Archiwa tagu: David Schickler

pocałunki

David Schickler, Pocałunki na Manhattanie, Dom Wydawniczy Rebis (e-book) 

W święta folguję opowiadaniom. Tym razem trafił mi się autor, którego z niczym nie kojarzę i pierwsze zetknięcie było lekko feralne. Na moim Kindle`u ściągnięty tytuł wyświetla się przez „ce-ha”: „… na Manchattanie”. Cha cha cha. To nie mogą być normalne pocałunki, pomyślałam, więc trzeba sprawdzić. Następny krok: pełen zachwytu wstęp Jonathana Carrolla: Pocałunki na Manhattanie to zabawna, niesamowita, ogromnie seksowna, tajemnicza książka, miejscami czarodziejska jak alchemia. Z każdym, kto ją przeczyta i jej nie polubi, coś jest zdecydowanie nie tak”.  Podejrzenie, że może ze mną jest coś nie tak, było tak frapujące, że wpadłam jak śliwka w kompot. 

Pocałunki na ManhattanieOpowiadań jest jedenaście, wszystkie – jak można się spodziewać – rozgrywają się tam, gdzie trzeba (Man-c-hattan). Co więcej: w każdym pojawia się kilka tych samych, znaczących miejsc: restauracja Flat Michael’s, nocny klub Minotaur i kamienica Preemption. Bohaterowie kolejnych opowiadań przenikają do swoich światów: początkowo delikatnie (napomknięcie, że na trzecim planie pojawia się ktoś, kto w poprzednim tekście grał pierwsze skrzypce), później kontrapunkty są czytelne, a postaci nie tylko się mijają, lecz wchodzą w jedną, centralną intrygę. 

Efekt podobny jak w filmie To tylko miłość Curtisa. Każdy ma swoją miłość i swoje pocałunki. A właściwie – odwrotnie: każdy ma swoją samotność, dziwność, traumę i mrok. Każda z historii mogłaby być tą jedyną, a jest ledwie pasmem w warkoczu.
Od bożonarodzeniowego Londynu Curtisa do sylwestrowego Manhattanu Schicklera jest dalej niż „tydzień”. Mroczniej i dziwniej. Dziwność, magiczność, zbiegi okoliczności. W filmie To tylko miłość niepodważalnym gwarantem takich „przypadków” jest adwentowe przyzwolenie i wyczekiwanie na magię. Wszystko się może zdarzyć, a miłość przede wszystkim. Opowieści nowojorskie tego glejtu nie mają i niezwykłość jest probierzem naszych czytelniczych preferencji. Krótko, zwięźle: mnie czytało się lekko, przypominała mi się proza Carrolla (pojęłam więc, skąd jego zachwyt i rekomendacja) i zrozumiałam, dlaczego to nie jest to, co moje tygrysy lubią najbardziej.

Chciałabym coś powiedzieć o „dziwności”, jaką emanuje ta książka, bo ta dziwność odpycha mnie i przyciąga. Odpychanie jest pozamerytoryczne. Nie w tym rzecz, że komuś coś niesamowitego się przydarza (i tak trudno przebić reportaże, czyli „dziwność non-fiction”). Na moment się w niej zanurzam, ale wychodzę ze spotkania bez naznaczeń.

Przykłady. Jest sobie irlandzki ksiądz, Thomas Marchant, wychowany przez trzy ciotki, które przypominają Parki, a co najmniej Wróżki. Ma zdolność i potrzebę wpatrywania się w ludzi i widzi to, co ukryte pod naskórkiem, ma jakiś siódmy zmysł. I przydarza mu się, że wieczór w wieczór na jego msze przychodzi młody mężczyzna ubrany na czarno. Tylko Marchant czuje bijący od niego odór, nierzeczywisty, bo to jest smród zła, które osiadło na duszy/psychice mężczyzny. Nieważne, czy to się później wyjaśnia czy nie – wyjmuję te dziwności z kontekstu.
Inna postać to James, młody, nieśmiały samotnik, który zabłądził do sex shopu, a tam, w piwnicach, gdzie szukał toalety, znajduje pracownię jubilerską z kimś, kto pretenduje do „mistrza ceremonii”. Tajemniczy jubiler pozwala Jamesowi wybrać wśród drogocennych preciozów coś, co chciałby podarować swej dziewczynie. Nic to, że kamienie są drogie, a James jest niezamożny (w dodatku nie ma dziewczyny). Nic to, że za chwilę okaże się, że miejsce przestaje istnieć, zniknie jak sen – zostaną kolczyki z opalami, do których później James dobierze sobie uszy, a właściwie całą kobiecą postać. 

Otóż to, co powyżej, to dla mnie sprawy, które miną, nic nie zmieniając. Tak naprawdę podobają mi się dwa opowiadania, również dziwne, ale inaczej, bez paranormalności. O jednym wspomnę, bo zaszokowało mnie dalece bardziej niż te z tonacją perwersji. 

Kąpiel Jacoba. Jacob Wolf i jego żona Rachel. Jacob rozczarował swojego ojca: nie miał ambicji, błysku, przebojowości, której oczekuje się od synów w dobrze sytuowanych rodzinach wyższych sfer towarzyskich. Miał dryg do układania piosenek i trudnił się w branży reklamowej. Rodzina pobłogosławiła wybór narzeczonej, bo Rachel była córką kogoś, z kim Wolfowie się liczyli. Ale wybór Jacoba wydawał się dość przypadkowy. Rachel była niepozorna, łatwa, nie tremowała Jacoba, nie przytłaczała kobiecym sexapealem. Tego chciał: coś na swoją miarę. A postrzegał się jako mężczyznę miary nie nazbyt zamaszystej. Początek nowego życia. Noc poślubna. Głupia sprawa: Rachel się kąpie, Jacob przegania skunksa z parapetu. Niestety, po chwili nieznośny zapach rozchodzi się po mieszkaniu. But do wyrzucenia, a i Jacob też wydaje się jakby „nie do użytku”. Dalej akcja przenosi się do łazienki. 

Pachnąca po kąpieli Rachel, Jacob zachęcany, by wskoczył do wanny. Jego nieśmiała obawa, że towarzystwo żony może go stresować lub zmierzać w kierunku jakiejś ekstrawagancji. Jej proste gesty i spokojna pewność: namydliła myjkę i „wykąpała swojego mężczyznę”. I tu następuje coś, co jest najdziwniejszą sytuacją, co uderza gdzieś o granice mojej wyobraźni, dziwne, choć zasadniczo zwyczajne.

„Odtąd każdego wieczoru ich małżeństwa Rachel kąpała męża. Kąpała go 20 listopada 1953 roku, w dniu, w którym urodziło się ich pierwsze dziecko, syn Elias. Rachel nie powiedziała o tym swojej rodzinie ani lekarzom w szpitalu Świętego Łukasza. Po prostu to zrobiła: zgłosiła się do szpitala rano, urodziła Eliasa i była w domu przed zmrokiem, żeby wykąpać swojego męża. Także 8 kwietnia 1956 roku – w dniu, w którym jej matka umarła na tętniaka mózgu – Rachel zdążyła wrócić do domu, żeby wykąpać Jacoba. Robiła to w każdy szabat i w żydowskie święta. W czasie pełni księżyca i finałów rozgrywek baseballowych. Kąpała go, kiedy była rozgniewana i kiedy on był okrutny. Jacob zaś niezmiennie zjawiał się w domu każdego wieczoru, aby dopełnić rytuału. 30 lipca 1958 roku, kiedy wieczorem w Centrum Rockefellera odebrał nagrodę za swoją piosenkę reklamową o Musztardzie Jeremiah, nie zgodził się wypić piątego piwa w Duranigan’s i pojechał taksówką do domu, żeby wziąć kąpiel. 23 sierpnia 1969 roku w jednym z pokojów hotelu Plaza pięćdziesięcioletni Jacob Wolf zakończył romans z broadwayowską pianistką Melodie „Trzy Czwarte” Sykes. Pognał do domu, szlochając spazmatycznie, i wszedł do wanny, by żona mogła go umyć. Przez całe dziesięciolecia nikt nie znał tej tajemnicy, nikt nie wiedział o skrywanym ożywczym źródełku małżeństwa Jacoba i Rachel, ani ich rodzice, ani sąsiedzi, ani ich dzieci”.

No nie, w tym jest jakaś piorunująca mieszanka. Więc jednak nie erotyzm… Coś śmiesznego, jakaś transformacja układu małżeńskiego (mężczyzna-dziecko?), a zarazem coś wzruszającego, choć mimo to dziwnego. Trwałość, tajemnica, rytuał – ależ spoiwa! Pisana każdego wieczoru kartka wspólnej historii. Kuriozalne curiosum. Tyleż samo znaków zapytania budzi we mnie ta odsłonięta intymność, co żelazny układ dnia, cowieczorna do kogoś przynależność. Ciekawe są ostatnie akordy opowiadania, bo nastąpi pewien zwrot z racji ujawnienia legendy. Po 43 latach zaprzyjaźniona z Wolfami felietonistka odkryje i opisze ich zwyczaj w „New York Timesie”. Hmm…

Wracam do tego opowiadania i badam, co z tą moją empatią i wyobraźnią. Czy szwankuje moja zdolność do przywiązań, czy raczej przerzucam winę na warsztat pisarski (bo też podał wszystko na tacy w jednym akapicie). Czy intryguje mnie bliskość tych dwojga, czy potknęłam się po prostu o czyjąś rozbujaną fantazję. Może zresztą niepotrzebnie wydziwiam. Stała sobie wanna, trzeba ją było wykorzystać. Przynajmniej Jacob był przez całe życie czysty. I opowiadanie – naprawdę – najlepsze w Pocałunkach…