmniej do nostalgii. I typom depresyjnym odradzałabym bliższą znajomość. Jest trudny w odsłuchu, więc w rozmowie staje się manieryczny. Ale jak znalazł w zapiskach sztambuchowo-pamiętnikarskich. 

DWUKROPEK :

To jest konkret. Dwukropek służy wyliczeniu rzeczy policzalnych, prezentacji kilku alternatyw (świetnie przy tym odsiewając wszystko, co zbędne), to samo zdrowie. Równowaga psychiczna i porządek w myślach. Odrobinę brakuje mu finezji i szaleństwa, fakt. I wygląda jak policjant na skrzyżowaniu. Albo lekarz, który mówi: będzie pani jadła kluski, będzie źle, wybierze pani grapefruity, nadejdzie zdrowie. Ale jak się potrzebuje rozstrzygnięć, to dwukropek jest dobrym kumplem.

PRZECINEK ,

Ma naturę muzyka, mistrza tonów i taktu. Uwielbiam. Zna się na rytmie i wie, że wszystko ma swój czas. Przecinek jest aktorem, bajarzem, opowiadaczem historii (drugie „ja” arabskich hakawatich). Jak trzeba wyliczyć i pomieścić wiele w jednym – on to pomoże upchać. Jeśli chce się mrugnąć, rzec coś na stronie, dookreślić (u mnie epitety często chodzą trójkami) – w ciemno po pomoc do przecinka. Kto omija, ten głuchy.

ŚREDNIK ;

Niedoceniany typ, a gdyby dać mu wolną rękę, świat byłby lepiej wypunktowany. Dłużyzny zostałyby wycieniowane, odpowiednio zaakcentowane miejsca, w których myśl się zamyka. Średnik nie ma przebicia, bo się średnio nazywa. Cóż. 

KROPKA .

Z kropką się muszę przeprosić. Nie lubię jej, wydaje mi się zbyt radykalna, ostateczna, apodyktyczna. Ma w sobie coś z dewotki i coś z kancelisty, który lubi stawiać wyraźną puentę. Dopóki widzę sens, dopóty przedłużam kończenie czegokolwiek. Ale przychodzi czas, gdy kropka jest najlepsza.

PS.
Naprawdę mam gorączkę, więc na nią zrzucam winę za brak treści. A Bator górą! Nike dla Joanny!

[fotki nie moje: 1, 2, 3]