Archiwa tagu: Asghar Farhadi

przeszłość…

Przeszłość, reż. Asghar Farhadi, Francja, Włochy 2013

… każdy ją ma. I choć można by sądzić, że co passe, to zamknięte (minione, skończone, rozpoznane), to bywa wręcz odwrotnie. Przeszłość w filmie Farhadiego nakręca teraźniejszość. I nie dlatego wcale, by ktoś ją rozpamiętywał. Wszystkim zależy na tym, by skończyć stare, zacząć nowe. Dlatego właśnie Ahmad przyjeżdża po czterech latach na prośbę Marie: przeprowadzą rozwód, zalegalizują to, co i tak jest stanem faktycznym, a ona wejdzie w nowy związek z Samirem. 

Ale przeszłość wraca nieprzywołana, w dodatku inna niż zdawała się być.  Jakie są szanse łatwopalnych na wyjście z próby ognia?

Przeszłość

Absolutne dziesięć na dziesięć! Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co potwierdzają dwa objawy. Pierwszy: po dwugodzinnym seansie mogłabym bez zwłoki obejrzeć film drugi raz. Pewnie obejrzę. I może lepiej, że odrobina czasu upłynie. Ale mogłabym od razu. Kto tak pisze scenariusze?! Tamaryszkowy zachwyt!

Drugi objaw to rzadko mnie nachodząca obawa, że nie umiem o tym filmie pisać.

Niczego nie powinno się ujawniać, bo najcenniejsza jest ta perspektywa Ahmada, którego nie było przez cztery lata, a teraz jest i miniony czas odsłania mu się dużymi porcjami. My wchodzimy w świat Marii jak to widzowie: rozglądając się, diagnozując układy i scenerie. Ale wchodzimy też tak, jak wchodzi Ahmad. Koncentrując się na szczelinach, z których sączy się to, co odmienione, co dostrzec może ktoś, kto długo tu był, zniknął i wraca po czterech latach. A co dziwi jego, jakimś zrządzeniem losu, zaczyna dziwić uczestników rozgrywki. I to jest dobry chwyt, bo najłatwiej nitkę do kłębka znaleźć temu, kogo nie było, gdy ona się przędła. 

Wszystkim zakochanym, ufnie radosnym, którym przeszłość niczego nie powinna gmatwać, którzy nie potrzebują zbędnych frustracji, bo wolą fruwać… – mogę odradzić. Melodia Byczka Fernando i uśmiech Amelii niech będą strawą wiecznie zieloną i świeżą. Ale tak w ogóle, tak poza tym, to … naprawdę warto.

NIE CZYTAĆ PRZED SEANSEM
(niczego, żadnych recenzji)

Film trzyma w napięciu. A dramaturgię buduje odsłanianie tajemnic. Nie do wiary z jak wielu niejasności, mylnych wyobrażeń i domysłów składa się nasze rozeznanie we własnym świecie. Przesuwam akcent na „nasze”, bo Farhadiemu udało się opowiedzieć historię poszczególną (na tyle niezwykłą, że nie szukam w niej echa moich doświadczeń), ale uniwersalną. Kilkakrotnie miałam ochotę zatrzymać film i powtórzyć scenę, którą przecież rozumiałam w mig, a chciałabym obejrzeć raz jeszcze, bo bolała i koiła jej trafność. I tak mniej więcej, na swój prywatny użytek, definiuję sztukę. Tego w niej szukam.

Co komponuje tę opowieść? Efekt domina i nakładające się na siebie trójkąty. Działa to tak, że jedna tajemnica prowadzi do następnej. I to jest dość oczywiste. Ale w Przeszłości idzie to w parze ze zmianą jej nosicieli. W różnych fazach filmu kto inny wydaje się być postacią główną. Można powiedzieć – każdy zatrzymuje coś dla siebie: Maria, jej siedemnastoletnia córka (Lucie), Samir (mężczyzna, z którym układa sobie życie), synek Samira, Fouad, który widzi i słyszy za dużo jak na pięcioletnie dziecko, etc.
Ahmad też, choć on niewiele ujawni. A gdy w jednym z końcowych dialogów pyta Marię: „Chcesz wiedzieć, dlaczego wtedy odszedłem?” – to omal mu nie odpowiedziałam: tak, właśnie to chcę wiedzieć! Niestety, Maria gasi szansę i seria wyznań nie zostaje zamknięta. „Nie chcę wyjaśnień. Zniknij już wreszcie”.

Zamykanie jest trudne, chcielibyśmy, by decyzja odcinała przeszłość we wszystkich sferach. Na ogół tak jednak nie bywa. Pamiętam tę rozmowę Ahmada z przyjacielem, szefem irańskiej restauracji, który radzi mu kategorycznie, by ciąć, zostawiać za sobą, amputować. Pamiętam też rozmowę Marie z Samirem, gdy uświadamia sobie, że po raz kolejny niczego nie zbuduje. „- Utknąłeś między mną a żoną”. „- Tak. Dopiero teraz to widzisz?” Świetnie rozegrany dialog, w którym padają celne strzały, a przecież oboje dopiero mówiąc, uświadamiają sobie, że trafiają. „- Byłam po to, byś mógł zapomnieć.” „- A jaką pustkę ja miałem zapełnić?”

I tak jak odchodzenie nie jest ostateczne, tak wyjawione prawdy zwodzą, są półprawdami. Mylnie można by się zasugerować, że cienie przeszłości to zaszłości relacji Marii z Ahmadem. Od tego bohaterowie jednak się odżegnują. Choć jeśli przypomnieć sobie scenę na lotnisku (Maria obserwuje przez szybę jak Ahmad szuka walizki), to w spojrzeniach jest ślad bliskości, a rozmowa w aucie uświadamia, że pamięć zawodów pulsuje we krwi. Napięcie między nimi jest silne, mimo że  nie chcą wchodzić po raz drugi w ten sam nurt.

Trójkąty? Wyliczmy. Maria – jej były (Ahmad) – jej obecny (Samir). Samir – jego uwięziona w śpiączce żona (Céline) – narzeczona Marie. Nastoletnia Lucie i jej wejście pomiędzy Samira i Marię (albo Samira i Céline). Mały Faud, który bywa niegrzeczny, bo sytuacja go przerasta (co sam komentuje westchnieniem, że ma po prostu przechlapane) – jest między mamą a Marią i między kategorycznym tatą i rozumiejącym Ahmadem. Rzecz w tym, że opowieść nie oscyluje wokół jednej linii napięcia, lecz wokół wielu, przecinających się.

W ostatnich sekwencjach pojawia się ten element przeszłości, który wydawał się najbardziej zażegnany. Miłość Samira do żony. Oddalił się od Céline, bo raniła go jej domniemana obojętność. Gdy wiązał się z Marie, dawny związek wydawał się martwy. Depresja, targnięcie się na życie, kilkumiesięczny stan wegetatywny… Czy potrzebna była próba samobójcza, by uświadomić komuś, że zdrada boli? 

Ważnym tematem, znów rozłożonym na licznych aktorów, jest temat winy. Ale – tak mi się zdaje – to jest wina, z którą trzeba się nauczyć żyć. Myślę, że trudna to sztuka, lecz próby prowadzą do katharsis.

***

Mam w głowie wiele scen. Przekora (albo mądra samoobrona) Fauda w metrze. Kłótnia Marie i Ahmada. Wiele sytuacji, w których Marie nie panuje nad sobą (zarazem pozwalając wierzyć w jej wrażliwość i bezbronność). Próba docierania zapachem do pamięci Céline … Bardzo męskie zachowania Ahmada (tak je odbieram). Lubię tę postać i choć to nie jest najważniejsze dla wymowy filmu, mnie najbardziej intryguje, dlaczego zniknął z życia Marie. Wielka szkoda, że zniknął. I że nie ma powrotu. Bo, rzecz jasna, nie ma.

Asghar Farhadi ma niekwestionowane miejsce wśród moich ulubionych filmowców. A Bérénice Bejo należał się Złoty Glob, bezdyskusyjnie. Można by tymi mega nagrodami obdarować kilkoro innych twórców Przeszłości. 

wędrówka pająka

[Wiem, że znowu długaśna notka, ale… nadaje się do czytania na raty.;) ]

WYWIADY I SPOTKANIA NA HORYZONCIE

Seanse filmowe na festiwalu mają swój charakterek. Niby ten sam film można obejrzeć w innym czasie i miejscu, a jednak nie będzie to już ten sam ogląd. Załóżmy, że w ogóle mamy do czynienia z filmem, który będzie miał pofestiwalową dystrybucję. Zasadnicza część repertuaru nowohoryzontowego do kin przecież nie trafi. A jeśli trafi…

1) Inne będzie skupienie i percepcja.
To jest fenomen. Wydawać by się mogło, że ilości towarzyszy znużenie i brak koncentracji. Niekoniecznie. Nie wiem, skąd ona przybywa, ale uważność festiwalowa jest innego rodzaju. Daje szczególne błogosławieństwo filmom bez akcji, długim (zdarzają się czterogodzinne, w tym roku je omijałam), milczącym… Przykłady? Koń turyński Tarra, tajlandzki film Wieczność, na pewno nieprzegadany Ceylan i jego Pewnego razu w Anatolii. Zacytujmy fragment recenzji z gazety festiwalowej „Na Horyzoncie”, to rekomendacja wymienionej wyżej Wieczności.
„Tempo tego filmu niektórych widzów może doprowadzić na próg szaleństwa. Bynajmniej nie dlatego, że jest tak gwałtowne. (…) Przez pierwsze siedem minut obserwujemy więc człowieka, który na małym motorku przemierza surowy krajobraz. Za sobą ma kryjące się we mgle postrzępione szczyty gór, wokół bezludne przestrzenie porośnięte wyschniętą trawą, a nad sobą blade niebo. Wszystko tonie w szarościach. Niebo i ziemia są prawie nie do odróżnienia. Prócz terkotu silnika nie słyszymy nic innego. Na pierwsze słowo, jakie padnie w Wieczności, przyjdzie nam jeszcze poczekać.” (Iwona Sobczyk)

Na co dzień na tak intensywne oglądanie nie miałabym sił (ani chęci) i może wierciłabym się w fotelu, gdy ojciec z córką po raz piąty gotują ziemniaki w mundurkach i konsumują je przy stole według tego samego rytuału (Koń turyński), motocyklista mógłby mnie zirytować, a noc w Anatolii uśpić. Bo film oglądany po dniu obrosłym w codzienny pośpiech, czasem do ostatnich kadrów walczy z projekcją osobistych emocji widza.

2) Inna atmosfera sali.
Nie ma popcornu, szelestu ani mlaskania, nie przeszkadzają niczyje pogaduchy i chichoty. Trochę to grząski temat, bo masowość festiwalu stała się wentylem dopuszczającym to, co dla weteranów jest już łamaniem atmosfery. Jest i nie jest, bo i tak ta ogromna widownia jest nieporównywalnie spójna w porównaniu z jakąkolwiek salą multipleksów.

3) Autorzy nie wyjdą na scenę (a w każdym razie: rzadziej wychodzą).
Tymczasem NH słyną z gości, z możliwości rozmowy na gorąco po seansie lub dłuższych spotkań w Cafe Gazeta. Czasem tylko brak na nie czasu i nie wiadomo, czy postawić na spotkanie, czy biec na kolejny film. Co niezaznane osobiście wraca jeszcze następnego dnia w wywiadach z Gazety „Na Horyzoncie” (dostępne w archiwum festiwalu)

*****

Poniżej mój wybór fragmentów wywiadów i kilka obserwacji ze spotkań. Ilustruję je fotografiami powstałymi specjalnie z okazji festiwalu (rozmieszczone w kinie Helios pełniły rolę scenografii). Zaczerpnęłam je ze strony artystów-fotografów, dokąd odsyłam: NH 2011 i wcześniejsze: ENH 2010.

BÉLA TARR 

Na festiwalu wrocławskim pokazał film już w Europie doceniony (Berlin, Srebrny Niedźwiedź). On sam wystąpił w roli mistrza (półtoragodzinny wykład w sekcji masterclass) i bohatera pamiętanej tu przez wielu retrospektywy z wcześniejszej edycji ENH. Kilka słów o Koniu turyńskim już napisałam (tu). Przypomnę: film czarno-biały, dwuipółgodzinny, rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni (dolina, chata woźnicy i jego córki, drzewo, studnia, droga…), oparty na częstych repetycjach scen, które prowadzą ku nieuchronności. Rozgrywający się niemal w milczeniu dramat ludzi, którzy wszystko tracą i żyją w świecie, który utracił Boga (światło).

Podoba mi się jego zaproszenie na seans (piękny głos: niski, głęboki), którym rozprasza czające się na sali napięcie oczekiwania. Mówi, by zawierzyć oczom, nie szukać symboli i wymyślnych interpretacji.

Ktoś pyta reżysera, dlaczego bohaterowie z takim mozołem pakują się i wyjeżdżają, by w następnym ujęciu powrócić… Tarr odpowiada: „Wszędzie jest mniej więcej tak samo. Nie warto znikąd uciekać.”

A propos inspiracji…
– Najbardziej lubię reżyserów, którzy mają własny język filmowy. Gdybyśmy zobaczyli kadr Federico Felliniego, nie wiedząc, kto go zrobił, szybko byśmy do tego doszli – z nim jest całkiem jak z Rembrandtem. Lubię takich reżyserów, którzy mają swoje widzenie świata.
  – Andriej Tarkowski?
– Jego też lubię, choć jest przesadnie religijny. U niego deszcz przynosi oczyszczenie, u nas deszcz tylko robi błoto. W tym błocie tkwimy po uszy.” (stąd)

Te słowa są symptomatyczne. Filmy Tarra są rozpoznawalne i raczej nie prześwietlone metafizycznym uniesieniem. Co wcale nie znaczy, że z niego wyzute.

” – Filmowe historie mają to do siebie, że chcą, abyśmy uwierzyli, że coś się dzieje. Ale przecież doskonale wiemy, że nic się nie dzieje. To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci. (…) Żadnych fajerwerków, wybuchów. Tylko niezauważalne przejście od istnienia do nieistnienia. To wszystko. Zostaje cisza.” (stąd)

Reżyser przyznaje, że bliskie są mu inspiracje malarskie. Ale niekoniecznie ze wskazaniem na konkretne dzieło, raczej to wszystko, co już kiedyś widzieliśmy i co w nas żyje, mniej lub bardziej świadomie. Choć akurat jeden obraz (Zmarły Chrystus Andrea Mantegni) przypomina się bardzo wprost.


KIM KI DUK

Kim Ki Duka wszyscy chyba pokochali. Może dlatego zwłaszcza, że odsłonił się w dokumencie autobiograficznym Arirang. To zapis jego samotności, czasu spędzonego w chatce na odludziu, w bardzo skromnych warunkach. Zaszył się tam dotknięty kryzysem, niemocą. Niektóre źródła podają (ale to delikatna sprawa, nie warto szafować przyczyną czyjejś depresji), że przyczyniła się do tego tragedia na planie filmowym. Odgrywano scenę śmierci przez powieszenie, aktorka omal nie zginęła…

Kim Ki Duk to wizytówka koreańskiego kina. Autor 15 filmów, z których najbardziej znane są chyba Pusty dom (2004) i Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna (2003). Filmowy samouk. Gdy w filmie (Arirang)sam przeprowadza ze sobą wywiad (zabawny) i pyta Kim Ki Duk Kim Ki Duka, czym jest sztuka, dlaczego się nią zajmuje, skąd cierpienie…, to odpowiedzi są proste i brzmią naprawdę szczerze. Arirang to nazwa koreańskich pieśni, wyśpiewywanych, gdy duszę spowija smutek i melancholia. Kim Ki Duk wyśpiewuje w filmie (płacząc) dwie z nich. Co więcej: śpiewa również dla nas po seansie. Ale wierzę, że tak jak mówi, uchwycił się na nowo nadziei i wraca z dogłębnych smutków do tworzenia.


ASGHAR FARHADI

Kolekcjoner berlińskich Niedźwiedzi: w tym roku złoty za Rozstanie, rok temu srebrny za Co wiesz o Elly. Mistrz kompozycji i ktoś, kto umie odbierać pytaniom moralnym jednoznaczność.

(A.F): ” …wszystko zależy od perspektywy widza. Niektórzy skoncentrują się na emocjonalnej stronie Rozstania, inni zwrócą uwagę na socjologiczny wymiar mojego filmu. Najważniejsze było dla mnie jednak pokazanie wszystkim, że kino irańskie nie ma tylko jednego oblicza. Że potrafimy kręcić też inne filmy, które zaskoczą zachodnią publiczność nowym estetycznym podejściem.”

– Nie wszyscy zwrócili uwagę, że Rozstanie jest też świetnie napisanym filmem. W scenariuszu musiał Pan połączyć skomplikowane losy wielu bohaterów. Od czego rozpoczyna Pan tworzenie filmowych historii?

(A.F): – Trudno mi mówić o metodach pisania filmu, ponieważ najczęściej jest to długotrwały proces. Najczęściej wychodzę od jednej, inicjującej sceny – w przypadku Rozstania był to obraz mężczyzny myjącego chorego ojca. Potem staram się rozbudowywać historię, dodając nowe elementy. Całość przypomina jednak układanie puzzli, które muszę skonstruować z mini historii.” Więcej: Tu.


URSZULA ANTONIAK

Odważna babka. Bezkompromisowa i chyba ze skłonnością do szarżowania w jeździe bez trzymanki. Same atuty. Oglądasz jej film i nie wydaje mi się, by po seansie mógł szybko wyparować. Będzie drążył. Polka reżyserująca w Holandii. Zaistniała filmem Nic osobistego (ja przegapiłam…), we Wrocławiu pokazała Code blue.

„Nie sądzę, żeby ten film był bardziej kontrowersyjny niż wiele innych pokazywanych w Cannes. Budzi silne reakcje, ponieważ w bardzo poważny sposób dotyka bardzo poważnych tematów takich jak śmierć, samotność czy seksualność. Widzowie przyzwyczajeni do tego, że ich się w kinie ochrania i prowadzi za rękę, mogą się poczuć rzuceni na głęboką wodę. Nie mają już tylko oglądać, muszą przeżywać. Moim zdaniem jednak jeśli reżyser podejmuje ryzyko, ma prawo do tego samego zaprosić publiczność.”

Tak odpowiada na pytanie o aurę skandalu wytworzoną wokół filmu w Cannes. Podobno organizatorzy (chcąc zapewne być poza wszelkim podejrzeniem) wywieszali w miejscu projekcji informację: „Ten film może zranić twoje uczucia”. Paranoja. (Wypowiedź pochodzi stąd)


LECH MAJEWSKI

A poniższe zdjęcie to naprawdę… trafione w dziesiątkę i lekko ironiczne jakby. ;) Aureolka, mentorski palec, postawa mistrza…
Majewski, czyli Młyn i krzyż, czyli opowieść o obrazie Breugla Droga krzyżowa. I o tym, co zdarzyło się chwilę przed i po. I o artyście, który tworzy obraz niczym Bóg wszechświat. Film piękny, niesamowity wizualnie, imitujący XVI-wieczne płótno, że aż nie do wiary, ile w nim życia. Majewski-reżyser, Majewski-malarz, Majewski-sztukmistrz najnowocześniejszej technologii i wreszcie Majewski-gawędziarz, który po projekcji rzucał czary na zasłuchaną widownię.

„Idiociejemy.” Tak najkrócej diagnozuje stan naszych dusz, umysłów i działań twórczych. A zidiocenie widać tym wyraźniej, im niżej pochylimy się nad dziełami dawnych mistrzów. Odkrywanie Breugla to przygoda wielu lat. Sięga młodości Majewskiego, czasów, gdy wyruszał latem w podróż do wuja w Wenecji (przesiadka w Wiedniu, czas na odwiedziny w muzeum!). I kilka lat gruntownej analizy, poprzedzającej tworzenie filmu. Wierzę na słowo – a słowo było pełne pasji – że maestria Breugla przerasta naszą wyobraźnię.

Zaciekawił mnie Breugel-kolekcjoner twarzy, wyszukiwacz przeróżnych typów fizjonomicznych, które mają już przypisaną opowieść. Zupełnie jak Fellini – zauważa Majewski.

Najwięcej zabawy pojawia się, gdy snuje anegdoty o aktorach. Mniej o Michaelu Yorku (gra zleceniodawcę obrazu), bo to nic-dodać-nic-ująć angielski dżentelman. Ale Charlotta Rampling, niczym bezpretensjonalna księżniczka, zamknięta w swoim twórczym świecie (a tworząca bez przerwy, jak nie rolę, to wiersze) a zarazem gotowa poświęcić królewskie zaproszenie, by być do dyspozycji przy dogrywkach. Ktoś, kogo chciałoby się poznać, ale onieśmielenie blokowałoby mowę. Charlotta grała Marię. Jak odmiennie w zestawieniu z rolą matki Justine i Claire w Melancholii von Triera.

Za to istnym bratem-łatą okazał się odtwórca postaci malarza, Rutger Hauer. Jego menedżerowie stawiają kosmiczne warunki, a on brata się ze statystami, tarza w trawie i bawi grą jak nowicjusz.

Kto film widział, ten pamięta pewnie scenę z pajęczyną. Filmowy Breugel obserwuje pająka snującego sieć, dotyka go patykiem, podpatruje tworzenie. Bo sam niczym pająk – jak mówi – zamierza zaplatać sieć i łączyć w całość nitki. Majewski sięga po nowoczesne technologie (CGI) i również pajęczyna jest generowana komputerowo. Początkowo zbyt idealna, później „psuta” na wzór prawdziwej. Kto inny majstruje sieć, kto inny nakłada rosę, inny tworzy pająka.
Pająk wyszedł przepięknie, ale konstruktor animując jego ruch napotkał zagwozdkę. 

– Z której nogi rusza pająk? Tyle trudu, aż żal, by jakiś znawca stawonogów miał pretekst do zakwestionowania jego poczynań.

Telefony do „pajęczakologów” niewiele dają. Nikt nie wie. Na planie rodzi się myśl, by sprawdzić drogą obserwacji. Pająki ze strychu poddawane są testom… i trajektoria ruchu, a wraz z nią fundamentalne pytanie: z której nogi?! pozostaje kwestią otwartą. Z dowolnej. :)

nowe horyzonty

Jedenasty – mój szósty – festiwal dobiegł do mety.
Dziesięć dni (nie byłam na inauguracji) minęło jak w transie. Zmęczenie czuję i brak miejsca na kolejne filmy, przynajmniej przez najbliższy tydzień. Szczytowe nasilenie: pięć filmów dziennie, minimalistycznie: dwa. Opcja ograniczona do dwóch obrazów wzięła się stąd, że przez pięć dni uczestniczyłam w warsztatach filmowych dla nauczycieli, po cztery godziny dziennie.
Tak czy owak: ciężka praca tak oglądać i zapamiętywać. Stan niemal chorobowy. Zwłaszcza, gdy to, co obejrzane, zaczyna się przetwarzać i remiksować. Niektóre filmy nie dawały spokoju, przypominały się, mimo wypierania ich nowymi. Dotyczy to zwłaszcza tych, o których nie napisałabym rekomendacji „spodoba ci się”. Może nie każdy ich potrzebuje. We mnie zostają.

Mam zamiar do niektórych powrócić, więc notuję tylko lakoniczne uwagi.
Moje tegoroczne nowe horyzonty to:

Pewnego razu w Anatolii (Nuri Bilge Ceylan), jedyny turecki, za to widziany dwukrotnie. Od niego rozpoczęłam festiwal, ale zmęczona (podekscytowana?) wrażeniami, niedospaniem i podróżą – przysnęłam. Ściślej: tak się zapatrzyłam w kadry, że zapomniałam czytać. I choć słów jak zwykle u Ceylana było niewiele, to jednak postanowiłam wrócić. I dobrze. Opowieść prosta. Zabito człowieka, są podejrzani, od kilku dni trwają poszukiwania miejsca, w którym zakopano ciało. Prokurator, lekarz, policjant, morderca i kilku technicznych pomocników jeżdżą więc po okolicy, rozmawiają o drobiazgach, spisują raport z odnalezienia, potem z sekcji zwłok… prawie nic, ale między słowami, zdecydowanie na plan pierwszy przebija się to, co niedopowiedziane. Prowincjonalna historia kryminalna odsłania tragedie, z którymi żyje się latami, które uchodzą z człowieka szczelinami. Prokurator opowie o dziwnej śmierci młodej pięknej kobiety, nie mówiąc wprost, że chodzi o jego żonę. Policjant udręczony pracą, w której irytuje go to, co „nieludzkie”, ucieka w obowiązki, byle dalej od upośledzenia syna zamkniętego w domu. Lekarz w zapisanej na zdjęciach sprzed lat miłości zamyka tajemnicę obecnej samotności… I ten, który zabił, działał wiedziony fatalną, zgubną niedozwoloną miłością albo pamięcią o niej. Niedopowiedziane historie i obrazy Anatolii fotografowanej okiem Ceylana. Niesamowicie fotograficzny, malowniczy (choć oczywiście nie na turystyczną modłę) film.

Code Blue (Urszula Antoniak), o intymności doznawanej w taki dziwny, szarpany sposób. Może chorobliwy, jak chcą niektórzy. Ale za mną chodzi myśl, że skrajność wcale tu nie jest patologią. Samotna kobieta, pielęgniarka, szuka zaspokojenia głodu bliskości w chwilach dzielonych z umierającymi. Podobno nie można doświadczyć bardziej sekretu drugiego niż w chwili jego śmierci. Główna postać rozgrywa swoje spotkania z intymnością pacjentów, naruszając niejedną granicę. Jest zamknięta, szczelnie impregnowana, niemal okaleczona niezdolnością do stworzenia bliskiej relacji w normalnym życiu. Otwiera ją coś ekstremalnego – bierna obserwacja gwałtu, utajona fascynacja nieznajomym. To, co ją budzi, jednocześnie bardzo mocno rani, wyzwalając niekontrolowane, skarłowaciałe, w dodatku zdeptane emocje. Film budził kontrowersje. Mnie nie gorszył, ale miał tak potężną dawkę goryczy, że nie chciał się ode mnie odczepić.

Rozstanie (Asghar Farhadi), irański zdobywca berlińskiego Niedźwiedzia, absolutne mistrzostwo. Film otwiera rewelacyjna scena sądowa, w której bohaterowie proszą o orzeczenie rozwodu, bo oboje chcą czego innego: ona wyjechać z tego kraju, on zostać i opiekować się chorym ojcem. Jest jedenastoletnia córka, która miota się między nimi. Rozstanie, przynajmniej na początku, wydaje się czymś tymczasowym. Na powierzchnię wypływa wkrótce równoległy obraz życia innej rodziny, kobiety, która przez kilka dni, nieudolnie dogląda chorego dziadka. Zagęszczenie problemów etycznych, które eksplodują, gdy rozpocznie się nowa rozprawa, tym razem mająca charakter oskarżenia, jest imponujące. I rozegrane tak, że brak słów, oddających moje uznanie. Zaufanie, wiara i zwątpienie w drugą osobę, bezkompromisowość, wybór między skutecznością a prawdą. Dojrzewanie do dorosłości. Jeśli ktoś stwierdzi, że mistrzowska jest scena pierwsza, to co powiedzieć o scenie ostatniej? Chapeau bas!

Koń turyński (Béla Tarr)… Reżyser przed projekcją: „to będzie biało-czarny, trochę nudny film, z kilkoma osobami, którym należy współczuć. Zawierzcie swoim oczom, nie bądźcie zbyt wyrafinowani”. Dwie i pół godziny niedziania się, nierozmawiania, powtarzających się sekwencji, monotonii podszytej niesamowitym, choć nienazwanym dramatyzmem. Prosta chata, w której mieszka stary woźnica z córką. W stajni stoi koń, który jest „tym koniem”, utrwalonym w opowieści Nietzschego. Filozof widział, jak go katowano, nie umiał się z tym pogodzić, odkupił to obłędem. Pojawia się w cytacie na początku filmu, później znika. Zostają prości ludzie, jeszcze prostsza scenografia, wichura, która przez sześć dni rozrasta się i niemal wchłania w krwiobieg. Wichurę słyszy się jeszcze długo po seansie, choć w filmie, u skraju szóstego dnia zamienia się w ciszę. Ale wtedy ustaje już wszystko. Niknie światło, umiera koń, rozpada się świat.

Meek`s Cutoff (Kelly Reichardt), zaskoczenie – western w stylu Pikniku pod Wiszącą Skałą. Rozjaśnione kadry, prerie, konie i wozy, które mieszczą cały dobytek wędrujących rodzin. Trzy małżeństwa, które zawierzyły, że Meek wskaże im krótszą drogę, a znalazły się na bezdrożach, jak w pułapce. Nie wiedzą, czy wciąż ufać przewodnikowi (ostatecznie, żadne z nich nie zna drogi, więc nie ma lepszej opcji), czy też ukarać sprawcę ich włóczęgi samosądem. Western, bo Zachód, bo sceneria, bo to ten świat, który znamy z westernów. A jednak inny. Kobiety towarzyszą mężczyznom nie tylko jako dodatek do pełnego wizerunku. Ich obawy dużo silniej przykuwają uwagę i budują napięcia niż postawy mężczyzn. Poza tym: Indianin! Szok dla kinomanów, którym ukazuje się tubylec niemówiący po angielsku. ;) Z Indianinem nie można się dogadać! A zawsze było inaczej! Bardzo podoba mi się aura tego filmu. Prześwietlenie, zmęczenie, gotowość do dalszej wędrówki, mimo wszystko.

Pina (Wim Wenders), po prostu Pina Bausch. Obejrzę na pewno jeszcze raz, gdy trafi do kin tej jesieni. Piękny film.

To były odkrycia największe.
Poza tym bardzo podobały mi się filmy polskie. W konkursie startowało ich dwanaście. Wygrał film Anki i Wilhelma Sasnali – Z daleka widok jest piękny. Nie znam. Widziałam sześć, w tym jeden już dużo wcześniej (Sala samobójców). Bardzo dobry film Bartosza Konopki Lęk wysokości (z duetem: Krzysztof Stroiński i Marcin Dorociński). Świetny film Leszka Dawida Ki (w tytułowej roli Kingi nie do zastąpienia Roma Gąsiorowska). Intrygujący Daas Adriana Panka (również z bezdyskusyjną obsadą: Chyra, Bonaszewski, Łukaszewicz). Dziwny, bo historyczny, kostiumowy, ale i wydarzenia wzięte nie z historycznego mainstreamu, i rzecz sama w sobie bardzo uniwersalna. Opowiada o sekcie frankistow z XVIII wieku. I co tu dużo mówić: wyśmienity Młyn i krzyż! Lecha Majewskiego. Widziałam również sympatyczny, wrocławsko-chicagowski film Saniewskiego, Wygrany. Najmniej nowohoryzontowy, ale przyjmuję go bez zastrzeżeń, akceptując licencję na bajanie, bo i to jest potrzebne.

I to nie koniec rzeczy dobrych. Podobały mi się również: Jesteś tutaj (Daniel Cockburn, Kanada) i zwycięzca konkursu Nowe Horyzonty Attenberg (Athina Rachel Tsangari, Grecja) i Limbo (Maria Sødahl, Norwegia), i Bez wstydu (Petter Næss, Norwegia) i pogodny, klimatyczny, z francuskim charmem zrobiony (niezbyt głęboki, ale ładny) Człowiek z Hawru (Aki Kaurismäki, Francja). Z notatek wynika, że powinnam wymienić jeszcze cztery tytuły. To znaczy, że naprawdę dużo było trafień bez pudła. Obejrzałam 29 filmów.