Archiwa tagu: choroba

anioły jedzą trzy razy dziennie

Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2014

Anioły jedza trzy razy dziennieKto czytał Miłość z kamieniapo ten tytuł sięgnie z pewnością. Naczynia połączone, z centralnym doświadczeniem zasygnalizowanym w podtytule: 147 dni w psychiatryku.
To nie jest fikcja. I nie są to puszczone samopas obserwacje. Literatura. Dobrze zredagowana, bez ekshibicjonistycznego szału, ciążąca ku uniwersalnym obserwacjom, wolna od mrocznej bebechowatości.

Grażyna Jagielska, żona korespondenta wojennego, trafia do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Życiowa niedyspozycja, przeciążenie lękiem, urojenia wojenne. Krótki pobyt na oddziale zamkniętym i niemal półroczna terapia szpitalna.

Pierwszy tytuł powstał z zapisków tworzonych w ramach terapii, sporo miejsca zajmuje w nim rzeczywistość spoza psychiatryka. Jagielska przygląda się przeszłości, wyprawom męża, własnemu wyczekiwaniu, potem osuwaniu się w niepoczytalność. Psychiatryk jest tu ledwie tłem, punktem dojścia. 

Anioły… to wejście na oddział, „świat” przestaje istnieć. Codziennością jest rutyna: posiłki, dzielony z kimś pokój, rozpoznawanie cudzych dziwactw, sesje terapeutyczne wzorowane na metodzie znanej AA. Opowiadanie „życiorysu”, przyjmowanie komentarzy na swój temat, psychodramy. Mądrze to Jagielska wyważyła. Wiadomo, że bohaterowie tego reportażu po to znaleźli się w klinice (wszyscy na własne życzenie, wielu po raz kolejny), by przejść żelazne fazy, a prawie wszystkie wydają się czymś trudnym. Nienaturalnym nawet. Lektura nałożyła mi się na przeżywanie seansu Smarzowskiego, więc bolesność terapii, pętla powrotów do stanu sprzed hospitalizacji, i niechęć do przełamania oporu przed „kręgiem” (à la Jureczek!) wydają mi się „mocne”. Mocne jak Anioł, który i u Pilcha-Smarzowskiego, i u Jagielskiej rozmościł się w tytule, niewiele mając wspólnego z cherubinem łagodności.

Drugi tytuł (Anioły…) to portrety pacjentów kliniki psychiatrycznej. We wstępie pojawia się wyjaśnienie, że pierwowzory zgodziły się na publikację, że wygląd fizyczny, imię, rozpoznawalne szczegóły zostały zmienione. W przewadze są weterani afgańskiej wojny. Czasem to bohaterowie z gazet, nagrodzeni za męstwo, którym nie chce się już żyć. Często mężczyźni z koszmarami, w których powraca przyjaciel, poległy na ostatnim patrolu przed powrotem lub kumple wyciągani z wozu w cząstkach, trudnych do identyfikacji. Na ogół „zdradzeni”, obcy w swoich rodzinach, z narastającą agresją, w której wyładowuje się wściekłość i niemoc. Ale w klinice leczącej z lęku sporo jest pacjentów cywilnych. Pozornie zadowolona z życia kobieta z tupiącą nogą (p. Stasia), doktorantka, której zdaje się, że jest aniołem, wczytująca się w książeczki dla dzieci, bojąca się jeść, a czasem też ruszyć, by nie obudzić obserwującego oka (Karolinka). Młoda, aktywna menedżerka, ktora z każdym dniem chciała być lepsza, aż niespodziewanie obcięła sobie ucho… (Julia). Krzyś, zwany Jezuskiem, niepotrafiący bronić swego.  „Życie chyba nie polega na tym, żeby cały czas wyszarpywać coś dla siebie?” 

Spektrum przypadków. Otóż, nie tylko przypadków. Czytałam, będąc bardzo blisko tych postaci, nie dzielił mnie od nich mur psychiatryka. Coś się w nich rozregulowało, bo stężenie doświadczeń przekroczyło jakąś granicę. Ale esencja tych przeżyć jest dostępna mojej wyobraźni. To nie są doświadczenia kosmitów, lecz (w innej skali lub przy innej wrażliwości) nas wszystkich. Choroba narasta niepostrzeżenie. Na ogół nie tuż po traumie, dopiero później, gdy najgorsze wydaje się przeszłością, do głosu dochodzi wydrążona w człowieku pustka. I lęk przed nią.

Jagielskiej  udało się z empatią przedstawić pacjentów psychiatrycznej kliniki dlatego, że samej sobie dała ten sam status. Odważne. Miłość z kamienia, mimo wszystkich autobiograficznych tropów, zostawiała Jagielską w aurze niedosłowności. Coś tam jej się stało, za dużo lęku, smutku, może depresji. Anioły… są konkretne. Jeśli którykolwiek z pacjentów sprawia wrażenie dziwaka, to p.Grażyna patrzy na niego, stojąc po tej samej stronie linii, dzielącej dziwność od „normalności”. Świetnie oddają to dialogi. Można sobie wyobrazić, że wkurzenie afgańskiego weterana to nie będzie kwiecisty anonsik, lecz dosadna żołnierska wiązanka. Jagielskiej długo śnił się koszmar, w którym na afrykańskiej drodze zbierała części ciała swego męża. Miała natrętny zwyczaj, by nocą odwiedzać pokój weteranów i dotykając delikatnie ramion śpiących, pytać ich o wątrobę czy nogę. Przebudzony biedak dostawał szału, bo sam nie zawsze był pewien, czy wszystko ma na miejscu. – ” Weź się, ciotka, w garść albo będzie trzeba coś z tobą zrobić”. 

Nie wiem, czy nie zabrzmi to głupio, ale czytałam bardzo emocjonalnie. Od współczucia po irytację, od przerażenia po śmiech. Tak, chichotałam sobie w najlepsze. To z pani Stasi, to z absurdów, których niemało, gdy emocje są tuż pod naskórkiem. I to największa zasługa autorki: że niczego nie trywializując, oswaja patos tragedii humorem (albo po prostu dystansem).

Największe natężenie (jakiś wir odśrodkowy) jest tam, gdzie pozornie czysta tafla. Pani Stasia – niepozorna siedemdziesięciolatka, która uparcie twierdzi, że wszystko w swym życiu robiła jak należy i w ogóle na nic się nie uskarża. „Miałam wrażenie, że czegoś jej brakuje, jest cała tylko na pozór i z wierzchu”. Nikt nie irytował bardziej niż ona. Każdy, kto podzielił się żywą raną swoich lęków, nie mógł zdzierżyć samozadowolenia pani Stasi, tego, że potrafiła zasnąć, gdy omawiany był najboleśniejszy życiorys. Została przezwana Królicą vel Starą Wydrą i była to metka nie do zdarcia. Weterani klęli w żywy kamień, trzeba było powstrzymywać się od rękoczynu (Mikołaj opowiadał sobie Króla Lwa lub Szeregowca Ryana, by się uspokoić). Sporo komizmu w tym paradoksie. Wojnę przetrwali, a rozwalała ich staruszka. Ściślej: jej kłamstwo, które unieważniało zasadę szczerości. 

„– Człowiek sobie flaki wypruwa, ludzie sobie flaki wypruwają, próbują coś ze sobą zrobić, aż krew im z nosa idzie, a kurwa tylko siedzi albo śpi, mówi, że nic jej nie jest. Dzieci ją zostawiły, powiedziały, że nie chcą jej znać, ale ona nie! Nic jej nie jest, wszystko jest cacy, „ja nic złego nie zrobiłam”. Ja to pierdolę, wychodzę! Nie będę na to czasu tracił…”

„(…) Królica patrzyła prosto przed siebie, raz po raz podrywało jej nogę. – Byłam zawsze dobrą żoną, matką. Zawsze gotowałam, sprzątałam, mieszkanie lśniło jak lustro, dzieci chodziły ładnie ubrane, niczego im nie brakowało. – Ja się na to nie zgadzam – ryczał Mikołaj i uderzał pięścią w to, co było najbliżej. – Nie zgadzam się. Niech idzie kłamać gdzie indziej! Nie tutaj!”

„– To jest oddział psychiatryczny, ale grubo przesadziliście. Skąd ją wytrzasnęli? – Zwrócił się do grupy: – Nie wierzę, żeby ona była prawdziwa. Chcę zobaczyć jej kartę chorobową, inaczej nie będę tu z nią siedział. – Wysunął stolik, grzmotnął w niego pięścią i schował z powrotem. – Wchodzę do tej sali i nie wierzę własnym oczom, co rano wchodzę i nie wierzę! Wstaję rano i myślę, no nie, znowu mi się śniło, a potem tu wchodzę, i widzę, że nie, wcale mi się nie śniło! Diablica siedzi tu sobie jakby nigdy nic, siódmy tydzień mówi, jakie ma piękne życie, w ogóle nie wie, po co tu jest. Znowu więc myślę, że to mnie całkiem pokręciło, coś tu okropnie nie gra”. 

Nikt bardziej nie szkodził, i nikt bardziej nie pomógł. Gdy pani Stasia wracała do domu (do pustej klatki, w której raz na dwa lata odwiedzała ją przypadkowo sąsiadka lub listonoszka), nie zmieniła się ani o jotę. Terapia spłynęła po niej, nie naruszając naskórka. Świadomość, że tak można – że nic się nie zmieni, że nie ma ratunku, że daremny jest ten cyrk pracy w kręgu… – działała jak kubeł lodowatej wody. 

Pominęłam barwne, wzruszające, niepokojące opowieści pozostałych bohaterów. Warto odnaleźć je w Aniołach…. Niejedna historia ma w sobie pestkę, która ściska coś uniwersalnego. Jak ten wspomniany lęk przed brakiem zmiany. Każdy go zna. Na ogół jest sprzężony z lękiem przed zmianą. Chcemy trwać w stabilności i żywimy nadzieję, że coś się będzie zmieniać. Bez tej paradoksalnej perspektywy trudno jest żyć.

Reklamy

mocny anioł

Pod Mocnym Aniołem, reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2014

Pod Mocnym Aniołem. LajkonikJedyny taki film, w którym krakowski lajkonik ma skopany tyłek. Lista innych smaczków i motywów ma swoich prekursorów (literackich czy filmowych), ale podbita stemplem Smarzowskiego jest naprawdę oryginalna. Choć mówią – żadna nowość: picie nie znika z jego filmów od dawna, wraca pętlą pijackiego ciągu i zawsze jest piciem na zabój. Tankuje się w Domu złym, chleje się w Drogówcewięc Pod Mocnym Aniołem trafia do widza, który niejedną kinową żołądkową przetrawił. Może tym szybciej wchodzi mu ona w krew i nastawia na stany ekstremalne. 

Widziałam i wiem, że o meritum mam do powiedzenia tyle, co nic. Autopsja milczy jak zaklęta. Mnożące się na potęgę artykuły o alkoholizmie Polaków też nie czynią mnie ekspertem. Ani dane socjologiczne, ani wsłuchiwanie się w wynurzenia jednostkowych przypadków. Tyle, że dostrzegam – z jednej strony wachlarz możliwych wkręceń, tysiące dróg prowadzących do upojenia (pomysłowość niewyczerpywalna!), z drugiej zaś analogię i wspólny mianownik. Na podstawowe pytania odpowiedzi nie mam.  – Dlaczego?  – Jak głęboko wsiąkają w to postronni?  – Czy pętla wymusza obieg zamknięty (repetycje i skażone początki), czy też moc wyprostowania koła jest w zasięgu?

Smarzowski żongluje odpowiedziami. Uczestniczymy przecież w grupowych terapiach i czasem (patrz: zwiastun) pacjenci na odwyku mówią do kamery „od kiedy” i „dlaczego”. Z nieśmiałości, z uniesienia seksualnego lub w jego zastępstwie, z ogólnego „wkurwienia”, dla uczczenia, z bezprzyczynowego „lubienia”, dla kurażu lub dla towarzystwa. Każdy powód się nada. Żadna diagnoza nie jest samouzdrawiająca.

Myślę, że wybiorę się powtórnie i sprawdzę, czy będzie o tym samym. Bo tym razem było przede wszystkim o Jerzym (Robert Więckiewicz), mniej, lecz intensywnie, o jego dziewczynie (Julia Kijowska), o wymyślonym alter ego (Woronowicz) i o przypływach i odpływach alkoholowego transu. 

Głupio byłoby pominąć, więc wyliczę plejadę aktorów, z których każdy ma chwilę na popisowe odegranie swojego upadku. Mania (Kinga Preiss) – nie można oczu oderwać! Eksfarmaceutka (Iwona Bielska) – niegdyś niewinne dziewczę, które nieśmiałość przełamywało kieliszkiem miętowej nalewki męża (potem dawki i częstotliwość ich wchłaniania strasznie się rozrosły). Joanna (Iwona Wszołkówna, starsza druhna z Wesela) – samotna, zdesperowana. Kolumb (Jacek Braciak) – czyli ksiądz, idący w zaparte. Terrorysta (Arkadiusz Jakubik) – kierowca, który jadąc w Polskę, musi pić, by się kręcił interes (połowa roli to trafiony image!). Doktor Granada (Andrzej Grabowski) – może jedyny niepopadający w groteskę, lekarz nad lekarze, choć bez złudzeń, że recepty mogą leczyć. I tak dalej, ci, tórych znamy z innych filmów Smarzowskiego: Dorociński, Dziędziel, Kiersznowski czy Dyblik.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy i Ona

Otwarty „od rana do rana” bar Pod Mocnym Aniołem przyciąga namagnesowanego Jurka nieuchronnie. Uruchamia w nim mechanizm, który przestawić na inne tory diablo trudno. Chyba że Ona? Spotkana pod bankomatem, gdy prezencja i jasność umysłu Jerzego były niezbyt ostre. A mimo to. Nawet zdania nie dobiegały do kropki, choć to rzecz zasadnicza, by pełnymi zdaniami mówić.  Dla Jerzego – kluczowa. Wszystko sobie taką śliską, okrągłą mową może wytłumaczyć. „Są tacy, którzy mogą pić i tacy, co nie powinni. Ja mogę”. Co może kobieta (nawet tak rozumna i czuła, inteligentna i cierpliwa) wobec grubej warstwy zaszłości? „- Gdybym spotkał cię dwadzieścia lat temu, tobym nie pił”.

Lubię dwie sceny, trzy, może nawet więcej, które ukazują ten związek. Tę, gdy Ona czyta lekko absurdalny wiersz. I czyta go tak, że do kotła łagodności, może nawet bezbronnej naiwności, którą przypisać jej łatwo, dorzuca garść pieprzu i bazylii (coś konkretnego w smaku).

Lubię wyznanie: „wcale nie chciałam cię pokochać”, bo choćby nie wiem ile razy było już mówione przez innych, zawsze wnosi jakiś element wyższego porządku. Nie było w świadomych planach, a jest, czyli miało być (los, Bóg albo fatum).

Najbardziej zaś tę scenę (dziwnie przerywaną, niedokończoną, arcyprawdziwą), gdy Ona chce mu coś ważnego powiedzieć (chyba ustalić jakieś granice, wyjaśnić, co czuje, określić, czego nie może dalej być, jeśli cokolwiek ma być…). Jerzy siedzi bez ruchu, Ona chodzi w tę i we w tę i nie umie znaleźć dobrego początku. Facet nie może trafić na właściwy kanał odbioru, nie ma komunikatu, nie musi się do niego odnosić. A przekaz jasny jak słońce. Albo ciemny jak zapaść, zależy jak spojrzeć.

Jedna z pierwszych scen jest zarazem sceną ostatnią. Zorientowałam się dość późno. Aula wykładowa, Jerzy bryluje i po swojemu zwodzi słowem. „Nie wierzcie, gdy mówię, że nie piję”. – oklaski. Na sali młode twarze, również Ona i Ten Gość zza baru (Woronowicz), co to sumieniem jest i z boku się przygląda. Jeśli potraktować to wyznanie jak kokieterię, to przegrana sprawa albo po prostu element pijackich zalotów. Jeśli jednak to coming out, wyznanie krętactw, danie innym prawa do nieufności i czujności – to trop dający nadzieję. Zwłaszcza, że na sali jest Ona (więc nie odeszła!). Nie wiem na pewno – wokół słyszę, że koniec jest na końcu, czyli tam, gdzie Jerzy stoi na skrzyżowaniu blisko Mocnego Anioła. Ale nie wyrzekłabym się i takiego wariantu, bo przecież skoki są w tej fabule na porządku dziennym.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy

Stawiając na Jerzego, stawiam na Pilcha. Polecam wywiad z pisarzem w styczniowym „Kinie”. Rzeczowy, skupiony na kontekstach pijackiej literatury czy filmu, analizujący zabiegi adaptacyjne. Przeżył Pilch swoje obawy, zaakceptował rezultat. O swojej książce mówi z dysansem, Smarzowskiemu się kłania. „Realista co się zowie” zabrał się za prozę od realizmu daleką, której żywiołem jest słowo, nie obraz, a mimo to pozostał wierny. Pilch zaświadcza, a filmoznawcy mogliby to nazwać (za Alicją Helman) „twórczą zdradą”. Zmienia się rytm, fabuła, zakończenie. A pisarz błogosławi, mówiąc: o to mi chodziło, to nawet lepsze niż mój zamysł. Film oddziałuje dosadniej, dookreśla metafory i aluzje. Nie rozstrzyga o dalszych losach Jureczka: może mu ta miłość pomoże, a może nie, wejdzie do baru, by przerwać „suchość” albo go ominie. Raz czy na zawsze?

Niejeden wywiad wpadł mi przed seansem w ręce. Ale wiekszość wywoływała znudzenie. Ileż można pytać kogoś o to, po co i w jakich ilościach popija? W ogóle: Pod Mocnym Aniołem tyle mówi o alkoholizmie, że komentator nie powinien wykładać kawy na ławę i pytać o oczywistości. I chyba też na niewiele się zda opis pijackich ekscesów. Powiem tylko, że powracający motyw brudnej wody, która wzbiera i zalewa zasyfiony świat to obraz-symptom. Sięgamy do trzewi, do dna żołądka, skąd eksplodują – często w fatalnych okolicznościach – resztki niestrawionego pokarmu. Żadnego wygładzania. Fizjologia i dosadność. Cielesna deformacja, psychiczna niedyspozycja, zachłanny ciąg i potworny kac. 

To widać. Siła pijackich historii to jedno. Druga rzecz to sposób poskładania ich w całość. Forma. Nieprawda, że to opowieść, którą buduje wyłącznie naturalizm. Jest go niemało. A ja wciąż myślę, ile przegapiłam (za pierwszym razem) tropów i wskazówek. W obrazie (gra kolorem, brudne kadry obok tych czystych, z ptasiej perspektywy oglądany odwyk), w kompozycji (pętla goni pętlę – bo nie tylko jazda taksówką z odwyku pod bar powtarza się jak refren), w grze aktorskiej – podwójne role Dziędziela czy Grabowskiego. W grze z czasem (opowieść nie jest linearna).

Ciekawe są cytaty i mrugnięcia w stronę kontekstu. Jerofijew i Lowry? Też. Pilch podpowiedział mi sceny, w których i ja później dostrzegłam nawiązania. Gdy chłopak skacze z okna, zostawiając obrys swego ciała w zadaszeniu poniżej, a potem wraca poraniony na górę – jak Trelkowski z Lokatora Polańskiego. Układ ciał na łóżku, gdy Jerzy i Ona rozmawiają ze sobą – jak w Miłości blondynki Formana. Pętla Hasa nadawana w telewizji, gdzieś na dalszym planie. Nie wiem, czy ta gra to wsadzanie rodzynków do ciasta, czy rozsadzanie dosłowności. Ale rozpoznania są przyjemne.

Pod Mocnym Aniołem. Bar

nigdy więcej Dumonta

Camille Claudel, 1915, reż. Bruno Dumont, Francja 2013

To będzie recenzja pobieżna, nierozczytująca wieloznaczności scen i nieogarniająca kontekstów, zwłaszcza metafizycznych. Bez refleksji nad genialnością reżysera, który ma swoją markę i półkę z nagrodami. Ufff, ooooo… ja nie mogę, jak mnie ten film udręczył! Prawdziwe arcydzieło, które snuje się niemożebnie i wsysa w lej ciążący ku otchłani.

Camille Claudel, genialna rzeźbiarka, uczennica i kochanka Rodina. Przeżywa załamanie nerwowe lub popada w chorobę psychiczną – najprawdopodobniej z powodu splotu bodźców: utraty dziecka (poronienie), odrzucenia  przez Rodina, nadwrażliwości cechującej artystę pragnącego spełnienia. Depresja, afektywność dwubiegunowa, obsesje. Trafia do zakładu psychiatrycznego, później (co niewytłumaczalne!) na oddział zamknięty, gdzie siostry zakonne z anielską cierpliwością opiekują się ludźmi głęboko upośledzonymi.

Rok tego zamknięcia ukazany jest w filmie. Camille, wycofana, lecz bardzo świadoma swej sytuacji, potrzebuje wolności, by znaleźć balans. Znikąd pomocy. Osaczenie, chorzy współpacjenci, rezygnacja z tworzenia, które dotąd było jej pasją. Cisza i monotonnia klasztoru (zakładu). Wrzaski, bełkot i dołujące podrygi tych, z którymi jest po jednej stronie niedoli. Bez szans, by znormalnieć. To raczej widz jest bliski fiksacji. Był moment, gdy o mało co nie wyrwałam się, wymachując ramionami, z Alleluja! na ustach. Jeśli to nie piekło, to niższe piętra czyśćca.
Camille Claudel, 1915Nie dzieje się prawie nic. Spacer, wysiadywanie w słońcu, obserwowanie upośledzonych, posiłki. Oczekiwanie na wizytę brata. Tęsknota, chyba jeszcze niewyzbyta nadziei.

Brat – straszny. Świętoszkowaty poeta, Paul Claudel. To on ją ubezwłasnowolnił. Łaskawym gestem opłacał leczenie, raz na kilka lat odwiedzał. Może to dużo, bo matka i siostra nie odwiedziły jej ani razu, choć Camille tego pragnęła. Paul to ten typ, który musi się pojawić w każdym filmie Dumonta, co to chce ponad śnieg wybieleć, w ekstazie Boga odnaleźć, zatracić się w religii aż po mistykę. Alergię mam na takich, przeogromną. Wiem, że to kreacja i zamysł, ale tracę dystans i budzą się we mnie odruchy mordercze. Przynajmniej chęć zdarcia z szyi lśniącego bielą kołnierzyka.

Co tu dużo mówić, po dziewięćdziesięciu pięciu minutach oddających klimat jednego roku życia Camille (który dłużył się jak migrena) pada informacja, że w tej konfiguracji dane jej było trwać 29 kolejnych lat. Aż do wyzwalającej śmierci.

Dlaczego nie lubię Dumonta?
Bo przecież nie on jest winien, że panna Claudel miała rozklekotaną psychikę. Paul Claudel istniał naprawdę i lubił rozmawiać z Bogiem. Głębokie upośledzenie to nie mit i może nawet takie kuriozalne sceny jak tragifarsowe odgrywanie Don Juana przez dwoje chorych mogłyby mieć miejsce.

Ale Dumont z premedytacją zagęścił je według własnej receptury. Powinnam powiedzieć: raczej rozrzedził. Minimalizm środków (np. nie ma muzyki ilustrującej akcję), sama akcja jest zapętlona w filozofię i w dodatku ten ktoś szukający Boga w iluminacji… a nie widzący Go w oczach drugiego. Dumont zapada w pamięć, bo trudno zapomnieć, jak się człowiek umęczył, oglądając. A żeby mieć pewność, zapiszę sobie, że innych Dumontów już nie obejrzę. Nie moja poetyka.

Obejrzałam w ramach T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee 2014.

drugi dziennik

Jerzy Pilch, Drugi dziennik, Wydawnictwo Literackie 2013

Nie podsumuję blogowego roku, nie czuję, by czaiła się za progiem domagająca się tego cezura. Może zapuka w jakiś przypadkowy czwartek, ani na początku, ani w środku miesiąca czy roku? Może cyfry daty ułożą się magicznie, a może nie? Przyjdzie czas na nowe, to będzie.

Pilch w swym dzienniku pisze o natręctwie typowania dobrych początków. Lubię opowieść o dwóch cnotliwych palaczach, którzy przegapili okazję, by rzucić nałóg. „- Tak, Janku – mówił pod koniec lat sześćdziesiątych biskup polskich lutrów – była sposobność, ale przeszła nam koło nosa… – Tak, Andrzeju – odpowiadał biskupowi polskich lutrów biskup polskich kalwinów – nieprędko powtórzy się taki jubileusz, przespaliśmy… – Przespaliśmy – powtarzał jak echo Wantuła i obaj zaciągali się ze smakiem, i zaraz też wiekuisty kaszel palaczy brał ich w swoje posiadanie, i pokasłując jeden przez drugiego, niby się przekomarzali, ale przecież powaga zdobiła ich oblicza: – Tak, Andrzeju… – Tak, Janku… Taka data nie prędko się powtórzy… Swoją drogą, jak mogliśmy być tak lekkomyślni… Teraz przyjdzie nam palić, nie wiadomo jak długo”. (s.37) Cóż, zważywszy, że chodzi o tysiąclecie chrztu Polski, równie mocna karta może już nie wrócić. Co tam sylwester, nie ten, to za rok!

Drugi dziennik

Gwiazdkowy Drugi dziennik sprawił mi frajdę ogromną. Zachwycił. Przypomniał oczywistość, że „fraza Pilcha” ma moc stawiania na nogi i moc wprawiania w stan intelektualnego kręćka. Autoironiczny. Czasem złośliwy (duży stopień złagodnienia, lecz i tak kilka demaskatorskich operacji przeprowadzono z chirurgiczną precyzją). Błyskotliwość? Jasne. Erudycja? Umie gość czytać i rozumie werbalny przekaz lepiej, niż stu innych razem wziętych i zmieszanych. Barokowa składnia nic a nic nie szwankuje i potrafi omotać, aż do dekonstrukcji siebie samej. A przy tym jasność pełna. Błysk cięcia i blask ostrza. Czytać Pilcha trzeba! Z tysiącznych powodów. Wyliczać? Podam jeden. Niezwykła kombinacja dystansu do siebie, humoru (nie jowialnego, ironicznego bardziej, ale wciąż działającego jak wentyl) i rozpaczy, na skraju której się stoi, w którą się zerka, choć nie po to stoi się samotnie nad przepaścią, by innym ją opisywać czy w nią wciągać. 

Przebitki są. Wiadomo, że choroba nie odpuszcza, przyciąga myśli, a więc i refleksje czy tematy dziennikowych wpisów. Parkinson rządzi się bez pardonu, rozdaje karty, wyciąga zza pazuchy wyrocznie, hipotezy, statystyczne ciągi dalsze. Lecz nie w tym rzecz, ile tych chorobowych zapisków, a jakie one są. 

„Nie ma co ukrywać: zamiast licznych narzeczonych jeden Pan Jezus człowiekowi został. Niby wysoko, a markotno”. (s.75) „…niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót”. (s.33)

„Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zmąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy, czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia! Stylem!” (s.39) Dlatego temat choroby, gdy wraca, to jako żonglerka cytatami, pytaniami, pomysłami na to, jak podstawić jej nogę. Mówi Pilch – za okazję jej zmiażdżenia, unicestwienia choćby w słowie, niejedno by oddał: „… za możliwość napisania takiej rzeczy zrobię, Panie Boże, wszystko, dziecku – jeśli każesz – wyrwę z zaciśniętej piąstki ostatnią landrynkę”. (s.205)

***

Bieda z recenzowaniem na tym polega, że bardziej mnie wciąga czynienie wypisów i czytanie po raz wtóry najlepszych fragmentów. Cóż, nie będę wydłubywać rodzynków z ciasta, ani porządkować materii tych mniej lub bardziej spójnych dygresji, żadnej przecież zamkniętej fabuły nie tworzących. Fabuły. Bo dziennik jest zawsze autokreacją. Choć pojawia się w nim wyznanie, że w opinii odbiorców szczerości zawsze jest za mało lub za dużo, tymczasem w zamierzeniu ma być wyłącznie ona. „Wybierajcie jaką chcecie opcję. Ja wybieram spowiedź ekstremalną. Jak już, to już. Oto niekłamany w niczym jeden rok mojego życia”. (s.)

Bardzo lubię zapiski wspomnieniowe, utrwalające portrety rodziny lub sąsiadów z Wisły. Wraca babcia Czyżowa i stary Kubica, ojciec rozczytany w Tomaszu Mannie i matka. Luterańscy przodkowie katolickiego papieża (Wojtyły). Mocny jest portret Jurusia z Poczty, dla którego ten rok był ostatnim. Lub wspomnienie kobiety, która była muzą powieści Pod Mocnym Aniołem. Będę do tego tomu jeszcze wracała. Również ze względu na poruszający wpis o samotności z 21 kwietnia 2013. Gdybym jednak miała polecić Pilcha z jednego szczególnego powodu (a wspominałam: takich powodów są tysiące), to byłyby nim opowieści o lekturach – o czytaniu i o pisaniu. Świetne!

Czyta Pilch wielkich i mniejszych. Dostaje się Lechoniowi i Grassowi. Dziennik tego ostatniego przekształca się w poradnik „jak dzienników nie pisać”. Jedno ze szlachetnych zaleceń: nie objaśniać samego siebie! I mrugnięcie: „Tylko Umberto Eco potrafi z lekkością własne powieści komentować, skądinąd w kontekście dzieł o wadze ołowiu o lekkość nietrudno”. ;)  Pamiętam własne zaintrygowanie esejami o sztuce Daniela Arasse`a (Nic nie widać) – napisanych z oszałamiającą charyzmą i tak pod prąd moich przyzwyczajeń, że na długo zostawiły wrażenie. Ubawiły mnie zapiski Pilcha. Owszem, doceniające, ale przekłuwające balon z wprawą urwipołcia, który grzecznie dziwi się, że uleciało powietrze, a balonik był taki ładny… 

Zaznaczyć? To przecież oczywiste! Pilch nie wypowiada się z góry, więc przynajmniej we mnie nie wywołuje reakcji polemicznych, tym bardziej, że subiektywizm jest założeniem. Admiracja wobec prozaików rosyjskich (Babel! Izaak Babel, koniecznie chcę go poznać). Docenianie genialnych tłumaczy. Grymas współczucia wobec tych, którzy najlepsze napisali na początku, a potem mogli być już tylko epigonami samych siebie (znów Günter Grass). Refleksje o grafomanach (nie odżegnujmy się, nosimy w sobie choć krztynę grafomaństwa, często dobrotliwego, czasem z przerośniętą wątrobą-ambicją)…

W tej skrótowej recenzji nie oddzielę konstrukcji Pilcha od refleksji zaczerpniętych od Nabokova (literatura jest „po nic”, na tym polega jej luksus) czy Maraiego (każdy grafoman chce wyrazić pełnię, podczas gdy szczytem ambicji winno być uchwycenie szczegółu). Wśrod zapisków Drugiego dziennika jest taki, w którym Pilch podejmuje wyzwanie wskazania literatów, którym do pełni stosunkowo blisko. I po swojemu konfiguruje z nich dwie piłkarskie drużyny.

„Kolejność wedlug kolejności przychodzenia do głowy.
1. Płatonow, Faulkner, Mann, Dostojewski, Tołstoj, Flaubert, Gogol, Borges, Proust, Babel, Szekspir.
Zmiany: po szesnastu minutach w miejsce kontuzjowanego (w wyniku ostrego starcia z Cervantesem) Prousta – Beckett. Po przerwie za Szekspira – Broch. W doliczonym czasie gry za Gogola – Joyce.
Kartki: czerwona za kopnięcie przeciwnika bez piłki – Tołstoj. Żółta – za symulowanie karnego – Mann.

2. Rabelais, Cervantes, Poe, Baudelaire, Nabokov, Melville, Czechow, Kafka, Bellow, Schulz, Conrad.
Zmiany: po przerwie za Conrada wchodzi Márquez, od siedemdziesiątej piątej minuty za Melville`a – Dante. Zwraca uwagę doskonała forma i kondycja Schulza, przewidziany na zmiennika Bułhakow nawet się nie rozgrzewa.
Żółte kartki: za niebezpieczną grę – Kafka; za ubliżanie sędziemu – Czechow”. (s.166)

Myślę, że rodzynki pozostały nienaruszone. Najcenniejsze dla mnie wskazówki wydają się lepiej osadzone w kontekście dziennika niż w czynionych tu próbach cytatologicznych. Ja się zachwycam! 

„Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia tekstu. Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek. Zachwyt – o wiele częściej, niż się wydaje – jest gwarantem niezrozumienia niczego”. (s.90)

w ukryciu

W ukryciu, reż. Jan Kidawa-Błoński, Polska 2013

W ukryciuNie wierz, Człowieku, w to, co podają opisy. Może nawet w ogóle ich nie czytaj, tylko idź i obejrzyj. Bo jak przeczytasz, duże prawdopodobieństwo, że stchórzysz. Chwyciłam przed seansem dwie „zajawki”: że to historia miłości kobiety do kobiety i że jedna z nich jest ukrywającą się Żydówką. Nie wypatrzyłam nigdzie zapowiedzi: „wczesny Polański” – Wstręt albo Lokator. Stało się – zapewne – dobrze. Oczekiwania wzrosłyby niebotycznie i może z większym wyrachowaniem oglądałabym

Tymczasem – czekałam na miłość. A jak wiadomo: kto czeka na miłość, temu wszystkie pociągi śmigają koło nosa. 

Bardzo ładna, niepokojąca klamra: retrospektywny obrazek z dzieciństwa, możliwe, że jeden z kluczy do traumy głównej bohaterki. I sunąca po torach kolej, tunel, przyjazd-odjazd. Młoda dziewczyna wraca do domu, mieszka z ojcem (fotografem). Zastaje tam ukrywającą się piękną Esther. Nie bez znaczenia jest, że pierwszy raz widzi ją nagą w łazience. Później na ogół dziewczyna przesiaduje w pomieszczeniu pod podłogą salonu, często w bieliźnie, co być może jest wytłumaczalne okolicznościami, mnie jednak wydaje się surrealnie podbite sex appealem, kobiecością nieustraszoną, przebłyskującą w niesfornych lokach, nagich ramionach, błyszczących czernią oczach. 

Główna bohaterka (grana przez Magdę Boczarską) wypełniająca soba całą niemal opowieść, to introwertyczna, ascetyczna, bojąca się życia Janka. Powiedzieć, że Janka zakochuje się w Esther, to popełnić nadużycie. Ona się w nią zapatruje, otula ją opieką, chroni przed tym, co zagraża, choć nie wiadomo, ile urojeń w tej grozie, a ile prawdy. Na tym – wydaje mi się – opiera się pomysł tego filmu, który ani o miłości, ani o wojnie wcale nie jest. Na tym, że wojenna groza, anormalność ludzkich postaw, absurd i powszechny strach stają się niczym wobec grozy, dzikości, absurdu i lęku zrodzonego w chorej głowie czy zaszpuntowanym sercu. Wojna staje się pretekstem. Pieśń nad pieśniami – na której Janka uczy się rozumieć miłość – jest obsesyjnym transem. Janka uzasadnia nimi swe narastające starania, by zachować przy sobie Esther jak najdłużej. Za wszelką cenę.

W ukryciu to studium obłędu. Eskalacja obsesji, która niszczy i wydrąża. „Jestem chora na miłość” – taką diagnozę stawia sobie Janka. Brzmi lepiej niż jest w istocie. Stan, w którym zawłaszcza się drugą osobę, izoluje od świata, wpędza w ułudę i podporządkowuje tej relacji całą rzeczywistość… – jest stanem gorączkowym. Destrukcja. Mit. Fatamorgana. Posłużę się cytatem z Pilcha:

„…gdyby nie obrzydzenie do tego rodzaju terminologii, powiedziałbym oczywiście: „toksyczny związek”; niczym feralne zaklęcie wyzwoliłoby to demony płycizn, tandet i banałów; jakbym już tego martwego wyrażenia użył, być może (w poczuciu jałowizny zupełnej) brnąłbym w jakieś dalsze spekulacje, w jakieś żałosne efekty, że niby każdy toksyczny związek ma się za wielką miłość i każda wielka miłość prędzej czy później obraca się w toksyczny związek, itp., itd.” (Drugi dziennik, s.27)

Gdyby więc szukać usprawiedliwienia i zrozumienia dla aberracji czynionych przez Jankę (zatajam, by nie streszczać), groziłaby nam żałosność i nieżyciowość równie wielka jak głupia. Nie sekundowałam „miłości”, obserwowałam osuwanie się w ciemność. Wciągnął mnie seans, zahuczał pod czaszką, oblepił jakąś gęstą mazią. Emocje rzeczywiście przeskakują na widza i jeśli to ma zaświadczać o sile filmu, to zaświadcza. Nie jest to jednak format Polańskiego (bo uparcie w takim kontekście osadzam ten tytuł).

Janka. Uwięziona ekspresja. Ściśle związane włosy na karku, zaciśnięte usta, jakoś tak siermiężnie skrojona sukienka (biała, splamiona czerwonym rzucikiem). Seks z kochankiem, który nie budzi w niej emocji (ukazywany zawsze chwilę po, co podkreśla drętwość tej relacji, strząsanej z siebie do następnego przygodnego razu). Lękliwe, szorstkie relacje z ludźmi, od których ucieka. Nawet wiolonczela nie uczłowieczy tego wizerunku. Zresztą wiolonczela… (nieeeee, oj!) została mi w głowie jako straszak. A wydawałoby się, że wiolonczelistki są prześliczne i powabne…

Bardzo dziwny to film. Doceniam piękną Magdalenę Boczarską, która ujarzmia swą urodę, eksponując to, co splątane, żarzące się zatrutym ogniem. Toksyczność, która odrzuca. Naprawdę, nie polubiłam tej postaci, nie chcę do niej wracać. Choć to odepchnięcie powinno budzić we mnie jednoczesne współczucie. Tymczasem coś mi mówi, żeby nie lekceważyć odpowiedzialności za emocje, którym dajemy się prowadzić. Nie jestem przecież orędowniczką uczuć wyłączie rumianych i zdrowych jak owsianka. Ale dajcie żyć! Żeby rozchorować się tak bez opamiętania?

nic się nie oprze

Delphine de Vigan, Nic nie oprze się nocy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012

Opór? Gdyby był, znikłby w okamgnieniu. Czytałam tę książkę, coraz silniej poddając się jej wpływom. Zaskoczona, że ból i melancholia mają w sobie tyle jasności, że są delikatne, płowowłose, idą lekko, choć niespiesznie, uśmiechają się i błyskotliwie żartują. Ból i melancholia skondensowane w pięknej, inteligentnej  dziewczynie, Lucile.

Nie mogłam się oderwać. A jednak niezbyt dużo byłam w stanie wyczytać na raz. Może to sprawa czerni (zapowiedzianej w motcie, powracającej), której jedna kropla – umieszczona przy palecie barw –  starczyła, by poczuć gorycz. A może to sprawa pióra Delphine de Vigan, którego atrament (w kolorze blue blue – taki mógłby być, gdyby był), zapisywał dość skondensowane emocje, które wolałam przyswajać porcjami.

Czytałam, zainspirowana tekstem Czary, który zapowiadał tę książkę w zimowym numerze „Archipelagu” (7), a niedawno został wznowiony na Jej blogu. Odsyłam, to dobre wprowadzenie, spróbuję nie dublować.

portret Lucile 

Lucile Poirie. Śliczna dziewczynka, której twarz zna cała Francja. Agencja fotograficzna nieźle płaci rodzicom, reperując domowy budżet. Rodzina Poirie jest hałaśliwie radosna, witalna, dźwigająca się z tragicznych doświadczeń niczym feniks z popiołu. Lucile dorasta w gwarze i samotności. Jest jednym z dziewięciorga dzieci Laine i Georgesa…

Lucile. Fascynująca kobieta – nieśmiała, zabawna, podziwiana i pożądana, zraniona… Nie wiadomo, kiedy „to” się zaczęło. Czy wtedy, gdy była niebezpiecznie blisko „tragicznych doświadczeń”? Czy dopiero po przetworzeniu ich w smutną, nieodwracalną refleksję, na przykład tę, którą przynosi pojawienie się adoptowanego brata „w miejsce” tego, którego zabrakło: „W ten sposób, pomimo wyjaśnień i zaprzeczeń, niejasno odkryłam, że jesteśmy wymienni. Nigdy potem, ani w miłości, ani w przyjaźni, nic nie zdołało mnie przekonać, że jest inaczej”. A może wydarzenia zewnętrzne nie mają tu nic do rzeczy, bo Lucile już taka była? Tajemnicza, nieuchwytna, samotna.

Lucile –  szalona i toksyczna, nieobliczalna. Jej ból ma moc autodestrukcji, lecz nie zamyka się w niej samej, promieniuje na córki, w których duma z pięknej i mądrej mamy miesza się ze wstydem i buntem… Choroba psychiczna, upadki i imponujące zwycięstwa. Aż po ostateczną decyzję, samobójstwo, o którym dowiadujemy się na pierwszych stronach opowieści Delphine de Vigan. 

pisanie jątrzy i leczy

Delphine jest córką Lucile i pisze biograficzną książkę o swojej matce. 

„Już sama nie wiem, skąd się wziął pomysł, żeby napisać o matce (…), wiem, jak bardzo [go] odsuwałam (…), sporządzając niekończącą się listę autorów, którzy pisali o swoich matkach, od najstarszych po tych najbardziej współczesnych, tylko po to, aby samej sobie udowodnić, jak mocno to zaminowany teren i ograny temat (…), sporządziłam spis przeszkód, na które z pewnością natrafię, porywając się na takie przedsięwzięcie”. 

Gdy bliski mężczyzna zada jej pytanie, czy na pewno musi  o  t y m  pisać – odpowie, że czuje potrzebę, by pisać i nie może pisać o czymkolwiek innym.
Nic nie oprze się nocy jest więc tyleż portretem Lucile, ile zmaganiem się i autokomentarzem dotyczącym tworzenia tego portretu. Awers i rewers, dyptyk, tekst właściwy i glossa. 

Uważam, że ten pomysł się broni. Gdy po tygodniu od lektury, sięgnęłam do niej ponownie, by przeczytać fragmenty odsłaniające warsztat pisarski i emocje piszącej, dostrzegam w nich siłę i słabość książki. Słabość, bo oderwane od zdarzeń z życia Lucile bledną, sporo w nich repetycji; zmagania z warsztatem przeplatają się z uwagami o bezsenności, impasach twórczych, bólach ciała, różnego typu ekspiacjach. Nie jest to odsłona metodyczna, raczej zapis tego, co przydarza się w kolejnych fazach pracy. Siła tkwi natomiast w tym, że odbieram te zapiski jako wiarygodne. Wierzę, że są ważnym dopełnieniem portretu Lucile, bo przecież dotyczą tego, co pozostawiła z siebie w swych dzieciach. Wierzę też, że zmagania Autorki mogą być potencjalnie odczytane jak próba radzenia sobie z własnym bólem i lękiem. Bólem utraty i lękiem, że wina lub gorycz nie opuszczą nas nigdy. Oba te „ukłucia” są mi osobiście dość bliskie. 

W komentarzach Delphine de Vigan – moim zdaniem – postawione są trzy pytania. Jak prawdziwie opisać Lucile (własną matkę)? Jak ją zrozumieć, wyjaśnić ją sobie samej? Jak ocalić siebie od traumy?

Jak ją opisać?

W fabule (zmyśleniem wypełniając luki), w przytoczonych rozmowach z tymi, którzy byli blisko (rodzeństwo!), w cytatach z tekstów Lucile, w rekonstruowaniu wspomnień swoich i siostry. Kolosalna praca, chodzenie po śladach, które parzą. A i tak niemożliwy jest sukces. To nie zarzut, przecież każdy literacki portret pozostanie szkicem. Pisanie niewiele może – „co najwyżej umożliwia stawianie pytań i przeszukiwanie pamięci”.

W gruncie rzeczy najbardziej brakuje mi jej własnego punktu widzenia, słów, które sama by dobrała, (…) znaczenia, które nadałaby wydarzeniom, szczegółów, które należałyby do niej”.

Jak zrozumieć?

Jest wśród licznych wspomnień Delphine taki obraz, gdy idą we trójkę w stronę paryskiego metra. Lucile trzyma za rękę Manon, młodszą córkę, odwraca się i uśmiecha do starszej. Jest w fazie chwilowego zneutralizowania depresyjnych cieni. Taka utrwali się w kadrze pamięci Delphine: „Lucile stała się maleńką, kruchą, posklejaną, połamaną rzeczą, której tak naprawdę nie dało się naprawić. Ze wszystkich zachowanych obrazów matki ten sprawia mi bez wątpienia największy ból”.

Co chciała zrozumieć? Początki, źródła osobowości matki. Sekrety, jeśli były i miały znaczenie. Co ciekawe – nie przepytuje mężczyzn, z którymi była związana matka, nie chcąc rozgrzebywać tego, co intymne, niekonieczne i wymagające ochrony. Wobec innych jest nieustępliwa w zadawaniu pytań, gromadzeniu okruchów. 

Najtrudniejszą fazę życia Lucile – gdy faszerowana lekami lub z powodu ich braku nie była sobą – Delphine zna z własnych obserwacji. Miała wtedy 10-20 lat. Tylko ile można wtedy zrozumieć? Na wierzch wypływa głównie poczucie odrzucenia, braku czułości, niepewność, niestabilność, lęk przed samobójstwem (towarzyszył Delphine od zawsze). Niewiele więcej może, gdy ma lat czterdzieści, bo tajemnica wymyka się lub otworzona podlega deformacji. Liczą się – na wagę złota, na wagę bezcennego piękna uśmiechu Lucile – wszystkie próby wykreowania portretu.

Jak ocalić siebie?

Ten temat zepchnięty jest na trzeci plan, Delphine koncentruje się na Lucile, nie pyta o siebie wprost. Ale pytanie to jest niczym główna podziemna arteria, główna żyła krwiobiegu. Posłuchajmy:

…musiałam to zrobić, nie po to, by cokolwiek zrehabilitować, uhonorować, udowodnić, odbudować, wyjawić czy naprawić, tylko żeby się do tego zbliżyć. Zarazem dla siebie samej i dla moich dzieci – na których ciąży mimo wszystko echo lęków i wyrzutów – chciałam wrócić do początku.

Piszę tę książkę, ponieważ mam dzisiaj siłę, aby się zatrzymać nad tym, co mnie przenika, a niekiedy zalewa, ponieważ chcę się dowiedzieć, co przekazuję, ponieważ chcę przestać się bać, że spotka nas coś złego, jakbyśmy żyli pod piętnem klątwy, chcę móc korzystać ze szczęścia, z energii, z radości, nie myśląc o tym, że niszczy nas coś przerażającego i że w cieniu zawsze będzie na nas czekał ból”.

Gdy mówi o „śladach, które opierają się upływowi czasu i przeczeniom”, mówi w gruncie rzeczy o bólu utraty (niedającej się niczym wypełnić) i lęku, że poczucie winy (niedopełnienia, zaniedbania, nieuważności, niedokochania) może naznaczyć nas tak, że aż okaleczy. Tego nie mogę zreferować, ale moje doświadczenie lektury potwierdza, że choć zgodnie z tytułem „nic nie oprze się nocy”, to jednak pozostaje nadzieja, że światło oddziałuje z tą samą siłą, więc również  „nic nie oprze się dniu”.

Poprę to epizodem, który mnie poruszył. Delphine sporadycznie wspomina o własnych dzieciach (Lucile była świetną babcią, one ją pamiętają, na pewno nie są wolne od aury, którą żyje rodzina). A ich reakcje genialnie łączą w sobie obie treści – tę o bólu i tę o leku (nie lęku).

„Kilka miesięcy temu, kiedy zaczynałam pisać tę książkę, mój syn (…) rozsiadł się w salonie, żeby odrobić lekcje. Miał odpowiedzieć na pytania z czytania ze zrozumieniem (…). Na dziewięćdziesiątej dziewiątej stronie podręcznika do francuskiego Lettres vives, classe de 5e, widniało następujące pytanie: Jakie szczegóły dowodzą, że matka Jana domyślała się, iż jej syn nie wyleczył się z miłości? Czy mimo to jest ona w stanie zapobiec samobójstwu? Dlaczego?

Mój syn zastanawia się przez chwilę, po czym starannie zapisuje w zeszycie pierwszą część odpowiedzi. Następnie głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu i obojętnym, jakby w ogóle nas to nie dotyczyło, mój syn odpowiada powoli, jednocześnie notując:
– Nie. Nikt nie jest w stanie zapobiec samobójstwu”.

Zapobiec odejściom, rozstaniom, przeróżnym decyzjom, które uruchamiają odruch niezrozumienia i buntu.