Archiwa tagu: Alicia Vikander

Dziewczyna z portretu

Dziewczyna z portretuTranspłciowość w połowie lat 20. ubiegłego stulecia to absolutna zieleń. Einar Wegener, duński malarz pejzaży jest pierwszym mężczyzną, na którym przeprowadzono operację zmiany płci. To musiało być strasznie ryzykowne z medycznego punktu widzenia. Było też niezwykle obciążające psychicznie – dla postaci głównej i tych, którzy byli tuż obok. Wykluwanie się Lili Elbe to temat fascynujący tym bardziej, że nawiązujący do prawdziwej historii. Temat gęsty, realizacja rozrzedzona.

Historia ma potencjał, a grzęźnie na mieliźnie. Co uzmysławia, że w filmie, jak i w literaturze, nie chodzi o niezwykłość i wagę pomysłu, lecz o sztukę opowiadania. O napięcie, tempo, wiarygodność, o zawłaszczenie uwagi widza. Może jeszcze o świeżość, która jednak wcale nie musi być awangardą formy czy problemu.

Spróbuję wyważyć wrażenia – film obejrzałam i być może zapamiętam. Nie jest to jednak moje kino. W FilmWebowej skali daję 4/10 (czytaj: „ujdzie”). 

To nie grzech, że w Hollywood powstają „hollywoodzkie” filmy. Cóż. Dziewczyna z portretu zrealizowana jest dla wrażeń wizualnych. Wrażenia są wysokiej próby. Scenografię i kostiumy doceniono oscarowymi nominacjami. Piękna jest Kopenhaga i Paryż lat przedwojennych. Dom, w którym mieszka dwoje malarzy (Gerda i Einar/Lili) ma jasnobłękitne ściany, jest przestronny, pracownia przenika się z przestrzenią mieszkalną, artystyczny nieład przyprawia małżeńską symbiozę szczyptą nonkonformizmu. Małżeństwo Wegenerów jest zgodne, jakby oparte na komunii dusz i ciał, a zarazem nieszablonowe, gotowe na towarzyski skandal (pierwsze wyjście Einara w stroju Lili) i bezkompromisową lojalność w najtrudniejszych chwilach.

Od Gerdy (Alicii Vikander) oczu nie można oderwać. Bezpośrednia, delikatna i łobuzerska zarazem, zakochana w swym mężu-mimozie. Kostiumy leżą na niej cudnie. Piękne kreacje wieczorowe, koktajlowe, dzienne. Śliczna jest nocna koszula, i podomka, i ten kostiumik, w którym maluje. Cukiereczek. Dorzućmy do tego image Lili. Błękitne rajstopy, ecru i zieleń sukien kontrastujące z rudą fryzurą. 

Oczy się pasą, muzyka prowadzi emocje. I tu już jest za dużo grzybów w barszczu. Ta opowieść się nie rozwija. Niezwykle szybko ktoś rzuca karty na stół (ok), a potem próbuje przez dwie godziny grać na jednej nucie. W każdej scenie napięcie jest constans (tonacja szczytowa). Gerda przeżywa (słowo kluczowe) zagubienie Einara, Einar przeżywa budzenie się Lili, Lili przeżywa swe narodziny. Nie ma zwykłych scen. Wszystko jest podbite emocjami i przerysowane manierą Redmayne`a. Zarówno Eddie Redmayne, jak i Alicia Vikander otrzymali w tym roku nominacje do Oscara (aktor pierwszoplanowy, aktorka drugiego planu). Nie jestem fanką ich gry, choć stawiam tezę, że ugotował ich scenarzysta. 

Nie wiem, co czuje kobieta w ciele mężczyzny i czego potrzebuje, by swą kobiecość rozpoznać i wyrazić. Redmayne proponuje, by jego Lili hiperbolicznie reagowała na dotyk. Gładzi więc nieustannie swoją twarz, szyję, dekolt. Wygina ciało, przegląda się w lustrze. Znów się dotyka. Gładzi materiał sukienki, doznaje ekstazy, wciągając na siebie pończochy lub nocną koszulkę żony. Reaguje jak oczadziały(a). Wśród licznych scen, które ja odbieram jak dublujące komunikat – niektóre są niesamowite. Ale ich siła jest zaprzepaszczona tym, że w sąsiedztwie aż tyle analogii. Już wiemy, że Lili chce być Lili. Nie chcę, by to zabrzmiało cynicznie, ale żal mi Lili nie dlatego, że musi uwolnić się od Einara, a dlatego, że kobiecość, za którą tęskni, jest karykaturalna. Lili traci zainteresowanie światem, chce tylko jednego: być kobietą. Stuprocentową. A to przecież jakiś fantazmat. Przestaje malować, jest wniebowzięta, gdy dostaje pracę stażystki w sklepie dla pań. Jeśli ma osobowość, to w tej fazie skurczyła jej się do rozmiarów orzeszka. Oj, wiem, że to skomplikowane i być może tak to jakoś przebiega. Ale Redmayne nie trafia do mnie z przekazem. Zamiast empatii odczułam znużenie. 

Aktorka drugiego planu interesuje mnie dużo bardziej niż postać tytułowa. Ostatecznie – to Gerda namalowała Danish Girl. Jej obecność, lojalność i ból ważą tyle samo, co metamorfoza Einara w Lili. Gdyby tylko Alicia Vilander miała szansę na lepiej rozegraną dramaturgię swych emocji. Mogłoby to niejedno ocalić. Gerda jest święta. A gdy w ostatniej bodajże scenie pozwala, by wiatr ukradł jej szalik, by szalik odpłynął w pejzaż Einara, to skala emocji rozwala termometr. Efekt jest chłodzący. Do diabła, myślę sobie, gdy czytam w epilogu, że do końca życia malowała portrety Lili. Jeszcze i to!

Wcale się nie kryguję, że zdradzam co nieco z treści. Nie wierzę, że można oglądać film Toma Hoopera i dać się czymś zaskoczyć. To złudzenie (na pewno), ale zdaje mi się, że przez 120 minut dzieje się to, co spodziewam się zobaczyć. Oczywiście, czasami sukienka jest mniej udana, a czasem bardziej. I wciąż nie rozstrzygnęłam, czy bardziej twarzowe były dłuższe włosy Gerdy czy te krótsze.

Dziewczyna z portretu (The Danish Girl), reż. Tom Hooper, USA