Archiwa tagu: cytaty

pan Popiołek i inni

Dom (serial) seria 1 i 2, reż. Jan Łomnicki, Marcin Łomnicki, 1980-2000
DomOczywiście, że trzymam kciuki za Oscary. Idę hołubię w pamięci od października 2013 – niezmiennie. Nic więc nie mam do dodania. Poza tym, że to szczęśliwy wybór, a wcześniej: trafione zgłoszenie. 

Tymczasem umieszczam polski filmowy akcent z kategorii „serial sprzed lat”. Dom – dwie serie po tuzin (+1) półtoragodzinnych odcinków, dzieło Jana Łomnickiego, do którego scenariusz napisali Andrzej Mularczyk i Jerzy Janicki. 

TVP Kultura emituje powtórki. Gdy natrafię, nie sposób nie przysiąść i odejść przed końcem. Parę miesięcy temu obejrzałam obie serie w kilku podejściach (na dvd). Kocham ten serial. Nigdy nie mieszkałam w Warszawie, ale w kamienicy na Złotej 25 bywałam wielokrotnie.

Opowieść zaczyna się w 1945 – warszawiacy wracają zewsząd na stare śmieci. Miasto stoi w gruzach, w ruinie jest cały przedwojenny świat. Nie wszyscy powrócą, niektórym pisane są więzienne perypetie, inni mają syndrom oświęcimski. Wielu marzy o dawnej Warszawie, tęskni za przedwojennym szykiem i porządkiem. A już po piętach depczą im przyjezdni, władze wydają dekrety na nową modłę i można albo przystroić się w nowe (czerwone) barwy, albo warszawskim sprytem robić swoje i nie tańczyć pod dyktando. 

Kolejne odcinki opowiadają o losach mieszkańców jednego domu. Przedwojennej kamienicy mocno naruszonej podczas bombardowań. Na piętra wchodzi się prowizorycznymi schodami. Odpadły niektóre pomieszczenia, więc otwierając drzwi, można stanąć nad przepaścią. Ale dozorca Popiołek mocuje starą bramę i już jest wszystko jak należy. Czas będzie scalać mury i ludzi – nowi mieszkańcy się wżenią, narodzą się dzieci, umrą postaci ze starszego pokolenia. Bo mijać będą całe dekady. Aż po rok 1978, gdy w finałowym odcinku zdarzy się coś, co pozwoli zamknąć opowieść czymś równie scalającym jak uruchomienie wodociągów w odcinku pierwszym: wybór Wojtyły na papieża. Znów każdy z każdym się uściska. Uwierzy w lepsze jutro i takie tam (miłość, rodzinę, sens), by po chwili poczuć jak ulotne są wszystkie nadzieje. 

Popiołek1Każdy odcinek rozpoczyna się tą samą ekspozycją z motywem muzycznym Waldemara Kazaneckiego. Wracająca z daleka jedna z lokatorek woła na widok sąsiadki: „Pani Popiołkowa!”, wpadają sobie w ramiona, a pan Popiołek (Wacław Kowalski) patrzy na kilkuletniego szkraba, unosi go w górę i pytającą intonacją zaśpiewuje: „Jacuś? Aleś wyrósł!”

Mam w głowie całą litanię walorów Domu i dużo krótszą listę mankamentów. Wymienię tylko jeden z mocnych punktów: uchwycenie atmosfery życia w PRL-u. Świat serialu budzi sentyment, ale też uświadamia duszność polityczną, podziały wśród najbliższych wyrastające z odmiennych oglądów świata, zafałszowanie rzeczywistości, deprawowanie ludzi przez system. Kamienica przy Złotej 25 to spektrum postaw: od komunisty Jasińskiego („Mówi wam to coś?” – po tej kwestii zazwyczaj wygłaszał jakąś marksistowską zasadę), przez poszukującą postawę głównego protagonisty, Andrzeja Talara („Wiśta wio!, łatwo powiedzieć!”), po zdeklarowanych opozycjonistów jak Wiktor, były żołnierz AK czy profesor Lawina brzydzący się siermiężnym krojem pozornej demokracji.

Nie sposób pisać tu o wątkach, nawet przedstawienie bohaterów jest zadaniem nie na blogowy wpis. Więc ja tylko kilka słów o tytułach, powiedzonkach i rekwizytach.

Pewnie, że wszystko gra dopiero w kontekście. Ale tytuły są przednie same w sobie:
* Co ty tu robisz, człowieku?
* Warkocze naszych dziewcząt będą białe
* Nosić swoją skórę
* Miłość to tylko obietnica.

Popiołek3Powiedzonka to charakter.
Na przykład rodzice Andrzeja przekazują mu (co on często powtarza) proste chłopskie zasady. Uniwersalne. Kajetan Talar, gotów jest ściągnąć pas i złoić synom skórę, gdyby spartaczyli zadanie: „jeśli coś robisz, rób dobrze”. A matka, cudowna, cicha Talarowa dodaje: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Oboje są impregnowani na nowoczesność.

Nieco bardziej elastyczny jest pan Popiołek, bacznie obserwujący zmiany, które często w głowie mu się nie mieszczą. Ma swoje sakramentalne: „Koniec świata!”. A co tu mówić, gdy szanowany dr Kazanowicz gromadzi okruchy chleba w kieszeniach i potajemnie chce kupić broń. Albo gdy nikt z mężczyzn nie jest w stanie zabić zdobycznej świni, bo mają za miękkie serca, a (grana przez Bożenę Dykiel) Halina Wrotkowa daje radę i jeszcze kwituje sprawę: „Ech, wy kozaki w damskich majtkach”. Lub gdy rodzony syn, Geniek, od którego przejął powiedzonko „Tu się zgina dziób pingwina”, wybiera sobie na żonę policjantkę – „toż ona cię będzie pałką po głowie biła!”.

Rajmund (Mundi) Wrotek – jako filmowiec, któremu cenzura pozwala wyłącznie na propagandę, lecz nietracący wiary w prawdziwe kino – wart jest osobnej notki. Tu wspomnę tylko o jego metodzie na kobiety. Najwidoczniej skutecznej, bo uwiedzione mógłby liczyć na pęczki. „Istna Greta Garbo!” Hmm… scenarzyści nie wspomnieli, jakimi słowy podziwiał brunetki. Wiadomo natomiast, że kulminacja flirtu to w słowniku Mundka „riki-tiki-tak”.

Młodszy brat Andrzeja, Bronek (zwany Niutkiem) to pełen wdzięku stachanowiec, który po wykonaniu jakichś niewyobrażalnie wysokich norm w budowaniu domów na czas, staje się ofiarą własnego sukcesu. Ma swoje pięć minut w chmurach (z tego czasu pochodzi jego ulubione pytanie: „Wiesz kto tę rączkę ściskał?”), po których ostro spadnie w dół. Całkiem dosłownie. A dziewczyna Bronka, późniejsza żona Andrzeja, piękna Ewa z Mazowsza ma przypisany piękny rekwizyt. Plakat, na którym jest pionierką podczas żniw, ilustracją hasła: „Dziewczyny na traktory!”.

Basia, wielka i nieodwzajemniona miłość Andrzeja, to ta dziewczyna z warkoczami, ze zdjęcia. Miną lata, nie będzie już podlotkiem, a wciąż zostaną w niej te struny niepokornego charakteru konspiratorki o pseudonimie Sarna. A zdjęcie – jedno podarowane ukochanemu, drugie skradzione przez Andrzeja z albumu i podłożone podczas identyfikacji zwłok wyjętych z kanałów. Nie mogę nie wymienić, choć to może nie rekwizyt, tembru głosu Łukasza Zbożnego (Krzysztofa Kołbasiuka). Bo to jest głos, w którym zakochuję się w ciemno. Nawet gdyby nie mówił nim wierszy (a mówił!).

Miłosny wątek to także czerwona rękawiczka Gosi Lenczer, dziewczyny, którą podczas marcowych rozruchów (1968) poznaje Mietek Pocięgło. Ukradziona, oddana, znów podarowana, odrzucona etc. Mietka wspominam ze względu na jego wyczucie interpunkcji, które nie przyniosło mu pożytku. Pracę w drukarni stracił po dodaniu znaku zapytania do gazetowego tytułu: „Sprawiedliwy wyrok?”

ProkopCóż, tekściarzem nad tekściarzami jest, oczywiście, Heniek Lermaszewski, warszawski taksówkarz i cwaniak z sercem. On w ogóle nie mówi neutralnych słów. Każde zdanie jest kabaretowym komentarzem do socjalistycznych „okoliczności”.  Kombinator, kreatywny właściciel manufaktury (słynne medaliki Matki Boskiej wytwarzane z pięciogroszówek), znawca dróg na skróty, gdy trzeba zdobyć niedostępny towar. „Bo w tych czasach jak ktoś komuś coś, to choć niewiele, ale zawsze. A jak nikt nikomu nic, to srał goły na rogu stodoły”. Taki niewybredny, ale dobrze puentujący sytuację dowcip. Pewnego razu, a było to już za nowego dozorcy, Prokopa, wpadł Heniek na metodę przechowywania złotych monet w zamrażalniku. Z jakiegoś powodu (nie pamiętam) nazywał je świnkami. Więc, gdy córeczka zapytała go, dlaczego mówi, że świnki są takie ważne, odpowiedział, nie bardzo wprost. „Trzy rzeczy są najważniejsze dla Polaka: Bóg, pochodzenie i świnki”. Wyjaśniał to mniej więcej tak: – Gdyby nie Bug, mielibyśmy granicę na Wiśle. – Jak nie pochodzisz, to nic nie załatwisz. – W socjalizmie nikt nie jest samotny, bo w każdym żyje jakaś świnka.

Prokop 3Pan Popiołek przeminął, nastał czas Prokopa, który nie był tak przyjazny ludziom, o wiele bardziej usłużny władzom i nieporównywal-nie mniej sprawny manualnie. Choć gotów brać się za każdą robotę, z mantrą na ustach: „Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem”. I tym zdaniem przechodzi do historii polskich seriali, bo powtarzał je często, zawsze z odwrotnym skutkiem. Można by jeszcze obstawiać jego „Kurde paka” albo „Ja tu rządzę!”.

Na koniec dwa powiedzonka z otoczenia Prokopa, warte zapamiętania, bo prosto i trafnie diagnozują spotykane w życiu sytuacje. Pierwsze wypowiada Cielęcina. Grana przez Hannę Śleszyńską kobieta ze wsi, która w mieszkaniu Prokopa handlowała mięsem. Targała wielkie siaty, szatkowała mięso na porcje, umachała się przy sprzedaży… Czego się dziwić, że widzi sprawę na czarno: „Kobieta to jest Murzyn świata”. Inną myśl podsuwa szwagier Prokopa, Czesiu. Chodzi o to, by się nie zadręczać, nie bić z myślami bez powodu: „Nie martw się. Koń ma wielki łeb, to niech myśli”.

***

Inspiracją do napisania postu była lektura wywiadu z Andrzejem Młynarczykiem, opublikowana w dwóch częściach w Dużym Formacie (24.12.2014 – Czarny profil świata i 8.01.2015 – Pcham taczkę z blondynką). Rozmowa fenomenalna! Polecam. Linki przekierowują na stronę DF, ale pełna wersja dostępna jest chyba tylko tym, którzy wykupili Piano. Serial Dom nie stanowi tu głównego wątku, to ledwie wzmianki wśród innych życiowych perypetii Młynarczyka.

 

Reklamy

podsłuchane, podczytane

Właściwie bez komentarza. Wystarczyłby link, lecz przepisuję to sobie i innym – dla pomnożenia dowcipu. Rzecz oparta na zapiskach dziewczyny („księgarnianki”) pracującej we wrocławskiej księgarni. Dialogi z życia wzięte. Nic nie przebije „dziesiątki”. ;)

Całość można przeczytać pod wskazanym linkiem: TUTAJ

4

1. 

– To prawda, że nie macie skakanek? 
– Prawda. 
– No wie pani, właśnie mi sąsiadka powiedziała, że nie macie i przyszłam sprawdzić, bo to strasznie dziwne, nie uważa pani? 
– Nie widzę nic dziwnego w braku skakanek w księgarni. 
– A ja widzę. Do widzenia.

2. 

– Szukam przewodnika, ale chyba go nie ma. 
– Jakiego przewodnika pan szuka? 
– Geograficznego. 
– A dokładniej? 
– Szukam przewodnika państwa.
– Jeśli mi pan nie powie, jakie to państwo, to nie będę mogła panu pomoc. 
– Boże, jaka pani jest wścibska! 

3. 

– Dzień dobry w czym mogę pomóc? 
– Mój kolega słuchał audiobooka XXX. Ale ja chcę książkę, bo podobno książka jest lepsza. 

4. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
– Szukam mapy Wrocławia.
– Proszę, ma Pani do wyboru.
– Ale na każdej z nich jest napisane, że to na Euro, a ja szukam mapy po Euro, takiej bez stadionu. Po co mi stadion, ja ulic tylko potrzebuję.

5.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak. Dostanę nową książkę Dana Browna „Piekło”?
– Oczywiście, proszę. 
– Ale tu jest napisane „Inferno” a ja chcę „Piekło”! 
– To ta sama książka – „inferno” z włoskiego to „piekło”. 
– Pani jest chyba pomylona jakaś. 

6. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Ja mam tylko jedno krótkie pytanie. 
– Tak, słucham.
– Czy ten „Ulisses” Jamesa na wystawie to jest ciąg dalszy „50 twarzy Greya”?

7.

– Dzień dobry, szukam książki. Teraz żeby nie strzelić gafy…Stanisław Lem napisał takie książki „O kobiecie”, „O mężczyźnie…” 
– Znaczy Lew? Lew-Starowicz?
– O, tak właśnie! Prawie mi się udało.

8.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, poproszę trzecią część trylogii El Greya.

9.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, szukam lektury. Chwileczkę tylko znajdę kartkę, bo dziecko mi zapisało…o jest: tytuł: „Szekspir”, autor Hamlet. Macie na stanie? 

10.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Szukam książki. Ale nie pamiętam tytułu. 
– A może pamięta pani nazwisko autora? 
– Tak. Pamiętam, że miał w środku nazwiska taką kreseczkę. Proszę po tym wyszukać. 

11. 

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Szukam najnowszej powieści tej pisarki. 
– Której? 
– No tej…, no tej z włosami. 

12.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Widzi pani, wczoraj słyszałem recenzję książki. I bardzo mi się spodobała. 
– A może pan podać autora albo tytuł, to sprawdzę czy mamy. 
– Nie pamiętam. Ale ma kosztować 29.90 albo 39.90. Może po cenie pani znajdzie?

kotka na gorącym, blaszanym dachu

Kotka na gorącym, blaszanym dachu, reż. Richard Brooks, USA 1958;
na podstawie sztuki Tennessee Williamsa

Tuż po Tramwaju zwanym pożądaniem obejrzałam Kotkę na gorącym, blaszanym dachu.
Znać rękę Tennessee Williamsa. Kameralny dramat, sięgający do ukrytych, niegojących się ran, gra fałszu i pozorów. Sytuacja wykreowana dość teatralnie, celowo przytrzymująca wszystkich w klatce i pozwalająca przyjrzeć się każdemu z osobna. Ojciec rodziny obchodzi 65 urodziny, więc zjeżdżają do domu synowie z żonami: Gooper z Mae i pięciorgiem dzieciaków (szóste w drodze) i Brick (Paul Newman) z Maggie (Elizabeth Taylor) – bezdzietni.

Kotka na gorącym blaszanym dachu. Plakat 2

Dramatyzmu dodaje diagnoza raka, więc urodziny rozgrywają się pod szyldem „ostatnie”. A ponieważ bracia są sobie obcy, a majątek Taty duży, więc jedną z linii konfliktu jest spór o dziedzictwo ojca.
Temat drugi to pokazowa dzietność kontra bezdzietność, gdzie wariant pierwszy uchodzi – oczywiście – za słuszniejszy.
Trzeci wątek to uzależnienie Bricka od whisky. Coś się za tym kryje, ale dopiero gdy zbliżymy się do punktu kulminacyjnego, padną wyjaśnienia. Póki co: „kotka” Maggie nie może się doprosić wzajemności uczuć męża.

Jeśli chodzi o sferę problemów – skala imponująca i ponadczasowa, więc materiał do przeżyć i przemyśleń wciąż inspirujący. Nie o wszystkim chcę pisać, więc tylko sygnalizuję. 

Ot, choćby progowy moment dla starszych państwa. Właśnie się dowiedzieli (kłamstwo lekarza), że wyniki są ok. Darowane życie, chęć zmiany, wykorzystanie szansy do cna. A po upływie dnia – utrata złudzeń. Role drugoplanowe, początkowo przerysowane, zyskują w finale ludzki wymiar (no, może poza ostatnią, przesłodzoną sceną).

Brick i Wielki Tata 2Jest klasyczny konflikt w relacji ojciec – syn. Aż nadto klasyczny, lecz dobrze zagrany i świetnie wyrażony w dialogu. Syn marnotrawny, ale ukochany. Ojciec nie dość kochający, bo mu się zdaje, że dawać można głównie pieniądze. A jednak więź, mimo buntu, okazuje się szczerozłota. 

BrickWreszcie – temat najciekawszy – odraza do fałszu. Brzydzi się nim, grany przez Paula Newmana, Brick. Dostaje od Taty reprymendę:

„- Fałsz! Co ty wiesz o fałszu! Mógłbym napisać o tym książkę. (…) Fałsz!  Widzisz te kłamstwa, które muszę znosić? Pozory, hipokryzja. Udawanie, że zależy mi na mamie. Nie znoszę jej od 40 lat. Kościół. Nudzi mnie, ale chodzę. Wszystkie te towarzystwa oszustów, kluby… I złodziejskie fundacje, w których jestem na czele listy naiwniaków. Żyję z fałszem. Dlaczego ty nie możesz? Musisz. W życiu nie ma nic oprócz fałszu. A może jest?” Syn odpowiada gestem, wskazując szklaneczkę whisky.

I choć film afirmuje prawdę, a nade wszystko odwagę stawienia jej czoła, to zacytujmy jeszcze późniejszą kwestię Wielkiego Taty, która doprowadza syna w rejony bliskie przejrzenia. Już tylko kilka drobnych ruchów ze strony „kotki” Maggie, a chłopak otworzy oczy. 

„Życie to nie jest mecz futbolu. Życie to nie ciąg atrakcji. (…) Udajesz, że słyszysz wiwaty, gdy nic nie słychać. Prześpisz i przepijesz życie. W prawdziwym świecie bohaterowie żyją 24 godziny na dobę, a nie przez dwie godziny meczu. Fałsz! Nie… Nie żyjesz z fałszem, ale znasz się na nim znakomicie. Prawda to ból i pot, to płacenie rachunków i kochanie się z kobietą, której już nie kochasz. Prawda to marzenia, które się nie spełniają. I to, że twoje nazwisko nie pojawi się w gazetach, póki nie umrzesz. Prawda jest taka, że nigdy nie dorosłeś. Dorośli nie zawodzą przyjaciół”.

I jeszcze jeden temat: tytułowa walka kotki o utrzymanie się na gorącym, blaszanym dachu. Czyli siła, przebiegłość i uparta wierność kobiety, która nie odejdzie od faceta, którego sobie wybrała, choćby do kresu wytrzymałości doprowadzał ją swym dziecinnym nadąsaniem i bezkompromisowością. 

Kotka Maggie 2

***

Gdyby jednak porównać Kotkę na gorącym, blaszanym dachu z Tramwajem zwanym pożądaniem to wypada o oczko niżej. Mimo że. Mimo sexappealu Elizabeth Taylor, który wdzięki Vivien Leigh zmiata w kąt.

Elizabeth jest piękna, zgrabna, cudnie wystrojona w biały kostium z pomarańczowym pasem podkreślający „osią” talię lub w wydekoltowaną śnieżną sukienkę. Takiej twarzy czas nie powinien był niszczyć (wiem, że niestety, zniszczył i mam mu to za złe). Wdzięk, z jakim się porusza lub choćby zdejmuje pończochy, to jest mistrzostwo świata. 

Słabą stroną jest sięganie po karykaturę. Starszy brat jest głupawy, ma żonę idiotkę i czeredę potwornych dzieciaków, które hałasują, wchodzą bez pukania, pokazują jęzory, a jedno z nich zanurza brudne łapska i merda nimi w wiaderku z lodami. Maggie reaguje alergicznie, dziadek też, a sądzę, że gdyby film trafił na widza, który boi się potomstwa, mógłby skutecznie utwierdzić go w tym strachu. Oglądanie tego filmu z dziećmi jest niewskazane. By nie obarczać ich marsową miną tudzież ewentualnym profilaktycznym klapsem. 

Brick 3Kotka… jest dużo bardziej hollywoodzka niż Tramwaj… Co to znaczy? Na przykład to, że estetyzuje rzeczywistość. Brick na ekranie wypija kilka (jeśli nie kilkanaście) litrów whisky z lodem. Żłopie, przerywając, by wygłosić jakiś całkiem trzeźwy osąd. Utrzymuje się w uroczym stanie permanentnego rauszu, co potwierdza również desperackie wyznanie Maggie:
„Och, dlaczego ty nie tracisz urody, Brick? Większość pijaków brzydnie. A ty, kiedy sięgasz po butelkę, wyglądasz nawet lepiej”. To moja ulubiona kwestia. ;)
Oczywiście, lodowobłękitne oczy Paula Newmana są warte oglądania, choćby nie wiem ile klisz i stereotypów trzeba było po drodze przełknąć. Gdyby jednak zrobić coś, czego robić się nie powinno, czyli zestawić Paula z Maronem Brando (w roli Stanleya Kowalskiego)… Testosteronem emanuje Brando. Na dobre i na złe. Może to dlatego, że postać Bricka jest (wg słów ojca) trzydziestoletnim dzieckiem, a niebawem stanie się dzieckiem pięćdziesięcioletnim (testosteron pozostanie więc chyba w zamrożeniu). A na poważnie: rola Stanleya Kowalskiego powstała siedem lat wcześniej, rolę Bricka stworzył Newman absolutnie nietknięty rewolucją w grze aktorskiej, z hollywoodzką elegancją i szykiem.

Przytoczyłam powyżej fragmenty rozmów. Dialogi stanowią kręgosłup tego filmu. Mam wrażenie, że siłą aktora jest siła słów, które wypowiada. Dobrze rozegrane jest napięcie pomiędzy milczeniem, introwertyzmem Bricka a jego późniejszym otwarciem, pomiędzy dosadnością ojca a trafnością jego diagnoz. A jednak, to, co doceniam, stanowi pewien mankament. Kładę to na karb tej „hollywoodzkości”, nie wiem, czy trafnie. Zbyt mocna przewaga słowa nad całą filmową gramatyką. Zbyt wiele powiedziane zostaje wprost i do końca. Tak to widzę dziś, gdy od premiery minęło 56 lat.

drugi dziennik

Jerzy Pilch, Drugi dziennik, Wydawnictwo Literackie 2013

Nie podsumuję blogowego roku, nie czuję, by czaiła się za progiem domagająca się tego cezura. Może zapuka w jakiś przypadkowy czwartek, ani na początku, ani w środku miesiąca czy roku? Może cyfry daty ułożą się magicznie, a może nie? Przyjdzie czas na nowe, to będzie.

Pilch w swym dzienniku pisze o natręctwie typowania dobrych początków. Lubię opowieść o dwóch cnotliwych palaczach, którzy przegapili okazję, by rzucić nałóg. „- Tak, Janku – mówił pod koniec lat sześćdziesiątych biskup polskich lutrów – była sposobność, ale przeszła nam koło nosa… – Tak, Andrzeju – odpowiadał biskupowi polskich lutrów biskup polskich kalwinów – nieprędko powtórzy się taki jubileusz, przespaliśmy… – Przespaliśmy – powtarzał jak echo Wantuła i obaj zaciągali się ze smakiem, i zaraz też wiekuisty kaszel palaczy brał ich w swoje posiadanie, i pokasłując jeden przez drugiego, niby się przekomarzali, ale przecież powaga zdobiła ich oblicza: – Tak, Andrzeju… – Tak, Janku… Taka data nie prędko się powtórzy… Swoją drogą, jak mogliśmy być tak lekkomyślni… Teraz przyjdzie nam palić, nie wiadomo jak długo”. (s.37) Cóż, zważywszy, że chodzi o tysiąclecie chrztu Polski, równie mocna karta może już nie wrócić. Co tam sylwester, nie ten, to za rok!

Drugi dziennik

Gwiazdkowy Drugi dziennik sprawił mi frajdę ogromną. Zachwycił. Przypomniał oczywistość, że „fraza Pilcha” ma moc stawiania na nogi i moc wprawiania w stan intelektualnego kręćka. Autoironiczny. Czasem złośliwy (duży stopień złagodnienia, lecz i tak kilka demaskatorskich operacji przeprowadzono z chirurgiczną precyzją). Błyskotliwość? Jasne. Erudycja? Umie gość czytać i rozumie werbalny przekaz lepiej, niż stu innych razem wziętych i zmieszanych. Barokowa składnia nic a nic nie szwankuje i potrafi omotać, aż do dekonstrukcji siebie samej. A przy tym jasność pełna. Błysk cięcia i blask ostrza. Czytać Pilcha trzeba! Z tysiącznych powodów. Wyliczać? Podam jeden. Niezwykła kombinacja dystansu do siebie, humoru (nie jowialnego, ironicznego bardziej, ale wciąż działającego jak wentyl) i rozpaczy, na skraju której się stoi, w którą się zerka, choć nie po to stoi się samotnie nad przepaścią, by innym ją opisywać czy w nią wciągać. 

Przebitki są. Wiadomo, że choroba nie odpuszcza, przyciąga myśli, a więc i refleksje czy tematy dziennikowych wpisów. Parkinson rządzi się bez pardonu, rozdaje karty, wyciąga zza pazuchy wyrocznie, hipotezy, statystyczne ciągi dalsze. Lecz nie w tym rzecz, ile tych chorobowych zapisków, a jakie one są. 

„Nie ma co ukrywać: zamiast licznych narzeczonych jeden Pan Jezus człowiekowi został. Niby wysoko, a markotno”. (s.75) „…niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót”. (s.33)

„Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zmąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy, czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia! Stylem!” (s.39) Dlatego temat choroby, gdy wraca, to jako żonglerka cytatami, pytaniami, pomysłami na to, jak podstawić jej nogę. Mówi Pilch – za okazję jej zmiażdżenia, unicestwienia choćby w słowie, niejedno by oddał: „… za możliwość napisania takiej rzeczy zrobię, Panie Boże, wszystko, dziecku – jeśli każesz – wyrwę z zaciśniętej piąstki ostatnią landrynkę”. (s.205)

***

Bieda z recenzowaniem na tym polega, że bardziej mnie wciąga czynienie wypisów i czytanie po raz wtóry najlepszych fragmentów. Cóż, nie będę wydłubywać rodzynków z ciasta, ani porządkować materii tych mniej lub bardziej spójnych dygresji, żadnej przecież zamkniętej fabuły nie tworzących. Fabuły. Bo dziennik jest zawsze autokreacją. Choć pojawia się w nim wyznanie, że w opinii odbiorców szczerości zawsze jest za mało lub za dużo, tymczasem w zamierzeniu ma być wyłącznie ona. „Wybierajcie jaką chcecie opcję. Ja wybieram spowiedź ekstremalną. Jak już, to już. Oto niekłamany w niczym jeden rok mojego życia”. (s.)

Bardzo lubię zapiski wspomnieniowe, utrwalające portrety rodziny lub sąsiadów z Wisły. Wraca babcia Czyżowa i stary Kubica, ojciec rozczytany w Tomaszu Mannie i matka. Luterańscy przodkowie katolickiego papieża (Wojtyły). Mocny jest portret Jurusia z Poczty, dla którego ten rok był ostatnim. Lub wspomnienie kobiety, która była muzą powieści Pod Mocnym Aniołem. Będę do tego tomu jeszcze wracała. Również ze względu na poruszający wpis o samotności z 21 kwietnia 2013. Gdybym jednak miała polecić Pilcha z jednego szczególnego powodu (a wspominałam: takich powodów są tysiące), to byłyby nim opowieści o lekturach – o czytaniu i o pisaniu. Świetne!

Czyta Pilch wielkich i mniejszych. Dostaje się Lechoniowi i Grassowi. Dziennik tego ostatniego przekształca się w poradnik „jak dzienników nie pisać”. Jedno ze szlachetnych zaleceń: nie objaśniać samego siebie! I mrugnięcie: „Tylko Umberto Eco potrafi z lekkością własne powieści komentować, skądinąd w kontekście dzieł o wadze ołowiu o lekkość nietrudno”. ;)  Pamiętam własne zaintrygowanie esejami o sztuce Daniela Arasse`a (Nic nie widać) – napisanych z oszałamiającą charyzmą i tak pod prąd moich przyzwyczajeń, że na długo zostawiły wrażenie. Ubawiły mnie zapiski Pilcha. Owszem, doceniające, ale przekłuwające balon z wprawą urwipołcia, który grzecznie dziwi się, że uleciało powietrze, a balonik był taki ładny… 

Zaznaczyć? To przecież oczywiste! Pilch nie wypowiada się z góry, więc przynajmniej we mnie nie wywołuje reakcji polemicznych, tym bardziej, że subiektywizm jest założeniem. Admiracja wobec prozaików rosyjskich (Babel! Izaak Babel, koniecznie chcę go poznać). Docenianie genialnych tłumaczy. Grymas współczucia wobec tych, którzy najlepsze napisali na początku, a potem mogli być już tylko epigonami samych siebie (znów Günter Grass). Refleksje o grafomanach (nie odżegnujmy się, nosimy w sobie choć krztynę grafomaństwa, często dobrotliwego, czasem z przerośniętą wątrobą-ambicją)…

W tej skrótowej recenzji nie oddzielę konstrukcji Pilcha od refleksji zaczerpniętych od Nabokova (literatura jest „po nic”, na tym polega jej luksus) czy Maraiego (każdy grafoman chce wyrazić pełnię, podczas gdy szczytem ambicji winno być uchwycenie szczegółu). Wśrod zapisków Drugiego dziennika jest taki, w którym Pilch podejmuje wyzwanie wskazania literatów, którym do pełni stosunkowo blisko. I po swojemu konfiguruje z nich dwie piłkarskie drużyny.

„Kolejność wedlug kolejności przychodzenia do głowy.
1. Płatonow, Faulkner, Mann, Dostojewski, Tołstoj, Flaubert, Gogol, Borges, Proust, Babel, Szekspir.
Zmiany: po szesnastu minutach w miejsce kontuzjowanego (w wyniku ostrego starcia z Cervantesem) Prousta – Beckett. Po przerwie za Szekspira – Broch. W doliczonym czasie gry za Gogola – Joyce.
Kartki: czerwona za kopnięcie przeciwnika bez piłki – Tołstoj. Żółta – za symulowanie karnego – Mann.

2. Rabelais, Cervantes, Poe, Baudelaire, Nabokov, Melville, Czechow, Kafka, Bellow, Schulz, Conrad.
Zmiany: po przerwie za Conrada wchodzi Márquez, od siedemdziesiątej piątej minuty za Melville`a – Dante. Zwraca uwagę doskonała forma i kondycja Schulza, przewidziany na zmiennika Bułhakow nawet się nie rozgrzewa.
Żółte kartki: za niebezpieczną grę – Kafka; za ubliżanie sędziemu – Czechow”. (s.166)

Myślę, że rodzynki pozostały nienaruszone. Najcenniejsze dla mnie wskazówki wydają się lepiej osadzone w kontekście dziennika niż w czynionych tu próbach cytatologicznych. Ja się zachwycam! 

„Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia tekstu. Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek. Zachwyt – o wiele częściej, niż się wydaje – jest gwarantem niezrozumienia niczego”. (s.90)

w ukryciu

W ukryciu, reż. Jan Kidawa-Błoński, Polska 2013

W ukryciuNie wierz, Człowieku, w to, co podają opisy. Może nawet w ogóle ich nie czytaj, tylko idź i obejrzyj. Bo jak przeczytasz, duże prawdopodobieństwo, że stchórzysz. Chwyciłam przed seansem dwie „zajawki”: że to historia miłości kobiety do kobiety i że jedna z nich jest ukrywającą się Żydówką. Nie wypatrzyłam nigdzie zapowiedzi: „wczesny Polański” – Wstręt albo Lokator. Stało się – zapewne – dobrze. Oczekiwania wzrosłyby niebotycznie i może z większym wyrachowaniem oglądałabym

Tymczasem – czekałam na miłość. A jak wiadomo: kto czeka na miłość, temu wszystkie pociągi śmigają koło nosa. 

Bardzo ładna, niepokojąca klamra: retrospektywny obrazek z dzieciństwa, możliwe, że jeden z kluczy do traumy głównej bohaterki. I sunąca po torach kolej, tunel, przyjazd-odjazd. Młoda dziewczyna wraca do domu, mieszka z ojcem (fotografem). Zastaje tam ukrywającą się piękną Esther. Nie bez znaczenia jest, że pierwszy raz widzi ją nagą w łazience. Później na ogół dziewczyna przesiaduje w pomieszczeniu pod podłogą salonu, często w bieliźnie, co być może jest wytłumaczalne okolicznościami, mnie jednak wydaje się surrealnie podbite sex appealem, kobiecością nieustraszoną, przebłyskującą w niesfornych lokach, nagich ramionach, błyszczących czernią oczach. 

Główna bohaterka (grana przez Magdę Boczarską) wypełniająca soba całą niemal opowieść, to introwertyczna, ascetyczna, bojąca się życia Janka. Powiedzieć, że Janka zakochuje się w Esther, to popełnić nadużycie. Ona się w nią zapatruje, otula ją opieką, chroni przed tym, co zagraża, choć nie wiadomo, ile urojeń w tej grozie, a ile prawdy. Na tym – wydaje mi się – opiera się pomysł tego filmu, który ani o miłości, ani o wojnie wcale nie jest. Na tym, że wojenna groza, anormalność ludzkich postaw, absurd i powszechny strach stają się niczym wobec grozy, dzikości, absurdu i lęku zrodzonego w chorej głowie czy zaszpuntowanym sercu. Wojna staje się pretekstem. Pieśń nad pieśniami – na której Janka uczy się rozumieć miłość – jest obsesyjnym transem. Janka uzasadnia nimi swe narastające starania, by zachować przy sobie Esther jak najdłużej. Za wszelką cenę.

W ukryciu to studium obłędu. Eskalacja obsesji, która niszczy i wydrąża. „Jestem chora na miłość” – taką diagnozę stawia sobie Janka. Brzmi lepiej niż jest w istocie. Stan, w którym zawłaszcza się drugą osobę, izoluje od świata, wpędza w ułudę i podporządkowuje tej relacji całą rzeczywistość… – jest stanem gorączkowym. Destrukcja. Mit. Fatamorgana. Posłużę się cytatem z Pilcha:

„…gdyby nie obrzydzenie do tego rodzaju terminologii, powiedziałbym oczywiście: „toksyczny związek”; niczym feralne zaklęcie wyzwoliłoby to demony płycizn, tandet i banałów; jakbym już tego martwego wyrażenia użył, być może (w poczuciu jałowizny zupełnej) brnąłbym w jakieś dalsze spekulacje, w jakieś żałosne efekty, że niby każdy toksyczny związek ma się za wielką miłość i każda wielka miłość prędzej czy później obraca się w toksyczny związek, itp., itd.” (Drugi dziennik, s.27)

Gdyby więc szukać usprawiedliwienia i zrozumienia dla aberracji czynionych przez Jankę (zatajam, by nie streszczać), groziłaby nam żałosność i nieżyciowość równie wielka jak głupia. Nie sekundowałam „miłości”, obserwowałam osuwanie się w ciemność. Wciągnął mnie seans, zahuczał pod czaszką, oblepił jakąś gęstą mazią. Emocje rzeczywiście przeskakują na widza i jeśli to ma zaświadczać o sile filmu, to zaświadcza. Nie jest to jednak format Polańskiego (bo uparcie w takim kontekście osadzam ten tytuł).

Janka. Uwięziona ekspresja. Ściśle związane włosy na karku, zaciśnięte usta, jakoś tak siermiężnie skrojona sukienka (biała, splamiona czerwonym rzucikiem). Seks z kochankiem, który nie budzi w niej emocji (ukazywany zawsze chwilę po, co podkreśla drętwość tej relacji, strząsanej z siebie do następnego przygodnego razu). Lękliwe, szorstkie relacje z ludźmi, od których ucieka. Nawet wiolonczela nie uczłowieczy tego wizerunku. Zresztą wiolonczela… (nieeeee, oj!) została mi w głowie jako straszak. A wydawałoby się, że wiolonczelistki są prześliczne i powabne…

Bardzo dziwny to film. Doceniam piękną Magdalenę Boczarską, która ujarzmia swą urodę, eksponując to, co splątane, żarzące się zatrutym ogniem. Toksyczność, która odrzuca. Naprawdę, nie polubiłam tej postaci, nie chcę do niej wracać. Choć to odepchnięcie powinno budzić we mnie jednoczesne współczucie. Tymczasem coś mi mówi, żeby nie lekceważyć odpowiedzialności za emocje, którym dajemy się prowadzić. Nie jestem przecież orędowniczką uczuć wyłączie rumianych i zdrowych jak owsianka. Ale dajcie żyć! Żeby rozchorować się tak bez opamiętania?

przypadek

Przypadkiem ta książka wpadła w moje ręce. Namysł by mi na nią nie wskazał. Przypadki bywają fortunne.

Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki

„OD AUTORANauczyciel sztuki

Jest rok 2012. Upalne lato rozgrzewa do białości zabytkowe uliczki Salamanki. Miguel De Los Reyes siedzi przy kawiarnianym stoliku i lawiruje ekranem swego iPada tak, by złapać cień markizy i odczytać wyniki wczorajszego testu z filozofii. Za chwilę kelnerka przyniesie zmrożoną colę. Trącony nieuważnie stolik przechyla się i pusta szklanka rozpryskuje się o bruk. Jakaś przechodząca obok dziewczyna taksuje Miguela gniewnym spojrzeniem, ale nie zwalnia kroku. Zanim zniknie za rogiem, kelnerka będzie już zmiatać szkło i z uprzejmym uśmiechem odmówi przyjęcia dwóch euro za stratę; to nic, szkło się tłucze, wiadomo. Na tym koniec. Za chwilę nie będzie śladu po całym zajściu.

Czy na pewno? Może tamta dziewczyna, odwracając się na moment ku stłuczonej szklance, straciła szansę skrzyżowania spojrzeń z nadchodzącym właśnie z przeciwka trzydziestoletnim programistą z Bayonne, Francisem Le Bourge. Więc on nie rozpozna jej wieczorem w winiarni, nie poprosi do tańca i o drugiej w nocy nie wylądują w jej dusznym pokoiku nad księgarnią przy Calle de San Juan. Stłuczona szklanka sprawiła, że Le Bourge spędzi tę noc samotnie. Następną także i następną. Sieć przypadków, splątanych przyczyn i nieoczywistych następstw bywa subtelniejsza od pajęczyny i trudno w tym momencie zgadnąć, że za piętnaście lat zgorzkniały i zapiekły w złości programista Le Bourge wywoła największą w historii awarię przemysłową, która pozbawi życia blisko trzy miliony ludzi i uczyni Paryż na zawsze bezludną, toksyczną wyspą.

Żywa wyobraźnia podpowiada, że świat wokół nas w każdej chwili może wybrać jedną z tysiąca dróg, że mógł też wybrać jakąś inną trajektorię w dowolnym punkcie przeszłości. I że ci, co żyliby w owym alternatywnym świecie, uważaliby go przecież za jedyny możliwy. Dla autora wymyślanie takiej historii alternatywnej to fascynujące zadanie. Tak rzadko przecież możemy być dumni z naszej prawdziwej przeszłości, w której tyle spraw aż prosi się o to, by przeżyć je ponownie, ale tym razem zupełnie inaczej: mądrzej, piękniej… Jakże by to było na przykład, gdyby szesnastowiecznej Hiszpanii nie ścisnęły wcale rozżarzone kleszcze inkwizycji, a zamiast tego kwitłby tam nadal wielobarwny świat Arabów, Żydów i chrześcijan, świat który w prawdziwej historii zaczęto wypalać żelazem dwieście lat wcześniej?

Wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć ową dawną Hiszpanię, w której z jakiegoś stołu spadła szklanka, zmieniając już na zawsze wszystko”.

w lustrze cytatu

Monika Rakusa, 39,9, Wydawnictwo W.A.B. (seria z miotłą), 2008 (e-book)

W e-bookowych księgarniach dziś szaleństwo przecen. Nie dziwota: główny target ma swe kalendarzowe święto. A ponieważ odkąd korzystam z Kindle`a, nabywam książki bez skrupułów, więc obrosłam w teksty kobiece i o kobietach. Jeszcze nie wiem, co mi to da. Ale już trafiłam na lusterko. Nie żeby w skali 1:1, ale też się nie wyprę, że mi to czegoś nie przypomina. Nie żeby osobiście, ale tak generalnie, ogólnie: par excellence kobiecość.

[noworoczne zapiski w notesie; to ledwie 1/5 zdania]

Monika Rakusa, 39,9

1 stycznia Dzień postanowień Do moich czterdziestych urodzin powinnam: schudnąć znacznie ale mimochodem bo za bardzo skupiam się na sobie i chciałabym też sprawdzić czy mogę jeszcze działać na mężczyzn a kiedy to sprawdzę musi mi przestać na tym zależeć żeby za bardzo nie skupiać się na mężczyznach i muszę przestać być naiwna a równocześnie mieć większe zaufanie do świata i do mojego męża który jest dobrym człowiekiem i wcale niekoniecznie zamieni mnie już niedługo na swoją przeraźliwie młodą sekretarkę a gdyby zamienił to nie przejmować się ostatecznie przecież gramy z sekretarką w zupełnie innych ligach i muszę z godnością skończyć te czterdzieści lat a równocześnie postarać się wyglądać młodziej choć powinnam także w końcu dojrzeć i równocześnie nie czuć się tak bardzo stara i tak jakbym swoje życie przeżyła już ze sto razy tym bardziej że życia szczęśliwie nie można przeżywać sto razy ani nieszczęśliwie (…)

bo przecież nie wierzę wprawdzie w ludzkość ale w człowieka wierzę więc zgodnie z tą wiarą powinnam nie zgadzać się z tym przeraźliwym stwierdzeniem z którym się całkowicie zgadzam że świat to jedna wielka restauracja i muszę być mniej sentymentalna bo to się kłóci z moimi poglądami które zdają się odrobinę niespójne i naprawdę intelektualnie nie zgadzam się z własnymi emocjami (…)

i powinnam nie skreślać dni w kalendarzu tak jakbym wierzyła że życie się jeszcze zacznie bo co się ma właściwie zacząć i powinnam być lepsza dużo lepsza i nie tracić wiary w siebie jeśli temu wszystkiemu nie sprostam bo przecież możliwe że nie sprostam a muszę się akceptować taką jaką jestem (…)”

sugar man

Sugar Man, reż. Malik Bendjelloul, Szwecja, Wielka Brytania 2012

Cold FactSixto Rodriguez. Zapamiętać. Obejrzeć film – raz, drugi. Kupić płytę (soundrack) i słuchać w kółko. Uśmiechać się, nucić pod nosem, dopasować krok, oddech i przestroić myśli. No, niewiarygodne! Chyba ściema, choć podobno wcale nie. Ale nawet gdyby ktoś dołączył aneks do mitu albo listę pytań o scenariuszowe białe plamy, nic a nic to nie znaczy, bo ja jestem zachwycona jak rzadko kiedy. Okey, mam skłonność do zachwytów – ale ten jest szczególny, bo trafia na przednówkowy głód i go syci. Jak się ten stan utrzyma do początku wiosny, to słowo daję – odfrunę jak nic!

Zatem: radzę omijać wszelkie recenzje i sprawdzić rzecz naocznie i nausznie: Sugar Man, dokumentalny film pełnometrażowy (laureat Oscara w tej kategorii) poświęcony muzykowi, Sixto Rodriguezowi, jego piosenkom, ludziom, którym one dały siłę lub po prostu zamieszkały w ich życiu oraz temu, że los jest nieprzewidywalny i czasem mówisz: „to już koniec”, a to dopiero początek. :)

Coming From RealityI wonder how many times you’ve been had
And I wonder how many plans have gone bad
I wonder how many times you had sex
I wonder do you know who’ll be next
I wonder I wonder, wonder I do (I Wonder)

Jest więc tak: ciekawy człowiek, świetne piosenki (bardzo zgrabne tłumaczenie w filmowych napisach; nie potrafię tak ładnie ująć po polsku tych fraz, więc zostawiam oryginał) i kapitalna przygoda, jaka stała się udziałem fanów poszukujących mistrza.

Sixto Rodriguez żył jak włóczęga, bywał w pubie „Kanał”, gdzieś w Detroit. Dwóch muzycznych producentów usłyszało go i postawiło na niego jak na czarnego konia. Tego wieczoru na ulicach była mgła, w pubie dym i tylko on był wyrazisty. Wydał płytę Cold Fact (1970), którą kupiła ledwie garstka, potem drugi album – Coming From Reality (1971) – bez zmian. Ci, którzy zainwestowali w Rodrigueza zachodzili w głowę „dlaczego?”. „Myśleliśmy, że będzie wielki, a nie osiągnął nic”. Może okładka nie taka, może nie czas na Latynosów (Rodriguez ma korzenie meksykańsko-indiańsko-europejskie), jak by nie było, trzeba przegnać mrzonki: obstawić inne nazwiska, wrócić do pracy na budowie.  

And you claim you got something going
Something you call unique
But I’ve seen your self-pity showing
And the tears rolled down your cheeks. (Crucify Your Mind)

Soundtrack

Dwadzieścia lat później Cold Fact podbija RPA. Legenda głosi, że  dzięki egzemplarzowi przywiezionemu do Kapsztadu przez młodą Amerykankę. Odcięci od świata Afrykanerzy – w czasach Apartheidu – nie mają pojęcia, że słuchają artysty, który na rodzimym rynku poniósł fiasko. Tu zrobił furorę. Jego teksty zna każde dziecko, pirackie albumy (dziki przemysł fonograficzny tamtych lat) są wszędzie. Jest popularny jak Elvis Presley, Jimi Hendrix, Simon & Garfunkel, Rolling Stonesi i Bob Dylan razem wzięci. 

Piosenki jak elementarz: Sugar Man, I Wonder, Sandrevan Lullaby, Establishment Blues, Crucify Your Mind, I Think of You, Cause…

Just a song we shared, I’ll hear
Brings memories back when you were here
Of your smile, your easy laughter
Of your kiss, those moments after
I think of you,
and think of you
and think of you. (I think of you)

Dekadę później zaczyna się śledztwo, Szukanie Sugar Mana. I o tym jest ten film. O zwrotach akcji, niespodziankach, zmartwychwstaniach, o fajnych facetach, którzy są sobą (niezmienni), gdy marzą o byciu artystą, gdy biorą się do roboty, której poza nimi nikt nie chce wykonywać i gdy świat  w ekstazie składa im hołd. Jakby to nie miało znaczenia. Chciałoby się powiedzieć: niemożliwe. I chciałoby się wierzyć, że czemu nie.

I jeszcze o tym, jak fajne mieć tajemniczych idoli. I o tym, że biedni ludzie mają bogate marzenia. Że głupia sprawa łamać zasady Legalnej Kultury, choć niewyrazistość prawa czasem aż świerzbi, by piracić. Jeszcze o tym, jakie to musi być dziwne: zobaczyć swoja fotkę na kartonie od mleka albo usłyszeć w słuchawce głos, którego nie można nie rozpoznać, a który trudno uznać za realny.

I wonder about the love you can’t find
And I wonder about the loneliness that’s mine
I wonder how much going have you got
And I wonder about your friends that are not
I wonder I wonder, I wonder I do (I Wonder)

stąd do wieczności

James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo „Książnica” 2012

– Naprawdę cię potrzebuję, bo jestem samotna. Myślisz, że kłamię?
– Nikt nie kłamie mówiąc, że jest samotny. * 

Stąd do wieczności


No cóż, może odrobinę nie
à propos Świąt, które zaczną się za chwilę. Ale na to wypadło. Ostatnio przeczytałam właśnie tę powieść Jamesa Jonesa (z 1951 roku!), ok. 650 stron drobnym maczkiem. Powieść o szeregowcu Prewitcie i starszym sierżancie Wardenie – losy tych dwóch toczą się równolegle w amerykańskiej kompanii G, na Hawajach, w roku 1941. W czerwcu Prewitt honorowo opuścił oddział trębaczy (jak on grał! jak Prewitt grał capstrzyki! to były opowieści o duszy i melancholii!) i trafił między najzwyklejszych wojaków. Wiemy, co się z nim dzieje przez kilka najbliższych miesięcy – aż do grudnia, gdy Japonia zaatakuje znajdujące się w pobliżu koszar Pearl Harbor. Potem rozpocznie się wojna, ale opowieść rozgrywa się w czasie sprzed przystąpienia USA do konfliktu.

Prewitt jest niepokorny i niełamliwy, impregnowany młodzieńczym buntem (21 lat!), imponuje kumplom – ma tę trudną do nazwania cechę, która sprawia, że chce się z nim być w jednej drużynie, mimo iż on na ogół gra sam. Umie przyłożyć (eksbokser, który wyrzekł się boksu, by nie krzywdzić) i potrafi stanąć w miejscu,  by dać się zabić. Cóż, ta druga umiejętność jest strasznie nieżyciowa. ;) 

Warden – starszy o dekadę, doświadczony, bez złudzeń, z alergią na karierowiczostwo, z czymś, co go gryzie w środku, ale nie czyni go filozofem  czy smutasem. Raczej kimś nieobliczalnym. Zarówno w relacji z wojną (w czasie nalotu najpierw genialnie rozdysponował wszystkim, co trzeba – tak że oddział chodził jak naoliwiony, a sam Warden wlazł na dach i strzelał w niebo), jak i w relacji z kobietą. Gdy Karen Holmes się z nim zapoznaje, pada trafna diagnoza: „To mi się właśnie w panu podoba: ta pewność siebie. I to mi się też nie podoba”.

Chcesz czy nie chcesz, Drogi Czytelniku (zwłaszcza: Droga Czytelniczko), nieustannie wybierasz, kogo wolisz, czyja narracja jest Ci bliższa. Mnie chyba ta Wardenowska, choć capstrzyk Prewitta złamał mi serce.

Tak, to powieść o amerykańskim wojsku, o wierzgających jednostkach, które przycinane do drylu, uginane hierarchią, dręczone Obróbką i Obozem Karnym, cholernie zmęczone, okaleczone, samotne… mają w sobie ogień buntu. Nie każdy tu jest Prewittem, ale każdy dobrze rozumie, o co chodzi: „Jeżeli mają mnie zrobić na szaro, to przynajmniej nie będą mieli tej satysfakcji, żeby widzieć, jak się płaszczę i robię z siebie przedstawienie. Potrafię znieść wszystko, co mi dadzą i jeszcze wrócić po więcej, szefie. Ja ich pierdolę”.

Męska książka, o wojsku, o burdelach, głupich dowódcach, o systemie, który władczość potwierdza na każdym kroku upokarzaniem tych, których pozbawiono władzy. A zarazem: to najbardziej romantyczna książka, jaką zdarzyło mi się ostatnio czytać

Dlaczego romantyczna? Uściślę, że w tym właściwym (!) rozumieniu, czyli: nie sentymentalna, ale angażująca emocje, nie o strukturach społecznych (narodzie etc.), lecz o jednostce (niezabezpieczonej stabilną relacją z drugim człowiekiem), nie o nadwrażliwcach, za to o twardzielach z duszą. Nie o utopistach ze sztandarem na barykadach, ale o gorzkich idealistach marzycielach.

Romantyczność, oczywiście, towarzyszy relacjom damsko-męskim, choć ja większe jej stężenie dostrzegam w czymś, co kojarzy się pragmatycznie – w żołnierskiej codzienności, którą się przeklina i (o dziwo) kocha jednocześnie. To jest mocna strona powieści Jonesa, że idealizm jest osadzony w codziennym zmaganiu się z materią. Trzeba sporej brawury, by wymyślić bohatera, który – niszczony przez wojskową strukturę – wyzna, że kocha wojsko. Gdyby chodziło o mnie, poszłabym w zaparte, za nic nie przeszłoby mi przez gardło, że „kocham to, co robię”, „kocham to, kim jestem, gdzie i po co”.  Bo to mega egzaltacja. A u Jonesa brzmi dobrze. Ach, no tak, bo to jest powiedziane w trzeciej osobie:

„– Pan miał wysokie mniemanie o tym Prewitcie, co, sierżancie? (…)
– Myślę, że był stuknięty. Kochał wojsko. Każdy, kto kocha wojsko, jest stuknięty. Moim zdaniem był dostatecznym wariatem, żeby móc zostać dobrym spadochroniarzem albo komandosem, gdyby nie był taki drobny. Kochał wojsko tak, jak mężczyźni kochają swoje żony. Każdy, kto kocha wojsko tak bardzo, musi być stuknięty.
– Z pewnością – powiedział porucznik Ross.
– Podczas wojny kraj potrzebuje tylu dobrych żołnierzy, ilu zdoła zebrać. Nie może ich być za wielu.
– Jeden żołnierz mniej czy więcej nie ma takiego znaczenia – powiedział ze znużeniem porucznik Ross.
– Dlatego człowiek, który kocha wojsko, jest stuknięty – powiedział Warden”.

Są dwa ciekawe romanse. Prewitt w burdelu pani Kipfer poznaje Loren (czyli Almę), piękną, przyciągającą go tragizmem kogoś, kto rozumie cierpienie. Warden wdaje się w romans z żoną kapitana kompanii, Karen Holmes, której opinia w wojskowym światku jest dość dwuznaczna. Nie kibicowałam tym wątkom jakoś szczególnie, ale pierwsza noc Prewitta z Loren (gdy mu się zdaje, że miłość to odnalezienie w drugiej osobie siebie) i ostatnia noc Wardena z Karen (gdy oboje się tak pięknie okłamują) są romantyczne do rdzenia. 

Jest męska przyjaźń i to różne jej odcienie: od fascynacji i serdeczności (Angelo i Prewitt albo Prewitt i Jack Malloy) przez zrozumienie, braterstwo dusz (Prewitt i Stark) aż po taką największą, gdy jeden o drugim powie raczej, że go wkurza niż wyzna przywiązanie, a mimo to będzie między nimi bliskość (tak jak między Prewittem a Wardenem). 

I jeszcze o jednym (arcyromantycznym) aspekcie muszę wspomnieć. O czytaniu. O znajdowaniu w książkach inspiracji, materiału do tworzenia siebie. Również w filmach – Prewitt wymienia tytuły, z których uczył się bycia na przekór. Jest taki epizod, gdy Prew ukrywa się w domu kochanki i pochłania książki. Z tych najcenniejszych wypisuje do notesu tytuły innych, koniecznie do przeczytania. „Spoglądał na rosnącą listę z taką dumą, jak gdyby to był dyplom honorowy. Jeszcze zdąży przeczytać je wszystkie. Jak się następnym razem spotka z Jackiem Malloyem, będzie mógł też zabierać głos, a nie tylko słuchać”. A potem, gdy dogasa jego świadomość, myśli sobie, że szkoda się rozstawać z życiem również z tego powodu. „Zrobiło mu się żal, że nie zdołał przeczytać reszty tamtych książek. I przykro, że te, które przeczytał, idą na marne”.

Cytat, który wybrałam na motto nie pochodzi z książki, lecz z filmu. To była oscarowa ekranizacja (1953). Chciałabym kiedyś ją obejrzeć, choć fotografie odbiegają od moich wizualizacji.

No dobrze, to na koniec opowiem najwytrwalszym, jak Prewitt grał capstrzyk. Wbrew pozorom można w nim odnaleźć magię wigilijnego opłatka. 

„Spojrzał na zegarek i kiedy wskazówka dotknęła najwyższego punktu, podszedł do megafonu, podniósł ku niemu trąbkę i zdenerwowanie opadło z niego jak odrzucona kurtka; nagle był sam jeden, daleko od wszystkich.

Pierwszy ton był czysty i absolutnie pewny. Nie było w nim żadnego wahania czy potknięcia. Poniósł się przez dziedziniec, wytrzymany o ułamek sekundy dłużej niż czynili to inni trębacze. Trwał tak długo jak czas dzielący jeden znojny dzień od drugiego. Trwał tak długo jak trzydziestoletnia służba. Druga nuta była krótka, niemal za krótka, urwana. Zamilkła nagle, przeleciała za prędko, jak minuty spędzone z kurwą. Była krótka jak dziesięciominutowa przerwa w ćwiczeniach. I wreszcie ostatnia nuta pierwszej frazy wytrysnęła triumfalnie z nieco łamanego rytmu – triumfalnie, wysoko, na niedosiężny poziom dumy, ponad upokorzenie i poniżenie. (…)

To jest pieśń ludzi, którzy nie mają nigdzie miejsca, a gra ją człowiek, co także nigdy nie miał miejsca dla siebie, i przeto może ją grać. Słuchajcie jej. Znacie tę pieśń; czy pamiętacie? To jest melodia, przed którą co wieczór zatykacie sobie uszy, żeby móc spać. To jest melodia, której nie chcecie słuchać, i żeby jej nie słyszeć, wypijacie co wieczór pięć martini. To jest pieśń Wielkiej Samotności, która przenika wszędzie jak wiatr pustynny i odwadnia wam duszę. To jest pieśń, której będziecie słuchali w dzień waszej śmierci. Wtedy, gdy leżąc na łóżku, pokryci śmiertelnym potem, będziecie wiedzieć, że wszyscy doktorzy i pielęgniarki, i zapłakani przyjaciele nie znaczą nic i nic nie mogą wam pomóc, nie mogą wam zaoszczędzić ani jednej kropli goryczy, bo to wy umieracie, nie oni – kiedy będziecie czekali na nadejście tego ze świadomością, że nie zdołacie wykręcić się snem, że nie odsunięcie tego pijąc martini, ani nie odwleczecie rozmową, że nie znajdziecie ucieczki w waszych zamiłowaniach – wówczas usłyszycie tę pieśń i przypomnicie ją sobie, poznacie. Ta pieśń jest Rzeczywistością. (…)

Stali zasłuchani w mroku galeryjek i nagle każdy poczuł się bardzo bliski temu, który stał obok, który też był żołnierzem i też musiał umrzeć. A potem, równie milcząco jak przyszli, zaczęli wracać do wnętrza, ze spuszczonymi oczyma, nagle zawstydzeni własnym wzruszeniem i tym, że ujrzeli obnażoną duszę człowieka”.

pokłosie recenzenckie

Pokłosie, reż. Władysław Pasikowski, Polska 2012

naokoło

Jest przerażenie. Że też takie rzeczy się dzieją! Wbrew strategii rozsądku, wbrew miłosierdziu, bez pokory i bez woli stanięcia z prawdą czy innością twarzą w twarz. 

Chodzi mi o to, co dzieje się WOKÓŁ filmu. O to, ile zamieszania, rozsierdzenia, jakichś żywych ran, obruszeń i zacietrzewień. Że wraca temat antysemityzmu jakby nigdy wcześniej nie był przerabiany. Wraca (a właściwie nieprzerwanie brzęczy) pustosłowie o „prawdziwych” Polakach i tych „pozostałych”, nie dość narodowo zakręconych, a prawdopodobnie podszytych jakimś felernym, parszywym powinowactwem ze starozakonnymi. Zupełnie kuriozalna historia komentarzy pod adresem Maćka Stuhra (w filmie Pasikowskiego gra obrońcę Żydów), jego dyżurne wypowiedzi w publicystycznych programach czy na facebookowym koncie. Aż nie wierzę. Przecież to stuprocentowe stężenie absurdu. Żeby zamiast normalnie (!) oglądać film, wyciągać armaty argumentów na temat tego, czy wolno pokazać złych Polaków, skoro wiadomo, że byli też dobrzy etc. 

Gdy w komentarzach pod notką o Obławie pojawiło się powątpiewanie, czy to aby ma sens, by Polacy wciąż kisili się w wojennym sosie zamiast opowiadać coś współczesnego, pomyślałam: nie jest tak źle. Nic złego w powrotach. Dziś myślę, że jednak coś tu nie gra. Coś szwankuje w percepcji tego rodzaju filmów. Dlatego „jest przerażenie”. To, że przerażają dawne zbrodnie to oczywiste. Gorzej, gdy filmowy thriller przelewa się w realną grozę narodowych uproszczeń i błotnych emocji.

moje

Pokłosie to dobry film. Trzymający w napięciu thriller (niektórzy mówią: western). Czuje się ciarki, gdy Franek idzie lasem, a ktoś zdaje się być nieuchwytnie blisko. Gdy ni stąd ni zowąd wyrasta ściana ludzi, „przypadkowo” zwarta i szczelna. Gdy czuje się czyjś oddech za plecami i przeczuwa, jak mylna jest naiwność Józka, który sądzi, że to brat zawrócił, by dokończyć rozmowę. Gdy ciosy padają najdosłowniej i przemoc wydaje się naprawdę możliwa, choć irracjonalna.

Krótko wyliczę co podoba mi się najbardziej, unikając tworzenia „swojej” wizji filmu. Podrażniona zamieszaniem wokół Pokłosia przeczytałam kilka ważnych omówień, więc może sensowniejsze będzie wskazanie interesujących recenzenckich tropów niż tworzenie mimowolnej kompilacji. 

Jest tak: rzecz dzieje się współcześnie, we wsi Łapy (czyli gdziekolwiek). Na pierwszym planie dwaj bracia, Franek (Ireneusz Czop) i Józek (Maciej Stuhr). Starszy wrócił po dwudziestu latach z Chicago, zaniepokojony famą o konflikcie Józka z wsią, o jakimś niejasnym ostracyzmie, dziwactwie. Sądzi, że wina tkwi raczej w Józku, bada sytuację. Polska wieś, Żydów tu nie ma, ale są macewy, z których dawno temu zrobiono drogę, próg, studzienkę… Józek zbiera je i stawia na swoim polu. Wieś jest tym podirytowana. Temat Żydów po prostu nie jest w Polsce tematem neutralnym. Dziś. A tym bardziej, gdy sięgnie się w głąb, w jakąś zamierzchłą przeszłość, którą z autopsji zna ledwie kilkoro starców. I gdyby suspens miał polegać na odkryciu tego, co się stało, to byłby dość przewidywalny. Pamięć Jedwabnego nie pozwala naiwnie się zdziwić. Dość szybko wiadomo, dokąd ta droga prowadzi. Ale nie zgadzam się, że podejrzenie, które rodzi się we mnie w początkowych sekwencjach, w czymkolwiek umniejsza napięcie i przekaz.

Podoba mi się:
1) Konwencja gatunku i gra figurami odwrotnymi. Czyli opowieść o osaczeniu, samosądzie, potrzasku. I czytelne, interesująco rozegrane symetrie. Kontrastowe postaci, sytuacje, archetypy chwilami wydają się lustrzane. Jakby zamieniają się miejscami. Archetyp niewinnej ofiary (Jezusa) i zdrajcy (Judasza), dociekliwość – asekuracja, ofiara – kat.

[Nie daje mi spokoju wyczytana informacja o zmianie zakończenia. Komentarz o Judaszu wycięto. Szczegóły w dopisku do recenzji Tokarskiej-Bakir.]

2) To, że Józek nie jest facetem z misją, sam nie wie, po co to robi. Nie może inaczej. Ale nie ubiera tego w wielkie słowa, trzyma się  swojej perspektywy. Jest uparty jak osioł, więc do kozła ofiarnego stąd już tylko krok.

3) Antropologiczny kontekst opowieści, który moim zdaniem przebija temat relacji polsko-żydowskich. Dzięki temu naprawdę porusza wyobraźnię, również  tych, którzy już czytali Grossa, już rozmyślali nad dwuznacznością (ściślej: dwubiegunowością postaw świętych i potworów), którzy czują się poza bezpośrednio nazwanym antagonizmem. Potrzeba znalezienia kozła ofiarnego, naznaczanie wykluczonych, konsolidacja grupy mającej określonego wroga, zmowa milczenia, tabu etc.

4) Podoba mi się gra aktorska. Pomimo braku zrozumienia do nieustannego prania białej koszuli (jedynej posiadanej przez amerykańskiego brata) i zakładania  jej do każdej brudnej roboty. Nie mieści mi się w głowie, że brat nie pożyczyłby mu jakiejś flaneli. Ale to są zarzuty co do małych uchybień scenariuszowych, które dowcipnie wychwycił Jakub Socha („nie umawia się kombajnu na czwartą rano…”).

recenzencko

Wiem, że Pokłosie jest gęsto komentowane i że ja ledwie wycinek przeczytałam. Podzielę się tym, co jednak – moim zdaniem – naprawdę warto przeczytać. Dwa teksty z „Dwutygodnika”, jeden z „Kina”, jeden z „Gazety Wyborczej”. Nazwiska odsyłają do stron z tekstami recenzji.

Jakub Socha pisał o filmie w kontekście majowego festiwalu polskiego kina w Gdyni. Proroctwo ostatniego akapitu właśnie się ziściło:
„Jednak Pokłosie to coś więcej niż film. Na pewno będziemy mogli się o tym przekonać w momencie, gdy wejdzie do kin. Oj, rozpęta się burza, niektórzy Pasikowskiemu nie darują, czym jeszcze bardziej potwierdzą, że tego typu film, który w sposób tak otwarty i mocny pokazuje polskie zbrodnie na ludności żydowskiej, był i ciągle jest niezbędny. O ilu naszych filmach można to samo powiedzieć?” Recenzja rozpościera się na trzech filarach, bo według Sochy tyle jest właśnie fundamentów Pokłosia: gatunek, melancholia i obowiązek. Melancholia… tak zdiagnozowana została reżyserska perspektywa: spojrzenie melancholika, który żyje w poczuciu, że jedyne, co można, to nie pogarszać sprawy. Bo przewidywał recenzent (trafnie!), że Pasikowski nie będzie się mierzyć z dyskutantami, rozdrabniaczami włosa na czworo i „urażonymi w swych uczuciach” mitomanami. Szkoda, że wszystko to spada na barki Stuhra.

Joannę Tokarską-Bakir czytałam, wiedząc, że świeżutko wydała (oceniane jako wydarzenie) Okrzyki pogromowe, zna więc temat podskórnie i potrafi ocenić obraz, nie zatrzymując się na powierzchni. To moja ulubiona recenzja. Autorka ma ucho do dialogów, cytuje je garściami i pokazuje, ile pereł, ile zagęszczonych treści jest w lekko rzuconych słowach. Ot, choćby „dialogi kibiców” albo wolne od jednoznaczności komentarze starszego brata. Na pytanie, czy film popularny (bo kino Pasikowskiego utrzymane jest w konwencji kina gatunkowego, bez artystowskich ambicji) może być mądry – odpowiada, że może. Więcej: „nazwanie rzeczy po imieniu, (…) jest jak tracheotomia dla kraju, który się dusi”.

Tadeusz Sobolewski pisze o katharsis, o sile oczyszczenia przepowiedzianej w Pokłosiu. Widzi ją w niejednoznacznym podziale na katów i ofiary, w tym zdziwieniu i postawieniu sobie pytania: „jak mogliśmy być katami, skoro sami jesteśmy ofiarami?”. Katharsis jest możliwe wtedy, gdy role katów i ofiar się przeplatają, lecz nie zacierają. Bo sednem jest uświadomienie sobie zła. Jak mówi stary (dobry) ksiądz, przebaczenie możliwe jest wtedy, gdy budzi się sumienie.

A ks.Andrzej Luter w mądrym tekście, który uruchamia kontekst religijny, obecny w tle wydarzeń sprzed lat i tych współczesnych, wyznaje: „Obrzędy religijne bez Boga to jedna z najgorszych perwersji człowieka”. Film Pasikowskiego ma wiele scen, które można potraktować jak reflektor rozświetlający cały film. Luter podkreśla, że kulminacyjny charakter ma konfesyjna scena spotkania braci ze starym Malinowskim. Rewelacyjnie zagrana przez Roberta Rogalskiego, scena, której się nie zapomina. Wyznanie naznaczające oskarżycieli winą, zamykające im usta przepowiednią, że są prawdy nikomu nie przynoszące wyzwolenia – więc czy warto ich szukać i je ogłaszać? W rozmowach braci padają słowa, których nie powinno się lekceważyć:

„Tyle rzeczy jest nie w porządku na tym świecie” – mówi [Józek] do brata. – „Ale jakoś z tym żyjemy, bo inaczej się nie da. Ale ja sobie myślę, że są rzeczy bardziej nie w porządku niż inne”. I późniejsza odpowiedź Franka: „Ten świat jest kurewski i my tego nie poprawimy. Ale przynajmniej nie przykładajmy do tego ręki”. Tymi słowami kończę, choć nie one mają największe natężenie w końcowych sekwencjach filmu. Może nawet ostatnia scena nadaje im ironiczną i naiwną tonację. 

próbka stylu

Cały czas czytam, ale to, co czytam, literaturą z pewnością nie jest. I tym eufemizmem puentuję wartość tysiąca elaboratów, z których wyskakiwały na mnie i obłapiały za szyję składniowe łamańce, stylistyczne horrory i leksykalne trywialności.

Nie, żebym miała jakieś anse. Prawda czasem przedziera się przez szatę zgrzebną, a wykwintne esy floresy mogą być puste jak orzeszek (na przykład ten orzeszek, który w wierszu Szymborskiej oznaczał serce wyzbyte miłości do ojczyzny… „bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek….”). Ale udręczona jestem estetycznie i intelektualnie jak zmordowany pies.

Skoro o orzeszkach mowa… Niech mnie prowadzi strumień świadomości. Może dokądś doczłapię. Orzeszki to kwiaty zimy. Wiem, że tandetne określenie, ale tymi słowami odreagowuję to, czym mnie nafaszerowano.

Wydaje mi się, że teraz jestem już mniej podatna na stylistyczną huśtawkę, ale dawno temu zdarzało mi się ulegać sile stylistycznej perswazji twórców, których czytałam. Sięgnęłam po Jacka Londona lub Hemingwaya i mówiłam jak facet. Krótko, węzłowato, o konkretach i z jednej perspektywy. Czytałam Żeromskiego – i dopadała mnie gorączka roztrzęsionych emocji, chora liryzacja, błotniste opisy, rozdarcia sosnowe i gorączkowa „uroda życia”. Tylko Schulz mnie nie zarażał, bo tak jak on, to nie da się niczego opowiedzieć. On to mnie zmuszał do milczenia. Bo cudzy styl albo się przykleja jak gęba, zapożyczona od Witolda G., albo zarządza ciszę i posłuch (casus Brunona), albo po prostu odbija się od niewzruszonej ściany stylu własnego – niczym jedna od drugiej piłeczka bilardowa w czasie rozgrywki.

Pomyślałam, że można by zrobić dwa założenia: pierwsze – że większość z nas ma jednak styl podatny na wpływy, jeszcze choć odrobinę al dente; drugie – że dawkując odpowiednio dobraną prozę, możemy podpowiadać swoim myślom jakieś kształty stylistyczne. Owszem, gdyby coś komuś narzucać, zapachniałoby dyktaturą, ale jeśli bez gwałtu a z wyboru…  ależ by było!

Chcesz coś rzeczowo opowiedzieć, tak żeby i prosto było, i mądrze: łykasz dawkę Myśliwskiego.

„Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc tu coś ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał się ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a tu nie ma czym dzielić. (…) Tylko dziadek spokojny, bo ma zapewnione udo, i nie z woli babki, lecz sprawiedliwszej sprawiedliwości, kto wie, może Boga, który wraz z ziemią i to udo przypisał mu z każdego koguta na niedzielę.”

Pomyślisz, że dobrze by było powiedzieć coś tak, by wszyscy pobiegli po słowniki, proszę: sięgasz po Umberto Eco i mówisz jak struty dekadencją vel postmodernizmem starzec. Przydatne, bo wysysa energię z ewentualnie buńczucznych słuchaczy.

„Im dłużej czytam ten spis, tym bardziej się przekonuję, że jest dziełem przypadku i nie zawiera żadnego posłania. Lecz te niekompletne stronice towarzyszyły mi przez resztę życia; często zaglądałem do nich niby do przepowiedni i kiedy zapisywałem karty, które ty teraz odczytujesz, nieznany czytelniku, prawie miałem uczucie, że nie są niczym innym, tylko kompilacją, symbolicznym poematem, ogromnym akrostychem, powiadającym i powtarzającym to jedynie, co podsunęły mi owe fragmenty; gdyż nie wiem już, czy to ja o nich opowiadałem, czy to one przemawiały przez moje usta. (…)
Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus.”

Mniejsza o sens powyższych cytatów, chodzi o rytm, oddech, formę, którą narzuca myślom styl.

Gdyby ktoś miał ochotę opowiadać serdecznie, pogodnie, rozbrajająco – sięgamy do Czechów: najlepiej Hrabal, ale może być i Hašek. Gdyby trzeba było z niemiecką solidnością i pedanterią, to jednak najlepszy Mann. Po pijacku przemówić – Jerofiejew, miłośnie – [muszę się zastanowić… może pan od Mudżiburków?], dowcipnie – sprawdzony Mrożek, genderowo – „biegająca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés albo Laura Mulvey (filmolożka).

Niech będzie jeszcze próbka z Pilcha. To dla kogoś, kto chciałby powiedzieć coś z zakrętasem, tak, żeby ludziska goniły początek zdania, gdy wybrzmi końcowa kropka. 

„Kiedy słyszę, jak w telewizyjnej audycji książkowej pewna literacka nieboga poczciwie paple, że język, jakim pisze Masłowska, «słyszymy na co dzień w tramwaju», wzruszam jedynie z politowaniem ramionami i nie chce mi się nawet fundować wątpliwego dowcipu i pytać: jakim to też tramwajem jeździsz niebogo?”

Albo skądinąd:

„Byłem w Krakowie na jubileuszu pięćdziesięciolecia Wydawnictwa Literackiego zwanego powszechnie Wuelem i pobyt ten wywołał we mnie lawinę wspomnień. Jak wszystkie moje lawiny jest ona raczej postna, mało ruchawa i umiarkowanie masywna, toteż żadnego stanu zagrożenia nie ogłaszam, ogłaszam jedynie, co pamiętam. 

Fraza «tomik w Wuelu» czy ściślej «wydać tomik w Wuelu» była jedną z elementarnych fraz mojej młodości. Zaczynały się lata siedemdziesiąte, studiowałem polonistykę, marzyłem o literaturze, trawiły mnie wyniszczające gorączki pisarskie, obracający się w ruinę Kraków przygniatały żółtawe masy upalnego powietrza, czas stał w miejscu, wyobrażałem sobie, że ruszy z miejsca, kiedy wreszcie wydam tomik w Wuelu

Wydanie tomiku w Wuelu było wtedy podstawową kategorią, wedle której dzieliła się ludzkość. Ludzkość mianowicie dzieliła się na tych, co od lat wydają tomiki w Wuelu (…), na tych, co właśnie wydali swoje pierwsze tomiki w Wuelu (…), na tych, co jak wreszcie złożą swoje teksty w tomik, złożą ten tomik w Wuelu i na tych (zdecydowanie to była większość ludzkości), co niejasno marzą o wydaniu tomiku w Wuelu.”
[felietony, z „Polityki”]

I tak bez końca. Aż zatęskni człowiek za własnym głosem, nieporadnym, łamanym, wytartym na tych bardziej zużytych zakrętach.
Czasami to dobrze jest tak… tak nie musieć czytać niczyich słów, żadnych gotowych fraz, elaboratów o czymś obcym. Żeby nie trzeba było się wsłuchiwać w cudze jęki, skoro swoje osobiste są wystarczająco dławiące.

muszkieterowie (z przymrużeniem oka) cz.2

Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie, Biblioteka Gazety Wyborczej t.27, 2005

Ciało i duch, czyli uczty & literatura

Prawda z gatunku oczywistych: muszkieter lubi wino i kocha biesiady. A że kieszenie ma często dziurawe, więc ucztuje na zapas, gdy jest okazja, a kiedy jej nie ma, stosuje środki zastępcze. Jakie? Kto chce, niech słucha. :)

Miał d`Artagnan sługę, bo tak trzeba, niezmienny tercet: kobieta – koń – służący.

…nagle ktoś zapukał lekko do drzwi. D`Artagnan obudził Plancheta i kazał mu otworzyć.
Niech Czytelnik przez słowo „obudził” nie sądzi, że było to w nocy albo że dzień się jeszcze nie zaczął. Nie! Wybiła dopiero czwarta po południu. Przed dwiema godzinami Planchet upomniał się o obiad u swojego pana, który odpowiedział mu: kto śpi, ten je. Toteż Planchet we śnie jadł obiad. (s.86)

Planchet sroce spod ogona nie wypadł i radził sobie w życiu przebiegłością, jak jego pan. Znalazł tego bystrzachę Portos, a było to tak:

… czcigodny muszkieter spotkał [Plancheta], odbywając przechadzkę po moście de la Tournelle, plującego do wody. Portos twierdził, iż to zajęcie dowodzi jednostki myślącej i roztropnej i zabrał go ze sobą. (s.77)

Wpraszanie się w gościnę (i przyprowadzanie w gości również swoich przyjaciół) było zachowaniem powszechnie przyjętym. Tym razem proszony obiad jest szczególny, bo u kochanki, pod okiem jej męża. Portos odwiedza prokuratorową Coquenard, mąż patrzy nań spode łba, muszkieter cieszy się na wyżerkę. Rozczarowanie jest kosmiczne.

Wniesiono kurę, rarytas dla domowników, dla Portosa zgroza, dla nas powtórka z Harpagona  (Skąpiec):

Biedna kura była chuda i uzbrojona w grubą, najeżoną skórę, której kości, pomimo wszelkich usiłowań, nie mogły przebić. Musiano jej długo szukać, zanim ją znaleziono na grzędzie, gdzie się schroniła, by zakończyć dni swego żywota – wskutek nadmiernie podeszłego wieku.
– Do pioruna! – pomyślał Portos. – To bardzo smutny widok, szanuję starość, ale nie gotowaną lub pieczoną.
I spojrzał dokoła, aby się przekonać, czy podzielają jego zdanie. Ku swemu zdumieniu zobaczył, że oczy wszystkich pożerały już kurę, będącą przedmiotem jego pogardy. (s.332)

Nadeszło wino. Pan Coquenard nalał każdemu praktykantowi jedną trzecią szklanki, sobie prawie tyle samo i butelka natychmiast przeszła do Portosa i pani Coqenard.
Młodzież dopełniła wodą tę trzecią część wina, a gdy wypili połowę szklanek, znowu dolali wody. Robili tak aż do czasu, kiedy w końcu obiadu rubinowy napój zmienił barwę na przydymiony topaz. (s.333)

Strategia do przemyślenia, ale radzę odrzucić. Trudno… lepszy już wegetarianizm i abstynencja. A w razie czego można przewertować kilka stron i znaleźć opis buńczucznego Atosa, zamkniętego podstępnie w piwnicy. Genialnie filozoficzne podejście do przeciwności losu: ograniczenia są szansą. Dzięki nim Atos wyżłopie niewiarygodną ilość beczek wina, zachowując do końca jasny umysł i niezmordowany zapał.

A skoro głód i alkohol, to już blisko do poezji, syci i trzeźwi jej nie piszą. Mistrzem słowa poetyckiego i natchnionych listów jest Aramis. Możliwe, że pisał kwieciście i z rozmachem, ale mnie w pamięci utkwił wiersz-eksperyment.

[rozmowa Aramisa z d`Artagnanem]

– Zacząłem pisać poemat wierszem jednozgłoskowym. To bardzo trudne, ale interesujące. (…) Przeczytam wam pierwszą pieśń, ma czterysta wierszy i trwa tylko minutę.
– Wiesz co, mój Aramisie – rzekł d`Artagnan, który nie cierpiał wierszy, tak jak łaciny – dodaj do trudności jako zaletę także krótkość, a możesz być pewny, że twój poemat będzie miał podwójną wartość. (s. 300)

Krótko i węzłowato. Jednosylabowo. Niestety, Dumas zapomniał zacytować.

*****

A dziś wieczorem TVP2 pokazała ekranizację Trzech muszkieterów z 1993 roku (reż.Stephen Herek)- z Julie Delpy w roli Konstancji (rólka epizodyczna).

Inne przygody, nie zgadza się intryga, pogubi się ten, kto chciałby rozpoznać powieściową akcję. Również postaci poddane modyfikacjom. Ale wszystko jest ok. Nawet jeśli scenarzysta zastąpił Dumasa, to i tak dusza opowieści jest ta sama. I to jest dopiero fenomenalne. Nic, tylko zacytować Arura Pereza-Reverte`a, że rozpoznalibyśmy d`Artagnana, nawet gdybyśmy nie znali pana Dumas.

To ciekawe. W literaturze pojawiają się postacie fikcyjne o tak silnej tożsamości, że stają się bliskie nawet tym, co nie czytali książek, w których występują. W literaturze angielskiej mamy trzech takich bohaterów: Sherlocka Holmesa, Romea i Robinsona. W hiszpańskiej dwóch: Don Kichota i Don Juana. We francuskiej jednego: d`Artagnana. (Klub Dumas)