Archiwum kategorii: osobiście

opowieść do wysłuchania

Długie milczenie grozi eksplozją. Ryzy nakładam i słowotoku nie będzie. Sam konkret. Opowiem co i dlaczego absorbuje moją uwagę. Oczywiście poza filmami, książkami, pracą i życiem powszednim.

CK Zamek (Poznań) – Centrum Praktyk Edukacyjnych – ogłasza wiosną konkurs na projekt Współdziałanie w kulturze. Muszą być dwie strony, edukacja i kultura, i jakaś grupa docelowa, której projekt będzie służył. Czegoś uczył i zapraszał do twórczego działania. Wystartowałyśmy z moją przyjaciółką i dano nam zielone światło. Wybrano siedem projektów do realizacji, również nasz.

Ja reprezentuję ZSO nr 4, Joanna ODN. Partnerów znalazłyśmy w Teatrze Nowym (Michał Pabian jest tam dramaturgiem, prowadzi również spotkania z tekstem i pisarzami – Czytnik) i w Radiu Poznań (Wanda Wasilewska specjalizuje się w reportażach społecznych). Działamy do połowy października.

Tytuł zdradza wszystko: „MOST ZAMIAST MURU. Opowieść do wysłuchania”. Dotyczy wykluczenia. Grupą docelową są osadzeni w Areszcie Śledczym na Młyńskiej. Robimy z nimi słuchowisko. W ten sposób opowieść zza muru zbuduje most i ma szansę pokazać, że po obu stronach można podobnie myśleć i czuć. A jeśli różnie, to też ciekawie.

Drugą grupą  są licealiści. Popracujemy z nimi nad wykluczeniem, które widzą wokół siebie lub którego doświadczają. I dobrze by było, gdyby i tu powstała jakaś opowieść. Te opowieści być może się spotkają.

Zaplanowałyśmy cykl warsztatów. Scenarzysta z Teatru Nowego pracuje z więźniami nad historią, która ma być opowiedziana. Fikcja, przefiltrowana przez ich sposób patrzenia. Potem aktor pomoże przygotować role, a reporterka wystąpi w roli reżyserki. Chłopaki z Młyńskiej zadziałają. Już ruszyli i idzie nieźle.

Młodych dopiero rozkręcamy. Mamy dla nich warsztaty tematyczne – „wykluczenie” i „inność”, mury i mosty. Spotkają się ze scenarzystą, reporterką społeczną, aktorką, która metodę dramy wykorzystuje w działaniach społecznych, również ze mną i z Joanną.

Trzymajcie kciuki, bo gra jest warta świeczki. :) Można nas polubić i obserwować na fanpage`u (KLIK).

Zapraszam :)

Reklamy

czapla i brzoza z tatarakiem

Nadmiar ogranicza inaczej niż niedobór, bo co innego odbiera. Poza tym – ostatnio – strasznie się panoszy. Ten nadmiar. Ciut za dużo upałów. Za dużo wakacyjnych zdjęć (z których przebrałam ponad setkę do ocalenia, reszta – w niebyt). Nawet filmy, o których chciałam pisać, rozmnożyły się na potęgę. I po prostu muszę uznać tę oczywistość, że świat się nie zawali, jeśli nie napiszę.

Może najbardziej męczący jest nadmiar artefaktów, to, że – jako gatunek – stajemy się coraz bardziej homo faber. Każdy coś wytwarza. Pisze, filmuje, fotografuje. Nie ma już hierarchii, żadnych map, wskazujących, jak się w tym gąszczu poruszać, co odpuścić, z czym się zapoznać. Lepiej już nie będzie. Trzeba pogodzić się z tym, że każdy może wytwarzać wszystko i nikt nie da rady zasymilować tej nadprodukcji. To z jednej strony paraliżuje, z drugiej – uczy wielogłosu i tego, że w lesie różne ptaszki śpiewają. Fotografia to unaocznia. Profesjonaliści mogą sobie debatować o technice i odpowiedzialności za to, co uwieczniają, amatorzy się do tego nie odnoszą. Robią swoje, selfie-sticków jest tyle, co zabranych w drogę butelek z wodą. Zapadło mi w pamięć czyjeś pytanie: czy będziemy wracać do napstrykanych  w liczbie niepoliczalnej zdjęć – tak, jak do tych, które zatrzymywały chwile wyselekcjonowane?

P1030744

Szalejąca rudbekia z sandomierskiego zaplecza przekornie dziczeje. Wbrew uporządkowanym miejskim klombom, wystylizowanym ogródkom, wypieszczonym kwietnym oknom czy balkonom. Sandomierz jest piękny i zadbany. Pelargonie, begonie, surfinie, petunie, floksy… Prawda, że więcej tu ojca Mateusza niż Teodora Szackiego. Na pierwszy rzut oka. Bo podszewka należy do Miłoszewskiego. W podziemiach nie było psów i ani mru mru o zbrodni. Ale katedralny pan kościelny, przepędzający turystów, każe docenić w pisarzu zmysł obserwacji. Nieopodal katedry stoi ta rudera, w której popełniono drugie morderstwo. A w pobliżu rynku, vis-a-vis pierogarni, jest mała wypasiona kawiarenka. Jak w Ziarnie prawdy. Nie pomnę, ale Miłoszewski nie wspominał chyba o krówkach (specjalność lokalna – u mnie plus, bo krówka to stały punkt mojego menu) i raczej paskudnych ptysiowych preclach. Pochwalam cydr z sandomierskich jabłek („dobroński”).

P1030844

No cóż, gdzie się dało, tam weszłam. Do sacrum i profanum. W Piszczele i Góry Pieprzowe. Nie zapominając kręcić się wokół tego, co centralne: rynek, katedra i dzwonnica, zamek, kościoły (najstarszy jest najwspanialszy – świętego Jakuba, tuż przy wąwozie i muszli stemplującej drzewo emblematem Drogi – Camino de Santiago). Tudzież inne, których tu nie będę wyliczać z racji ich mnogości. Zrobiły na mnie wrażenie malowidła de Prevota, tego się zresztą spodziewałam: 12 miesięcy męczeństwa jako chrześcijańska baza mentalna. Z legendarnym obrazem legendarnej rzezi sandomierskich dzieci przypisanej Żydom. Ale zagęszczenie! A spośród budowli ze ścisłej listy zabytków wizerunkowych ja największą sympatią darzę Zamek. Wciąż mam dreszczyk, czy aby nie leży tam ciało Elżbiety albo nie siedzi Wilczur czekając na Szackiego. W książce ta scena dzieje się przy synagodze, ale w filmie właśnie na zamkowym zboczu.

[aneks: nieprawda; obejrzałam po raz drugi Ziarno prawdy i nie ma żadnego kadru z Zamkiem; iluzja]

P1030875

Ech, są takie ruiny, przy których każda całość wygląda jak sen idioty. Ruiny na wyobraźnię. Nieopodal Sandomierza, w Ujeździe, jest pozostałość po posiadłości Krzysztofa Ossolińskiego. Jakie to było przemyślane! W folderach przywołuje się koncepcję domu-kalendarza: 4 baszty, 12 wielkich komnat, 52 pokoje, 7 bram i 365 pięć okien. Jak pory roku, miesiące, tygodnie, dni w tygodniu i dni w roku. Jeden ze stropów był niegdyś oszałamiającym akwarium, a w stajniach stały lustra nad marmurowymi żłobami. Wjazd naznaczony krzyżem i toporem, insygniami wiary i rodowego herbu Ossolińskich. Choć nurt podziemny interpretuje to inaczej, w Ossolińskim widząc nie tyle barokowego katolika, szermierza kontrreformacji i teatralnej Sarmacji, tym samym: obrońcę wartości i jednak gigantycznego pechowca. Historia tego pałacu jest bowiem smutna i wieje od niej niespełnieniem. Założyciel cieszył się majątkiem rok zanim umarł, jego syn trzy lata dłużej. A potem z rąk do rąk przechodził splendor aż się zużył i nie było komu restaurować. Ale „to” nie mogło lepiej wyglądać niż teraz, gdy każdy wyświetla swój własny film. Nie umiałam uchwycić w kadrze tej przestrzeni. Dokończę myśl: otóż nie byłoby dziwne, gdyby te pięcioramienne gwiazdy i baszty żywiołów i różne poszlaki obwiniające magnata o to i o owo, prowadziły boczną drogą od kościoła do masońskiej alchemii. Dla laika absolutnie niekonieczne są tu rozstrzygnięcia, mnie się podoba ta dwuznaczność.

P1040059

P1040100

P1040087

Polesie!

P1040341

No to hej, na północny wschód. Między Łęczną a Włodawą. Na Polesie! – nie to, o którym pisała Małgorzata Szejnert (Usypać góry…), ale to mniejsze, bliższe, objęte granicami Poleskiego Parku Narodowego. Tu, gdzie jeziora zarastają tatarakiem i sitowiem, gdzie lśnią na brzegach czaple białe, wykąpane w lepszym proszku niż ich siwe kuzynki. W godle Parku jest żuraw. Nie wiedziałam, jak go wytropić. Za to wiewiórek, żółwi, czapli, kaczek, błotniaków, jakichś rycyków, kszyków i mew było na pęczki. I był majestatycznie sentymentalny łabędź niemy. W głowie mi się zakręciło od grzybieni białych. Wiem, że one wyjęte z wody już nie są takie ładne (nie wyjmowałam! – zakazane), bo przecież pamiętam Noce i dnie – tę scenę, w której Barbara czeka aż Tolibowski zmoczy swój biały garnitur i wręczy jej naręcze na oczach zazdrosnej gawiedzi… (Scena na YouTubie).

Tu rosną inne lasy. Jest trochę sosny, bo gdzie jej nie ma. Lecz dominują grądy, olsy, brzeziny. A między nimi są spleje. Spleja to torfowisko przejściowe. Takie ni to jezioro, ni to łąka porośnięta tatarakiem. Było sucho, myślę jednak, że o nieco innej porze zdobyłabym sprawność wiedźmy błotnej. Jak nic!

P1040402

P1040257

Byłoby nie fair nie wspomnieć o czerwonych i niebieskich ważkach. Natomiast kilka końskich (?) much, które pogryzły mnie przez spodnie wzgardliwie przemilczę. I tak głośniejsze były dzięcioły. Te to stukają! Bez opamiętania i na oślep.

Zestawiając Polesie z Krzyżtoporem, wskrzeszam romantyczny topos natury silniejszej od kultury, rozrastającej się bujnie na swoim i nieswoim, wypuszczającej pędy na gzymsach, w lukach między cegłami (rośliny izotermiczne). Przekraczającej ścieżki i wszelkie linie graniczne nakreślone człowieczym planem. No ale znów Sandomierz, pamiętający i konserwujący wiek XIII, daje odmienny przekaz. Jak przemija, kiedy wciąż jest jak memento nie do zdarcia? Choć przypomina ser szwajcarski (piwniczne podkopy!), póki co nie zapada się i trwa.

Jedno i drugie koi, przepłukuje teraźniejszość filtrem ciszy i samoswoich dźwięków. Kościół dominikanów, ciemny, chłodny i surowy, niemal pusty. Albo ścieżki – nieprzeludnione – pod ptasim zarządem, bez wyszukanych słów: dziko zielone.

P1040192

 P1040217P1040418

 

 

majówka

Wrocław, 1-3 maja 2015

Iksora

Z miasta do miasta. Z Wielkopolski na Dolny Śląsk, w specyficzny mikroklimat, gdzie zawsze najcieplej, najbardziej optymalnie dla ciała i ducha, choć już niekoniecznie dla zmaltretowanych chodzeniem (bo odwykłych) stóp. WROC+LOVE.

Bywam tu często, a chodzę utartymi szlakami – jak koń. Z sali nr 1 w kinie Nowe Horyzonty do sali nr 9 w tymże. Poszerzyłam sobie horyzont. Doszłam na Plac Solny, potem Rynek i mniej lub bardziej wokół z wyskokiem na Kleciny. Promień marszruty byłby dłuższy, gdyby nie to, że było co oglądać, gdzie zerkać i do czego wracać. Więc zostało mi odrobinę na następną wyprawę badawczą.

No i teraz Wam opowiem: kiedy zbudowano Wrocław, jak i po co. Kto tu mieszkał i jak mu się żyło. Co gdzie kwitnie, co jak smakuje i za ile. Jakie rzeźby, ambony i witraże są w jakim kościele. Gdzie się czają krasnoludki… Nie dam rady? Dam, ale rzeczywiście, to co powyżej biorę w nawias. Bo i miejsca brakuje, i wiedzy. Cóż, postawię na przystawki.

A bez pachniał! Rany, ile tu bzu! Jasne, że w Ogrodzie Japońskim różowiły się wiśnie, w Botanicznym jeszcze tulipany, ustępując pierwszeństwa azaliom (azalia pompejska na przykład, żółta, pachnąca jak oszalała lilia!). Albo taka iksora jak na zdjęciu u góry. Jednak bez liliowy królował siłą ekspansji. Głowy nie dam, ale gdyby uważnie przeczesać krzaki, jakiś krasnal pewnie by się w nich znalazł. W zasadzie, trochę głupio tak o krasnalach, bo to oczywistość. Jest ich bez liku, jedne zgrabniejsze i dowcipniejsze, inne ciut mniej. Dużo wdzięku i naprawdę trafione proporcje. Najbardziej lubię Syzyfki, ale bawią mnie też Pożarki, tuż przy kościele św.Elżbiety, który zapalny jest jak słoma i stał już w ogniu nie raz. Robiłam im fotki, banalnie dołączając do grona turystycznych tropicieli. Na przykład poznana w ten sposób siedmiolatka (przy Grajku i Melomanie) westchnęła z żalem: „- To dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty. Jutro wyjeżdżam, a jest ich ponad setka”. Chciałam znaleźć tego, co pierze portki w Odrze, lecz nie dojrzałam. Na trzeciej fotce: krasnal-Kinoman, stary znajomy. Co znaczy żabia perspektywa! Wygląda tu jak krasnolud, a jest przecież tyci jak inne.

krasnale-Syzyfki   krasnale-pożarki   krasnal-kinoman

Nie wiem, czy rzeczywiście zamysł urbanistyczny Poznania jest aż tak różny od wrocławskiego, czy to efekt bycia tubylcem. Dość, że gdy myślę o swoim mieście, to wszystkie atrakcje układają mi się w ciąg niezależnych, niepołączonych ze sobą punktów. A we Wrocławiu nie ma żadnych interwałów, spacer wśród drzew prowadzi mnie do ławeczek i parków, Botanik sąsiaduje z
krzesło KantoraKatedrą, most przerzuca mnie na wyspę, kolejny przenosi ze sfery sacrum w profanum (lub odwrotnie), a jak już się nachodzę (np. Wybrzeżem Wyspiańskiego) i dwoi mi się w oczach od politechnicznych udziwnień architektonicznych, to znów trafiam w rejon kamienic i podwórek, najlepiej z jakąś smakowitą cukiernią za winklem. Obok Politechniki (tej z kodem binarnym „zamiast” okien) przechodziłam, wracając z gitarowego bicia rekordu Guinessa (5003 gitar i Hej, Joe). Przywidziało mi się, że we Wrocławiu tramwaje jeżdżą w powietrzu i czym prędzej to przywidzenie uwieczniłam. Także krzesła tu mają większe. Mosty – też żadne odkrycie, wszak Wrocław to most przy moście. Mnie się szczególnie podoba niebieski Grunwaldzki, ale zamieszczam fotkę czerwonego Mostu Piaskowego. Bardzo ładne błękitne (!) bramy ma uniwersytet. Każdy chyba strzelił sobie fotkę na tym korzystnym kolorystycznie tle.

tramwaj na drutach  Most Piaskowy   Zrób to sam

Przerzucę się z błękitu na zieleń. Parków po uszy. Szczytnickim szłam, ale muszę wrócić i bardziej się w niego zapuścić. Botaniczny – świetny, brawo za ławeczki. Japoński – miniaturka, odwiedzana przez nieproporcjonalną do metrażu liczbę ludzi. Południowy – tylko mi mignął zza okna samochodu. A przecież skwerek też poniekąd park, bulwary i wybrzeża ciągną się kilometrami, w zieleń można się zawinąć co krok. Korci mnie, by palmę pierwszeństwa przyznać Cmentarzowi żydowskiemu na Ślężnej. Gwar czynią ptaki, ludzie snują się jak cienie, z rzadka i niewyraźnie. Spacer kojący, łatwo się wtopić w tutejsze światłocienie, choć trzeba w końcu wychynąć ku żywym.

To może wrócę do podnoszących glukozę w żyłach szczegółów. Słodycze. Nie byłam na diecie, więc jadłam: 1) lody na Bema (bezowo-cydrowe!), 2) sernik kremowy u Spychały (super) i 3) TyrajMisiu w mistrzowskim podaniu Pszczółki. Niebo.

Inny szczegół to oczekiwanie na zmianę świateł. Z perspektywy kierowcy: mają tu czasowe odliczacze, kiedy nastąpi zmiana. Od razu się do nich przykułam, bo jestem z Poznania. Natomiast nie mają guzików na słupach przy przejściu (to z perspektywy pieszego). Hmm… tak stoją sobie cierpliwie, nawet z nogi na nogę nie przestępując. A w Poznaniu takie guziki są i my ciągle w nie dusimy. Żeby szybciej zabłysło zielone. Po prawdzie to nie działa, to znaczy czerwone i tak musi trochę poświecić, ale co nadusisz, to twoje. U nas nawet w windzie są takie przyspieszacze. W moim bloku na przykład. Dojedziesz na właściwe piętro i możesz czekać aż drzwi windy się otworzą. Ale możesz też nacisnąć – na znak, że chcesz wysiąść szybciej. Oczywiście, że to nie działa, różnica prędkości jest żadna, ale co nadusisz, to twoje. Otóż, we Wrocławiu tego nie mają. Inna mentalność.

PaluchOj, ambaras, ambaras. Bo jak tu ogarnąć te krocie ślicznych kamienic! Tych wyeksponowanych na podziw (usytuowaniem lub funkcją). Ale też tych, które co rusz wyrastają to w podwórzu, to na rogu, wygalantowane lub lekko zapadłe, wyczekujące na lepszą przyszłość. Przeglądam fotki i raz, że nie oddają tego, co widziałam, dwa – trzeba by debaty nad tym, którą wybrać.

A to oznacza, że postawię na dekoracje. Najpierw dwie płaskorzeźby z Domu Miedziorytnika przy kościele św. Elżbiety: Paluch i Zrób to sam. Ta druga powyżej, obok Mostu.

Angelus przed OssolineumW drugiej kolejności niech będzie Angelus sprzed Ossolineum, prawem pierwszeństwa, bo ma literackie, szerokie plecy. W wydaniu mikro jest statuetką Nagrody Literackiej Europy Środkowej, zwanej Angelusem właśnie, której laureatem w 2014 był Pavol Rankov [Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)]. Nie czytałam. Za to mogę zacytować umieszczony na cokole fragment wiersza Anioła Ślązaka (patron nagrody) w przekładzie Mickiewicza:
„Do nieba patrzysz w górę,/ a nie spojrzysz w siebie:/ Nie znajdzie Boga,/ kto Go szuka tylko w Niebie”.

Wystroje kawiarnianych wnętrz to temat na długi esej, bezpieczniej będzie zostać przy elewacjach zewnętrznych, przy muralach. Jeden z nich trafił na tegoroczną maturę z WOS-u. Jeśli dobrze pamiętam, rzuca się w oczy przechodniom na ulicy Sienkiewicza: „Co słychać u sąsiada?” A ja sobie przywołam Mural z Fantastycznym Lisem i Mural Rebusowy. Dla towarzystwa dodając tablicę pamiątkową dedykowaną Cybulskiemu i Mural z Dziewczyną w sukni z kłódek. Tyle ozdób.

Mural -Fantastyczny Lis        Mural łańcuchowy

   Mural - kłódkowa suknia      Cybulski przy Pergoli

Weekend we Wrocławiu przypadł na dni poprzedzające pogrzeb prof. Bartoszewskiego. Ossolineum, które jak wiadomo odziedziczyło archiwum profesora, pożegnało go uliczną galerią karykatur i bon motów. To było jedno z ciekawszych zaskoczeń. Szpaler osiemnastu plakatów, które kreską tyluż rysowników uwieczniały zdeformowany wizerunek i uzupełniały go cytatem. Jest wśród nich słynne zdanie: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Są i inne, celne, bezpośrednie, dowcipne. Mam nadzieję, że po dzisiejszym wyborczym święcie nie przyjdzie mi powtarzać w duchu: „Kocham moich Rodaków, choć doprowadzają mnie do cholery”. Wytłumaczę się ze zdziwienia. Wrażenie było pozytywne. Fenomenalne, że na przekór smutnym okolicznościom, wybrano wierność osobowości, wdzięk i humor zamiast patosu i minorowej żałoby. Że tak lekko, nie bombastycznie. [Jeśli ktoś w ostatnim tygodniu włączał radio i zaatakowały go reklamy Lidla, to rozumie, dlaczego postanowiłam użyć słowa „bombastyczny”. Powariowali? Reklamują swoje ceny jako bombastyczne – przecież to znaczy: „napuszone, pompatyczne”. Chcą przyciągać tym, co odpycha?]

Bartoszewski 1 Bartoszewski 2 Bartoszewski 3 Bartoszewski 4

Niektóre z tych słów powinny z nami zostać. W czasach, gdy zewsząd atakują słowa nijakie lub agresywne, ubite jak pianka bez treści… naprawdę dobrze chwycić się bon motów. 

Wrocławski mistrz słowa, nie dość że ugościł mnie obiadem, to jeszcze hasał ze mną po ulicach, wskazał na domy, w których chciałby mieszkać (jakieś dziesięć, ułamek z rejestru) i wypił z nami piwo. Z nami, bo to był siostrzany wypad. W ostatnich słowach chętnie więc adresuję całuski: i do Gośki (siostra), i do Ewy (Mistrzyni ripost i dowcipu). Pamiętając serdecznie o Pszczółce. :)

Wspomniałam, że nie tylko bez, również tamaryszek kwitł i mościł się gdzie popadnie? Tak było. A na międzymiastowej dawał po oczach rzepak: czyste złoto pól. 

Liebster Blog Award

Ani się spostrzegłam, a minął miesiąc z hakiem. No cóż, w przyrodzie nic nie ginie, a już zwłaszcza rzeczy cenne. Dostałam nagrodę. (!) Mogę być ogniwem w łańcuszkowej zabawie blogerskiej.  Najfajniejsze jest to, że wytypowała mnie Buksy (Więcej niż pierwsza czytanka), co jest zarazem najstraszniejsze, bo tylko spójrzcie na pytania! To są pytania dla bibliofilów, dla czytelniczych freaków – o niezwykłej orientacji nie dość, że w literaturze, to jeszcze w księgarstwie, mediach i dziwnologii wszelakiej. Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Poza tym, że spróbuję w przyszłym roku czytać więcej, to może coś mi się wyjaśni.

Bardzo mi się natomiast podoba definicja Liebster Blog Award, objaśniająca, że jest to wyróżnienie przyznawane blogerowi przez innego blogera „w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę”. :)

Liebster Blog Award

1. Twoje Ulubione miejsce pełne książek to?
Znam odpowiedź! Ale najpierw muszę zaznaczyć, że biblioteka i księgarnia nie należą do miejsc, w których mogę przebywać dłużej niż pół godziny. Bo tam jest książek za dużo. Za dużo impulsów, zbyt intensywna świadomość, że przecież nie dam rady przeczytać w życiu wszystkiego, co jest tego warte. I  w ogóle: jest jeszcze tyle innych sposobów miłego spędzania czasu, że gdyby lektura miała mi je z życia wyrugować, to powinnam stanąć okoniem.

W domu książek naprawdę pod dostatkiem, odkąd mam Kindla, przybyło ze czterysta tytułów niezajmujących miejsca. Regularnie pozbywam się tych, do których już nie wrócę. Mam problem z wyborem, prawda. Ale gdy w Poznaniu trwa akcja Przytargaj książkę, to ja targam kilkanaście tytułów, wracając z ledwie dwoma zamiennikami. Świadczy to o moim lękającym się przywiązań do rzeczy sercu i potrzebie robienia miejsca nowemu – autointerpretacja ;).

Miejsce: Księgarnia z Bajki (TU i TU (FB)) prowadzona przez Krysię Adamczak. Absolutnie bezkonkurencyjne miejsce. Na Wichrowym Wzgórzu i na os. Przyjaźni w Poznaniu. Kto ma dziecko, ten powinien tam zabłądzić koniecznie. Czytelniczych spotkań, gier i przebieranek jest tu bez liku. Księgarnia z Bajki kończy godziny pracy o 18.00, a już o 19.00 zaczyna się drugie życie. Spotkania z autorami, przeróżne warsztaty, Kluby Zwierciadła (raz w miesiącu, prowadzone przez Renatę Dziurdzikowską z pisma „Zwierciadło” na ważne życiowe tematy, w kontekście mądrych książek) etc. Najpiękniej promujące czytanie miejsce w Poznaniu. Kiedyś z przyjaciółką prowadziłam tam zajęcia z „twórczego czytania/pisania”, co bardzo miło wspominam, zarówno czas szalonych przygotowań, jak i spotkania-niespodzianki. Dobrze pamiętam też zabawę w opowiadanie baśni! Byłam, próbowałam, ale mówię Wam: nikt nie opowiada baśni tak pięknie, jak pani Krystyna. Ostatnio uczestniczyłam w spotkaniu z Małgorzatą Sieczkowską, psychoterapeutką zaproszoną przez Ewę Woydyłło do współpracy nad książką Dobra pamięć, zła pamięć (polecam!). Wówczas w tej zacisznej książkowej przestrzeni zmieściło się ponad sześćdziesiąt osób.
Księgarnia z bajki

2. Pisarz (lub pisarka), którego czytania nigdy nie masz dość to ?
Sorry, klimat jest taki, że nie jestem wiernym czytelnikiem. Przeczytałam Wolność Franzena, po Korekty dotąd nie udało mi się sięgnąć. Był Nomen omen Marty Kisiel, a Dożywocie zakupione czeka na lepszy moment. Z lubianych pisarzy, po których naprawdę chcę sięgać, a jakoś wciąż mam białe plamy na mapie ich twórczości to: Julian Barnes, Bohumil Hrabal (Naia jest dla mnie żywym memento), Joanna Bator (książki japońskie wciąż czekają, razem z najnowszą – a przecież nie znaczy, bym wolała Wałbrzych od Kraju Kwitnącej Wiśni). Wiecznie nierozpoznanym nazwiskiem (o bardzo wysokich notowaniach w ciemno) jest dla mnie Magda Szabó.

Ok, wskazuję Chimamandę Ngozi Adichie. Przeczytam wszystko, co napisze. I Mariusza Szczygła – też nie wszystko znam, bo wciąż nad czymś pracuje – ale uważnie śledzę i mogę zadeklarować swą wytrwałość. Na przykład Duży Format bez „Szczygła na czwartek” uważam za wybrakowany.

3. Książka, której wydania w Polsce nie możesz się doczekać to ?
Nie jestem aż tak zorientowana w zagranicznym rynku wydawniczym, bym obstawiała, co należałoby przetłumaczyć. O planach dowiaduję się, gdy są już podjęte. I ze stoickim spokojem czekam na to, co ma nadejść.

Na przykład teraz wiem, że kupię nową powieść Larsa Saabye`a Christensena, Odpływ, którą Wydawnictwo Literackie wyda w połowie stycznia. Obwąchuję właśnie Półbrata, stąd ta deklaracja. Ale znów: Półbrat ma ponad 900 stron, to czy ja będę miała wolę, by rzucić się na następną rzecz tego samego autora?
W tym samym czasie ukaże się w Czarnej Owcy nowa książka Kate Atkinson. Po świetnej powieści Jej wszystkie życia i po rozczarowaniu Zagadkami przeszłości, które porzuciłam, mam ochotę sprawdzić trzeci tytuł. Wybiorę e-booka.
A z rzeczy polskich: czekam na aneks do antologii reportażu 100/XX, ale to dopiero w 2016.

4. Najlepsza lektura na listopadowy wieczór to?
Udaję, że nie słyszę tego przytyku, że w listopadzie świat jest szary, więc trzeba uciec w lekturę grubej powieści. Primo: miesiąc moich urodzin nadaje się do życia równie dobrze jak każdy inny. Secundo, można w nim czytać to samo, co w lipcu. Moją lipcową lekturą była pominięta na blogu Kate Atkinson. Grubaśna powieść Jej wszystkie życia.

Bardzo angielska w klimacie. Akcja toczy się w latach 1910 – 1967. O, i już trzeba sprostować. Owszem, pewnej śnieżnej lutowej nocy (10.02.1910) przychodzi na świat Ursula, której dorastanie i dorosłość będziemy śledzić, ale rozdział „Śnieg”, w którym jej narodziny są opisane, powtarza się w powieści jedenastokrotnie. Za każdym razem „przepisany” tak, że różnice (niuanse lub sprawy zgoła fundamentalne) decydują o dalszym biegu zdarzeń. Takich punktów, w których biografia wpada w korkociąg, jest kilka. A życie toczy się zależnie od przypadku lub impulsu, naszego chwilowego lęku bądź instynktownej (zapisanej w przeczuciu?) desperacji. Życie, życia Ursuli przebiegają w odmiennych tonacjach, zależnych od czasem niepozornych bodźców. Piękne. Dodam, że świetnie skomponowane, opowiedziane i przystrojone w literackie konteksty. 

Zapotrzebowanie na tradycyjnie rozumiany listopad z pewnością zapewni Magdalena Grzebałkowska i jej Beksińscy.

5. Jaki tytuł czytany przez Ciebie dawno temu powinien Twoim zdaniem po latach przerwy znowu zawitać do księgarń?
Nie wiem, pytanie mija się z moim tokiem rozumowania.

6. Jaka jest Twoja ulubiona audycja radiowa lub telewizyjna o książkach?
Telewizyjnej nie mam. Choć tradycyjnie oglądam Tygodnik Kulturalny na TVP Kultura (piątek po 22., powtórka w sobotę wieczorem). Mam swoich ulubionych recenzujących i takich, których pochwała działa ostrzegawczo. ;)

Radio to Trójka, Michał Nogaś i audycja Z najwyższej półki. Cieszę się, że można ją sobie odsłuchać poza czasem antenowym. Słucham też piątkowych rekomendacji przed ósmą rano, gdy Nogaś gościnnie występuje u Wojciecha Manna, a ja się modlę o szybszą zmianę świateł na skrzyżowaniu. 

Ale taki radiowy literacki rarytas, na który rzadko można trafić, a naprawdę warto czuwać i się czaić to Literackie Biuro Śledcze, prowadzone kilka (dwa, trzy?) razy w roku przez Śledczego Jerzego Sosnowskiego, Asystenta Michała Nogasia i kilku Detektywów-pomocników, np. Przemysława Czaplińskiego (UAM) i Jerzego Klejnockiego. Mówił Gombrowicz, że „nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem” – i miał rację. Podpowiedzi są przewrotne, konkurencja wśród zgadywaczy duża, wymagania wysokie. I trzeba mieć sprawność „Szybkiego Billa”, by w mig się dodzwonić lub zamailować.

Ostatnia edycja była w drugie święto. Pluję sobie w brodę, że włączyłam za późno. Odgadłam (ale nie pierwsza) tę ostatnią zagadkę. 

„Idzie wskroś przez łan dzieweczka”,
Taka była to piosneczka,
Którą chłopiec znał.
Chciał poza tym dorosłości, alkoholu i ciemności,
I w hotelu spał.

(Autor, tytuł, miasto, w którym rzecz się rozgrywa:  kroY weN ,użobz w ycąjuzsuB ,regnilaS.D.J)
A kiedyś – zdarzyło się naprawdę! – trzy razy wygrałam paczki książek jako najszybciej trafiający. Redaktor Sosnowski powiedział: „Pani Renato, to się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś w jednej audycji ustrzelił nagrodę dwukrotnie!”. A ja chciałam wejść do radioodbiornika i pomachać. Dopiero po chwili mnie olśniło: Live and let live. I stałam się mniej wyrywna. Zresztą: zagadki trudne, odgadnąć niełatwo.

7. Jaka jest Twoja ulubiona seria wydawnicza?
Jeśli mówimy o seriach, to zacieśniam krąg obserwacji do Wydawnictwa Czarne. Mają najlepiej zapadające w pamięć nazwy, które rzeczywiście z czymś mi się kojarzą. Wymienię te, z których w tym roku  wzięłam coś dla siebie lub na prezent. Seria Esej (Pensjonat pamięci), Inna Europa, inna literatura (Jest noc), Menażeria (Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci), Proza świata (Czas kobiet), Lilith (Marlene), Dolce Vita (Brudna robota), Biografie (Havel), Amerykańska (Kroniki [Boba Dylana])…
Najlepsza seria (ex aequo): Reportaż (właściwie wszystko) i Sulina (Bukareszt, kurz i krew oraz Bolszewicy i apostołowie).

8. W jakiej książce znalazła/eś świat, do którego chciałabyś się natychmiast przeprowadzić?
Ja nie jestem taka, żeby już od razu się przeprowadzać. W myśl zasady, że nie trzeba kupować browaru, by napić się piwa. Lubię książki, w których nie jest słodko. W których już istnieją kłopoty i problemy, a ja to przeczuwam, więc wolę nie pakować się do lustra i pozostać po tej stronie.

Chyba że… Ok, mogłabym się przenieść do Nowej Funlandii. Tam, gdzie trafił życiowy nieudacznik Quoyle i gdzie okrzepł, zahartował się, stworzył fajną gazetę i znalazł samego siebie. Mowa o: Kronikach portowych Annie Proulx (lub o filmie Hallströma, pod tymże tytułem, z Kevinem Spaceyem w roli głównej).

9. Najdziwniejsza książka, jaką czytała/eś, to?
To by musiała być dziwność formalna, znacząca dużo więcej niż oryginalność. Szukałabym wśród surrealistów (Boris Vian?). Trudno wytypować, bo gdy książka mnie do siebie przekona, przestaje być dziwna. W ogóle: dziwność to dziwna kategoria. W udzieleniu pełnej odpowiedzi przeszkadza mi intuicyjne omijanie rzeczy niestrawnych. Gdyby nie to, pewnie wskazywałabym 
Finneganów tren albo coś z tej półki.

10. Twoje literackie odkrycie tego roku to?
Małgorzata Rejmer – nie znałam dotąd, jestem pod wrażeniem. Zapamiętuję i Bukareszt, i pióro. (Więcej…). 

11. Bohater literacki, w towarzystwie którego mógłbyś/mogłabyś spędzić, jeśli nie życie, to przynajmniej długą podróż to?
Nie sądzę, by coś dobrego wyniknęło ze zderzenia fajnej postaci literackiej akurat ze mną. Bardziej kręcą mnie pisarze i aktorzy. Ale też nic z tego. Sympatyczna relacja wyklucza zależność w rodzaju: on/ona i mój bezgraniczny podziw lub ja i jego/jej przymus, by spełnić moje oczekiwania. Niech sobie ten świetny bohater, czy Ktoś, rośnie w swoim mikrokosmosie, nie będę go na siłę do mego kosmosu przeflancowywać. Ot.

Ok, Ren, „nie filozuj”, tylko się zabaw. Wyruszam w podróż, nieważne dokąd, ja prowadzę. Zabieram Szczygła, wiele ryzykując. Co prawda nie muszę się bać, że rozmowa nam się zawiesi, pan Mariusz jest miły, umie zadawać pytania i opowiadać hecne anegdotki. Można by rozmawiać o czymkolwiek… i tu niebezpieczeństwo, że wziąłby mnie reporter na widelec. Z braku możliwości zasłyszenia i podpatrzenia czegoś bardziej frapującego. Doszłoby więc do zmiany warty.

Wskakuje Wokulski i pomaga mi zrealizować zaprzepaszczone marzenie o podróży do Turcji. Ze Stachem wypad nie byłby drogi, może nawet udałoby się pomnożyć majątek? Znamy się jak stare konie. Oddaję mu miejsce za sterem i ucinam sobie drzemkę.

Jeszcze mi nie wybrzmiał w uszach Stambuł (Wokulski został, bo i tak nie ma do kogo wracać), a już do samochodu wskakuje Oriana Fallaci (wygląda jakby wyszła z filmowego Wałęsy). Tyleż autorka, co postać. Peroruje o niebezpieczeństwie inwazji islamu, ale nie ulegam. Wolałabym kobiecą rozmowę lżejszego kalibru. Ufam, że dałybyśmy radę. Może o kapeluszach (pełnych czereśni)…

Dosiada się Cate Blanchett, Oriana wysiądzie, kiedy zechce, niczego nie sugeruję. Na początek możemy pomówić o sukienkach, bo Cate ma super kreacje. Mam nadzieję, że będzie w dobrej formie i nie będzie mówić sama do siebie (wiecie, Jasmine). Może zdradzi coś o Blackbirdzie?Przypominam sobie, że z nią można zbłądzić w świat książek: J.R.R.Tolkien (Galadriela), F.Scott Fitzgerald (ukochana Benjamina Buttona), Annie Proulx (epizod w Kronikach portowych), Szekspir (mam na myśli jej kreacje królowej Elżbiety I i wynikającą z nich znajomość z sir Williamem). Mogłybyśmy, dlaczego nie, obgadać Notatki o skandalu (też ekranizacja, poza tym: „szkolny” temat).

Jedziemy, asfalt śmiga pod kołami, boli mnie szyja od skrętu w prawo i śródstopie od naciskania gazu. Na poboczu widzę chmary interesujących postaci, które chcą się dosiąść. Nie zatrzymuję się. Czekam na kogoś…, no, jest! Nie macha, bo się zapatrzył, ale gdy mówię, że mogę podwieźć do Lizbony, to wskakuje. Raimund Gregorius, niegdyś łacinnik, któremu zdarzyło się wyjść w połowie lekcji, a potem wkroczyła bajeczna nieodwracalność. Co my będziemy robić w Lizbonie? Chodzić śladami Amadeu de Prado, „złotnika słów” (Nocny pociąg do Lizbony). Raimund będzie mi opowiadał. Nostalgicznie i magicznie. Tak jak to było u Pascala Mercier: „- Balsam rozczarowania. Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć, czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?”. Sami przyznacie, że w takim nastroju będę gotowa na fado.

Nagroda jest przechodnia, więc ja przyznaję Liebster Blog Award każdemu, kto zechce w komentarzu odpowiedzieć na choćby jedno z trzech pytań.
1. Z jakim zdaniem, znalezionym w czytanych w tym roku książkach, artykułach, tudzież komiksach, chciałbyś wejść w rok 2015? Nie musi to być credo, może być cytat kilkuzdaniowy.
2. Gdyby w Szopce noworocznej mogły wystąpić postaci nie z pierwszych stron gazet, a jednak – dla Ciebie – ważne, to kto by to był, co by powiedział lub o co by został zapytany? Ewentualnie – w rytm jakiej muzyki by zatańczył?
3. Dlaczego marchewka jest lepsza od pietruszki? (pietruszko, przepraszam).

on jest

Nie będę oryginalna, sięgnę po Márqueza. Gazety pełne są wspomnień, recenzji, podsumowań – jak zawsze, gdy ktoś powszechnie znany odchodzi. W Magazynie Świątecznym („GW”) można przeczytać nieznane dotąd opowiadanie, przetłumaczone przez Carlosa Marrodána Casasa. Jerzy Pilch twierdzi, że dzięki takiemu tłumaczowi polski Márquez jest lepszy od oryginału. ;)

Najulubieńszy fragment z powieści, którą cenię szczególnie, dotyczy walki z amnezją. Na Macondo nadeszła plaga bezsenności. Najpierw dotknęła Rebekę, stopniowo pozostałych mieszkańców. Ok, był czas, by ponadrabiać zaległości, lecz co za dużo, to niezdrowo. Nie sposób było przywołać sen. Do tej niedogodności dołączyła kolejna: zapominanie słów, nierozpoznawanie przedmiotów, zatracanie orientacji we własnym życiu, w tym, co się myśli, czuje, czego się pragnie. Najprawdziwszy problem – który mniej magicznie, ale równie dotkliwie, przydarzyć się może każdemu, choćby i dziś. Na szczęście: jest na to rada. Zanim nadejdzie Melquíades z lekarstwem, można rozważyć pomysł jednego z Buendich.

Sto lat samotności

„Metodę, która przez wiele miesięcy miała ich bronić przed za­nikiem pamięci, wymyślił Aureliano. Odkrył ją przypadkowo. Dob­rze znając bezsenność, gdyż był jednym z pierwszych, którzy jej ulegli, opanował do perfekcji sztukę złotniczą. Pewnego dnia szukał małego kowadełka, którego używał do walcowania metali, i nie mógł przypomnieć sobie nazwy tego narzędzia. Ojciec podpowie­dział mu: «kowadełko». Aureliano wypisał to na kawałku papieru i przykleił etykietę do przedmiotu. W ten sposób mógł mieć pew­ność, że nie zapomni tej nazwy w przyszłości. Nie przyszło mu na myśl, że jest to pierwszy objaw zaniku pamięci, ponieważ przedmiot miał nazwę trudną do zapamiętania. W kilka dni później jednak odkrył, że z trudem przypomina sobie nazwy prawie wszystkich przedmiotów w laboratorium. Tak więc oznaczył je odpowiednimi kartkami i wystarczyło przeczytać napis, żeby je rozpoznać. Kiedy ojciec zakomunikował mu, że zapomniał prawie wszystkie najważ­niejsze wydarzenia ze swego dzieciństwa, Aureliano zapoznał go ze swoją metodą i José Arcadio Buendia zastosował ją praktycznie w całym domu, a później narzucił całemu miasteczku. Pędzelkiem umoczonym w farbie malował na każdej rzeczy jej nazwę: stół, krzesło, zegar, drzwi, ściana, łóżko, garnek. Wyszedł do zagrody i oznaczył wszystkie zwierzęta i rośliny: krowa, koza, świnia, kura, juka, malanga, banany. Stopniowo, obserwując nieskończoność wa­riantów zaniku pamięci, zdał sobie sprawę, że może nadejść dzień, kiedy będą rozpoznawać rzeczy po napisach, ale zapomną ich prze­znaczenia. Wtedy rozszerzył swoje napisy. Etykieta, którą zawiesił na szyi krowy, była przykładem sposobu, w jaki mieszkańcy Macondo byli zdecydowani walczyć z chorobą: «To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem». Tak więc żyli w wymykającej się rzeczywistości, którą chwilowo mogli schwytać za pomo­cą słów, ale która musiała wymknąć się bezpowrotnie wraz z za­pomnieniem wartości słowa pisanego.

U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis: «Macondo», a nieco dalej inny, większy, przy głównej ulicy:«Bóg istnieje»”.

Gdy lata temu Stanisław Barańczak pisał metafizyczno-motoryzacyjny esej o amerykańskich tablicach rejestracyjnych (Tablica z Macondo), sięgnął do tej metody. Skoro można zakomunikować coś światu (i sobie) za pomocą dostępnych pięciu-sześciu liter, to niech to będzie coś, o czym naprawdę warto pamiętać. Wybrał wtedy wieloznaczne credo: „ON JEST”. Bóg, drugi człowiek, czytelnik…

Z okazji Świąt życzę Wszystkim, by odnaleźli takie zaklęcie lub upewnili się w swych życiowych prawdach. Warto zapisać. By potwierdzić oczywistość lub przywołać do istnienia to, czego brak. Sprawdzony sposób na trzymanie się swego kursu przy kolejnych zawieruchach, zmartwychwstaniach i innych księżycowych przemianach. 

józefinka i reszta

statuetkaTamaryszek zaczaił się w cieniu, wyczekując na wiosenną ekspansję. Niewykluczone, że uda się przebudzić i rozgadać na wszystkie tematy naraz. Póki co, podejmuję próbę przerwania milczenia – próbę mikrofonu. Czy mnie słychać?

Mam w zanadrzu kilka przeczytanych książek. I kilkanaście filmów, oglądanych zachłannie, w pośpiechu, pod presją. Może tego aż za dużo, by zgarnąć do jednej notki, a znów pisać o wszystkim z osobna to jak wchodzić do szafy z molami, gdy tymczasem świeży, kwietniowy deszcz zmywa stare i każe czekać na nowe kiełki. 

Będzie ruletka, wybiorę jedną jedyną rzecz zaprzeszłą i nastawię się na nowy kurs. Może nawet zafunduję sobie lifting, jeśli nadal nie będę pewna, czy ja muszę opowiadać świat akurat, właśnie i tylko przez pryzmat filmów. Chyba że rzeczywiście muszę. Bo prawdą jest, że co nieopisane, istnieje jakby mniej, tak tylko bladoniebiesko i mgliście.

Kilka słów o presji oglądania. Przyczyna była ważna. Chodziło o Józefinkę – tę, która pręży się u góry na lewo. Spiralka z taśmy filmowej jest statuetką dla zwycięzcy konkursu filmowego – ja jej nie zdobyłam, lecz miałam okazję ją wręczać. Rzecz spoza blogosfery, kawałek mojego realnego życia, czyli pracy w szkole. Józefinka ma imię po Tischnerze (uczę w szkole, której jest patronem).  A konkurs miał swoją szóstą edycję i najpierw wyssał ze mnie wszystkie soki, a później odwdzięczył się wielką frajdą. 


Marcelina, Magda i Michalina i inniSię cieszę bardzo! Odwiedziło nas prawie 30 drużyn z szesnastu szkół (wielkopolskie licea) i przyjemnie było gościć tę chmarę kinomaniaków. Bo to jest konkurs-spotkanie ludzi z filmową pasją. Tych, którzy oglądają filmy i wiedzą, co w kinematograficznej trawie piszczy. Jedna część (ta, którą ja przygotowuję) testowała znajomość filmów sezonu. Toteż miałam powód, by nadrobić braki, odkurzyć znane, znaleźć klucz do quizowych pytań i główkować: jak by tu zbić z tropu, zmylić, podpuścić, wyprowadzić na manowce. Miksowałam sceny, zestawiałam fotosy, sklejałam fragmenty muzyczne, dobierałam cytaty. Ręce urobione i głowa dymiąca. Tu sprostowanie: pomagali mi Dzielni Ludzie, szare eminencje technologicznej obróbki (za co, jeśli tu zajrzą, daję serdecznie wdzięczny uśmiech!). Słowem: ja poszłam wszerz, a Lidka (odpowiedzialna za drugą część konkursu) – w głąb (filmoznawcze zadania z czterech obowiązkowych tytułów z klasyki). 

I powiem jedno: no, nie wiem. Skąd się biorą ci ludzie, nie do zagięcia? Oj, nie było tak, że ja wiem więcej i was sprawdzam. Oni naprawdę mają oko, ucho, pamięć i zacięcie do inteligentnej zabawy. Więc chyba za Mateuszem z filmu Chce się żyć powiem: dobrze jest! Bo skoro oglądają i potrafią interpretować tytuły ambitne, skoro z gracją wykonują slalomy między tym, co w kinie ma wagę problemu, tym, co warsztatowo błyskotliwe i tym, co skrzy się bezpretensjonalnym wdziękiem – to znaczy, że warto dla nich robić filmy i jest z kim o nich rozmawiać. 

Poniżej kilka fotek – na trzeciej zespół z Siedemnastki, za który zaciskałam kciuki bardzo szczególnie. I skutecznie! Bo choć z Józefinką musieliśmy się rozstać, to trzecie miejsce zostało w naszej/mojej szkole. 

Janek i BasiaAlicja i MichałTomek i Ewa

A ponieważ „księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie” i każdy koniec jest jakimś początkiem, więc odliczam czas i oglądam filmy na konto spotkania za rok. ;)

Jeśli komuś blisko do Poznania, zapraszam! Rozsyłamy do szkół anonse, część z nich ginie w gąszczu innych i trzeba czujności, by nie przegapić. To jeszcze jedna wielka sprawa: że są nauczyciele, którym się chce zaproszenie przyjąć, informację dalej przekazać i jeszcze przyjechać ze swoimi na miejsce imprezy i wspólnie z nami się bawić. Świetne!

A skoro – tak wyjątkowo przecież – weszłam w świat moich codziennych zmagań, to nadmienię, że choć codzienność jest zwyczajna, to świąt w przestrzeni mojej szkoły co niemiara. Mój tekst dotyczy XVII LO, które tworzy zespół (ZSO) z Gimnazjum nr 26. Jeśli czytacie Miasto Książek (a kto nie czyta?!), to napotkacie tam relację z wizyty Padmy (Pauliny Surniak) w naszym gimnazjum. Prowadziła Lekcję czytania (akcja pod patronatem „Tygodnika Powszechnego”, zorganizowana u nas przez Jolę, dzięki której Biblioteka jest szkolną bazą inspiracji!).

Nie spotkałam Pauliny, w brodę sobie pluję, ale nie z każdej gratki można skorzystać. Wiem jednak, że gimnazjaliści byli zachwyceni i wrócili na lekcje uskrzydleni. I tak sobie fruwamy. ;)

masz ci los!

No masz. Jak czasem los przydepnie, to tylko stękać. Czekać aż przyjdzie wichura i przegna. Nic, nic, się wygramolę z przydepnięcia, kurz zetrę, włos potargam, przytupnę! Jeno ten los po horyzont się rozmościł. Nic innego nie widać, tylko los, karmę, przypisanie… istne fatum. I to z każdej strony, gdzie by nie zerknąć.

Otwieram Myśliwskiego – Ostatnie rozdanie – rzecz, wiadomo, wyczekana, bo prawie pewniak. Zakłady można robić, czy rozbije triumwirat, czy będzie na miejscu czwartym – trzy mocne tytuły idą łeb w łeb: Kamień na kamieniu, Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli. Zawsze jest tak, że ktoś próbuje pozbierać i ogarnąć swoje życie. Jakiś Szymon Pietruszka czy inny gawędziarz. Miesza się cierpienie z radością, bliskość z samotnością, codzienność i święto. A wszystko wokół zwykłych spraw się kręci. Albo to będzie potrzeba wybudowania grobu, albo wspomnienie zgubionego buta czy pałaszowanego rodzinnie rosołu, albo łuskanie fasoli. A tym razem jest notes-adresownik, spuchnięty od nadmiaru, rozlatujący się, sam siebie niepewien. Bohater otwiera go co i rusz, próbując rozpoznać, kto pod jakim nazwiskiem się kryje. Kim był ten, tamten? Co mnie z nim wiązało? Listy, zestawienia, rządki nazwisk upchanych pod kolejnymi literami alfabetu. Pięknie, ładnie, ale za dużo. Niestety, déjà vu

Rzecz pamięci, która bynajmniej nie jest gruntowna ani stała. Z biegiem lat pokazuje to samo jak zupełnie nowy film. Czasami z dnia na dzień. I tak od listy nierozpoznawalnych nazwisk przechodzimy do warstewek własnej tożsamości, która również ma całe połacie nierozpoznanego. „Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym” – mówi Myśliwski. Trochę mnie przynaglając, by podkręcić świadomość.

„Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić sami z sobą. I od razu nasuwa się pytanie: to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”.

niby jarzębinaNie wiem, ku czemu prowadzi mnie Myśliwski, bo jestem w drodze. Wiszą mi nad głową różne miecze Damoklesa (innowacja, nie błąd), więc powieść łykam haustem, a potem odkładam i czytam od nowa. Tym sposobem nieźle już sobie obrzydziłam nieszczęsny notes, w którym wszystkiego jest ponad miarę, a niewielki z tego pożytek, bo słowa oderwały się od treści, nazwiska od twarzy, wspomnienia od prawdy.

Więcej u Myśliwskiego nostalgii niż entuzjazmu, więcej utraconego niż znalezionego. Mam nadzieję, że jest nadzieja. Sprawdzę. Liczę na nią, mając na uwadze obraz chłopca na obsypanej kwieciem ulęgałce. I szybko na tę modłę tworząc swój jarzębinowy ekwiwalent. Pozytywny, z mocnym akcentem, gościnny. Wyżej to nie jarzębina, ale zamiennik.

Kondycja, póki co, nie doskakuje do szczytu swych możliwości. Lecz uparcie przeczy diagnozom nader jednoznacznym o „obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy radzić sobie z samotnością”. Bo też cóż by to była za pułapka. To byłby bezpardonowy kopniak losu. 

I rzuca mi Myśliwski takie zdanie: „Gdy się jednakże na taką kwitnącą ulęgałkę patrzy, można zawstydzić się sobą. Czymże się bowiem jest wobec takiej kwitnącej ulęgałki?” A ja nieśmiało myślę sobie: podpatrywać tę ulęgałkę. Uczyć się od jarzębiny. 

Niewykluczone, że Myśliwski jest o czymś innym, przeczytałam dopiero jedną trzecią.

step by step

Tatry 2013

drobne przed dużym

Rankiem była jeszcze rosa i cisza. I różne drobne gałązki, kwiaty, trawy, których masywy nie są w stanie unicestwić swą wielkością. Godzina siódma, dobry moment na start. Tę świadomość umacniał powrót, schodzenie z gór popołudniem, gdy ławy turystów przetaczały się od Kuźnic do Murowańca, do Czarnego Stawu Gąsienicowego lub na Giewont. Ławice, chmary, czasem stada. Ktoś za plecami, ktoś z boku i tuż przed. Czyjeś rozmowy, czyjeś zmęczenie, marudzenie lub przekonywanie synka, że musi wleźć na górę, choć ten ryczy, że nie chce. Tego trzeba unikać i można. Pierwsza sprawa: wcześnie wyruszyć. Druga sprawa: omijać punkty newralgiczne. Do takich należą: Kasprowy, Giewont, Chochołowska i Morskie Oko. Tam mnie nie było. Szerokim łukiem warto obejść Krupówki, chyba że trzeba coś koniecznie właśnie tam, no to już siła wyższa.

Dolin omijać się nie da, bo są piękne, nawet gdy schodzone po tysiąckroć. Lubię Dolinę Małej Łąki, Dolinę Strążyską, może być Dolina Jaworzynki (choć wolę alternatywną drogę przez Boczań). Wcale nie są płaskie, a przejście ich rozciąga mięśnie, napina ciało, ustawia oddech i rytm.  Potem już można step by step, wyżej, skaliściej, bardziej stromo.

liliowo na rozgrzewce

Poniżej fotka-zadośćuczynienie poglądom E., która twierdzi, że tamaryszek zasłania się banerkiem z krzaczkiem lub ujawnia się sfotografowany od tyłu. Dowód z rozszerzeniem: dorzucam podeszwy. 

pokłon albo rozciąganie

Przesiadywacz kinowy to gatunek, który zabójczej kondycji na kliknięcie nie posiada, ale szybko jej nabiera. Niewykluczone, że pomaga mu filmowe (bądź literackie) wyczucie kompozycji. W tym rzecz, że nie można przeciągać ekspozycji i oddalać punktów kulminacyjnych w nieskończoność. Jest góra, jest trans. Bywało, że stopy, łydki i uda – po zejściu z trasy – miały do mnie o coś pretensje, ale na szlaku znały co to mores. Trasy były piękne. 

gdy jeziorka maleją

Dolina Pięciu Stawów, Zawrat (2159m) i grań w kierunku Świnicy. Łańcuchy dyndające w pionowo wznoszącej się skale. Zdecydowanie przychylniejsze, gdy się po nich wspinać niż schodzić. Można je czasem omijać, przylegając do skały, wszczepiając się w wystające szczerby czy uskoki. Stąd widoki są już naprawdę panoramiczne, a przy tym surowe i bez osłony mówiące jakie są proporcje. Masyw i ludzkie punkciki. Niezmordowane „mrówki”, którym śni się górski rozmach. Wdech. Haust. I raz po raz swobodny krok pomiędzy jednym wzniesieniem a kolejnym. Poniżej: spojrzenie z dołu, zanim dojdzie się się na linię grani.

w drodze na Zawrat

Szczelina na Skrajnej Sieczkowej Przełączce

Takim największym z przeżyć było przejście fragmentem Orlej Perci. Podobno tym nie najstraszniejszym, niemniej dającym o niej wyobrażenie. Orla Perć, najdłuższy szlak graniowy w Tatrach Wysokich, ciągnie się od Zawratu (na którym bywam regularnie) po przełęcz Krzyżne i dalej na wschód grzbietem Wołoszyna (niedostępnym dla turystów). Przejść ją na raz to mega wyczyn, więc zazwyczaj dzieli się trasę na dwa-trzy odcinki. 

Mój kawałek. Gdy już dotarłam do Czarnego Stawu Gąsienicowego, żółtym szlakiem namierzyłam Granaty (Zadni, Pośredni, Skrajny), dalej przez Buczynową Strażnicę na Kozi Wierch (2291m) i … z powrotem, bo ta część, która mnie dzieliła od Zawratu była jednokierunkową drogą, z mojej strony niedostępną.

Czarne Ściany z 20-metrowym kominem Czarnego Mniszka są jedną z atrakcji, nie taką znów trudną, bo łańcuchy naprawdę pomagają szybko tę wysokość pokonać. Jednak pionowa ciemna ściana wygląda imponująco. 

I przejście przez szczelinę też jest bezproblemowe, o ile nie ma się rozterek przy wykonaniu zamaszystego wykroku. Fotka powyżej jest jedyną zapożyczoną z Netu (źrodło), ukazuje Szczelinę na Skrajnej Sieczkowej Przełączce z perspektywy groźniejszej niż widzi ten, kto ją przekracza. Ale… choć wyłączyłam rojenia wyobraźni na trasie, to powróciły we śnie.

Zawrat. Barwy narodowe

Narodowe barwy na Zawracie. Narastająca fala narodowych nastrojów, nadto kanciastych, by się z nimi utożsamiać, sprawia, że ja raczej trzymam dystans. A jak na złość trafił mi się Ślązak nadający przez komórkę pean na cześć poznańskich transparenciarzy stadionowych, co to Litwinów chcieli w kozi róg zapędzić. Coraz mi dalej do flag i sztandarów, ale dowód mojego patriotyzmu pojawił się organicznie. Bluzka z rękawkiem krótkim a potem bez – i barwy narodowe na dzień przed świętem jak malowane.  

widok z Małołączniaka na Kopę Kondracką

Powyżej i poniżej Małołączniak. Miały być Czerwone Wierchy od Ciemniaka przez Krzesanicę, Małołączniak, Kopę Kondracką i może jeszcze z nawiązką Goryczkowa Czuba czy Kasprowy, ale się okroiło. Bo podejście na Małołączniak jest naprawdę do polubienia. Przysłop Miętusi i droga przez las to jedno, lepszy Kobylarzowy Żleb, świetny Czerwony Grzbiet. Błękitne Niebo przypasowało, choć go nie było na mapie.

sepia na Małołączniaku

a diabli maj nadali

tamaryszek maj jest przereklamowanyTypuję maj na najbardziej upierdliwy miesiąc roku. Taki, że gdyby trzeba było w ramach oszczędności zmniejszyć liczbę miesięcy do jedenastu, to proszę, te trzy litery skreślić nietrudno.
Eeee… tam, kasztany, bzy, randki, parki, ławeczki, trawa soczyście zielona, deszcze, po których się rośnie, sypanie kwiatków (jeśli się jest małą dziewczynką), pikniki, majówki, długie weekendy… No niby tak.

A na co mi to?! Kiedy i tak to najbardziej robotny miesiąc w roku. I jakiś taki nieproduktywny. Nadzierga się człowiek, a chleb się nie upiecze. Przynajmniej u mnie.

Nie dziwota, że na tamaryszku posucha. Całe szczęście (dla mnie), że jest nadzieja na jakieś „zaś”. Tymczasem rozproszenie i niecierpliwość.

Tu dziubnę artykuł, tam kilka blogowych wpisów wyhaczę, w porywach rzadkich jakiś rozdział z beletrystyki (co to zapomnę, nim znów wrócę). I tak się sprawy mają. Bo i owszem: zamiast tego mam czytanie repetycyjne – tego, co już dobrze znam, a muszę przypomnieć. Albo czytanie, słuchanie, wchłanianie dzieł paraliterackich i oracji samozwańczych z kategorii matura. Co czasami może, ale zazwyczaj nie musi, rozpromieniać serca. Wręcz przeciwnie. Maj jest miesiącem, kiedy jak nigdy mam poczucie, że coś powinnam w swoim życiu zmienić. Żeby było skuteczniej, efektywniej i lżej. Maj przychodzi rozczarowaniem i niedosytem. Znów mi się wydaje, że nie w te trybiki wlazłam, co trzeba było. A teraz nie da się wykręcić, znikąd pomocy, nikt z Litwy nie woła.;) Wokół bezkresny step.

Wiem też, bo czytałam (póki co autopsja niepotrzebna), że w maju nasila się depresja. Jeszcze i to! jeszcze i to – jak mógłby rzec pan Benedykt. Ten tego ten tego ten. Ech… Wracam do moich baranów.

Jest to – w istocie – wpis o niczym, co tylko głowę zawraca. Nie przeczę. Ale ktoś musi nazwać rzeczy po imieniu, nawet jeśli inne imiona też roszczą sobie prawo do prawdy. Maj jest przereklamowany.

spacer

już prawie

To zdjęcie nie zostało zrobione w tym roku. Wystarczyłoby za komentarz. Wokół panoszy się zimowa anomalia. Kwiatów mi brak! Nie ma złotej forsycji, ani moich ulubionych cholernych szafirków. Nie kwitną jabłonie, ani wiśnie, ani żadne inne drzewostany. Krokusów nie ma, przebiśniegów, nawet wierzbowe bazie (czyli palmy) trzeba sobie wyhodować w domowym cieple. Co tu mówić o tych ciut późniejszych: fiołkach, błękitnej cebulicy syberyjskiej, o tulipanach czy żonkilach.

Może o coś chodzi w tym wybrakowaniu? Nie mogę z przekonaniem kwestionować pustostanu, bo we mnie samej jeszcze więcej bieli niż zieleni. Do suchych słoneczników mi bliżej niż do zielonej trawki. Aż nabieram podejrzeń… kto tu narzuca ton? – natura czy ja?

Poniżej obrazy z dzisiejszego spaceru. Czereśnie karnie stoją w rządkach, droga jest śnieżna (jeśli pominąć partie błotniste), słonecznikowe kikuty pamiętają zeszłoroczny sierpień (niewiele im przyjdzie z tej pamięci). A sarny sobie chyżo skaczą. Żurawie nie chciały ustawić się  do fotki, lecz zagadały żurawim klangorem. Znaczy: jest martwota i jest trochę życia. I ma się ku dobremu. 

Droga

czereśnie uszeregowane

Sarny w biegu

Zmarznięte słonecznikiKomu się marzy błękit przełamany szafirem, zieleń w tonacji słonecznej
lub jakieś krople pomarańczu – 
Temu życzę nasycenia oczu i myśli.

Komu potrzeba świeżych pąków, rozkwitających płatków, sukienek i kolorowych apaszek – przepowiadam, że nadejdą.
Może (bo dlaczegóż by nie) uda się niebawem ogrzać przy dobrych emocjach?

A komu potrzebne światło, nadzieja i pijana radość, to teraz jest najwłaściwszy czas, by tę potrzebę sobie uświadomić. I uwierzyć, że głód zostanie nasycony.
Bo nie ma że ściana to już koniec. Coś musi/może być za ścianą.
Prawie na pewno. ;)

Skłamałam, że nie ma krokusów. W ogródku przykucnęło kilka – ale i ja musiałam przyklęknąć, by je dostrzec.

Krokusiątko

minimalistycznie…

ale mniej to wciąż dużo…

choinka

Wszystkim, którzy tu zaglądają (przypadkiem lub z nawyku)

życzę bez ograniczeń 

WSZYSTKIEGO DOBREGO NA KAŻDĄ CHWILĘ ŚWIĄT, NA CALUŚKI ROK,

najwspanialszych spełnień,  nasycenia ważnych pragnień, 

bliskości bliskich, odwzajemnień, zwielokrotnień każdej dobrej myśli i każdego olśnienia.

A gdyby Ktoś poczuł, że to zbyt wiele albo że nie wie, co ugryźć najpierw, to z myślą o Nim układam dalszy ciąg. Minimalistyczny.

Niech będzie tak, że kiedy się budzisz, wyłapujesz płynące ze świata zaproszenie. Jasność za oknem (jeśli widać drzewo, to tym lepiej), kwiat jeszcze niezwiędły w wazonie, książka odłożona przed snem, niedoczytana, oferująca kolejne rozdziały. Zapach kawy. Czyjś dotyk lub głos, mogą byś śmiechy i rozmowa, ale równie dobry jest dźwięk zza okna, przypadkowy, więc niepowtarzalny. [Gdyby się przydarzył koszmar z Dnia Świra, to niech dobre zatyczki do uszu znajdą się pod ręką.] Jeśli nie wszystkie znaki działają, to nic – pojedyncze zaproszenie też jest ważne.

Niech będzie tak, że tu i teraz po prostu jesteś. Nie wiem tego na pewno, lecz niewykluczone, że miliony mikrozdarzeń zbiegają się i ani sobie wyobrażasz, jak układają się w czytelny wzór. Czytelny na razie nie dla Ciebie. Wygląda to jak chmura piachu, splątane nitki albo rozsypane fiszki. Póki co, nie przesadzaj z ciekawością. 

Niech będzie tak, że kiedy zasypiasz, masz przed oczyma kilka twarzy. Spojrzenie, które pamiętasz lub słowo. Jakieś zdziwienie, chęć dokończenia czegoś lub powrotu. Zapachy minionego dnia, obrazy, jego rytm. Świadomość trwania i niedomknięcia. Lekkie nienasycenie. Noc jest także zaproszeniem.
Cicha Noc lub ta mniej magiczna, każda.

listopadowe błyski

Melancholia, nostalgia, depresyjka dobre są o każdej porze roku, ale wszystkie trzy – niczym wiedźmy – lubią siadać na listopadowych gałęziach i mamrotać wanitatywne zaklęcia. Przemijamy…, no przemijamy. Mijamy, płyniemy, zmieniamy się, zostawiamy coś za sobą (albo kogoś). Coś już nie wróci. Choćby nie wiem jak zaciskać palce na gałązkach, nie da się uschniętych liści namówić na zieleń. 

Nic a nic? Nawet refrenem, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy…? Umieramy, odpowiadają, po troszeczku, konsekwentnie i nieodwołalnie. Aż głuche echo zabrzmiało mi w piersiach i zmusiło, by ciężko westchnąć. I tym sposobem – gdy dla równowagi nabrałam tchu – nadmiar powietrza rozrzedził mi czarne ptaszyska nad głową. 

Kto odchodzi, ten odchodzi, ale są tacy, którzy właśnie o tej porze mają zwyczaj się dobijać do intensywniejszego istnienia. Ja na przykład. Bo na przekór – to raz. Bo na pamiątkę – to dwa.

Lat temu tyle a tyle (ogromnie dużo w skali motylej i prawie nic w oczach gwiazd) pierwszy raz rozejrzałam się wokół i zaczęłam sobie żyć. Piąty dzień listopada, była 15.02 (albo 05), chyba wtorek. Więc tak w godzinach nieobjętych mozołem pracy. Mam nadzieję, że nie padało, ale nikt nie może sobie tego przypomnieć na bank. Czekał już na mnie szykowny granatowy wózek. Rodzeństwa jeszcze nie było. W ogóle – pionier był ze mnie na kilku frontach: mama została mamą, tata tatą, babcia babcią, dziadek dziadkiem (i nabroił tego dnia z wrażenia), druga para babcia-dziadek była już namaszczona swoją rolą. Zaczęli się martwić, że przyciśnięta dłoń do czoła zostawiła ślad, który długo nie znikał. Ale zniknął, wcześniej niż byłam w stanie go zidentyfikować i objąć własną obserwacją. Tym samym tropem podążyło wiele innych moich uroczych cech z wczesnego i średniego dzieciństwa. Dołeczki w policzkach, pierścienie we włosach, zapotrzebowanie na wierszyki etc.

Nie dam rady zrekonstruować, nad czym rozmyślałam, przyciskając małą piąstkę do czoła. Coś sobie może do głowy chciałam włożyć, żeby po latach pamiętać. Masz ci los! – daremnie! Mam nadzieję, że nie miałam przedwczesnych olśnień o tym, ile na tym świecie jest spraw nie do pojęcia. Bo byłoby mi samej siebie żal. Domyślam się, że orszak muz stanął nad moim łóżeczkiem. I ktoś go, cholera, musiał przepłoszyć, bo nie wyrosłam na lśniący diament wielokaratowy. Coś tam mi się zagubiło w tłumaczeniu z anielskiego na ziemskie…

Jakby nie było: listopadowy look (wtedy na pewno nie szastano tak anglicyzmami!) był pierwszym, w który weszłam, więc późnojesienne widoczki nie mogły (i do dziś nie mogą) kojarzyć mi się źle. Wokół mnie nie było co prawda roztoczańskich lasów, ani połonin, gdzie by feeria kolorów zagrała intensywnością. Ale: żółtych brzóz (bardziej podatnych na tańce z wiatrem niż te zielone) było na pewno na pęki. I astry, zwłaszcza marcinki, te drobniutkie, i owoce dzikiej róży, i ciemna zieleń upartych sosen.

Co jeszcze (oprócz mnie) przychodzi jesienią? Nie mówmy o grzybach, śliwkach, złotych liściach, bo w listopadzie są już passe. Ale jabłka? Mój Pan z warzywniaka właśnie teraz wystawia piękne cortlandy red, co do których nie można mieć zastrzeżeń, pycha. Przychodzi czas rozpościerania parasoli. Można sobie zanucić Parasolki z Cherbourga. Ja nucę. Znam dwie osoby, które lubią chodzić w kaloszach – teraz właśnie mogą. Chyba. O ile w kaloszach nie jest zimno. Można przyjechać do Poznania na świętomarcińskie rogale (tradycyjnie jedenastego, ale handlowcy ćwiczą  już od dobrych kilku tygodni). Stara prawda mówi: wszystko można, jak się chce.

Różne rzeczy mogą się o tej porze spełnić. No a wieczorową porą (także w listopadzie) powinien przyjść brunet. Tylko po co?

 

Można sobie wespół zespół (z tym brunetem) lub samotnie pograć w scrabble lub poukładać haiku. Albo przeczytać, bo tyle świetnych już powstało. Cytuję za wydaniem zredagowanym przez Czesława Miłosza.

Idę z rzeką
Woda myśli za mnie.   (Bob Boldman)

Po prostu będąc,
Jestem tutaj –
W śnieżycy.       (Issa)

Chorując w podróży – 
Nad suchym wrzosowiskiem
Wędrują sny.                                               (Basho)

Nad łódką
Brzuchy
Dzikich gęsi.                                                   (Kikaku)

 

Oby temu,
Który tej nocy przynosi kwiaty,
Świecił księżyc.           (Kikaku)

Gdyby natomiast do Kogoś z Was przyszedł krasnoludek z niebieską brodą i narzekał, że jesień jest po to, by ją przeczekać, przespać, pobiadolić – to proszę nie wierzyć! To stary symulant bez czci i wstydu, który ludziom mąci w głowach, sprawia, że lęgną się w nich teorie spiskowe albo depresyjne tumiwisizmy. Przegnać drania! Podobno bardzo nie lubi pietruszki, to można ją pokroić i obserwować. Obywatel ten lubi chadzać w tamaryszkowych rękawiczkach. I to już jest o jeden most za daleko, tu się przebrała miarka. Denuncjuję go publicznie, zanim mi wstydu narobi.

A zdjęcia są z dzisiejszego spaceru.
Fotki powiększają się po kliknięciu. Po to, by silniej emanować.;)