Archiwum kategorii: Wydarzenia

opowieść do wysłuchania

Długie milczenie grozi eksplozją. Ryzy nakładam i słowotoku nie będzie. Sam konkret. Opowiem co i dlaczego absorbuje moją uwagę. Oczywiście poza filmami, książkami, pracą i życiem powszednim.

CK Zamek (Poznań) – Centrum Praktyk Edukacyjnych – ogłasza wiosną konkurs na projekt Współdziałanie w kulturze. Muszą być dwie strony, edukacja i kultura, i jakaś grupa docelowa, której projekt będzie służył. Czegoś uczył i zapraszał do twórczego działania. Wystartowałyśmy z moją przyjaciółką i dano nam zielone światło. Wybrano siedem projektów do realizacji, również nasz.

Ja reprezentuję ZSO nr 4, Joanna ODN. Partnerów znalazłyśmy w Teatrze Nowym (Michał Pabian jest tam dramaturgiem, prowadzi również spotkania z tekstem i pisarzami – Czytnik) i w Radiu Poznań (Wanda Wasilewska specjalizuje się w reportażach społecznych). Działamy do połowy października.

Tytuł zdradza wszystko: „MOST ZAMIAST MURU. Opowieść do wysłuchania”. Dotyczy wykluczenia. Grupą docelową są osadzeni w Areszcie Śledczym na Młyńskiej. Robimy z nimi słuchowisko. W ten sposób opowieść zza muru zbuduje most i ma szansę pokazać, że po obu stronach można podobnie myśleć i czuć. A jeśli różnie, to też ciekawie.

Drugą grupą  są licealiści. Popracujemy z nimi nad wykluczeniem, które widzą wokół siebie lub którego doświadczają. I dobrze by było, gdyby i tu powstała jakaś opowieść. Te opowieści być może się spotkają.

Zaplanowałyśmy cykl warsztatów. Scenarzysta z Teatru Nowego pracuje z więźniami nad historią, która ma być opowiedziana. Fikcja, przefiltrowana przez ich sposób patrzenia. Potem aktor pomoże przygotować role, a reporterka wystąpi w roli reżyserki. Chłopaki z Młyńskiej zadziałają. Już ruszyli i idzie nieźle.

Młodych dopiero rozkręcamy. Mamy dla nich warsztaty tematyczne – „wykluczenie” i „inność”, mury i mosty. Spotkają się ze scenarzystą, reporterką społeczną, aktorką, która metodę dramy wykorzystuje w działaniach społecznych, również ze mną i z Joanną.

Trzymajcie kciuki, bo gra jest warta świeczki. :) Można nas polubić i obserwować na fanpage`u (KLIK).

Zapraszam :)

lata 30. i Bydgoszcz

30. Aff-Era Filmowa. Bydgoszcz. 22-25 września 2015

Jest taka impreza. Pulsuje w bydgoskim Pałacu Młodzieży przy Rondzie Jagiellońskim. Zawiadują nią „Dominikanie” – Dominika Kosińska i Dominik Wierski. Wspomagają filmoznawcy z bydgoskiego i poznańskiego uniwersytetu. I nie tylko, bo również ci, którzy prowadzą warsztaty (filmowe, fotograficzne, taneczne, literackie i te o savoir-vivrze). Słowem: coś dla tych, którym już ciało zdrętwiało od siedzenia w szkolne ławce i zamarzyła się podróż filmowa. Taki na przykład maturzysta, co to zabiera się do lektury Nałkowskiej albo pierwszak sięgający po Mistrza i Małgorzatę. Zanim przekona go Bułhakow do wysłuchania konsultanta czarnej magii na Patriarszych Prudach albo zanim zrozumie, dlaczego Zenon Z. desperacko oblał się kwasem, może wdać się w Afferę. Wehikuł – magiczny jak kino – przenosił w lata 30. za minimalną opłatą, z bagażem ledwie podręcznym, z instrukcją w postaci prelekcji.
Lata 30. plakat
Przeszkody były? Były. 
Ktoś nie spał w nocy, więc oko kleiło się, gdy zgasło światło. Ktoś dał się oczarować Hasowi i zajrzał do Sanatorium pod Klepsydrą, a drugi Ktoś wolał cyrk Braci Benzinich i Wodę dla słoni.  Mogło być tak, że nie każdy etap podróży był dla każdego jednakową atrakcją. Ale była jazda i kalejdoskopowy pakiet podróżny.

***

Przedwojenna Warszawa (i Zakopane)

Adolf Dymsza, „dziedzicznie obciążony” wielorakimi talentami fryzjer Czwartek, staje się kanadyjskim hokeistą Piątkiem, którym de  facto jest Aleksander Żabczyński.  Zabawne qui pro quo organizuje dziesiątki komicznych scen Sportowca mimo woli. Ten sam chwyt (najwidoczniej sprawdzony i niezawodny) przejął reżyser komedii Piętro wyżej. Tu myli się Hipolit Pączek (meloman) z Henrykiem Pączkiem (spikerem i jazzmanem). A ekran, oprócz fabuły, oferuje opowieść o tym, co w latach 30. było modne. Stroje, fryzury, piosenki, sport i jazz, i ówczesny bon ton. Również typy amantów i amantek: Dymsza, Żabczyński i Bodo oraz panie – Helena Grossówna czy Ina Benita.

Chaplinowskie Wielkie Miasto (LA/NY?)

Obszarpany tramp w meloniku, w podartych portkach i z laseczką wędruje ulicami, co rusz – przez przypadek, który jest duchem sprawczym wszystkich gagów – trafia na salony bogaczy, na ring lub do pokoiku kwiaciareczki. To połknie gwizdek, to zje serpentynę zamiast makaronu, to zatrudni się w firmie czyszczącej miasto i jak magnes przyciągnie stado koni i słoni, których kupy trzeba będzie usuwać. Może nielekkie to życie, ale warto się ogrzać burleskowym żartem, zanim zgasną ostatnie Światła wielkiego miasta.

Nowy Orlean 

Tutaj skok w przeszłość. Betty Davis przenosi nas w czasy wojny secesyjnej, na farmę na amerykańskim Południu. I chociaż wtedy panny chodziły w gorsetach, grzecznie dygały, a na Bal Debiutantek przywdziewały szumiące białe suknie, ona stroi się w szkarłatną, wydekoltowaną i zaczepną. I pokazuje, ile trzeba płacić za chęć bycia niezależną. Stracić można wszystko. Tym bardziej, że to melodramat, w którym zazwyczaj depcze się uczucia i łamie serca. Jezebel – Dzieje grzesznicy.

Norymberga

Leni Riefenstahl dokumentuje zjazd faszystowskiej partii i przez dwie godziny każe nam oglądać Hitlera. Z żabiej perspektywy, by wyglądał jak atletyczny wódz. Albo sam Pan Bóg lądujący z nieba na ziemię, z dobrotliwym uśmiechem i mocną pięścią na mównicy. Rzesze wielbicieli Trzeciej Rzeszy. Wszyscy wygimnastykowani w składaniu rąk do salutu, maszerujący, zwarci, nordyccy. Reżyserka nazwała dokument Triumf woli, choć ciśnie się na usta raczej „obłęd zniewolenia”. 

***

Tyle stacji przedwojennych, pozostałe pochodzą z lat późniejszych, nawet z ostatniego sezonu, ale rozgrywają się niezmiennie w trzeciej, przedwojennej dekadzie. Czasem w miejscach fikcyjnych jak Zubrowka z filmu Wesa Andersona, nierzadko w drodze (tam, dokąd prowadzi cyrk lub gdzie trzeba dotrzeć z trumną zmarłej matki). 

USA

W bliżej nieokreślonej przestrzeni. Chyba że komuś mówi coś miasto Jefferson w hrabstwie Yoknapatawpha (gdzieś w stanie Missisipi). Tam podążają żałobnicy z trumną, opisani wcześniej przez Williama Faulknera – Kiedy umieram. Nieco odrażający ojciec, czterech synów i córka. Atmosfera z pogranicza szaleństwa, groteski i ekscentrycznych objawień o samotności, bólu czy poplątanych pragnieniach.

Dużo prościej jest oglądać Jennifer Lawrence i Bradeya Coopera w melodramacie Serena. Jak już wspomniałam, melodramat łamie serca i depcze uczucia. A do tego lubi wysoką temperaturę (tu całkiem dosłownie, ogień wypala wnętrza i spełnia się w pożarze). Natomiast lata 30. lubią melodramat – i tak się kręci błędne koło. Cooper kocha Lawrence, a Robert Pattison wzdycha do Reese Witherspoon, choć Christoph Waltz krzywo na to patrzy (Woda dla słoni). Cała nadzieja w słonicy Rosie, która jest „dziedzicznie obciążona” niezliczonymi talentami niczym fryzjer Czwartek.

Zubrowka

W latach 30. wydarza się większość historii opowiedzianych w szkatułkowo skomponowanym Grand Budapest Hotelu. Zero kocha Agatę, a Monsieur Gustave wszystkie starsze panie, ale tym razem nie w tym rzecz. A w czym? W melancholii, w dowcipie, w muzyce Alexandra Desplata i zapachu l`air de panache. 

Hiszpania (a ściślej: Aragonia)

Ken Loach ma rękę dokumentalisty, więc Ziemia i wolność uderza realizmem. Przeniosła nas w sam środek hiszpańskiej wojny domowej. W temperamentne spory republikanów, tych sympatyzujących ze Stalinem i tych, którzy jak protagoniści u Loacha marzyli o alternatywnej wizji komunizmu. Słowo klucz to „marzenia”. O równości, wolności, sprawiedliwości (którą każdy rozumie inaczej). Rzecz również o mrzonkach idealizmu i o tym, że niepotrzebnie przedkłada bezkompromisowość nad miłość.

Anglia

Ryszard III w klimacie lat 30. – w obłędnej obsadzie, w tanecznym rytmie, w kostiumach XX-wiecznych. Ryszardem jest „Gandalf”, czyli Ian McKellen (wyprany z magii, wystylizowany na Hitlera). Kobiecy tercet tworzą:  Annette Bening, Kristin Scott Thomas i Maggie Smith. Jest nawet kamerdyner z Downton Abbey, czyli Jim Carter (tutaj grający Lorda). To się ogląda! Nawet jeśli słowa Szekspira chłoszczą miłośników prozy.

Drohobycz (?)

Nikt nie wie, gdzie znajduje się Sanatorium pod Klepsydrą. Gdzieś na granicy jawy i snu, życia i śmierci, w pętli czasu. Ale niewykluczone, że można tam dojechać z Drohobycza, z którego Bruno Schulz oglądał i kreował świat. Jest wszystko, w czym kochał się pisarz, jego bohater i reżyser. A więc: syn zafascynowany ojcem, kuszony egzotyką i erotyką; manekiny, ptaki i tajemnicza księga; ruina i rupiecie; starość i dzieciństwo, kobiecość i męskość. Zagubienie (tyleż samo bohaterów co widzów).

Bydgoszcz

W przedwojennej Bydgoszczy grasował seryjny morderca. Zwodził policję, ofiar szukał wśród dzieci, które mamił grą-zabawką z czarnym kotem. Sfilmował (i wymyślił) tę historię Tadeusz Chmielewski (tegoroczny zdobywca Platynowych Lwów na festiwalu w Gdyni). Dawno, bo w 1978 roku. A film – Wśród nocnej ciszy – się nie zestarzał, ogląda się go świeżo i z dreszczykiem.

***

Trzeba więc wrócić do początku. Wszystko zdarzyło się w Bydgoszczy. Anno Domini 2015. Niemal w centrum, dwa kroki od „linoskoczka” nad Brdą i Wyspy Młyńskiej. 

bzdura?

Jestem jak stary Żyd w antysemickich czasach. Krótko mówiąc: nie na fali, wrobiona, postawiona na beczce. Nie ja jedna, może nawet ktoś ma gorzej, w sumie – gdyby nabrać dystansu, to ujdzie. Jeśli autor cieszy się tym, co stworzył, to głupio marudzić, że ma się słabo napisaną rolę. Rola humanisty we współczesnej szkole, wydanie majowe. 

Trwają matury. Teraz czas egzaminów ustnych – język polski rozpoczął się 11 maja. W całej Polsce tak samo, bo od Tatr po Bałtyk obowiązują jednakowe zestawy egzaminacyjne, codziennie nowy pakiet osiemnastu pytań. Sześć z nich dotyczy tekstu ikonograficznego, sześć literackiego, a sześć języka. 666 – imię Bestii. ;) Ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nie żyjemy w średniowieczu. Żyjemy w Polsce. I mamy dostęp do internetu. Dwa ostatnie założenia są tu kluczowe. Jak sobie radzą tegoroczni maturzyści? Za wcześnie na komentarz do całego przedsięwzięcia, lecz właśnie skończył się czas moich osobistych obserwacji ustnej części egzaminu. Nie mogę dzielić się doświadczeniami z egzaminacyjnej sali. Wolno mi obserwować źródła powszechnie dostępne.

Miało być lepiej, bo zewsząd narzekano, że jest źle. Więc zamiast wypracowań sprawdzanych według klucza, wprowadzono ocenę holistyczną. A zamiast prezentacji przygotowywanej przez 10 miesięcy zaproponowano losowanie jednego pytania, na które odpowiada się po kwadransie namysłu. Poza aspektem merytorycznym (inna formuła sprawdza inaczej i co innego), istniał też aspekt moralny. O prezentacjach szła fama, że handluje się nimi powszechnie, że rzesza ludzi zarabia na produkowaniu gotowców, a maturzyści płacą, kują na blachę i zdają. Albo po prostu pożyczają od kolegi ze starszego rocznika i sprzedają komisji egzaminacyjnej czerstwy chleb jak świeżą bułkę. Komisja miała ograniczone środki weryfikacji blagi, dużą świadomość w czym uczestniczy i porcję satysfakcji z rozpoznawania zdających, którzy wykonali zadanie samodzielnie a nawet z pasją.

W tym roku inaczej, ale tak samo. Maturzyści szukają sposobów, by pokonać Bestię i znajdują rozwiązania oczywiste, których twórcy tego projektu nie przewidzieli (?). Skoro te same zestawy w całym kraju (i tylko 18), to rzecz w tym, by jak najszybciej zebrać dane zewsząd i skompletować wszystkie w jednym miejscu. Nawet nie muszę dodawać gdzie. Tym sposobem maturzyści znają tajne zestawy już o dziewiątej. Nieboraki, którym wypadło zdawać w pierwszej kolejności, cóż, liczą na siebie. Cała reszta ma wgląd w pytania. Ci, którzy zdają po południu, uczą się gotowych rozwiązań.

I co z tego wynika? Jaką aurę wokół matury i szkoły kreuje ta sytuacja? Kilka obserwacji (cytaty ze strony na facebooku).

1. Solidarność 2015
Młodzież jest dumna, że wykiwała starych. Niszczą system, wiadomo – system jest zły i usiłował odebrać im godność. Zmuszał do egzaminu, kazał każdemu samodzielnie, a oni przecież – w miażdżącej większości – nie wybierają się na polonistykę. Po co mieliby uczyć się polskiego, skoro im niepotrzebny?

Prekariusze wszystkich krajów łączcie się. Nie znałam tego słowa wcześniej. Dopiero komentarze powyborcze wylansowały „prekariuszy” jako określenie siły politycznej, zagospodarowanej przez kandydata rozwalającego „system”. Etymologia pozornie wskazuje na słabość [prekariusz = człowiek bez perspektyw].

Jak świat światem, a Polska Polską, trudna sytuacja ludzi łączy i wyzwala potencjał działań zbiorowych. Nazwać to spadkiem po PRL-u? – to przyzwolenie na omijanie prawa, które ustanowił ktoś, komu nie daliśmy legitymizacji. Omijanie przepisów dowodzi cnót, nie wad. A może inaczej: sięgnijmy do czasów własnej matury i z ręką na sercu wyznajmy, że nikt nie ściągał, nie słyszeliśmy o żadnych sposobach i trikach. Nie da się. Nic nie działo się na taką skalę, bo inne były możliwości. Pytanie: czy autorzy (kolejnej) koncepcji egzaminów maturalnych nie potrafili przewidzieć, jak łatwo łamie się procedury? Może przewidzieli, lecz czuli się bezradni wobec technologii i filozofii hakerskich czasów? 

Profesor Bartoszewski zapytany czego oczekuje po pielgrzymce Papieża, zaczął od uściślenia. „Nie wiem, czy chce Pan zapytać, czego oczekuję, czy może czego się spodziewam. (…) Bo oczekuję na przykład, że wszyscy Polacy będą uczciwi, ale w ogóle się tego nie spodziewam”. Analogia jest oczywista.

2. Na legalu nielegalne
Nauczycieli i dyrektorów obowiązują ścisłe procedury i etyka zawodowa. Uczniów nie obowiązuje nic. Na ogólnie dostępnej stronie, często pod własnym nazwiskiem i danymi, które mogą identyfikować miejsce, w którym przystąpili do egzaminu, ujawniają, że naruszyli jego tajność, że zamierzają to robić w kolejnych dniach i że to jest właśnie sprawiedliwość.

Gorzko zabawne jest to poczucie słuszności. Ktoś się obruszył, że zdający o ósmej są pokrzywdzeni. Odpowiedź: winny jest wróg, nie my, to on zasługuje na zemstę.
„(Antolik): CKE nas zrobiło w balona (eufemizując, bo ciśnie mi się inny wyraz) więc my mamy takie samo prawo zrobić je. sprawiedliwość za sprawiedliowść”. [Pisownia oryginalna, przecież maturzysta nie ma obowiązku znać ojczystego języka, skoro nie chce. Centralna Komisja Egzaminacyjna to rodzaj żeński.] „(…)bardzo przykro, że jest to tak niesprawiedliwe, ale jeżeli cke jest niesprawiedliwe wobec maturzystów, to czemu maturzyści nie mogliby być niesprawiedliwi wobec ich…”

3. „Lej ciepłym moczem” na polaka
Język polski (ustny) jest pod szczególnym ostrzałem, bo dla wszystkich obowiązkowy, a zarazem niedoceniany od lat. Nieuwzględniany przez uczelnie w rekrutacji na studia. Nieprzydatny w znaczeniu merkantylnym i pragmatycznym. Przede wszystkim taki sygnał płynie z obserwacji. Humanistyka nie przynosi dochodu – ani państwu, ani jednostce. Niezupełnie prawda. A już kolosalna nieprawda, jeśli uwzględnić znaczenie nieprzekładalne na korzyści wymierne i natychmiastowe. Skoro jednak tych niewymiernych nie traktuje poważnie dorosły świat, to absolutne przyzwolenie na krótkowzroczność mają Ci, którzy swą dojrzałość właśnie potwierdzają na egzaminach.

W komentarzach (fb) ktoś sugeruje, że to nie fair, więc zbiera powinszowania za nieuleczalny „autyzm”. „A chciałabyś powtarzać w sierpniu egzamin ustny, który bądź co bądź NIKOGO nie obchodzi na uczelniach, bo pytanie było pojebane i nie zdałaś?” Rany! Całe sztaby co rok przeprowadzają żmudną ewaluację matury, szukając przyczyn uczniowskich potknięć. A odpowiedź jest prosta i genialna: „pytania były pojebane”. Długo się maturzysta (znany z imienia i nazwiska) wypowiada, niezbyt porywająco, ale cytuję za ową zgrabną frazę o ciepłym moczu, który wszyscy leją na egzamin. Wkracza skatologia. ;)

4. Domino
Następny rocznik patrzy i wyciąga wnioski. Przekaz brzmi: zdałem, choć nie umiałem. Matura to bzdura. Mentalność narodowa każe nam oznajmiać światu, jaki to jestem sprytny, jak wielką mam inteligencję wrodzoną (niećwiczoną), że nieskażony wiedzą wykiwałem durną komisję egzaminacyjną. Gdybym to wiedział wcześniej, nie zawracałbym sobie głowy szkołą już w gimnazjum. 

Jakie wnioski wyciągnie nauczyciel? Jeśli uwierzy, że edukacja to walka (my-oni), to może zacząć budować swoją pozycję na strachu. Może do tej walki przystąpić i łatwiutko (głupiutko) – czy to na egzaminie, czy na sprawdzianie – zadać pytanie, które niewiedzę obnaży. Stop. Nawet nie chcę myśleć, to absolutnie chory wariant. Jestem w szkole po to, by pomóc, by prowadzić i doradzać, (idealistycznie) zainteresować, podsuwać pytania i wspólnie szukać odpowiedzi. Hmm.. też brzmi głupio, bo nierealnie. Moi uczniowie wdzięczni są głównie facebookowi. Ich wygrana mnie nie dotyczy. Nauczyciel, któremu jeszcze się zdaje, że gra toczy się fair, jest dobrotliwym „starcem”, który nie wie, jak kręci się świat. Czy komuś przyjdzie do głowy, że można to wiedzieć, a mimo to nie zgadzać się na ślepy pęd?

Strona (podejrzewam, że jedna z wielu) prowadząca akcję rozszyfrowywania pytań, ma w podtytule „jak mieć przejebane”. Znaczy: współczujcie nam, bo my biedni musimy (?) zdawać głupią (?) maturę. Kto tu ma przejebane? Krótki namysł: wszyscy po trochu, ale głównie maturzyści. Nawet jeśli otrzymają wysokoprocentowe wyniki, nawet jeśli na nie zapracowali, to i tak każdy będzie mógł to podważyć. Zdawałeś w czasach, kiedy wszystko jest relatywne. Gdy coraz mniejsze  znaczenie ma cokolwiek.

Dziś czwarty dzień ustnych matur. O 8.25 dziewięć z osiemnastu pytań zostało odtajnionych, chwilę później już wszystkie. A nawet więcej, bo codziennie ktoś robi kawał i podsuwa pytania wyssane z palca. 

majówka

Wrocław, 1-3 maja 2015

Iksora

Z miasta do miasta. Z Wielkopolski na Dolny Śląsk, w specyficzny mikroklimat, gdzie zawsze najcieplej, najbardziej optymalnie dla ciała i ducha, choć już niekoniecznie dla zmaltretowanych chodzeniem (bo odwykłych) stóp. WROC+LOVE.

Bywam tu często, a chodzę utartymi szlakami – jak koń. Z sali nr 1 w kinie Nowe Horyzonty do sali nr 9 w tymże. Poszerzyłam sobie horyzont. Doszłam na Plac Solny, potem Rynek i mniej lub bardziej wokół z wyskokiem na Kleciny. Promień marszruty byłby dłuższy, gdyby nie to, że było co oglądać, gdzie zerkać i do czego wracać. Więc zostało mi odrobinę na następną wyprawę badawczą.

No i teraz Wam opowiem: kiedy zbudowano Wrocław, jak i po co. Kto tu mieszkał i jak mu się żyło. Co gdzie kwitnie, co jak smakuje i za ile. Jakie rzeźby, ambony i witraże są w jakim kościele. Gdzie się czają krasnoludki… Nie dam rady? Dam, ale rzeczywiście, to co powyżej biorę w nawias. Bo i miejsca brakuje, i wiedzy. Cóż, postawię na przystawki.

A bez pachniał! Rany, ile tu bzu! Jasne, że w Ogrodzie Japońskim różowiły się wiśnie, w Botanicznym jeszcze tulipany, ustępując pierwszeństwa azaliom (azalia pompejska na przykład, żółta, pachnąca jak oszalała lilia!). Albo taka iksora jak na zdjęciu u góry. Jednak bez liliowy królował siłą ekspansji. Głowy nie dam, ale gdyby uważnie przeczesać krzaki, jakiś krasnal pewnie by się w nich znalazł. W zasadzie, trochę głupio tak o krasnalach, bo to oczywistość. Jest ich bez liku, jedne zgrabniejsze i dowcipniejsze, inne ciut mniej. Dużo wdzięku i naprawdę trafione proporcje. Najbardziej lubię Syzyfki, ale bawią mnie też Pożarki, tuż przy kościele św.Elżbiety, który zapalny jest jak słoma i stał już w ogniu nie raz. Robiłam im fotki, banalnie dołączając do grona turystycznych tropicieli. Na przykład poznana w ten sposób siedmiolatka (przy Grajku i Melomanie) westchnęła z żalem: „- To dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty. Jutro wyjeżdżam, a jest ich ponad setka”. Chciałam znaleźć tego, co pierze portki w Odrze, lecz nie dojrzałam. Na trzeciej fotce: krasnal-Kinoman, stary znajomy. Co znaczy żabia perspektywa! Wygląda tu jak krasnolud, a jest przecież tyci jak inne.

krasnale-Syzyfki   krasnale-pożarki   krasnal-kinoman

Nie wiem, czy rzeczywiście zamysł urbanistyczny Poznania jest aż tak różny od wrocławskiego, czy to efekt bycia tubylcem. Dość, że gdy myślę o swoim mieście, to wszystkie atrakcje układają mi się w ciąg niezależnych, niepołączonych ze sobą punktów. A we Wrocławiu nie ma żadnych interwałów, spacer wśród drzew prowadzi mnie do ławeczek i parków, Botanik sąsiaduje z
krzesło KantoraKatedrą, most przerzuca mnie na wyspę, kolejny przenosi ze sfery sacrum w profanum (lub odwrotnie), a jak już się nachodzę (np. Wybrzeżem Wyspiańskiego) i dwoi mi się w oczach od politechnicznych udziwnień architektonicznych, to znów trafiam w rejon kamienic i podwórek, najlepiej z jakąś smakowitą cukiernią za winklem. Obok Politechniki (tej z kodem binarnym „zamiast” okien) przechodziłam, wracając z gitarowego bicia rekordu Guinessa (5003 gitar i Hej, Joe). Przywidziało mi się, że we Wrocławiu tramwaje jeżdżą w powietrzu i czym prędzej to przywidzenie uwieczniłam. Także krzesła tu mają większe. Mosty – też żadne odkrycie, wszak Wrocław to most przy moście. Mnie się szczególnie podoba niebieski Grunwaldzki, ale zamieszczam fotkę czerwonego Mostu Piaskowego. Bardzo ładne błękitne (!) bramy ma uniwersytet. Każdy chyba strzelił sobie fotkę na tym korzystnym kolorystycznie tle.

tramwaj na drutach  Most Piaskowy   Zrób to sam

Przerzucę się z błękitu na zieleń. Parków po uszy. Szczytnickim szłam, ale muszę wrócić i bardziej się w niego zapuścić. Botaniczny – świetny, brawo za ławeczki. Japoński – miniaturka, odwiedzana przez nieproporcjonalną do metrażu liczbę ludzi. Południowy – tylko mi mignął zza okna samochodu. A przecież skwerek też poniekąd park, bulwary i wybrzeża ciągną się kilometrami, w zieleń można się zawinąć co krok. Korci mnie, by palmę pierwszeństwa przyznać Cmentarzowi żydowskiemu na Ślężnej. Gwar czynią ptaki, ludzie snują się jak cienie, z rzadka i niewyraźnie. Spacer kojący, łatwo się wtopić w tutejsze światłocienie, choć trzeba w końcu wychynąć ku żywym.

To może wrócę do podnoszących glukozę w żyłach szczegółów. Słodycze. Nie byłam na diecie, więc jadłam: 1) lody na Bema (bezowo-cydrowe!), 2) sernik kremowy u Spychały (super) i 3) TyrajMisiu w mistrzowskim podaniu Pszczółki. Niebo.

Inny szczegół to oczekiwanie na zmianę świateł. Z perspektywy kierowcy: mają tu czasowe odliczacze, kiedy nastąpi zmiana. Od razu się do nich przykułam, bo jestem z Poznania. Natomiast nie mają guzików na słupach przy przejściu (to z perspektywy pieszego). Hmm… tak stoją sobie cierpliwie, nawet z nogi na nogę nie przestępując. A w Poznaniu takie guziki są i my ciągle w nie dusimy. Żeby szybciej zabłysło zielone. Po prawdzie to nie działa, to znaczy czerwone i tak musi trochę poświecić, ale co nadusisz, to twoje. U nas nawet w windzie są takie przyspieszacze. W moim bloku na przykład. Dojedziesz na właściwe piętro i możesz czekać aż drzwi windy się otworzą. Ale możesz też nacisnąć – na znak, że chcesz wysiąść szybciej. Oczywiście, że to nie działa, różnica prędkości jest żadna, ale co nadusisz, to twoje. Otóż, we Wrocławiu tego nie mają. Inna mentalność.

PaluchOj, ambaras, ambaras. Bo jak tu ogarnąć te krocie ślicznych kamienic! Tych wyeksponowanych na podziw (usytuowaniem lub funkcją). Ale też tych, które co rusz wyrastają to w podwórzu, to na rogu, wygalantowane lub lekko zapadłe, wyczekujące na lepszą przyszłość. Przeglądam fotki i raz, że nie oddają tego, co widziałam, dwa – trzeba by debaty nad tym, którą wybrać.

A to oznacza, że postawię na dekoracje. Najpierw dwie płaskorzeźby z Domu Miedziorytnika przy kościele św. Elżbiety: Paluch i Zrób to sam. Ta druga powyżej, obok Mostu.

Angelus przed OssolineumW drugiej kolejności niech będzie Angelus sprzed Ossolineum, prawem pierwszeństwa, bo ma literackie, szerokie plecy. W wydaniu mikro jest statuetką Nagrody Literackiej Europy Środkowej, zwanej Angelusem właśnie, której laureatem w 2014 był Pavol Rankov [Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)]. Nie czytałam. Za to mogę zacytować umieszczony na cokole fragment wiersza Anioła Ślązaka (patron nagrody) w przekładzie Mickiewicza:
„Do nieba patrzysz w górę,/ a nie spojrzysz w siebie:/ Nie znajdzie Boga,/ kto Go szuka tylko w Niebie”.

Wystroje kawiarnianych wnętrz to temat na długi esej, bezpieczniej będzie zostać przy elewacjach zewnętrznych, przy muralach. Jeden z nich trafił na tegoroczną maturę z WOS-u. Jeśli dobrze pamiętam, rzuca się w oczy przechodniom na ulicy Sienkiewicza: „Co słychać u sąsiada?” A ja sobie przywołam Mural z Fantastycznym Lisem i Mural Rebusowy. Dla towarzystwa dodając tablicę pamiątkową dedykowaną Cybulskiemu i Mural z Dziewczyną w sukni z kłódek. Tyle ozdób.

Mural -Fantastyczny Lis        Mural łańcuchowy

   Mural - kłódkowa suknia      Cybulski przy Pergoli

Weekend we Wrocławiu przypadł na dni poprzedzające pogrzeb prof. Bartoszewskiego. Ossolineum, które jak wiadomo odziedziczyło archiwum profesora, pożegnało go uliczną galerią karykatur i bon motów. To było jedno z ciekawszych zaskoczeń. Szpaler osiemnastu plakatów, które kreską tyluż rysowników uwieczniały zdeformowany wizerunek i uzupełniały go cytatem. Jest wśród nich słynne zdanie: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Są i inne, celne, bezpośrednie, dowcipne. Mam nadzieję, że po dzisiejszym wyborczym święcie nie przyjdzie mi powtarzać w duchu: „Kocham moich Rodaków, choć doprowadzają mnie do cholery”. Wytłumaczę się ze zdziwienia. Wrażenie było pozytywne. Fenomenalne, że na przekór smutnym okolicznościom, wybrano wierność osobowości, wdzięk i humor zamiast patosu i minorowej żałoby. Że tak lekko, nie bombastycznie. [Jeśli ktoś w ostatnim tygodniu włączał radio i zaatakowały go reklamy Lidla, to rozumie, dlaczego postanowiłam użyć słowa „bombastyczny”. Powariowali? Reklamują swoje ceny jako bombastyczne – przecież to znaczy: „napuszone, pompatyczne”. Chcą przyciągać tym, co odpycha?]

Bartoszewski 1 Bartoszewski 2 Bartoszewski 3 Bartoszewski 4

Niektóre z tych słów powinny z nami zostać. W czasach, gdy zewsząd atakują słowa nijakie lub agresywne, ubite jak pianka bez treści… naprawdę dobrze chwycić się bon motów. 

Wrocławski mistrz słowa, nie dość że ugościł mnie obiadem, to jeszcze hasał ze mną po ulicach, wskazał na domy, w których chciałby mieszkać (jakieś dziesięć, ułamek z rejestru) i wypił z nami piwo. Z nami, bo to był siostrzany wypad. W ostatnich słowach chętnie więc adresuję całuski: i do Gośki (siostra), i do Ewy (Mistrzyni ripost i dowcipu). Pamiętając serdecznie o Pszczółce. :)

Wspomniałam, że nie tylko bez, również tamaryszek kwitł i mościł się gdzie popadnie? Tak było. A na międzymiastowej dawał po oczach rzepak: czyste złoto pól. 

o, matko!

W dwóch słowach: Rakowo rulez! Choć pierwszy plan należy do Organka.
Wczoraj rano to jeszcze nie wiedziałam, kim Organek jest. Więc dziś nie mogę deklarować zażyłej znajomości. Ale kilku piosenek wysłuchałam, jeden wywiad i co nieco o tym, z czym połączyć i w jakim kontekście. Tyle, co każdy może sam wyszperać. A jeśli ma dobre ucho, to  i sprawdzić, ile tu tego Breakoutu i Nalepy, ile The Doorsów, ile samoswoich nut i brzmień. 

Bo mamy tu otrzaskanego debiutanta. Z wyraźną muzyczną przeszłością (SOFA, Smolik etc.), ale wchodzącego na niezależną ścieżkę, sygnowaną nazwiskiem. Tomasz Organek – album Głupi (2014). Tekściarsko obstawiam to, w czym jest dystans. A słyszę go w każdej piosence. Głupi ja ma sporo takich (auto)ironicznych przełamań. „Głupi ja, głupi ja jej chłop/ Nie głupia ona nie, nie głupia diabli miot”. Jest tak, że teksty rodzą się na nowo, gdy Organek śpiewa – bo te przerzutnie, przerosty frazy, która łączy się z kolejną i coś tam modyfikuje. Zdecydowanie: lepiej się słucha niż czyta. Są takie piosenki, które podpatrują i komentują świat. Z perspektywy kogoś, kto nie zamierza dołączać. Pierwszy numer z płyty tak to właśnie ustawia: Nie lubię. Czego nie lubi Organek? Zdaje się, że farbowanych lisów, tych, co za życia martwi, ale w każdej sytuacji czyściutcy („Nie lubię kobiet, które pachną mydłem”). Co lubi? Nie mówi wprost. Zgaduję, że prawem kontrastu to, co przybrudzone: czasem winą, błędem, nierozważnością, ale też świadomością bycia niełatwym i jakoś życiowo nieporadnym. Jak Italiano – gość z duszą czarną jak włos i z czarnym pająkiem w głowie  albo ten z Autostrady 666 (wiadomo, Harleyowiec): „Coś mi jest/ nie wiem co to/ może to hashimoto” (?!). Co by mu nie było, wyruszy w drogę. I nie wiadomo z czym wróci.

Dystans dystansem, ale Organek to balladzista pełną gębą. Więc gdy w piosence O, matko! do wioski wraca mężczyzna we krwi, z dziewczyną na rękach, to wyobraźnia może się napaść do woli. No, co się dzieje? Co mogłoby się stać, gdyby widziano ich (mężczyznę z dziewczyną, we krwi)  przez lufcik w firance? Pytano by: „O, Matko, gdzie w nocy był twój syn?” i dlaczego to czy tamto. Pytań byłoby bez liku. Oskarżeń? No właśnie: tu się sprawa zapętla, bo ciężar spada na wszystkich. Czyje ręce czyste? Kto bez winy?

Ad rem. Wczoraj wieczorem można było premierowo obejrzeć oficjalny videoclip tej ballady. A dziś była piosenką dnia w radiowej Trójce. Rzecz jasna – ilustracja żyje własnym życiem, coś dopowiada, uruchamia nowe tropy. Ja w to wchodzę. Tym bardziej, że mam tu kogo obserwować. A poza osobistym kibicowaniem,  duży uśmiech dla wszystkich zaangażowanych. Dla mieszkańców i bywalców podpoznańskiego Rakowa, którzy weszli w tę historię jak w masło.

Wraca więc Syn (Tomasz Organek) z dziewczyną na rękach. I sprawa staje się powszechną zagwozdką. Idzie drogą, za dnia, wśród ludzi. Każdy niby rzuca okiem od niechcenia (vide: pan ze słomką w ustach), ale oczy lgną do obiektu jak magnes. Dziewczyna zza firanki, dzieciaki zza płotu, a wkrótce wszyscy zebrani w sali przypominającej jakiś zbór. Miska z wodą, którą można coś zmyć. Wodą, która wkrótce nabierze czerwonej barwy, by w ostatnim kadrze na powrót stać się krwią, spadającą na twarz jednego stamtąd. Ściślej: krew naznacza każdego. Mniej lub bardziej dosłownie. W obrazie tę winę biorą na siebie ci, którzy zanurzają w misce twarz. Na przemian: Syn, Dziewczyna, Ojciec, Dziecko. Jakoś współuczestniczą w tragedii, choć nie liczyłabym na ostateczne przebaczenie (rozdarcie koszuli w końcowym kadrze). To raczej ambaras, który ze strachu wprawia wszystkich w trans. Modlitwa to, egzorcyzmy czy inne szamańskie sztuczki? Tym większy odlot, im poważniejsze i zdystansowane są oczy dzieci. Rewelacyjna dziewczynka, mój aktorski numer jeden tej obsady! W ogóle: wszyscy są tu świetnie wkręceni. Wzrok przykuwa zwłaszcza dziewczyna – z muchą (?) na przedramieniu, przestraszona i mistyczna, „krucha jak liść”. Ale też mężczyzna w czapeczce – coś jakby patriarcha, lecz nie wiem, czy jest orędownikiem przebaczenia czy wyroku. Nie wiem, bo religijne/rytualne gesty zawsze budzą taką niepewność. Jak świat światem.

W teledysku podoba mi się również rama. Obraz, który poprzedza i dopełnia czas trwania piosenki. Ujmuje wszystko w cudzysłów. I ogniskuje się na Organku. Jak najbardziej słusznie, bo Organek na uwagę zasługuje i na odsłuch. Płyty nie mam, ale chciałabym mieć.

Barańczak

Niech już się skończy ten grudzień. Jakby się rozpruł wór z nazwiskami Moich Ulubionych i odlatują w zaświaty. Krzysztof Krauze. Stanisław Barańczak. Barańczak – do którego od zawsze i niezmiennie mam stosunek niemal bałwochwalczy. Niegdyś tam: bohater mojej pracy magisterskiej. Ale i przedtem i później budzący moje czytelnicze ożywienie. Poeta. Tłumacz. Genialny interpretator i publicysta. Od wielu już lat okutany milczeniem. W moim panteonie (kruchym, bo nie lubię rankingów i się w nich gubię) ma zagwarantowaną pozycję kogoś, kogo się nie zapomina. Z podziękowaniem za wiersze i eseje, szlachetność i zmysł humoru… 

Jakieś Ty
Z tomu „Widokówka z tego świata” 1988

Właściwie nie muszę wiedzieć o tobie nic więcej, niż
to,  że jesteś tym jakimś Ty, które formułuje mi w ustach
i – przez opar wydechu, przez opór języka, przez niż
atmosferyczny, przez kłęby spalin nad jezdnią, mgłę lustra,
pył międzyplanetarny – każe przebijać się (z ust
do ust, przez morza, z tego świata na tamten, z chodnika
na chodnik, z murów mózgu w ten sam mur czy mózg)
drugiej osobie liczby pojedynczej czasownika,
jakiemuś „słyszysz”, „nie milcz”, „pamiętasz”, „spójrz”, „bądź”,
które, prostolinijnie wysłane przed siebie, pętlą
powraca, nie drasnąwszy skóry, ścian, urwisk, słońc,
mój rozmówco, Fachowy Psychoterapeuto,
łaskawy Czytelniku, Wszechmogący Panie,
Nieśmiertelna Jedyna, Od Czterdziestu Dwóch
Lat Już Wytężający nadaremnie słuch
Sobowtórze, Tubylcze Na Brzegu, skąd jak bumerang
ze świstem nadlatuje ciągle to samo pytanie
zmienione w tę samą odpowiedź: że w międzyczasie umieram.

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta,
kiedy szedłeś wzdłuż bloku. A w tej samej chwili
waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

„Non so piu…” – ten żar róż bez ciężaru, ten żart na
śmierć i życie, pędzący za chmarą motyli
anapest tętna. Właśnie ta aria Mozarta
m i a ł a tu brzmieć, jak gdyby istniała gdzieś karta
praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcili
ci inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa –

gwarancja, że choć jedna zasłona, niezdarta
do szczętu płyta przetrwa; że zawsze uchyli
jakieś okno czy wyrok ta aria Mozarta.

Jak gdyby wszystkie dobra zdążyła ta martwa
ręka niepoczytalnie zapisać nam, czyli
kopczykom gruzów, z których wstawały mocarstwa,
w których rosła, wbrew nim, na niczym nie oparta
wiara, że to nie błąd, że nigdy się nie myli
w oknie na którymś piętrze ta aria Mozarta.
Waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998
Ani, jedynej

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi,
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił
uwagi – gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:
„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”?

Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy,
niedotykalnie drodzy ze swoim „Śpij, pomiń
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”.

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: „Zapomnij.
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”.

Stanisław Barańczak

wroc+loves ameryka (2)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

Moich siedem seansów – jak zwykle nijak niereprezentatywnych dla całej festiwalowej oferty (70 tytułów) – rządzi się swymi prawami i zbieżnościami. Jedną z nich jest nastoletniość, progowe wkraczanie w dorosłość, definiowanie swej tożsamości. O tym jest Palo Alto, ale też Biały ptak w zamieci czy Whiplash. A każdy z ww.tytułów eksploruje inny aspekt czy inną granicę, którą trzeba przekroczyć. Na przykład ostatni z wymienionych przygląda się narastającej determinacji i życiodajnej/śmiercionośnej konfrontacji ucznia z mistrzem. 

Whiplash – reż. Damien Chazelle, USA 2014

Whiplash 4Sekcja: Highlights
Korci mnie, by wzorem polskich krytyków zamarudzić na nutę: „tu wszystko jest rozegrane według wskazówek podręcznikowej dramaturgii” albo: „to się nie może nie spodobać”. Bo tak jest. Od pierwszych taktów po ostatnie nie ma nudy, obniżenia napięcia, nie ma snucia się bez celu i działań nieuzasadnionych. Paradoksalnie: dla widza wrocławskich festiwali to niebezpiecznie zalatuje mainstreamem. Voilà! Niech będzie mainstream, ale naprawdę mistrzowski!

Andrew Neyman jest perkusistą – i chce być kimś. Kimś na miarę Charliego Parkera. Gotowy na wszystko, da z siebie stachanowskie procenty normy, by pokonać przeciętność, wyzwolić geniusz, zostawić w muzyce swój ślad. Cel numer jeden: dostać się pod skrzydła Terrence`a Fletchera, charyzmatycznego dyrygenta-mistrza. Na najlepszym amerykańskim wydziale, wśród wybrańców, w pocie i krwi (bardzo obrazowe: skrwawione, spocone bębny i talerze). Nie ma lepszej drogi, choć nie ma też drogi bardziej szalonej i destrukcyjnej. By sprostać wyśrubowanym wymaganiom i utrzymać się w podstawowym składzie jazz bandu, Andrew nie tylko musi przekroczyć własne ograniczenia (fizyczne, warsztatowe), ale  wytrzymać (a nawet wygrać!) ring z psychopatycznym rywalem. Takie archetypiczne „zabijanie ojców”, by uzyskać prawo do własnej pełni. Bo mistrz nie prowadzi ucznia za rękę ku gwiazdom. Mistrz niszczy, by wydobyć perły z najskrytszych głębi. O ile one tam są – jeśli adept sztuki potknie się lub wycofa, przegrana potwierdzi, że żadnych pereł nie było.

Whiplash-4868.cr2Można powiedzieć, że Damien Chazelle gra kliszami, pojedynek ucznia z mistrzem ma przecież tak wiele realizacji, że co rusz rozpoznajemy jakiś odwieczny trop.
1) Od fascynacji do nienawiści, od naśladownictwa do rywalizacji. 2) Pigmalion stwarza Galateę: mistrz lepi ucznia na modłę swoich wyobrażeń. 3) Lęk przed utratą zainteresowania mistrza, przed innym, który mógłby zająć miejsce lidera. 4) Fałszywa gra: manipulacja, rzucanie kłód pod nogi, emocjonalne tłamszenie. 5) Zależność od grymasu guru: aprobata daje szczęście, niezadowolenie – pasmo udręk. 6) Pęknięcie wizerunku – rozczarowanie idolem lub pupilem. 7) Kolizja interesów, konieczność podporządkowania sztuce wszystkiego: zabezpieczeń, innych celów, każdej strefy życia.  8) Ostateczna rozgrywka: walka o siebie i przekraczanie granic.

Nawet jeśli „wszystko już było”, to Whiplash ogrywa toposy fenomenalnie i brawurowo. Filarem sukcesu są mocne charaktery antagonistów, zagrane tak, że raz po raz ich sparingi wstrzymują dech. To esencja filmu. I linia dramaturgiczna: na tym budowane są zwroty akcji, kulminacje, wszelkie przesilenia emocji. Zostawiam bez komentarza, by – broń Boże! – nikomu nie zepsuć przyjemności. Daję jednak namiar na kuszący zwiastun filmu.  (TU).

Uff…kto fascynuje bardziej: Andrew czy Fletcher? Nie wiem, jakim cudem Miles Teller tak przekonująco zagrał perkusistę. Emocje to jedno, gra na bębnach i talerzach drugie. A mamy tu fascynujące popisy solówek. Z jazzowym backgroundem ujętym między mocne uderzenia standardów: Whiplash i Caravan. Jeszcze mam przed oczyma tę scenę, gdy Fletcher wybiera między trzema świetnymi kandydatami do podstawowego składu. Przerywa próbę bandu i do wycieńczenia każe grać rywalom na przemian, niemal do utraty przytomności, ze złośliwą mantrą: „przyspieszasz” – „spóźniasz się”. „Jest źle!” Bo Fletcher nigdy nie mówi: „good job”, takie ma przekonania. Pochwała premiuje średniactwo, to tępa ostroga, nic tak nie bodźcuje jak doprowadzenie adepta do furii i skrajności. No ale wracam do pytania: jak Teller to zagrał?! Nie podejrzewałabym samej siebie, że obserwowanie perkusisty może wzbudzić we mnie tyle ekscytacji.

Whiplash-6613.cr2

Terrence Fletcher, grany przez J.K.Simmonsa, wygląda jak chodząca charyzma. Wysportowany, sprężysty krok i ruchy emanują pewnością siebie. Czarna elegancja podkreśla osobowość (przypadkowy kolor wprowadziłby niuanse, elegancja nawet podczas prób czyni go nieskazitelnym, uzbrojonym po zęby w swój geniusz). Plastyczna twarz wygłasza świetnie zredagowane komunikaty. Żaden element wizerunku nie wymyka się spod kontroli – obojętnie, czy Fletcher w kuluarach zdaje się być wyluzowanym gościem, na scenie dystyngowanym dyrygentem czy agresywnym psychopatą zdolnym do rękoczynów i syczącego jadu podczas prób. Tak właśnie wygląda charyzma. Możliwe, że wcześniej myślałam inaczej, ale po seansie moje wyobrażenia skrystalizowały się w kreacji Simmonsa. Amen.

Skoro pomijam komentowanie pojedynku, sięgnę po sceny niezdradzające dramaturgii, po „interludia” dopełniające akty główne. Jedną z moich ulubionych jest kolacja rodzinna w domu Andrew Neymana. Trwa uroczystość, zjechali się krewni, każdy przechwala się sukcesami, reszta daje aplauz. Andrew jest tuż po nominacji do składu w prestiżowym konkursie. Ale tradycji muzycznych w rodzinie nie ma żadnych. Jego sukces (okupiony ogromnym wysiłkiem i potwierdzający talent) nie brzmi spektakularnie. Trwa więc licytacja: ktoś wygrał zawody sportowe (któraś tam z niższych lig), komuś się poszczęściło w pracy – nic, co zapowiadałoby wielkość, lecz przy rodzinnym stole wszytko zyskuje uznanie. Andrew pozostaje w tyle. Tu jest najciekawszy moment: gra pychy i pokory, niestety, wynik 1:0. Już mi się zdawało, że perkusista potrafi ujarzmić własne ego, dopuścić istnienie innych hierarchii, wytrwać bez napuszenia. Pokora nie jest mu obca, potwierdza ją na każdej z prób. Cóż, ekspansywność pychy przebija dobry ton i smak. Andrew wygłasza kilka uszczypliwych uwag i odsuwa się od towarzystwa do samotnej wieży domniemanego geniuszu. 

Whiplash-5547.cr2Stawianie na jedną kartę – na talent, niepowtarzalność, wybitność nie do zakwestionowania. Obaj adwersarze są lustrzanym odbiciem: ambicja, wiara w siebie, determinacja. Takich dwóch nie mieści się na podium. 

 Konsternacja. Niby nic nowego, ale dociera do mnie, że nie rozumiem, skąd to się bierze. Czy to jest męska potrzeba walki i udowadniania swej wartości? Czy raczej rzecz rozgrywa się na scenie sztuki, która żąda wyłączności i lekceważy przeciętność? Oczywiście, z jednej strony dostrzegam obłęd w takim podejściu do życia. Film Chazelle`a naświetla szaleństwo i pokazuje skrajność sytuacji. Mistrz w takim wydaniu jest dla mnie nazbyt psychopatyczny. Coś jednak przemawia za „racją” Fletchera. Co prawda jego metoda doprowadziła do chorób psychicznych, do złamanych nadziei i pustki w życiu wielu z odrzuconych adeptów. Ale też wydobyła z nich „nuty” najgłębiej ukryte, pozwoliła dotrzeć do wewnętrznych barier i przekroczyć je. Wstrzymuję się z jednoznacznym osądem, choć nigdy przenigdy nie byłabym zdolna wejść w podobną grę lub wytrzymać przyglądanie się, jak zatraca się w niej ktoś bliski. Tylko… lekko uśmiecham się na myśl, jak łagodnie postrzegam rolę mentora, ile skromności, taktu, cierpliwej mądrości kojarzy mi się z towarzyszeniem czyjemuś rozwojowi. Nie przekonał mnie Fletcher do swoich metod, ale nie mogę unieważnić wrażenia, że sztuka graniczy z szaleństwem. I w takim mniej więcej nastroju (rozstroju) wychodzi się z seansu Whiplash.

Warto sobie ten rozstrój zafundować, a potem długo pić rumianek na przemian z melisą.
(W kinach – od pierwszych dni 2015 roku). Nie do przeoczenia.

***

Dla porządku wyliczę tytuły obejrzane na 5.aff we Wrocławiu:
1) Palo Alto – reż. Gia Coppola
2) Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker
O obu pisałam w poprzedniej notce.

3)Whiplash – reż. Damien Chazelle
4) Mapy gwiazd – reż. David Cronenberg
5) Stópki – reż. Alexandre Rockwell
6) Czas niepewności – reż. Nathan Silver
7) Biały ptak w zamieci – reż. Gregg Araki.

aneks
Whiplash zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepszy film i scenariusz adaptowany) i zwyciężył w kategoriach: aktor drugoplanowy (J.K.Simons), najlepszy dźwięk i najlepszy montaż.