Archiwa tagu: biografia

o, bogowie!

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014

Religa (Kot)

„- To pan jest ten wariat ze skalpelem? Chciałem podziękować”.
Mówi lokalny „mafiozo” do Religi, który wzrokiem szacował, czy nie dostanie czegoś bardziej wprost. Ciosy odbierać umiał, bo los mu ich nie szczędził. I raczej nie w przewadze były te personalne. Obrywał, bo się o to prosił – wiedział, że zajmuje się czymś, co ma sens, a ma go dopóty, dopóki robi wszystko, co się da i przełamuje granice. Rzecz jasna, przesuwał granice możliwego tam, gdzie wielu bało się patrzeć. Ze strachu przed tabu (serce to nie mięsień, lecz szkaplerz ze świętościami), z inaczej pojmowanego respektu dla życia czy z powodu rutyny lub niewiary w siebie. Religa ma tę cudowną cechę, że nie chce czekać na cud i „musi spróbować”.

Fama niesie, że Tomasz Kot zagrał Religę brawurowo (zgarnął nagrody, a żaden potencjalny recenzent nie może przejść mimo tej kreacji). I fama w niczym nie przerasta wrażeń. Kot trafił na świetną postać, Religa ma szczęście, że wraca do nas w ciele i talencie Kota. Symbioza i sprzężenie zwrotne. Aż paraliżuje, gdy próbuje się znaleźć kilka słów, by ująć wrażenia. Mój sposób na przełamanie impasu to okrzyk: chapeau bas! Jaka radość, że film mnie tak uniósł! Wzroku nie sposób oderwać, energia zaraźliwa, sympatia calutka ulokowana po stronie docenta. Nie to, że postać-heros, bo przecież wicher nim miota i czasem znosi w rejony nonszalancji lub każe biegać po rondzie. Owszem, potrafi cofnąć pochopne zwolnienie z pracy, przyjąć pomoc od żony („nie jestem święta, jestem wkurwiona!”) i ogarnąć alkoholowe rozchełstanie. Nie ma wątpliwości, że trudno było z nim żyć, ale też zrozumiałe jest, że od takich ludzi się nie odchodzi. Bo trudno gdzie indziej znaleźć podobną temperaturę wrażeń, determinację i … radość gry drużynowej, którą prowadzi charyzmatyczny kapitan. Ukształtowany od pierwszych kadrów, ale i dojrzewający. Memento schorowanego profesora Molla: „pokora, panie kolego, ona jest najtrudniejsza” – trafia do Religi dość późno.

Słowem: postać jest siłą filmu. To, kim jest i w imię czego działa. To, jak rozgrywa realizację swych celów. To, jak chodzi, uśmiecha się, wścieka, patrzy spode łba, kopci papierosy, pruje swym żabim fiatem przestrzenie polskich dróg. Jak dziecko cieszę się, że we mnie ta postać zostanie i że – tak się akurat składa, choć dla jakości filmu nie jest to fundamentalne – zostawia pozytywne, ludzkie przesłanie.

Bogowie, papierosNie wiem, pod czyim adresem kierować słowa uznania za narrację, tempo, konstrukcję scen. W stronę reżysera (Łukasz Palkowski), bo on odpowiada za całość. Ale częściej przychodził mi na myśl scenarzysta (Krzysztof Rak), który rzecz rozpisał, wymyślił sceny i dialogi, pewnie niejedno odrzucił, by stworzyć coś, co rewelacyjnie łączy dramatyzm, dowcip, ówczesne realia i sprawy odwieczne. 

Pierwsza sprawa to wybór fragmentu biografii. Bo jest to film o Zbigniewie Relidze, lecz ujmujący jedynie wycinek jego losu. Preludium to rok 1969 – burza medialna po pierwszej operacji na żywym sercu, przeprowadzonej przez profesora Molla w 1969. Pionier i epigoni, polskie piekiełko mentalnego zaścianka: „Polak Polakowi nawet klęski zazdrości”. Ten wątek będzie towarzyszył percepcji osiągnięć Religi w światku rodzimej medycyny i za sprawą mediów będzie sączył wątpliwości w odbiór społeczny. Kulminacją opowieści są pierwsze próby transplantacji serca (1985-1986), czasy pionierskich eksperymentów (!) kończących się śmiercią pacjentów w krótkim terminie po operacji. Oczywiście, poprzedzone pokazaniem stylu pracy głównego bohatera, serii potknięć i sukcesów, ceny płaconej za – nie z własnej winy wynikające, ale jednak – niespełnienie nadziei pacjentów (vide: nastoletnia Ewa, „dająca się pociąć” przez sympatycznego Zbyszka). Niczego o tym, co ukształtowało Religę i niczego o tym, dokąd doszedł i w jaki sposób odszedł (2009). 

Druga rzecz to gatunkowy miks – bo ogląda się Bogów jak kino akcji, sensację podszytą komedią (!), dramat psychologiczny i obyczajowe studium środowiska i peerelowskiego społeczeństwa. Przy czym zgrabnie to wszystko wyważone i nakręcone w tempie, które wstrzymuje oddech.

Trzecia sprawa: dialogi. Żadnych przegadań, w ogóle: nie ma wielkich rozmów. A tego można by oczekiwać, bo na przykład relacja Religi z żoną mogła prowadzić do jakiejś spektakularnej wymiany zdań. Tymczasem: są emocje, jest więź i obecność, trwanie pomimo…, spojrzenia i wypalanie wspólnego papierosa. Podobnie rozgrywają się rozmowy ze współpracownikami, z oponentami, z pacjentami lub rodzinami pacjentów. W sam raz. Sporo kwestii zapada w pamięć. Nie wszystkie zabrzmiałyby dobrze wysadzone z kontekstu – a to walor, bo słowo w filmie wcale nie ma brzmieć jak tekst do cytowania. Jak choćby ekspresyjny wytrych „k…a”, który ma naprawdę polisemiczną wymowę. Podczas jednej z operacji asystująca pielęgniarka rzuca: „- Oczko”. „- Co oczko?” „- No dwudziesta pierwsza k..wa pana docenta”.

Przechodzień

Jedna z pierwszych scen: Religa idzie szpitalnym korytarzem (jak na zdjęciu poniżej) do sali, w której leży czyjeś martwe ciało. Nastawia zegar i w tempie możliwie najszybszym wyciąga serce. „Trzydzieści pięć minut, k.rwa, za długo!”. Za moment wciąga go wir nagłych okoliczności i decyduje się na operację, której nikt bez zgody szefa kliniki nie chce podjąć. A Religa migiem podejmuje decyzje, reżyseruje jakby wiedział, co robić, podczas gdy tyle samo zależy tu od wiedzy, co od intuicji i fartu. No ale alternatywa jest żadna. Do prosektorium wysyła kogoś, by po nim posprzątał. Istny Hitchcock! 

Scena, którą polubią chyba wszyscy. Zdjęcie powyżej. Religa właśnie zwolnił się z pracy w warszawskiej klinice z zamiarem wyjazdu do Zabrza. Wychodzi z torbą, w drzwiach szpitala zamieszanie, bo przywieźli pacjenta w stanie „nierokującym”. Religa wyławia strzępki komentarzy sanitariuszy, po czym rzuca tobołki i zaczyna operację w drzwiach. Serio. Wkłada rękę do środka, wydaje dyspozycje i już każdy ma swoją rolę. Dopiero po chwili któryś z sanitariuszy reaguje pytaniem: „-Kim pan jest?” „- A przechodziłem tędy…”

Oj, a początki słynnej kliniki w Zabrzu, której objęcie oferował mu znajomy! Propozycję przyjął, gdy zrozumiał, że na zielone światło dla transplantacji w Warszawie się nie doczeka. Przyjeżdża więc na Śląsk, a tu… plac budowy i zmieszanie inicjatora pomysłu, że na łóżka może starczy, ale ze sprzętem będzie krucho. Religa zakasuje rękawy i wyciąga kasę skąd się da. Seria świetnych scen. Czy to o „Jadzi”, której można coś podebrać, czy o dyrektorze, który mruczy, że no, tak, tak, wspieramy…, ale już myśli jakby uwolnić się od natręta. Spojrzenie Religi: „- Oddech płytki, otłuszczenie…, do zobaczenia, panie dyrektorze”.

Przyjmowanie kadry medycznej. Szczęście do młodych fachowców z pasją (Andrzej Bochenek, Marian Zembala) jest obustronne, bo nigdzie nie ma tylu szans na rozwój, co u Religi. Bezceremonialność i serdeczność: „- Ok, witam, skombinuj sobie jakiś fartuch”. Pielęgniarki, które zbudują później zaplecze mocnej ekipy, są świeżo upieczonymi przyjezdnymi adeptkami zawodu. Zembala martwi się o fachowość kadry, przecież co najmniej dwa lata potrzeba na przeszkolenie kardiochirurgicznej pielęgniarki! „- No to zaczynać. Nie ma na co czekać!” Rewelacyjna jest rozmowa Zembali z Religą, w której podpytuje docenta, „jak to się robi?” Jadą właśnie do Warszawy po zgodę na pobranie organu od dawcy, więc Religa odburknął – jak to jak, normalnie, ktoś się zgadza, potem przewóz, operacja. No ale Zembali chodzi o niuanse operacji właśnie. Religa puentuje rozbrajająco: „a tego to nie wiem, nie robiłem”.

Polski film z dobrą akcją, ze świetnymi dialogami, z postacią, która budzi w widzu ważne struny. I jeszcze sceny operacji, które oglądamy bez zażenowania porównaniem z którymś z amerykańskich seriali. O, bogowie, nie wierzę, ale widziałam, więc nie wątpię. Tak właśnie jest.

Kot jako Religa

beksa razy dwa

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2014

Beksińscy. Portret podwójnyStrzał w dychę: tacy bohaterowie są jak podwójny magnes. Zdecydowanie bez sensu byłoby rozdzielanie postaci. Życiorys ojca naznaczał syn, ojciec determinował syna. A przy tym obie osobowości są pełne. Mroczne (to słowo jest skazane na nadużycia, słowo dyżurne), podbite tęsknotami i tajemnicą, stemplem dziwności, introwertyzmu i wylewności zarazem. Zdzisław – oryginalny malarz (zawieszę dopowiedzenia, pomnąc jak śmiał się z etykiet). Tomasz – krytyk muzyczny, dziennikarz, tłumacz. Po prawdzie, wbrew tytułowi, dostajemy do ręki biografię potrójną. Ale ta trzecia, pani Zofia Beksińska, cicha, oddana, „z niską samooceną i poczuciem klęski”, żona i matka, nie miała przebicia, by wcisnąć się na okładkę. Niemniej: jest.

Obrazy Beksińskiego znałam, mam album. Dawno do niego nie zaglądałam, lecz one są tak wyraziste, że przypominały się sugestią słowa. Może to – jak chcą niektórzy – sprawa maniery, monotematyczności, jednolitej tonacji nastroju. A może – jak chcą inni – piętno talentu. Dość, że kolorystyka i stałe motywy (czaszki, obłażąca skóra, krzyże, trumny, pejzaże „metafizyczne”) stały się scenerią tej lektury. Nic dziwnego. Czytam o tym, skąd się wzięły, jak powstawały, jaki był wokół nich ruch czy zastój. Wisiały przecież na ścianach. W tych dekoracjach rozgrywało się życie Beksińskich.

TomekTomek oglądał je od dzieciństwa, wyszukując co lepsze elementy. Patrzył wtedy na ojca (nomen omen) jak w obrazek. „W młodości trzeba mieć kogoś, kto stanie się dla ciebie przewodnikiem. Dla mnie był to stary”. Gdy jako trzydziestolatek przytwierdzi sobie wampiryczne zęby, zarzuci czarną pelerynę z czerwoną podbitką i po raz enty będzie szukał bladolicej, czarnowłosej piękności na wzór „kobiety-węża”, to będzie kontynuacja tego, czym rajcował się jako przedszkolak w sanockim domu Beksińskich. Szalenie dużo wziął od Zdzisława. Część pewnie świadomie: był w posiadaniu rockowych płyt, zanim dostępne były szerszej publiczności. To ojciec malował przy głośnej muzyce i kazał sobie płacić za obrazy sprowadzanymi z zagranicy na podkarpacką prowincję płytami. („potrzebuje wokół siebie huraganu dźwięków, marzy o aparaturze tak głośnej, że pocieknie mu krew z uszu”). Maniackie kolekcjonerstwo obaj mieli we krwi. Tomasz w warszawskim mieszkaniu (Mozarta 6) jeden pokój wypełni płytami, drugi filmowymi kasetami. Muzyka i film.

Dwa kurki, z których płynęła fikcja, emocje, esencja życia. Tak się jakoś splatały wizje, urojenia, koszmary ze snu i z życia, że niełatwo je było rozróżnić. Może rację miał Tadeusz Nyczek (przyjaciel rodziny, propagator twórczości malarza), że Zdzisław tworząc obrazy, dawał upust wyobraźni, Tomek tego wentyla nie znalazł, więcej zatrzymał w sobie. A to miało siłę toksyn.

ZdzislawZ pożegnalnego listu Tomka do ojca sączy się rozczarowanie, „pragnął zawsze żyć w innym świecie, gdzie reguły są proste, przyjaźń jest przyjaźnią i tak dalej”: „Wiem, że to świat fikcji, ale może i ja przez te 41 lat byłem fikcją. Odchodzę do świata fikcji, bo tylko tam było mi dobrze. Błagam na wszystko, nie budź mnie”. Samobójstwo Tomasza w Wigilię 1999 roku, po kilku próbach i licznych groźbach, stało się faktem. Materializowało wiszące nad rodziną przeczucie tragicznych alternatyw. Pięć lat później (i dwa miesiące) zamordowany zostanie ojciec. Zosia odeszła najwcześniej.

Twórczość Tomasza nie wiązała się z żadnym ściśle artystycznym fachem. Raczej sztukę zapowiadał i objaśniał (programy muzyczne w Trójce, arykuły i felietony w pismach typu „Tylko Rock”, tłumaczenia ścieżki dźwiękowej filmów – seria Bondów i Monty Pythona). Pozornie, bo w gruncie rzeczy szalenie artystowsko (z całym repertuarem tragicznie kabotyńskich znaków) kreował własny image. Niebezpiecznie wkręcając się w gotycko-romantyczno-neurasteniczno-depresyjne klimaty, w których zamotał się na amen.

Beksiński. C

Beksińscy. Portret podwójny to dobrze skonstruowana biografia. Duża porcja wiedzy o dorobku Zdzisława i Tomasza, podana z uwzględnieniem wielu perspektyw. Są wypowiedzi zawodowców, przeważa jednak podgląd codzienności, a więc wyznania tych, którzy na różnych etapach życia byli blisko Beksińskich. Naprawdę niesamowita jest różnorodność źródeł. Grzebałkowska dotarła do tak wielu osób (cześć kryje się pod zmienionym imieniem), do tak bogatych materiałów, że portrety są … nie powiem „pełne”, bo takie być nie mogą, ale zniuansowane.

Dodam, że tradycją Beksińskich było prowadzenie dziennika fonicznego, utrwalającego życie rodziny, a później każdego z panów z osobna. Obaj też pisali listy. Na ogromną skalę. Listy Tomasza są emocjonalne, wiwisekcyjne, konfrontujące go ze światem. Są skrajne: od fascynacji i marzeń o miłości, po żółć, obrzydzenie, pretensjonalne oskarżenia. Zdzisław, daleki od ekshibicjonizmu uczuciowego, jest z kolei mniej autokreacyjny, lubi komentować rzeczywistość. Poza tym: tych listów są krocie, niektórzy adresaci otrzymali ich ponad tysiąc! Rozmowy przebiegały na naprawdę licznych łączach. Ogromna dawka informacji – dla każdego, kto kiedyś zapatrzył się w obraz i chciałby bliżej poznać artystę lub dla tego, kto jeszcze pamięta kultowe audycje Tomka, bardzo osobiste, a przecież tajemnicze i budzące chęć poznania bliżej samotnego wampira-melomana. A przy tym materiał jest atrakcyjny w czytaniu, podzielony na krótkie rozdzialiki, z wyczuciem inkrustowany archiwaliami. Czyta się dobrze. Choć nie powiem, by lektura uskrzydlała.

Beksiński. B

Przekonuje mnie ten podwójny portret. Również dlatego, że rozstałam się z książką, nie mając gotowych etykietek. Opowieść wywoływała we mnie irytację, zaskoczenie dziwactwami czy infantylnością. Budziła przekonanie o upierdliwości charakterów.
Ale też przekonywała do oryginalności, niezależności, niesamowitej pasji, nieporadnej, lecz niepodważalnej miłości.

Wcale nierzadko ktoś kusi się o ocenę, diagnozę relacji między Beksińskimi. Tomkowe szafowanie śmiercią (od ekcentrycznego rozwieszania nekrologów o swym odejściu, po dużo subtelniejsze gesty) uruchamiało pytania i szukanie przyczyn. Przykład:
„Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”.
Prawda. Zdzisław brzydził się małymi dziećmi (nasiliło się, gdy pojawił się Tomek, więc prosił o pomoc psychiatrę). Nie znosił dotyku. Miał dziwaczne manie natręctw i obsesji. Szalenie irracjonalne, choć sprowadzające się do praktycznych sfer życia: lęku przed podróżą (choćby wyjściem na proszoną kolację), strachu, że zabraknie produktu, do którego się przyzwyczaił (stąd: chomikowanie na potęgę), niechęć do jakiejkolwiek przynależności. Egocentryzm i podporządkowywanie sobie bliskich. Przy totalnym braku asertywności (paradoksalnie). Oj, te jego prośby-zlecenia, by kupić mu to, czego brak w Sanoku! Od materiałów do pracy, płyt z muzyką, po drobiazgi prywatne. Dziurę w brzuchu wiercił i wybrzydzał. 

Tomek z kolei męczył swą potrzebą opowiadania filmów, przebywaniem w fikcji, nadętym osądem świata. Choć była to maska ochronna i przed wieloma potrafił ją (na moment) zdjąć. Rodziców nie oszczędzał: groził, oczekiwał obsługi i wsparcia, utwierdzał w nieporadności. Pewnie prawda. W świetle reflektorów te relacje dziwaczeją, są ekscentryczne i niezdrowe. Ale przekonuje też siła wzajemnej przynależności. Gotowość do poświęceń, pewność, że jest się dla drugiej strony kimś ważnym. Ból, który rodził się ze strachu o dziecko, niemające sił, by pokochać życie. Felietony syna, w których portretował ojca jako równego gościa, którego warto znać.

Beksiński. A

Dobrze skonstruowana biografia zyska na tym, że nie będę jej okrawać i streszczać. Wyciągnę więc z niej kilka przypadkowych nitek – mnie oplotły.

Podstawowa sprawa to pasja. Zdzisław (z wykształcenia architekt, przez pewien czas na etacie w sanockiej fabryce autobusów) nienawidzi pracy, jednocześnie bez czasowych ograniczeń oddaje się tworzeniu, czyli niezłej fizycznej harówce. Zaczyna od reliefów, grafik i rzeźb. Stawia na fotografię. Potem kosztuje malarstwa (uczy się wszystkiego sam, od podstaw, zachłannie i przeklinając swą niemoc). Nadejdzie czas grafik komputerowych i fotomontaży. Próbuje sił w literaturze (ponoć paralelnej do malarstwa). Chłonie nowości muzyczne. Wie „wszystko” o komputerze, zafiksowując się na posiadanie coraz nowszych modeli. To już obrzeża pasji: obłędne wręcz gadżeciarstwo. 

Tomasz – podobnie: „był niesamowicie pracowity i świetnie zorganizowany. Wstawał rano, szedł do szkoły, a potem do wieczora zapieprzał”. Jako nastolatek: pisze opowiadania, nagrywa słuchowiska kryminalne, później kryminalne komiksy fotograficzne, wydaje płyty (tekturowe, lecz z bajerancko dopracowaną oprawą graficzną), wreszcie: zostaje prowadzącym szkolny radiowęzeł. Jest do bólu profesjonalny, nie improwizuje, ma przygotowany tekst i muzykę przyciętą co do sekundy, nieprzypadkową. W życiu zawodowym – był dziennikarzem, zajmującym się tym, na czym się znał.
Z dużą frajdą czytałam o jego przygodach z tłumaczeniem anglojęzycznych filmów. Wiele mówi jeden z jego felietonów:
„Wyżej podpisany ma opinię upierdliwie wymagającego, ale jeszcze więcej wymaga od siebie. Poza tym uczy się na błędach. Zatem: 1. Będę wdzięczny za wskazanie każdego błędu, jaki znajdziecie w tłumaczonych przeze mnie filmach. 2. Odcinam się raz na zawsze od wszelkich przekładów tekstów piosenek, które robiłem przed laty i czytałem na antenie. Była to robota translatorskiego analfabety. Od tamtej pory przeszedłem długą drogę i wciąż się uczę. 3. Gdybym mógł, poprawiłbym całego Monty Pythona. (…)”

Biografia podwójna obejmuje dwóch mężczyzn o zwielokrotnionych wcieleniach. Starszy był otwarty na powiew nowego i wszystkiego chciał doświadczyć na własnej skórze. Młodszy wypalił swoją ciekawość bardzo szybko. Czas płynął, a jemu wciąż się zdawało, że teraźniejszość nie dogoni przeszłości, że przyszłości po prostu nie ma. Nikt nie prześcignie Kruka Edgara Allana Poego. Nic nie zabrzmi tak jak przed laty End of the Night The Doors…

 

* Fotografie Tomasza i Zdzisława wzięłam z książki, obrazy dostępne są m.in. na stronieBeksińskiego.

ćmik na odwagę

Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, Niemcy, Francja, Luksemburg 2012

Hannah ArendtĆmik, po poznańsku: papieros, to bohater pierwszoplanowy. Ach, jak się Hannah zaciąga! Gdy gawędzi z przyjaciółmi (kto inny piłby kawę), gdy obserwuje oszklonego Eichmanna (zamiast gryzienia paznokci), szukając słów nad maszyną do pisania (mogłaby zagryzać wargi), myśląc nad niepojętą „banalnością zła” (tu w zasadzie nie ma zamiennika, musi być papieros). A najbardziej widowiskowy wydaje mi się dymek podczas zajęć ze studentami. To były czasy! Profesor Hannah Arendt nie musiała zważać na poprawność polityczną, ani troszczyć się o zdrowie biernych palaczy. Gdy z zaawansowaną grupą lektoratu niemieckiego zapuszczała się w tyrady o źródłach i przejawach zła, gdy jak na talerzu miała przed sobą powszechną aprobatę i zachwyt… siadała na stole, zakładała nogę na nogę i najnaturalniej w świecie uruchamiała gest, który jej ciało niezawodnie miało wdrukowany na amen. W kulminacyjnej scenie wykładu, podczas którego zmierzy się z postawionymi jej oskarżeniami, wyciąga papierosa już na początku: „Pozwólcie, że dziś od tego zacznę”.

Film mi się podobał. Chyba najbardziej ten retro styl przyprawiony „niemieckim” temperamentem uczennicy Heideggera. Archiwalne materiały z Jerozolimy, wypowiedzi osądzanego Eichmanna, fragmenty zeznań świadków… integrowały się z nim bez zarzutu. Oczywiście, pomysł na „biografię” myślicielki (de facto rok z jej życia) niósł z sobą karkołomne zderzenie niefilmowego intelektualizmu z obrazem, który jeśli miał zachować dynamikę dyskursu, musiał „rozprawy” filozoficzne sprowadzić do chwytliwych cytatów. Takich w sam raz na gazetowy lead. Ale to ryzyko – z drugiej strony – stało się błogosławieństwem, bo Hannah była nie nie tylko myślą, lecz i ciałem.

Mnie się podobało, ale natrafiłam nazajutrz na filmwebową recenzję Darka Aresta, która nicuje film – i to, niestety, przekonująco. Więc w końcu nie wiem, jak jest, ale będę się trzymać swoich wrażeń i dla wygody nie wchodzić w polemikę.

Jest papieros, i jest pocztówkowy Manhattan – w ekspozycji i na finiszu. Czerń nocy i tysiące światełek w drapaczach chmur. A w środku zbliżenie na Nowy Jork i Jerozolimę (1960-1961). 

Wybitna filozofka (Żydówka, która emigrowala z Niemiec, doświadczając po drodze obozu dla internowanych), mająca już w swoim dorobku książki, z którymi liczył się akademicki świat (Korzenie totalitaryzmu), na wieść o procesie Eichmanna gotowa jest wcielić się w korespondenta z Jerozolimy. „New Yorker” daje jej szansę. (To nobilitacja dla pisma, ale też spore ryzyko – nie przypuszczano nawet, jak wielkie). Jedzie, obserwuje i widzi nie to, co założono, że zobaczy. I zgodnie z tym, co zrozumiała, pisze relację, która narobi sporo zamieszania, stając się z czasem publikacją o kluczowym znaczeniu: Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła.

Film akcentuje kilka aspektów widzenia sprawy przez Hannah Arendt. Primo: ukrywający się w Argentynie Eichmann, porwany w spektakularnej akcji Mossadu i postawiony przed jerozolimskim sądem, jest człowiekiem, którego chcą osądzić za całe zło nazizmu. Prawda, że jako główny koordynator Zagłady, obciążony jest potworną zbrodnią, ale jednostka to nie system i tylko za swoje winy może być sądzona. Secundo: dostrzega w „potworze” miernotę, urzędnika, wykonawcę rozkazów, bez diabolizmu i dewiacji. Eichmann jest kimś, „kto odebrał sobie prawo bycia człowiekiem”, zwolniwszy się z myślenia i podejmowania świadomych decyzji. Doprowadziło to do katastrofalnych skutków, a mimo to, on mógł czuć się niewinny, bo zdegradował się do roli wykonawcy rozkazów. Takich jak on są rzesze, zło jest banalne, ma twarz biurokraty. Arendt interesują nie tylko bezpośrednie ofiary Shoah, lecz sam proces wyzbywania się woli i myśli, czyli kastracja człowieczeństwa. Tertio: skala zbrodni zależna była od postawy żydowskich przywódców, których współdziałanie z nazistami najprawdopodobniej ją zwiększyło. (Arendt nie nazywa ich współwinnymi, jedynie nie dość mocno stawiającymi opór).

Hannah Arendt ani nie oskarża, ani nie uniewinnia, lecz płazem jej to ujść nie mogło. Uderz w stół… Nożyc odezwały się tysiące. I ta część filmu jest najbardziej interesująca. Bohaterka nie ustępuje. Póki może, nie chce nawet tłumaczyć się ze swoich wniosków. I jest to niezłomność bezkompromisowa. Drżą w posadach jej uniwersyteckie stanowisko, dobre imię, przyjacielskie układy. Interpretatorzy zniekształcają myśl, wedle swych możliwości percepcyjnych lub ambicji politycznych, dość, że deformują ją znacznie. Naczelnym orężem w walce z Arendt staje się oskarżenie o deprecjonowanie ofiar (kalanie żydowskiego gniazda) i „bycie bez uczuć” – to zawsze zręczny zarzut wobec kobiety-intelektualistki.

Hannah Arendt. Barbara SukowaNiuanse

1) Tony papieru, plon obserwacji jerozolimskich – do przeczytania, zanim stworzy własny tekst. A i tak najważniejszy jest proces czytania w myślach, tu się kłania papierosik i leżenie na kanapie z dala od papieru. 

2) Komentarze sceptycznej redaktorki „New Yorkera”: „Tołstoj potrzebował mniej czasu na Wojnę i pokój„! 

3) Bezpardonowość Hannah, w drobnych szczegółach, zdecydowana nie-miękkość. Na przynaglający telefon naczelnego NY, odpowiada bez skruchy: proszę nie przeszkadzać, to skończę wcześniej. ;) 
Spytana, czy aby nie uważa, że nie wszyscy zrozumieją greckie słowo w jej tekście, stwierdza, że owszem, należy je zostawić: niech się uczą greki.

4) Piękne róże, od męża lub od Mary, białe z różowymi przebarwieniami.

5) Zdjęłam z półki Eichmanna w Jerozolimie, jeśli nie całego, to choć kilka rozdziałów przeczytam. Kupiony w czasach, gdy zdawało mi się, że wszystko, co ważne, przeczytam osobiście…

nic się nie oprze

Delphine de Vigan, Nic nie oprze się nocy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012

Opór? Gdyby był, znikłby w okamgnieniu. Czytałam tę książkę, coraz silniej poddając się jej wpływom. Zaskoczona, że ból i melancholia mają w sobie tyle jasności, że są delikatne, płowowłose, idą lekko, choć niespiesznie, uśmiechają się i błyskotliwie żartują. Ból i melancholia skondensowane w pięknej, inteligentnej  dziewczynie, Lucile.

Nie mogłam się oderwać. A jednak niezbyt dużo byłam w stanie wyczytać na raz. Może to sprawa czerni (zapowiedzianej w motcie, powracającej), której jedna kropla – umieszczona przy palecie barw –  starczyła, by poczuć gorycz. A może to sprawa pióra Delphine de Vigan, którego atrament (w kolorze blue blue – taki mógłby być, gdyby był), zapisywał dość skondensowane emocje, które wolałam przyswajać porcjami.

Czytałam, zainspirowana tekstem Czary, który zapowiadał tę książkę w zimowym numerze „Archipelagu” (7), a niedawno został wznowiony na Jej blogu. Odsyłam, to dobre wprowadzenie, spróbuję nie dublować.

portret Lucile 

Lucile Poirie. Śliczna dziewczynka, której twarz zna cała Francja. Agencja fotograficzna nieźle płaci rodzicom, reperując domowy budżet. Rodzina Poirie jest hałaśliwie radosna, witalna, dźwigająca się z tragicznych doświadczeń niczym feniks z popiołu. Lucile dorasta w gwarze i samotności. Jest jednym z dziewięciorga dzieci Laine i Georgesa…

Lucile. Fascynująca kobieta – nieśmiała, zabawna, podziwiana i pożądana, zraniona… Nie wiadomo, kiedy „to” się zaczęło. Czy wtedy, gdy była niebezpiecznie blisko „tragicznych doświadczeń”? Czy dopiero po przetworzeniu ich w smutną, nieodwracalną refleksję, na przykład tę, którą przynosi pojawienie się adoptowanego brata „w miejsce” tego, którego zabrakło: „W ten sposób, pomimo wyjaśnień i zaprzeczeń, niejasno odkryłam, że jesteśmy wymienni. Nigdy potem, ani w miłości, ani w przyjaźni, nic nie zdołało mnie przekonać, że jest inaczej”. A może wydarzenia zewnętrzne nie mają tu nic do rzeczy, bo Lucile już taka była? Tajemnicza, nieuchwytna, samotna.

Lucile –  szalona i toksyczna, nieobliczalna. Jej ból ma moc autodestrukcji, lecz nie zamyka się w niej samej, promieniuje na córki, w których duma z pięknej i mądrej mamy miesza się ze wstydem i buntem… Choroba psychiczna, upadki i imponujące zwycięstwa. Aż po ostateczną decyzję, samobójstwo, o którym dowiadujemy się na pierwszych stronach opowieści Delphine de Vigan. 

pisanie jątrzy i leczy

Delphine jest córką Lucile i pisze biograficzną książkę o swojej matce. 

„Już sama nie wiem, skąd się wziął pomysł, żeby napisać o matce (…), wiem, jak bardzo [go] odsuwałam (…), sporządzając niekończącą się listę autorów, którzy pisali o swoich matkach, od najstarszych po tych najbardziej współczesnych, tylko po to, aby samej sobie udowodnić, jak mocno to zaminowany teren i ograny temat (…), sporządziłam spis przeszkód, na które z pewnością natrafię, porywając się na takie przedsięwzięcie”. 

Gdy bliski mężczyzna zada jej pytanie, czy na pewno musi  o  t y m  pisać – odpowie, że czuje potrzebę, by pisać i nie może pisać o czymkolwiek innym.
Nic nie oprze się nocy jest więc tyleż portretem Lucile, ile zmaganiem się i autokomentarzem dotyczącym tworzenia tego portretu. Awers i rewers, dyptyk, tekst właściwy i glossa. 

Uważam, że ten pomysł się broni. Gdy po tygodniu od lektury, sięgnęłam do niej ponownie, by przeczytać fragmenty odsłaniające warsztat pisarski i emocje piszącej, dostrzegam w nich siłę i słabość książki. Słabość, bo oderwane od zdarzeń z życia Lucile bledną, sporo w nich repetycji; zmagania z warsztatem przeplatają się z uwagami o bezsenności, impasach twórczych, bólach ciała, różnego typu ekspiacjach. Nie jest to odsłona metodyczna, raczej zapis tego, co przydarza się w kolejnych fazach pracy. Siła tkwi natomiast w tym, że odbieram te zapiski jako wiarygodne. Wierzę, że są ważnym dopełnieniem portretu Lucile, bo przecież dotyczą tego, co pozostawiła z siebie w swych dzieciach. Wierzę też, że zmagania Autorki mogą być potencjalnie odczytane jak próba radzenia sobie z własnym bólem i lękiem. Bólem utraty i lękiem, że wina lub gorycz nie opuszczą nas nigdy. Oba te „ukłucia” są mi osobiście dość bliskie. 

W komentarzach Delphine de Vigan – moim zdaniem – postawione są trzy pytania. Jak prawdziwie opisać Lucile (własną matkę)? Jak ją zrozumieć, wyjaśnić ją sobie samej? Jak ocalić siebie od traumy?

Jak ją opisać?

W fabule (zmyśleniem wypełniając luki), w przytoczonych rozmowach z tymi, którzy byli blisko (rodzeństwo!), w cytatach z tekstów Lucile, w rekonstruowaniu wspomnień swoich i siostry. Kolosalna praca, chodzenie po śladach, które parzą. A i tak niemożliwy jest sukces. To nie zarzut, przecież każdy literacki portret pozostanie szkicem. Pisanie niewiele może – „co najwyżej umożliwia stawianie pytań i przeszukiwanie pamięci”.

W gruncie rzeczy najbardziej brakuje mi jej własnego punktu widzenia, słów, które sama by dobrała, (…) znaczenia, które nadałaby wydarzeniom, szczegółów, które należałyby do niej”.

Jak zrozumieć?

Jest wśród licznych wspomnień Delphine taki obraz, gdy idą we trójkę w stronę paryskiego metra. Lucile trzyma za rękę Manon, młodszą córkę, odwraca się i uśmiecha do starszej. Jest w fazie chwilowego zneutralizowania depresyjnych cieni. Taka utrwali się w kadrze pamięci Delphine: „Lucile stała się maleńką, kruchą, posklejaną, połamaną rzeczą, której tak naprawdę nie dało się naprawić. Ze wszystkich zachowanych obrazów matki ten sprawia mi bez wątpienia największy ból”.

Co chciała zrozumieć? Początki, źródła osobowości matki. Sekrety, jeśli były i miały znaczenie. Co ciekawe – nie przepytuje mężczyzn, z którymi była związana matka, nie chcąc rozgrzebywać tego, co intymne, niekonieczne i wymagające ochrony. Wobec innych jest nieustępliwa w zadawaniu pytań, gromadzeniu okruchów. 

Najtrudniejszą fazę życia Lucile – gdy faszerowana lekami lub z powodu ich braku nie była sobą – Delphine zna z własnych obserwacji. Miała wtedy 10-20 lat. Tylko ile można wtedy zrozumieć? Na wierzch wypływa głównie poczucie odrzucenia, braku czułości, niepewność, niestabilność, lęk przed samobójstwem (towarzyszył Delphine od zawsze). Niewiele więcej może, gdy ma lat czterdzieści, bo tajemnica wymyka się lub otworzona podlega deformacji. Liczą się – na wagę złota, na wagę bezcennego piękna uśmiechu Lucile – wszystkie próby wykreowania portretu.

Jak ocalić siebie?

Ten temat zepchnięty jest na trzeci plan, Delphine koncentruje się na Lucile, nie pyta o siebie wprost. Ale pytanie to jest niczym główna podziemna arteria, główna żyła krwiobiegu. Posłuchajmy:

…musiałam to zrobić, nie po to, by cokolwiek zrehabilitować, uhonorować, udowodnić, odbudować, wyjawić czy naprawić, tylko żeby się do tego zbliżyć. Zarazem dla siebie samej i dla moich dzieci – na których ciąży mimo wszystko echo lęków i wyrzutów – chciałam wrócić do początku.

Piszę tę książkę, ponieważ mam dzisiaj siłę, aby się zatrzymać nad tym, co mnie przenika, a niekiedy zalewa, ponieważ chcę się dowiedzieć, co przekazuję, ponieważ chcę przestać się bać, że spotka nas coś złego, jakbyśmy żyli pod piętnem klątwy, chcę móc korzystać ze szczęścia, z energii, z radości, nie myśląc o tym, że niszczy nas coś przerażającego i że w cieniu zawsze będzie na nas czekał ból”.

Gdy mówi o „śladach, które opierają się upływowi czasu i przeczeniom”, mówi w gruncie rzeczy o bólu utraty (niedającej się niczym wypełnić) i lęku, że poczucie winy (niedopełnienia, zaniedbania, nieuważności, niedokochania) może naznaczyć nas tak, że aż okaleczy. Tego nie mogę zreferować, ale moje doświadczenie lektury potwierdza, że choć zgodnie z tytułem „nic nie oprze się nocy”, to jednak pozostaje nadzieja, że światło oddziałuje z tą samą siłą, więc również  „nic nie oprze się dniu”.

Poprę to epizodem, który mnie poruszył. Delphine sporadycznie wspomina o własnych dzieciach (Lucile była świetną babcią, one ją pamiętają, na pewno nie są wolne od aury, którą żyje rodzina). A ich reakcje genialnie łączą w sobie obie treści – tę o bólu i tę o leku (nie lęku).

„Kilka miesięcy temu, kiedy zaczynałam pisać tę książkę, mój syn (…) rozsiadł się w salonie, żeby odrobić lekcje. Miał odpowiedzieć na pytania z czytania ze zrozumieniem (…). Na dziewięćdziesiątej dziewiątej stronie podręcznika do francuskiego Lettres vives, classe de 5e, widniało następujące pytanie: Jakie szczegóły dowodzą, że matka Jana domyślała się, iż jej syn nie wyleczył się z miłości? Czy mimo to jest ona w stanie zapobiec samobójstwu? Dlaczego?

Mój syn zastanawia się przez chwilę, po czym starannie zapisuje w zeszycie pierwszą część odpowiedzi. Następnie głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu i obojętnym, jakby w ogóle nas to nie dotyczyło, mój syn odpowiada powoli, jednocześnie notując:
– Nie. Nikt nie jest w stanie zapobiec samobójstwu”.

Zapobiec odejściom, rozstaniom, przeróżnym decyzjom, które uruchamiają odruch niezrozumienia i buntu.

przez szkiełko

Grzegorz Miecugow, Szkiełko i wokół. Rozmawia Violetta Ozminkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2012

Muszę na wstępie zrobić założenie. Jak w matematyce, gdy przeprowadzamy dowód i ustalamy dziedzinę – np. że nasze „x” należy do zbioru liczb rzeczywistych albo wymiernych etc. Tym samym zastrzegam sobie pewne pole rozważań, poza które nie wychodzę, bo tam moje spostrzeżenia mogą nie obowiązywać.

Założenie: do Grzegorza Miecugowa mam stosunek neutralny. Kojarzę go od zawsze, bo ma charakterystyczną twarz i rozpoznawalny głos. Nie śledzę jego poczynań (nie odbieram stacji TVN 24), a jego poglądy polityczne (jeśli jest dobrym dziennikarzem, to powinny być mocno ukryte) są mi tak samo obojętne jak to, czy w szkolnej stołówce będzie jutro pomidorowa czy kapuśniak – bo nie jadam. 

Przeczytałam wywiad-rzekę i poddałam się nastrojom. Najpierw uniósł mnie duch anegdoty. Później refleksji nad tym, jak to jest, że niektórym tak sprzyja wiatr i niesie ich (niby przypadkiem) tam, gdzie niejeden chciałby być. Wreszcie – powiało filozofią, spojrzenie na kosmos, uogólnione konkluzje na temat naszego hic et nunc, poczułam grozę nieogarniania celu, do którego zmierzamy. I to jest całkiem dużo jak na książkę w miękkiej okładce, bez pretensji do czegokolwiek, lekką, inteligentną, bez megalomanii.

Rzecz utkana z biografii, ale Miecugow jakby usuwa się w cień, dając pierwszeństwo ciekawym czasom i podglądowi znanych miejsc. Tym właśnie uzasadnia swoją zgodę na propozycję wywiadu: był w wielu kluczowych miejscach, a działo się to w znaczących czasach. I tak: najpierw Kraków (jest synem znanego dziennikarza i mieszkał na Krupniczej – w tym słynnym domu literatów), później Warszawa. Radio i telewizja, trochę prasa, trochę szkoła dziennikarska. Słynna radiowa Trójka, której szefuje przez 4 lata, narodziny komercyjnej stacji tv (z ambicjami, które później się rozwiały), tworzenie pierwszego w Polsce całodobowego kanału informacyjnego. Człowiek, który specjalizuje się w rozmowach – dumą napawa go program „Inny punkt widzenia”, ale prowadzi też (lepiej lub gorzej) „Szkiełko i oko”, gdzie rozmawia się spontanicznie i zależnie od impulsu widzów. 

Pierwsze: anegdotki

Dwie ulubione: o Szymborskiej i o wiadrze. 1) Było to w pamiętnym roku 1996, w roku katastrofy sztokholmskiej, która odmieniła los Poetki, czyniąc ją na wieki noblistką. Pani Wisława odpoczywa w Zakopanem. Na wieść o Noblu rygluje drzwi i chroni się przed nagabującymi jak może. Miecugow ma dyżur w telewizyjnym studio i chce namówić ją na rozmowę. Dzwoni. Recepcjonistka jak lwica chroni prywatności Szymborskiej. Miecugow prosi o przekazanie Poetce swego nazwiska. I rzeczywiście, to zadziałało. Byli sąsiadami na Krupniczej. Gorąca linia, będzie rozmowa, Miecugow podkręca głośniki, by koledzy słyszeli ustalenia co do ewentualnej rozmowy na wizji. Pani Wisława zaczyna prosto i zwyczajnie: – Grzesiu, a pamiętasz, jak mi nasikałeś na kanapę? – Pani Wisławo, nie pamiętam, ale czy może Pani… Mogła.

2) Ta historia zdarzyła się wcześniej. W powietrzu wisiała rewolucja. Coś się stać miało i niebawem się stało. Był koniec lat 70. Miecugow pracuje w radiu, razem z Kasandrą, panią Solecką.

„W kraju już było czuć pewien rodzaj dziwnego marazmu. Pewnego dnia pani Solecka powiedziała mi: «Panie Grzegorzu, idą straszne czasy, zobaczy pan, że za chwileczkę niczego nie będzie w sklepach, nawet wiadra». Dopadła mnie taka absurdalna wizja, że nawet wiadra nie będzie można kupić…”

Drugie: wiatr w żagle

Dlaczego właśnie Miecugowem tak kieruje Palec Boży (?!), że Mrożek stawia mu kolację w Paryżu (G.M. był wówczas studentem), Iredyński zaprasza do domu i udziela rad, jak pisać słuchowiska, Szymborska nie odmawia, Lem udziela odpowiedzi na pytanie, czy wierzy w Boga, a prezes Walter namaszcza zaufaniem. Jasne, że wyżej wymienione fuksy są różnej wartości dla różnych ludzi. Niemniej jednak… takie sytuacje to ja poproszę: idzie Miecugow warszawską ulicą, jest bez pracy, koleżanka pyta go „co i jak”, on mówi, że „nijak” i słyszy: „To przyjdź do nas, do radia, akurat rozglądamy się za nowymi głosami”

I teraz właśnie przypomnę poczynione założenie, że nie wnikam w roztrząsanie tego, co mi niedostępne. Bo może raz był to czysty przypadek, raz czyjaś rekomendacja, innym razem czyjaś wpływowość lub uległość. A co mi tam. Mnie interesuje taki fenomen, który w Miecugowie dostrzegam. Bycie podatnym na ruch wiatru, ustawianie żagli tak, by wiatr nas niósł. Drugorzędną sprawą jest sam talent, inteligencja, super umiejętności. Miecugow u początku swej radiowej kariery miał duże problemy z uzyskaniem karty radiowca (dykcja), żadnego pojęcia o montażu, lęk przed wystąpieniem na żywo. Okoliczności wyposażyły go w doświadczenie, dały pewność i odwagę tworzenia.

Ale myślę, że kluczowe są dwie cechy: otwarcie na nowe doświadczenia i własna inicjatywa. Bohater książki ma na swym koncie sporo ugrzęźnięć, co to by się nie zdarzyły, gdyby trzymał się sztampy. Choćby epizod ciężkiej fizycznej harówki na saksach w Wiedniu albo zupełnie z czapy – prowadzenie Big Brothera. Do kategorii „własnej inicjatywy”, czyli działań spoza głównego zawodowego nurtu, wrzucam pisanie radiowych monologów, słuchowisk, wydanie powieści (Przypadek – maj 2012). Te cechy to są napędzacze szczęśliwego trafu. Kto nie strzela, ten nie trafia.

Trzecie: filozoficzne zwątpienia 

Oszołomiły mnie dywagacje kosmiczne. Fascynacja ks. Michałem Hellerem – jeśli to komuś coś mówi. Ja co prawda nie potrafię na tym poziomie dyskutować, ale szacunek dla Hellera mam i stawiam go w jednym rzędzie z Tischnerem jako niezależną, głęboką, filozoficzną, a więc niezwykle rzadko spotykaną siłę umysłu w polskim kościele. I to że kojarzę, ustawia mnie w jakiejś niszy, do wielu innych nisz nie należę. Istnieją już tylko nisze, luźno rozrzucone zbiory ludzi posługujących się określonym kodem czy kanonem. Może niech Miecugow wyjaśni:

„Mamy coraz mniej wspólnej przestrzeni, w której możemy się dogadać. Myślę, że to się dzieje w całej naszej cywilizacji. Jeszcze dwadzieścia lat temu oglądaliśmy to samo, czytaliśmy podobne książki. Kiedy teraz mówię kolegom, że się cieszę, bo mam szansę porozmawiać z księdzem Michałem Hellerem, to okazuje się, że co drugi z nich nie słyszał o Hellerze. A z kolei kiedy pada nazwisko Lady Gagi, ja im mówię, że nie kojarzę jej z twarzy. Znam tylko zbitkę słowną: Lady Gaga. Moi studenci nic nie wiedzą o Zbyszku Cybulskim, nie wiedzą, kim była Brigitte Bardot. Oni się urodzili w 1991 roku. Skąd mają ją znać? W tym rozpadającym się starym świecie zostaje coraz mniej miejsca na tradycję, na ciągłość. Nie mówię jednak, że to źle, że stary świat się rozpada. Młodzi żyją w coraz bardziej pokawałkowanej rzeczywistości, w której jednak potrafią się zwołać, jak coś im zagraża”. 

W prasie najgłośniej komentowano to, że Miecugow bez pardonu mówi o stabloidyzowanym widzu, który domaga się papki, więc ją dostaje. Jajko było najpierw czy kura? Telewizja wychowała sobie widza, serwując tanią rozrywkę, czy widz pilotem zagłosował na te programy, które go bawią i „rozrywają”? Takie i inne rozmyślania zagęszczają się w ostatnich rozdziałach, więc gdy kończę lekturę, lekkość anegdot jest już wspomnieniem i myślę, że  w dziwną stronę świat zmierza. I nie da się kijem rzeki zawrócić, ale może warto spróbować jakiegoś niezależnego albo przynajmniej świadomego dryfu lekko pod prąd?

zahaczyć się o człowieka

Tadeusz Sobolewski, Człowiek Miron, Wydawnictwo Znak 2012.

Wiem że jestem
taki jaki jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest.

Wyprawa z motyką na słońce. Pisanie o Białoszewskim, o kimś, kogo nie sposób oddzielić od tego, co napisał i nie sposób sprowadzić do przypisanych mu etykiet. Te etykiety, oczywiście, istnieją sobie w najlepsze: poeta lingwistyczny, poeta rupieci, odkrywca peryferii istnienia, poeta osobny etc.

Ale po lekturze Sobolewskiego wszystkie one wydają się nieco chybione. Jestem bliżej Mirona, choć większy mam w głowie galimatias. I wiem, że gdybym przypadkiem chciała informacje o Mironie przekazać na wzór notki-szkicu biograficznego, to zabłądzę, minę się, wszystko uproszczę. Sobolewski też niewiele porządkuje. Jego książka (świetna!) ma taki odśrodkowy dyskurs. Miron w środku i od niego zataczane są kręgi, wraca się na te same miejsca, odskakuje, wraca, pod światło i z różnych perspektyw, w różnych punktach na osi czasu. Rozdziały sugerują jakiś porządek, lecz złudny, bo na planie pierwszym jest to, jak bardzo Miron był „dla i wśród” ludzi i jak mimo tej bliskości był nieuchwytny. 

Książka-esej, podzielona jest na rozdziały tematyczne, pisana po białoszewskiemu, gadaniem i nawracaniem. Jest szczerze i niepomnikowo (a mimo to książka jest swoistym hołdem), chwilami dość polonistycznie (rozbiórki poetyckich tekstów). Dużo Mirona, dużo pisania Mirona, bo pisanie i bycie to w tym przypadku jedno. Każdy może po nią sięgnąć, jednak chyba ciekawiej czyta się tym, którzy Białoszewskiego spróbowali oswajać już wcześniej.

Znak wydał dwa tomiszcza, obok wspomnianego eseju Sobolewskiego również Tajny dziennik, który teraz dopiero może być opublikowany. Wydane bliźniaczo, dziennik stoi na półce tylko z lekka podczytany, biografia rozpękła mi się na 88 stronie, mimo że wcale nie narażałam jej na perturbacje. Co wspólnego z Białoszewskim ma znany krytyk filmowy, współpracujący z „Wyborczą”, z „Kinem” i razem z Torbicką promujący złotą myśl: Kocham kino? Wiele. I ten związek przesądza o kształcie książki.

Tadeusz Sobolewski poznał pięćdziesięcioletniego Mirona, gdy jako student polonistyki odwiedził go z Pamiętnikiem z powstania warszawskiego pod pachą, by poprosić o dedykację. Książkę przeczytał jak powieść przygodową, była dla niego olśnieniem (że można nie o zagładzie, lecz o potrzebie życia). Przyszedł i wsiąkł, i odtąd bywał, współtworzył towarzystwo młodych, którzy lgnęli do Mirona, bywali w świątek piątek, spędzali u niego święta, noce, szmat czasu. „Świątek”  to na przykład wtorek, dzień spotkań, gdy na Dąbrowskiego trafiali i młodzi, i starsi, artyści, badacze (Trzy Eumenidy: Janion, Żmigrodzka, Baranowska), znakomitości i ci „bez nazwiska”. Bo to teatr, bo to czytanie wierszy. Salon literacki PRL-u, który istniał w ahistorycznym wymiarze, nie był ani „pro” ani „anty”. 

Tu, do poety, który uciekał przed oficjalną stroną życia literackiego, trafiali jak zabłąkane ptaki: Jean-Paul Sartre z Simone de Beauvoir i Allan Ginsberg, a centrum było łóżko Białoszewskiego, na którym chciano „przysiąść”. A osią tego mikrokosmosu na obrzeżach świata był Miron.

Sobolewski poznaje w tym środowisku swoją żonę: Annę, badaczkę literatury, pisarkę. Jego teściowa, Jadwiga Stańczakowa będzie jedną z najwierniejszych przyjaciółek-uczniów Mirona. To jej zapisze Tajny dziennik, który przez lata był w posiadaniu Sobolewskich („Eskich” według Mirona), dopóki nie ujrzał światła dziennego (luty 2012). Te związki rodzinno-towarzyskie sprawiają, że autor biografii (?) ma wyjątkowo trudne zadanie, które spotyka zawsze tych wiedzących za dużo, mających aż nadto tropów, by móc widzieć klarownie i jednoznacznie. A zarazem: kto mógłby napisać coś równie istotnego? Sobolewski („skażony”, „naznaczony” Białoszewskim – jak mówił na spotkaniu autorskim: musiał uciekać od pisania, bo wpływ M.B. byłby przemożny) trafił się Białoszewskiemu jak los na loterii. Jeszcze jeden fart, trochę ich było. Nie do końca z przypadku, Miron sobie zasłużył.

Skoro już ustaliłam, że żadnego porządku do tej notki nie wprowadzę, to wyciągnę sobie kilka anegdotek, cytatów, sytuacji, które polubiłam.

Wnęka, dywanik i Beethoven
Znana z prozy Białoszewskiego sceneria jego pokoju: ciemność, „coś z rupieciarni i coś z zakrystii”, stosy obrazów, okna zaczernione. Wtajemniczeni wystukiwali w drzwi pierwsze tony V Symfonii Beethovena: ta ta ta taa. W środku on, najczęściej w piżamie, w ciuchach szarych, nieprasowanych. A mimo to zdobywający serca również wyglądem, urokiem osobistym. Czapski pisał o nim: „Co w Mironie zaraz mnie do niego przekonało, to jego twarz i oczy. Czy czuję naprawdę jego poezję – nie wiem. (…) Jego uwaga głęboka (…) i ta pewność, że mówi się z człowiekiem jakąś władzę, jakąś samoistność w sobie mającym”.

Białoszewski  (piewca Grochowa, Chamowa, Saskiej Kępy) zawiaduje w łóżku, na którym można przysiadać. Łóżko we wnęce. „Był tak wtopiony w to wnętrze, że złodziej, który tam się dostał, nie zauważył jego obecności”

Sobolewski pisze o gronie admiratorów młodszych od Mirona o 20 lat: „Zaczęliśmy u Mirona bywać grupowo, najpierw w poniedziałki, potem we wtorki. Nocowaliśmy na dywanikach, rozłożonych koło tapczana Mirona. Leszek wsunął kiedyś głowę do pokoju Mirona, zobaczył nas i orzekł po wiejsku: Maciora z prosiętami leży!”. Dywaniki, na których można siąść blisko, trwają po latach  jako „znak bezpieczeństwa, wolności, nigdy nie cofniętej akceptacji – czegoś, czego udzielał nam nieustannie Miron Białoszewski”.

Róże
To epizod ze skomplikowanej relacji między Mironem a Lu. i Lu. (Ludwik Hering i jego siostrzenica, Ludmiła Murawska). Ludwik (arcyciekawa postać, „akuszer cudzych talentów”, tłamszący własne) był współautorem tekstów dramatycznych, pod którymi podpisał się Białoszewski. To nie było czyste zagranie. Nawet jeśli później, poniewczasie, naprawiane. Rzecz dzieje się tuż po ukazaniu się Pamiętnika z powstania warszawskiego (1970), Lu. i Lu. nie utrzymywali wtedy kontaktu z Mironem, oto relacja Ludmiły:
„Przysłał nam książkę pocztą. Ludwik czytał kilka godzin, a potem przyniósł ją do mnie, do pracowni na Syreny. Położył przede mną bez słowa. Czytałam do rana. Zadzwoniłam o czwartej, przed świtem. Nie spał. «Ludwik, to znakomita książka!» A on, zostawiając mi ją, specjalnie nic nie powiedział, żeby nie sugerować. Okazało się, że uważa tak samo. Zapadła decyzja: idziemy do Mirona. Trzeba przejść koło Hali Mirowskiej. Ciemno jeszcze było. Zjeżdżały ciężarówy z kwiatami dla hurtowników. Kupiliśmy takie surowe, nieoprawione 150 róż, ubite, długie, ciężkie. Ludwik zawiązał pętlę z jednej strony, drugą od ogona, i tak szliśmy z tymi różami na plac Dąbrowskiego. On zaczął rozkładać w dzbanki, naczynia, i tak się od nowa zaczęło…”

To mój najulubieńszy fragment z tej książki. Animozje, urażona duma i słuszny zapewne żal – pokonane przez uznanie dla dobrze wykonanej pisarskiej roboty. 

Miejsce dla inwalidy
Białoszewski opisał tę historię w Szumach, zlepach, ciągach, ale ja przytoczę ją za Sobolewskim, z jego komentarzem. Otóż:
„Klucz do mieszkania na Poznańskiej przez nieuwagę wpada do kloacznego dołu. Ten wypadek w jednej chwili zmienia status Mirona. Czekając na sublokatora, który się nie zjawia, wędruje po mieście, wyobcowany, usunięty poza nawias życia. (…) W końcu decyduje się przerwać fatalny ciąg. I jak nieraz bezwładność, niedziałanie wywiera lepszy skutek niż działanie.

Jedyne, co posiadał bohater tego opowiadania – skrawek pokoju, «ciepło, samotność, łóżko» – zostaje mu odebrane. Mogłoby się wydawać, że posłuży to poecie do odsłonięcia «kafkowskiego» absurdu lat stalinowskich, obnażenia własnej samotności. Ale nie. To opowiadanie mówi o czymś innym – o tym, że ratunkiem staje się świadomość.

Miron rezygnuje z walki o odzyskanie klucza. Niech się dzieje, co chce. Decyduje się jechać do matki, do Garwolina. W pociągu siada naprzeciwko starszego pana, który «wydał mu się podobny do sztywnego astra». [M.B.] „Pociąg ruszył i zobaczyłem nad sobą tabliczkę «miejsce dla inwalidy». Nie było już miejsc. Pomyślałem półżartem, że jeszcze mnie wezmą za inwalidę. Zacząłem półżartem ruszać nogami, rękami. Żeby było widać, że prawdziwe i czynne”. Trzeba robić wszystko, żeby nie dać się uwięzić w sytuacji i w czyimś spojrzeniu. Może cała rzeczywistość, z jej pułapkami i zawirowaniami, z tym, co nazywamy losem, jest falą rządzącą się jakimś prawem przyczynowo-skutkowym, na które nie mamy wpływu? „Wiedziałem, że czas rozwiąże wszystko sam”. I tak się stało. Wobec przeciwności losu zachowanie wewnętrznej wolności jest ważniejsze niż walka o swoje”.

Orientacja
A propos Tajnego dziennika akcentuje się szczególnie intymność Białoszewskiego, jego homoseksualizm. Nie chciałabym się wpisywać w komentarze, które to drążą. Choć całkowicie pominąć nie sposób, bo sfera seksu była dla Mirona ważna i przygód erotycznych miewał bez liku. A także kilku ważnych partnerów. Uderzyło mnie, jak inaczej trzeba to było wówczas w sobie wyważyć, ułożyć, zaakceptować i odsłaniać niż dziś. Że z jednej strony o tym się wiedziało, a z drugiej – nie była to sensacja, choć przecież mentalność z lat 70. miała pozornie (!) więcej progów do przekroczenia. Jest tak scenka, którą uwieczniła po śmierci Mirona pani Jadwiga. To zapis jej rozmowy z sąsiadką, Nelą.

„– Tyle lat żyję – wzdycha Nela – a pan Miron musiał odejść. Szkoda, że nie założył rodziny.
– Był przecież homoseksualistą.
– Ach, prawda, zapomniałam”.

Bo taki był Miron: osobny, ale swój.

Wiersze trochę nie takie
Tu chcę zwrócić uwagę
 na dwie odrębne sytuacje. Pierwsza rozgrywa się w czasach, gdy Miron dopiero przymierzał się do pisania i poświadcza o jego pokorze. Druga – gdy miał za sobą największe sukcesy, a życie (w postaci redaktorów z wydawnictwa) nadal uczyło go pokory, ale – jako że nie każdego nauczyciela słucha się tak samo – Miron postawił na dumę. Bo tak sobie od dziś tłumaczę, co znaczy „zachować się po chińsku”. ;)

„Gdy jako niespełna dwudziestoletni chłopak Miron przyznał się Ludwikowi, że pisze, i zaczął pokazywać mu swoje wiersze i poematy, Ludwik nie zostawiał na nim suchej nitki. Miron wracał od Ludwika z ulicy Częstochowskiej na Ochocie do siebie na Chłodną. Szedł Towarową – opowiada Ludmiła. – Pod latarniami były kosze na śmieci. Wyrzucał tam swoje poematy, jeden po drugim, i kiedy przychodził do domu, nie miał nic. Zaczynał od początku”.

Trochę za Czapskim powiem, że nie wiem, czy ja te wiersze „czuję”, może mi bliżej do prozy. I mogę sobie z łatwością wyobrazić, że nawet w PRL-u, gdy nie kalkulowano tak jawnie zysków, a gust „statystycznego” czytelnika nie był dyktatem, wydawanie Mirona było artystyczną odwagą. On sam tak to opisuje w Tajnym dzienniku

„Kiedy wiersze do Rachunku zaściankowego już się zebrały, Sandauer przyjechał do mnie do Otwocka (…) i zaproponował mi, że on ten tomik ułoży, ale pod warunkiem, że ja zrezygnuję z połowy co najmniej wierszy, tych niezrozumiałych, tych, które uzna za bardzo niepewne czy niedobre. Ja się na to nie zgodziłem. (…) W PIW-ie miałem wkrótce niezbyt przyjemną rozmowę. Andrzej Kijowski, który załatwiał ze mną sprawy tomiku z ramienia redakcji, powiedział, że nie mogę wydać tomiku z wszystkimi wierszami, które ja proponuję, bo sam bym doszedł do tego, że za te wiersze trudno ponosić odpowiedzialność. Byłem wtedy z Ludwikiem. Lu. siedział obok, nic nie mówiąc, a ja spokojnie wycofałem się z umowy i wyszedłem z Lu. z pokoju. Lu. stwierdził na ulicy, że zachowałem się po chińsku„.

***
A ponieważ nie znajduję sposobu, by zakończyć mocną puentą, bo mnie wzięła ta metoda, żeby gadać i powracać, więc do dwóch jeszcze cytatów sięgnę, co to lepszych nie ma na koniec. Żaden zresztą koniec, to wszystko jakoś dalej się toczy. 

Sobolewski o Białoszewskim: „Kiedy umiera zakonnik, mówi się, że «odszedł do Boga». Miron odszedł do literatury, która jest żywa, jak niestarzejący się portret Doriana Graya. Poświęcił się literaturze w takim stopniu, że badanie jego «życia» niezależnie od «twórczości» wydaje się bezprzedmiotowe. Trzeba zajmować się tym Mironem, który jest, a nie tym, którego nie ma”.

Białoszewski skupiony na teraźniejszości, miał swoje zaczepienia w tym, co stworzono dawniej. Dla niego takim medium, w którym możliwe jest spotkanie z mistrzem, który dawno temu odszedł, jest muzyka. Słuchał nieustannie.  Palestrina, Monteverdi, Bach, Telemann, Vivaldi, Mozart… Można słuchać i się „zahaczyć”. Albo czytać i też może się przytrafić to samo.

czas, wieczność bezstronna
nie ma nic do rzeczy
w jednym człowieku
gubi się wieczność
a między dwoma przez wieki
może zahaczyć się
ta sama chwila

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).

aktorskie credo

Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę… Dziennik czasu choroby, Wydawnictwo Literackie 2012.

Zabawne jest to zdjęcie z okładki. W niezamierzony sposób – zabawne i sympatyczne. Wzrok znad okularów, głowa wychylająca się z książki (notesu), spojrzenie uważnie rejestrujące. Aż trzeba by pozapinać kamizelkę. Poważny człowiek. 

W jednej z anegdot Stuhr wspomina swojego ojca i jego przykazanie, by nigdy w niezapiętej kamizelce (czytaj: rozchełstany) nie pokazywać się światu. W innej opowiada, jak dystyngowany rodak z dyplomatyczną teką w Ameryce, po trzech dniach towarzyszenia Stuhrowi, wyznał, że poważny z niego gość, choć oczekiwał kogoś bardziej w stylu Maksa z Seksmisji. Jerzy Stuhr raz po raz wraca do tej gęby wesołego gościa, która ciągnie się za nim, choć doprawdy wcielił się w tyle dramatycznych postaci, że nie powinno tak być. Mówi na przykład: Holoubek zostanie w Wielkiej Improwizacji, Radziwiłowicza będą kojarzyć ze Zbrodnią i karą, a mnie z tą frazą: „O, nasi tu byli!”. 

Tymczasem temat i ton „dziennika z czasu choroby” jest serio. Nie tylko dlatego, że zapiski prowadzone są od wczesnej jesieni 2011 do kwietnia 2012, czyli od wyroku po odroczenie (chciałoby się powiedzieć „uniewinnienie”, ale wyrok ciąży nad każdym). Walka z rakiem przełyku, nadzieja i szczęśliwy powrót do „obiegu”. Serio – przede wszystkim dlatego, że Stuhr patrzy na życie wzrokiem niczym z okładki: uważnie, lustrująco, z dystansem kogoś ukształtowanego dawniej i nieakceptującego bezrefleksyjnie zdziczałej teraźniejszej mody. To jest bardzo poważny gość. Czasem nawet trochę „naftalinowy” (to nie przytyk, bardzo doceniam!), pełen zdegustowania tandetą współczesności, przypominający o sztuce odpornej na komercję, rozróżniający scenę od estrady i aktora od „gwiazdki”. I gorzko rozczarowany bylejakością etyczną i estetyczną czasów, w których przyszło nam żyć. 

Choroba nie przytłacza – kilka szpitalnych scenek, kruchość istnienia, wyczulenie na odejścia innych (w czasie, gdy Jerzy Stuhr prowadzi zapiski, umiera Havel, Szymborska, Hanuszkiewicz, przyjaciele z Italii – tłumacz Szymborskiej i Mrożka, Pietro Marchesani i inni). Te odejścia są odnotowane, ale o ileż intensywniejsze w odbiorze jest oczekiwanie na nowe życie, na narodziny małej Lenki, wnuczki Autora. Duża porcja nadziei (nieprzesłodzonej) i anegdoty, która może nie śmieszy do łez, ale jakoś te łzy oczyszcza. Ot, tak wyglądało spotkanie Stuhra z Mrożkiem, niespodziewane, w Wydawnictwie Literackim:

„Mam łzy w oczach, bo w jego wieku i w moim stanie, on w Nicei, ja w Krakowie, każde spotkanie może być ostatnie. Więc ze łzami mówię mu wylewnie: «Sławek, trzymam się!». On spojrzał na mnie czule i … uśmiechnął się! Ludzie! Tegoście w życiu nie widzieli! Mrożek się  u ś m i e c h n ą ł! Do mnie!”

Tak sobie myślę… Tytuł adekwatny: dominuje subiektywna perspektywa bieżących zamyśleń, do których inspiracją może być  to, co wypełnia codzienność. Czasem są to docierające do Autora sytuacje społeczne, jakieś anomalie (?) polityczne, obserwacje ludzkich zachowań. Nierzadko zderzane z refleksją o tym, jak bywało drzewiej, co się zmienia i w jakim kierunku. Z  pewnością książka może odegrać rolę terapeutyczną i jest niezwykła ze względu na okoliczności powstawania: Stuhr pisze ją, nie wiedząc jeszcze, czy dane będzie mu skończyć, nie ma perspektywy szczęściarza, jest tym, który żywi nadzieję. 

I tego wszystkiego w odbiorze pominąć się nie da, lecz dla mnie czytanie było spotkaniem z człowiekiem, który swoje życie związał z aktorstwem, z tworzeniem, ze sztuką – i ma na ten temat coś do powiedzenia. Więc słucham.

Jerzy Stuhr komentuje swoje lektury i filmy, które obejrzał. Te fragmenty czytałam z apetytem. I nie chodzi bynajmniej o listę tytułów. Po prostu wiem, ile z takich komentarzy można wyczytać o człowieku. Co do książek: pojawił się przenikliwy Słonimski (Alfabet wspomnień), korespondencja Mrożka i Lema, świeża książka Jarosława Mikołajewskiego o Rzymie rozpoznawanym tropami z Boskiej Komedii Dantego (Rzymska komedia – to musi być coś niezwykłego!), Białoszewski i jego Tajny dziennik. Ale zatrzymam się na komentarzu Stuhra do powieści Conrada (Tajfun) i umieszczonego w niej opisu żywiołu. Refleksja dotyczy sztuki stworzenia czegoś, czego nie można odtworzyć z autopsji, więc trzeba wykreować. Z wyobraźni, z empatii, z własnych lęków i rozpoznań. I tu jest sedno tworzenia, gdy zaczynasz od zera, bez gotowych matryc:

„Ja to często nazywam białą kartą – roli, scenariusza. Jak staję przed tą białą kartą, czyli nie wiem kompletnie, jak zadanie ugryźć, to czuję dreszcz, zaczyna się artystyczna przygoda”.

Gdy Stuhr mówi o filmach, to pojawiają się m.in.: W ciemności, Rzeź, Sponsoring, Baby sa jakieś inne (o Koterskim bardzo krytycznie) czy film Nanniego Morettiego Habemus papam. A mnie sprawił przyjemność pelen zachwytu komentarz Autora do Erratum Lechkiego i Róży Smarzowskiego. Dawno przygasła dyskusja, swego czasu tocząca się na tym blogu a propos okrucieństwa i nadziei (miłości) wpisanych w Różę. Stuhr dziwi się głosom krytyków, którzy jakby inny film oglądali: szukają w nim mroku, katastrofizmu, bólu, a on widzi jasny promień. Mnie te rozbieżności już nie dziwią, ale obiema rękoma podpisuję się pod tym, co wyczytuje w zapiskach z czasu choroby: 

„Film jest niesłychanie optymistyczny! Jest w nim niezłomna wiara w człowieka. (…) Widziałem opowieść o bezinteresownym wzięciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, o lojalności, o towarzyszeniu partnerowi na dobre i na złe, a tu   przede wszystkim na złe, o sile rodzącego się uczucia, które przeradza się w przywiązanie i obronę tych, którzy okazali mu czułość”. 

Cenne było dla mnie zwierzenie, że spośród własnych ról szczególnie ceni sobie te, które choć nie przyniosły pochwał, poszerzyły świadomość i warsztat. Te „kamienie milowe wewnętrznego dojrzewania” to był Hamlet, Dziennikarz (z Wesela), Piszczyk. Jaki dystans wnosi to wyznanie do wszystkich spektakularnych sukcesów, które przychodzą z zewnątrz, nie przekształcając twórczo wnętrza.

Książka jest szczera, bezpośrednia, pisana początkowo dla siebie i najbliższych, później (od grudnia) już ze świadomością szerszego grona odbiorców. Szczera, ale nie rozchełstana, bez terapeutycznego obrabiania własnej żółci. Stuhr – pozapinany i w formie – trzyma fason inteligenta, który ma potrzebę, by przypominać o tradycji, o stylu i manierach. I może wpada raz po raz w moralistyczny ton, ale  to nie narusza decorum, jemu wolno. 

Jest taka minirozprawka na temat inteligenckich cnót. Budzi nostalgię. Mam nadzieję, że ktoś tak jeszcze myśli, że ten kręgosłup jeszcze niejedno udźwignie. Ujął mnie fragment o tym, że etos inteligenta nie akceptuje bezwstydu.

„Tak, odwaga wstydu, że się czegoś nie wie, że się jest niedouczonym, nieoczytanym, nie na bieżąco, nie trendy, i umiejętność przyznania się do tego to również (…) nieodłączne cechy inteligenta. Dzisiaj niezwykle przeszkadza mi w życiu codziennym i w obcowaniu z ludźmi wszechobecny bezwstyd”.  

Na koniec zostawiam zapowiedziane w tytule aktorskie credo, czyli przesłanie zredagowane dla młodych adeptów sztuki aktorskiej. Warto się w nie wczytać, oczywiście również wówczas, gdy się nie zmierza ku scenie czy na plan. Bo jest w tych słowach taka staroświecka, prawdopodobnie mało trendy, wiara w sens pracy i bycia dla innych.

„Jesteście aktorami. Chciejcie reprezentować na scenie człowieka, a nie ideę, plakat, hasło.
Reprezentujcie go z godnością, świadomością artystyczną nabytą w szkole – nie dajcie tego waszego bohatera upodlić, zbrukać, odczłowieczyć.

Nie uczestniczcie w przedsięwzięciach nihilistycznych, anarchistycznych, jak mawiał Dostojewski, „bez Boga”.
Pamiętajcie: Najpiękniejszy artystyczny mozół zaczyna się, kiedy na początku ”nic nie wiem”.
Pamiętajcie: W każdym z nas tkwi leń pchający nas, żeby powtórzyć to, co się już raz nam sprawdziło, przyniosło aplauz, pochwałę. Gonić lenia z siebie!

Nie odważcie się nazwać chałtury koncertem, telenoweli wydarzeniem, sitkomu hitem.
Nie udowadniajcie jakości oglądalnością.

Uczyńcie, jeśli możecie, teatr swym losem”.

 

w przebraniu i bez (Polański)

Lokator, reż. Roman Polański, Francja 1976.
Roman Polański: moje życie, reż. Laurent Bouzereau, Wielka Brytania 2011.

1976

Trelkovski (Lokator Strasznej Kamienicy)

Polański reżyseruje film o lokatorze paryskiej kamienicy, który z wolna pogrąża się w obłędzie. Polański wciela się w tę postać: jest Trelkovskim, skromnym urzędnikiem polskiego pochodzenia (z francuskim obywatelstwem), miłym i ugodowym – tak bardzo, że aż traci swą tożsamość. Polański czerpie garściami ze swoich własnych obsesji. Chcę przez to powiedzieć, że Lokator jest filmem, który odsłania dwa niewątpliwe talenty Polańskiego (reżyseria, gra aktorska) i łączy wiele ważnych motywów jego twórczości.

Ot, chociażby:
*motyw osaczenia rozgrywający się częściowo w świecie zewnętrznym (tu: napastliwość mieszkańców kamienicy), częściowo wewnętrznym (pułapka własnego umysłu);

*motyw wrogiej przestrzeni (tu: klaustrofobiczna kamienica, w której każdy odgłos wywołuje reakcję mieszkańców domagających się ciszy; w której podpisuje się petycje przeciw odmieńcom i panuje dziwny zwyczaj podglądania czy też zamyślania się ze wzrokiem utkwionym w cudze okno).

*motyw rozchwianej tożsamości, ukryta, budząca się choroba psychiczna.

Pewnego dnia młody człowiek trafia do kamienicy, szukając mieszkania. Jest niezwykle, ale naturalnie uprzejmy. Godzi się na warunki i jest poruszony informacją, że poprzednia lokatorka – Simone Choul – skoczyła z okna. Konsjerżka mówi o tym z uśmiechem, nikt się tym samobójczym gestem nie przejął. Trelkovski wchodzi w przestrzeń Simone i trochę bez potrzeby (ale póki co dość naturalnie) odwiedza Simone w szpitalu, tuż przed jej śmiercią. Zabandażowana, z otworami na oczy i usta… potwornie krzyczy. I jest to profetyczny krzyk. Trelkovski idzie jej śladem. 

Strategia thrillera opiera się na nierozstrzygnięciu przyczyn tego, co stopniowo dzieje się z Trelkovskim. Może to choroba, która ujawniłaby się tak czy inaczej, niezależnie od okoliczności. Może jednak okoliczności ją stymulują. A jeśli tak, to może mniejsza lub większa wina obciąża ludzi z najbliższego kręgu Trelkovskiego. Może to oni go w chorobę wpędzają. Może, gdyby spojrzeć na sytuację oczyma Trelkovskiego, świat się na niego uwziął i nie dał mu szans, choć próbował walczyć o siebie do końca. 

Schizofrenia? Obsesja na tle Simone Choul, prowadząca do identyfikacji z nią, do powtórzenia jej straceńczego gestu? Oglądałam Lokatora, wierząc – tak długo, jak się dało – że Trelkovski  ma swoją rację. To był dla mnie film o zgubnej empatii. 

Bohater usiłuje sprostać oczekiwaniom, zaskarbić sobie aprobatę, nie naruszyć niczyich oczekiwań. Odgaduje potrzeby innych, słucha uważniej niż trzeba (ale gdzie postawić granice?). Bardzo się stara: nie sprawiać kłopotu, nie hałasować, udzielić każdemu wsparcia. Rewelacyjne są sceny wsłuchiwania się w puls mieszkania. Trelkovsky nie zawłaszcza przestrzeni, to ona go w siebie wchłania. On dostraja swój puls do rytmu kamienicy i jej mieszkańców.

Mały przykład. Vis-à-vis kamienicy jest bar. Trelkovski siada na miejscu Simone, barmani mu to uświadamiają. Zamawia kawę i niebieskie Gauloisy, a dostaje czekoladę z bułką i czerwone Marlboro. Przyjmuje to bez słowa. Wie, że dla barmanów jest wcieleniem Simone, podają to, czego ona by sobie życzyła. Następnym razem dostaje identyczny przydział bez zamawiania. Niebieskie gauloisy znikają z horyzontu. Jest wewnętrzny dyskomfort, nie ma buntu. Do czasu, kiedy tłumiony sprzeciw wyrazi się histerią i wybuchem manii prześladowczej. 

Przykład-kwintesencja. Teatralna scena budująca finał. Trelkovski od pewnego czasu przebiera się w sukienkę Simone, nakłada perukę i makijaż. Tak wystrojony otwiera nocą okno i zdaje mu się, że świat zawirował. Światła, ludzie, odświętne wyczekiwanie i atmosfera z teatralnego foyer. Oklaski, gdy dojrzą go w oknie. Czekają na występ. Wszyscy, których zna, są zgodnie przeciw niemu. A jemu pozostaje zgrać spektakl. Jeszcze raz spełnić – urojone – oczekiwania, jakie ma wobec niego świat. Zresztą: czy do końca urojone? Czy nam się zdaje, że świat czegoś oczekuje, czy naprawdę istnieje jakiś zacieśniający się krąg sugestii? 

Scena – mistrzostwo świata. Lokator pełen jest takich przedziwnych scen, które zapadają w pamięć. Trelkovski obserwujący grę w piłkę (głowę). Ucieczka w ramiona Stelli (Adjani), spóźniona, niemożliwa. Okno toalety, z której obserwują go mieszkańcy – a zwłaszcza scena, w której sam siebie obserwuje. Dziwna, surrealistyczna scena w parku, spotkanie z chłopcem, który zgubił łódkę. 

W jedną z postaci wciela się sam Roland Topor. Klimat filmu przypomina aurę jego opowiadań. Co oczywiste, bo Polański pisał scenariusz na podstawie jego powieści – Chimeryczny lokator (1964).
Film pojawił się na ekranach w gorącym czasie spekulacji na temat perypetii życia osobistego reżysera. Reklamowany był hasłem: „No one does it to you like Roman Polanski”. (Nikt nie zrobiłby tego tak dobrze jak Roman Polański).

2011

Roman Polański

Może nie on jeden oddał swe życie pod ogląd mediów, ale mariaż biografii Polańskiego ze sztuką filmową jest szczególny. Zawężam perspektywę do tego jak kino przerabiało biograficzne wątki. Media robiły to z większym hukiem, bezceremonialnie i często w atmosferze skandalu: masakryczna śmierć Sharon Tate (1969), uwiedzenie nieletniej Samanthy Greimer (1977) i trwające do dziś unikanie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości… Do kina życie Polańskiego trafia dwutorowo. Gdy reżyser uprawia archeologię pamięci – i to jest złożony i niejednoznaczny trop, ale wiadomo, że szczególnie silnie eksplodujący w pracy nad Pianistą. I gdy pojawiają się filmy biograficzne lub quasi-biograficzne, w których Polański jest postacią centralną. A ostatnio sporo ich: Polański: ścigany i pożądany (2008), Polański – bez cenzury (2009) i Roman Polański: A Film Memoir (2011). Ostatni tytuł (inny na polskim plakacie) widziałam kilka dni temu.

Zadziwiająco prosta realizacja: rozmowa Laurenta Bouzereau (specjalizującego się w biografiach reżyserów) z Polańskim, który po niefortunnym przybyciu na festiwal filmowy w Szwajcarii (2009) trafił do aresztu, później aresztu domowego. Czeka na werdykt dyplomatycznych rozgrywek, toczących się poza nim, a decydujących o nim (ekstradycja do USA). Panowie się znają, ale najwyraźniej prezentują różny poziom talentu, bo o filmie Bouzereau nic szczególnego powiedzieć się nie da. Wszystko, co w nim dobre, to obecność i szczerość Polańskiego. I chociaż nie mogę miarodajnie odpowiedzieć, ile tu szczerości, to film jest wart seansu.

Skoro nie ma różnych punktów widzenia, polemik i negatywu, to ważne jest to, czy opowieść Polańskiego o sobie samym jest w stanie pokazać człowieka, który o sobie opowiada. Prościej: drugorzędne, choć porządkujące, były dla mnie informacje biograficzne, których film dostarcza. Pierwszoplanowe było słuchanie, śledzenie emocji, wzruszeń, milczenia, autoironicznych żartów. 

Polański wyznaje, że najważniejszym filmem jego życia jest Pianista. Gdyby na grobie miano mi postawić jedną jedyną rolkę filmu – mówi – to niech to będzie ten film. Nakręcił lepsze filmy, ale rozumiem ten wybór, gdy przyglądam się emocjom, z jakimi opowiada o swym dzieciństwie. Wzruszenie, gdy mówi o aresztowaniu i śmierci matki, łzy, gdy wspomina powrót ojca, albo gdy opowiada o płaczu ojca, któremu po latach piosenka uruchomiła migawkę z rozstrzelania dzieci w getcie (Romek zdążył uciec). Niesamowicie silna więź z ojcem i taktowne przejście nad jego szybką decyzją ślubu z p.Wandą, która w oczach Romka była zdradą, w oczach Romana Polańskiego jest decyzją poza komentarzem.

Polubiłam Polańskiego po tym filmie. Facet, który sięgał w swym życiu do nieba i do piekła, hołubiono go i szkalowano, miał jakieś nadludzkie pokłady wiary, choć często trafiał na taki punkt, gdy z tego, w co wierzył, nie zostawał kamień na kamieniu. Poza tym: niesamowita kariera! On po prostu, czego się nie tknął, z tego robił coś z klasą. I to pomimo wszelkich kłód, które napotykał pod nogami. Mówi o tym od niechcenia. Ale jak to sobie rozebrać, to przecież drogę do aktorstwa zamknęły mu PRL-owskie czasy, genialny debiut reżyserski (Nóż w wodzie) skrytykowano (fartem dostał nominację do Oscara). Talent i jakaś przekora, każą mu wchodzić oknami tam, gdzie zatrzaskują drzwi. Oczywiście, nie każdy jego film lubię (nie wszystkie znam), ale nawet gdyby kilka uznać za obrazy niekonieczne, to i tak ostanie się kilka rewelacyjnych.

Przypomniałam sobie komentarze prasowe, gdy Polański (niemal incogito) pojawił się na pogrzebie Janusza „Kuby” Morgensterna ubiegłej jesieni. Niespodziewany, ale przecież mimo światowego rozgłosu, jakoś powiązany z ludźmi stąd. Roman Polański: A Film Memoir – to nie jest film zrobiony dla rodaków. Ale czuje się, że jego bohater ma świadomość swoich korzeni. W ogóle: że ceni wszystko, co go ukształtowało. 

Tak, wiem, że każda wypowiedź o sobie jest autokreacją – tym bardziej, gdy mówi aktor świadomy kamery. Ale jeśli każda wypowiedź na swój temat może budzić ciekawość lub nieufność, to w tym przypadku – dla mnie – zachodzi opcja pierwsza.

podszyte biografią

Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Podtytuł: eseje okolicznościowe.

Pisane na zamówienie wydawców czy redaktorów pism, będące wykładem dla studentów, odczytem na spotkaniach autorskich, zapisem prywatnych wspomnień.

Miszmasz, ale „w tym szaleństwie jest metoda”. Metody. Jedna z nich sugerowana jest tytułem: Jak zmieniałam zdanie, czyli jak dojrzewałam jako pisarka, czytając innych, podziwiając, krytykując, podpatrując. Druga (moim zdaniem) – to zestawianie z sobą spojrzenia na twórcę i na człowieka. W tej samej roli, w jakiej obsadza bohaterów swych esejów występuje sama Zadie. Jest pisarką, po trosze dziennikarką, ale i wielbicielką kina, maniakalną entuzjastką dobrych (starych) komedii, młodą kobietą o jamajsko-angielskich korzeniach.

Całkiem sporo odsłania ze swych prywatnych gustów i nawyków. Dzieli się kilkoma portretami swego ojca (Harvey Smith – prosty, niespełniony pesymista, cichy bohater i człowiek porażek jednocześnie).  Wspomina o bracie (Ben Smith – komik). Ale jest to prywatność inteligentnie podana, wykreowana, bez zwierzeń niepotrzebnych.

***

Czytałam eseje Zadie Smith w grudniu, pamiętając o udanym Czwartku Literackim w Pałacu Działyńskich (Poznań, 1.12.2011) zatytułowanym „Między życiem a biografią”. Panel dyskusyjny tworzyli autorzy biograficznych dzieł (bardzo różnych, od rozbudowanego eseju po monografię). Był Janusz Degler (Witkacego portret wielokrotny – 2009), Ryszard K. Przybylski (Być i pisać. O prozie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – 1991) i Wojciech Bonowicz (Tischner – 2001). Mówiono o tym, jak zmieniało się pisanie biografii wraz z modą i teorią literacką. O tym, co uwzględniać, co (jeśli w ogóle?) przemilczać, jak rozkładać można akcenty. O tym, że 2011 rok był kolejnym rokiem świetnych biografii.

Dziś refleksje związane z ww. spotkaniem mam dwie. Pierwsza, że to jednak ważne, by trafić na swojego biografa. Czy Tischner mógł trafić lepiej? Co by to było, gdyby pisał o nim ktoś, choćby nie-wiadomo-jak-rzetelny, kto nie posiadałby genu tischnerowego poczucia humoru?

Druga sprawa to triumf biografizmu nad strukturalizmem. Dla poznańskich filologii strukturalizm był kamieniem węgielnym. Strukturalizm, czyli takie czytanie/badanie utworu literackiego, które zakłada, że tekst broni się sam, swoją wewnętrzną organizacją, niezależną od biografii autora, której właściwie można by nie znać. „Triumf protez” w rodzaju: „ja liryczne” (nie: autor), „projektowany odbiorca dzieła” (nie: czytelnik) etc. Przywołując tu dyskusję znawców, mogę im przypisać to, czego sama miarodajnie orzec nie mogę: że biografizm wraca i wierzga. A strukturalizm traci koszulkę leadera. I dobrze.

A z Zadie Smith ma to tyle wspólnego, że każdy jej esej jest biografią podszyty, jeśli nie biografii poświęcony. Są więc eseje pisane trochę o twórczości, ale przede wszystkim o osobowości: Katharine Hepburn, Grety Garbo, Franza Kafki, Zory Neil Hurston, E.M.Forstera, George Eliot (& Henry`ego Jamesa) i Vladimira Nabokova, i Rolanda Barthesa. Myślę, że Zora Hurston miała szczęście, że pisała o niej właśnie Zadie Smith. Bo dzięki temu jestem gotowa uwierzyć i z aprobatą poddać się takim zdaniom (Hurston):

„Kiedy wkładam kapelusz pod odpowiednim kątem i sunę wolno Siódmą Aleją (…) pojawia się Zora kosmiczna (…) Jak ktoś może sobie odmówić mojego towarzystwa? Nie pojmuję!”

Mam swoje ulubione teksty i takie, które nie przypadły mi do gustu (tu: Dziesięć notatek z weekendu oscarowego, Mówienie językami). Z wdzięczności za tekst o Katharine Hepburn gotowa bym była powiesić sobie nad łóżkiem duży plakat z Zadie S. (jak ona niegdyś sypiała pod plakatem Katharine H.), gdybym takowy posiadała.

***

W multipleksie: 2006  to tekst szczególny, nie tyle esej, co wybór recenzji mainstreamowych filmów ze wskazanego w tytule roku. Rzecz umieszczona w dziale „Patrzenie” i na oko szacując, jest najmniej wyrafinowana kompozycyjnie, najbardziej ulotna. Słabsza od kilku esejów-perełek, z którymi sąsiaduje. Ale ja czytałam z rozbawieniem. Bo Zadie Smith recenzuje oryginalnie. Nie nazbyt filmoznawczo, bez szczególnych zawijasów erudycji (ale nie sądźmy po pozorach: inteligentna kobieta, nie owijając spostrzeżeń w sążniste konteksty, potrafi szpilką nakłuć gdzie trzeba, mrugnąć, że wie więcej, zdemaskować czczą maskaradę).

Pisze z humorem, ze szczególnym upodobaniem do oceny gry aktorskiej, która prowadzi ją w ulubioną stronę spostrzeżeń biograficznych (aktor przebija postać). Tyle że filmy niekoniecznie z mojej ulubionej półki. Jest jednak tytuł, który po uwagach Z.S. bardzo chciałabym zobaczyć: Spotkanie (z 1945 r., film Davida Leana o miłości, której się wyrzekamy w imię wierności komuś innemu… a może w imię wierności sobie samemu?).

I pisze Zadie tak: „Dla tych, którzy kochają filmy z lat czterdziestych, każde wznowienie jest jak ciepło słońca. Nie widziałam jeszcze filmu z tego okresu, w którym nie znalazłabym czegoś, co mi się podoba, tak samo jak jeszcze nie spotkałam sera, którego bym nie zjadła. Spotkanie to ser Wensleydale: pyszne angielskie jedzenie, doskonale znajome, nieumyślnie komiczne”.

Podoba jej się zwłaszcza jedna scena – mnie również, choć widzę ją oczyma wyobraźni;) – w której romantyczny klimat poezji Keatsa zderza się z tym, co bezpieczne, choć pozorne.
„Laura Jesson i doktor Alec Harvey poznają się na dworcu i zakochują w sobie. Niestety są małżonkami innych ludzi. Laura ma statecznego męża Freda, którego jedynym łącznikiem z nurtem keatsowskim w angielskim życiu jest hasło z krzyżówki w „Timesie”: I kiedy czuję – człowiek małej miary – / Że i ty znikniesz razem z gwiazd obiegiem,/ Że nie dosięgną mnie już nigdy czary/ Ślepej ….. (7 liter). Laura podpowiada: „miłości”. Ma rację, ale to nie pasuje do innych odpowiedzi. W tym jednym momencie zawiera się cały film. Anglicy wielu rzeczy pragną, o wielu rzeczach marzą i w wiele rzeczy wierzą. Ale nie pasują one do naszych innych odpowiedzi”.

***

Polecam szczególnie Sztuczki warsztatowe, czyli przygotowane dla nowojorskich studentów Creative Writing uwagi o własnej metodzie pisania. Wyobraziłam sobie, że gdybym była – jak nie jestem – powieściopisarką, to miałabym z pewnością kilka punktów stycznych z Zadie Smith.

Po pierwsze: pewnie nie byłabym makroplanistką, lecz mikromenedżerką.;)

Ci pierwsi zaczynają od gruntownych przygotowań. Tworzą strukturę, rozrysowują wątki i postacie, ustalają szczegóły scenerii. Pisać mogą zacząć choćby od środka – posuwając się wstecz lub do przodu. Mogą również układać alternatywne wersje zakończenia i potem rozważać, które lepsze.

Nie tak pisze Z.S., czyli mikromenedżerka. Nie ma mowy o wariantach zakończenia, bo rzecz pisana jest po prostu według zasady: „zaczynam od pierwszego zdania i kończę ostatnim”.  W połowie książki nie ma się pojęcia, dokąd ona może doprowadzić, kim bohater może jeszcze się stać. Pisząc w ten sposób co prawda nie kontroluje się wszystkiego, ale ileż musi być frajdy w tym seansie spirytystycznym, gdy duch powieści dyktuje i narzuca swoją wolę.

Po drugie: najtrudniej byłoby mi stworzyć pierwszych 20 stron. Circe – to liczba ustalona przez Z.S. Przekleństwo. Czego by nie zacząć, trzeba powołać do istnienia wszystkie przyległości. Niby prosta scena, a zapaść muszą decyzje co do języka, jakim bohater się odezwie, rytmu jego myśli, wcześniejszych traum, które go naznaczyły i obecnych nawyków, które tę postać pozwolą zapamiętać. Słowem: na początku było słowo, ale jeszcze przed nim było poszukiwanie właściwego tonu.  Z.S. przepisuje te strony milion razy.

[Tu przypomniałam sobie wykłady Amosa Oza o początkach książek, będących zawsze czymś w rodzaju kontraktu piszącego z czytelnikiem.]

Po trzecie: wyobrażam sobie, że nadchodzi taki moment, w którym pisze się samo. Wszystko zdaje się współpracować z naszą wyobraźnią. Ludzie w tramwaju mówią takie fajne rzeczy, że żywcem można je przenosić do literatury. Otwierasz czasopismo, a w nim sukienka dokładnie taka sama, jaka powinna nosić bohaterka etc. Życiowe sytuacje podpowiadają rozwiązania niczym deus ex machina. Nie wiem, czy tak właśnie jest, ale wierzę, że dla tego etapu warto pisać bez wcześniej zbudowanej struktury.

Po czwarte, tu podważam teorie, ale zgadzam się z praktyką. Z.S. radzi: „proszę odsunąć się od pojazdu”. Odstawić tekst po napisaniu, najlepiej na rok. A potem przeczytać jak tekst kogoś obcego. Zadie tak postuluje, ale postępowała dotąd inaczej. Absolutnie nie wyobrażam sobie, by kończyć tekst przed terminem i czekać aż „się odleży”. Preferuję potrawę al dente. Lekko może niedogotowaną. Pisaną nocą przed oddaniem. Oddawaną rzutem na taśmę.

Uwag jest więcej. Nie są to wskazówki mistrza dla początkujących, raczej refleksja nad pisaniem, obserwacja warsztatu pisarskiego czyniona przez praktyka (wciąż jeszcze początkującego).

Eseistka Zadie Smith ma pióro inteligentne, bystre, niepozbawione zmysłu humoru. Mojemu czytaniu towarzyszyło uczucie przebywania z kimś błyskotliwym i świeżym. Ale lekko nieprzewidywalnym, niekoniecznie mającym rację. Nie może być inaczej, skoro zauroczyły mnie niegdyś jej Białe zęby (powieść, ale zęby autorskie są również ok), a przez Łowcę autografów i O pięknie nie mogłam przebrnąć.

zanim podomykają się szuflady

Mikołaj Łoziński, Książka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Przez moment rozbłysnęła mi myśl, by zatytułować ten wpis „Post” albo „Notka”. Bo na cóż finezja tytułu, drugie dno, aluzje, metafory…? Skoro autor książki nazywa ją po prostu Książką, niech będzie, że podejmujemy grę.

Gdyby Mikołaj Łoziński pokusił się na rozmiar maxi, mielibyśmy Księgę. Motyka wymierzona w Kosmos. Oczekiwania wobec tekstu byłyby monumentalne – niechby opowiedziała cały świat. Tymczasem rzecz jest dużo skromniejsza: prywatne kartki rodzinnej historii. Nie tyle saga, nie opowieść o chronologicznym kręgosłupie, a portrety sytuacji. Tak bym to właśnie ujęła. Tytuły rozdziałów przypisują każdemu z członków rodziny jakiś przedmiot, czasem kilka. Szkice, choć mają swojego bohatera, nie koncentrują się wyłącznie na nim, opowiadają o sytuacjach, które wiążą postać z przedmiotem. Taki jest klucz kompozycji, który – niczym kropka nad i – wybrzmiewa codą w tytule. Książka to przedmiot przypisany rodzinie, łączący jej tajemnice i dykteryjki w objęte okładką strony.

Okładka przedstawia otwartą szufladę (w niej litery) i koncentryczne linie z planetami krążącymi po orbicie. Szuflada jest uprzywilejowana: ona może pomieścić wszystko: telefon, maszynkę do włosów, ekspres, zeszyt, obrączkę, klucze, znak drogowy, okulary, jest pojemna, więc zmieszczą się również paczki i fifka. Mikrokosmos.

Rozstania i bliskość

Można by rzec: rodzina w rozsypce. Jest czułość, bliskość, wspólne przeżywanie czasu. Jest także ból rozstania, gdy mężczyzna wybiera inną, odchodzi. Mimo rozwodów, więzi są silne, jest poczucie wzajemnej przynależności.

Często wraca perspektywa dziecka, które widzi nieostro, choć prawdziwie. Raz tym dzieckiem jest Mikołaj, to znów Paweł lub Marcel. Mieszają się czasy: trzydziestoletnia babcia, kilkuletni starszy brat, tata – raz malutki, to znów po pięćdziesiątce i starszy. Świetny zabieg. Dzięki temu postaci wyzwalają się z jednoznacznie przypisanych rodzinnych ról. Czasem się o tym zapomina, a przecież jesteśmy zbudowani z analogicznych warstw, starsi mają ich więcej, ale niekoniecznie te wierzchnie są najintensywniejsze.

Myślę o pewnej fotografii, którą zrobili sobie (w zabawny sposób) Dziadek i Babcia. Ogród Luksemburski, oni są młodym małżeństwem, jeszcze bezdzietnym, są szczęśliwi – i być może to jedno z ostatnich popołudni, kiedy ich szczęście jest wspólne. Pewnie dlatego właśnie tu powróci urna z jej prochami. Takie krótkie szczęście?

Może wszystko, co naprawdę ważne sprowadza się do kilku intensywnie przeżytych, rozdzielonych latami, chwil. Jest taka zawieszona w czasie chwila, gdy ona (Babcia, ale młoda, z kilkuletnim synkiem) wyczekuje na wiadomość od męża z sanatorium. Tęskni. Wyjmuje kopertę ze skrzynki i biegnie z bijącym sercem po schodach do mieszkania. By po chwili wyrzucić do kosza list z informacją, że on właśnie pokochał inną.

Z takich migawek składa się książka. Są wzruszenia i ból, duma i wstyd. Na czarnych kartkach poprzedzających każdy z rozdziałów, białą czcionką zapisane są głosy bohaterów, próbujących korygować koncepcję rodzinnej książki. Ktoś chce coś ukryć, coś dopowiedzieć, podrzucić temat… Zostanie po tych próbach ślad bezradności, bo jak tu stworzyć historię prawdziwą i niekłującą? Głos ojca: „- Synku, stałeś się niebezpieczny. Trzeba przy tobie uważać na każde słowo, każde zdanie, każdą rodzinną historię.” (s.177)

To jest opowieść o konkretnej rodzinie, lecz bardzo uniwersalna. Rozgrywa się w czasie, więc w tle spaceruje Historia. Szczególnie istotny jest dla Łozińskich rok 1968 (ze względu na ich żydowskie korzenie) i 1980 (Marcel Łoziński dokumentował podziemną Solidarność). Nie ma tu martyrologii, to tylko kontekst.

„Do dziadka dzwonią w nocy. (…)
– Do Isssraela – męski głos syczy zawsze to samo. – Ssspierdalaj do Isssraela.
Dziadek próbuje wyobrazić sobie tego pracownika Urzędu Bezpieczeństwa, który budzi go od tygodnia.
– A ty do Egiptu – odpowiada mu. – Bo tam osłów potrzebują.” (s.21)

Książkę czytałam ze wzruszeniem. Każdy powinien mieć taki przedmiot, w którym zaklina się rodzinną pamięć. Książkę albo szufladę. W jednej z rozmów (z trzecią babcią, czyli tą, do której odszedł dziadek) osiemdziesięcioletnia bohaterka, gdy czegoś nie pamięta, mówi: „Niestety, szuflada jest zamknięta.” (s.9) Szuflada jest pamięcią, więc póki się nie domyka, póty dostęp do przeszłości jest możliwy.

Aneks: Łozińscy

Zastanawiam się, czy można tekst Mikołaja Łozińskiego oddzielić od jego nazwiska. Czytać Książkę jakby nie była tekstem z biograficznym kluczem. Można, tak byłoby właściwiej. Nie wiadomo przecież, czy i w jaki sposób przeniknęła do niej fikcja. Jednak mnie przyciągnęła właśnie świadomość, że kilku bohaterów rozpoznaję i że z ciekawością poznam ich prywatność. Podczas lektury czułam się chwilami przyłapana na wścibstwie – i czym prędzej wyskakiwałam z kontekstów. Tutaj je jednak – subiektywnie – nakreślę. Wśród bohaterów:

      

       

Mikołaj Łoziński (autor Książki) – trzydziestolatek, to jego trzeci tytuł, za debiut Reisefieber otrzymał Nagrodę Kościelskich (2006).

Tomek Łoziński (młodszy, przyrodni brat Mikołaja) – (w Książce postać mniej wyeksponowana) to Tomaszek z dokumentów Marcela Łozińskiego 89 milimetrów od Europy (czterolatek) i Wszystko może się przytrafić (sześciolatek, a w rozszerzonej wersji z 2007 – A gdyby tak się stało – starszy o 12 lat).

Paweł Łoziński (starszy brat autora) – świetny polski dokumentalista z nagradzanym dorobkiem; jego filmy to m.in.dokument o Henryku Grynbergu – Miejsce urodzenia, czy 100 lat w kinie (wg pomysłu Kieślowskiego, u którego uczył się zawodu), czy (bardzo chciałabym zobaczyć!) Jacek Hugo-Bader. Korespondent z Polszy.  Świetna Chemia (pogodne rozmowy na oddziale onkologii) i inne.

Marcel Łoziński (ojciec powyższej trójki) – mój ulubiony polski reżyser dokumentu; oczywiście filmografia jest rozbudowana, ja szczególnym sentymentem darzę (oprócz ww. filmów z Tomkiem) Ćwiczenia warsztatowe, Siedmiu Żydów z naszej klasy, Jak to się robi (czyli jak się zostaje politykiem, nie posiadając poglądów, ale stosując kilka sztuczek wizerunkowych). A gdybym miała podać jeden tylko tytuł, to i tak byłyby dwa: Wizyta (1974) i kontynuacja tematu: Żeby nie bolało (1998).

Darzę Łozińskich wyjątkowym zaufaniem i daję absolutną carte blanche – obejrzę wszystko, co nakręcą.