Archiwa tagu: Denis Villeneuve

nowy początek

Nowy początek (Arrival) – reż. Denis Villeneuve, USA 2016

Tytuł w sam raz dla mnie. I właśnie tytuł jest kluczem do opowieści Villenueve`a. Polska wersja zwłaszcza. W oryginale – Arrival – po prostu przyjazd, przybycie Obcych na Ziemię. Dwanaście kosmicznych obiektów zawisło nad dwunastoma ziemskimi obszarami. Wybór miejsc nie jest oczywisty (USA, Rosja, Chiny, Sudan etc.). Obcy! Po co przybyli? Czyżby inwazja? Są domniemanym zagrożeniem – bez względu na to, czy okażą się prymitywni czy po stokroć doskonalsi od Ziemian. Nieważne co nam chcą zabrać, na pewno coś. Z mnogości możliwych strategii i postaw – ta jedna pojawia się zawsze. Boję się, więc atakuję. Zanim jednak zabrzmi vox populi, zanim demagodzy chwycą za mikrofon (czytaj jak chcesz: za broń, media, bęben), ktoś pod presją acz spokojnie wypracuje drogę mediacji. Dlatego możliwy jest ciąg dalszy. Dlatego, że frontmenom konfrontacji nałożono cugle.arrival

Tuzin obcych obiektów. Pięknych jak kamień. Doskonale niedostępnych.
„Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie. (…)
– Nie wejdziesz – mówi kamień –
Brak ci zmysłu udziału”.
(Szymborska, Rozmowa z kamieniem)

***

Louise Banks (Amy Adams), utalentowana lingwistka  rozszyfrowuje język przybyszów. Towarzyszy jej fizyk, który ma kosmitów za język pociągnąć i zdobyć kilka technologicznych patentów. W języku tkwi sekret i nadzieja. Jest bronią i darem jednocześnie. W jednej z początkowych scen on podczytuje wstęp do jej językoznawczej książki – o tym, że  początek tkwi w języku (może inicjować spotkanie lub konflikt). Truizm? Louise mówi, że wstępy książek zawsze są pełne banału. Villeneuve ogrywa potencjalny zarzut. Skutecznie. Nie będzie truizmów. Ta historia – z nietypowym dla sci-fi rozłożeniem akcentów – jest przygodą lingwistyczną! Najpierw mozolną rozgrzewką z wyczuwaniem konstrukcji zdań pytających i oznajmiających, z podawaniem imion, ustalaniem czy wypowiedziane znaczy dla odbiorcy to samo, co dla nadawcy. A później dzieją się cuda. Nie tyle w akcji, bo ta jest dość niespieszna, co w sferze estetyki i w percepcji czasu (a każdy manewr z czasem, to działanie o rewolucyjnych skutkach!).

Po pierwsze estetyka: przybysze posługują się pismem sejsmograficznym (!). Z macek wypuszczają czarny dym, który zastyga w formie amplitud zamkniętych w okrąg. Różniących się od siebie jak płatki śniegu – niby takie same, a każdy inny. Dopóki są pojedyncze, Louise je oswaja. Wystarczy do tego otwarcie na drugiego, zdjęcie maski (kombinezonu), uważność. To, co zwykle w komunikacji. Plus dodatek ekstra: talent lingwistyczny i chyba nieświadome wejście w rolę medium. Gdy Louise zacznie śnić w nowym języku, zobaczy swoje życie w innym świetle. Słychać echo Wittgensteina. Poznając język, rozsuwasz granice świata. Język to klucz do zrozumienia tego, co wokół i tego, co w środku.

Po drugie – czas. By coś powiedzieć, słowa muszą wydobyć się z nas w określonym porządku: litera, słowo, zdanie, tekst. Gdy zaczynam pisać, nie wiem, dokąd dobrnę. Percepcja też jest procesem. I tu pulsuje źródło kosmicznej innowacji. Gdy kosmici przekazują komunikat (rozbudowane memento), czynią to synchronicznie. Wystarczą dwie sekundy. Jednocześnie pojawia się wstęp i akord końcowy. Tysiące znaków wyświetlających się naraz, choć w określonej sekwencji. Wykres rozedrganych czarnych ikonek. Oszałamiający! Tłumacz nie da sobie z tym rady dopóty, dopóki ta równoczesność nie przekoduje mu mózgu. Czas przestaje być linearny. Nie jest też w znany nam już sposób cykliczny. Czas po prostu jest: trwa teraźniejszość i – jak zawsze – tylko ją można przeżywać. Ale drgania przeszłości i przyszłości są na wyciągnięcie ręki, na okamgnienie.

Wydawało się podczas seansu, że Louise ma za sobą intensywne doświadczenia szczęścia i bólu, (narodziny i dzieciństwo córki, potem jej śmierć), że wracają do niej w pamięci. Tymczasem ich początek jest dopiero przed nią. To znaczy, że w tym wyimaginowanym świecie Villenueve`a, jeśli skorzysta się z daru synchronii, można nosić w sobie przeszłość i przyszłość. Można nawet przeżywać szczęście, mając świadomość, że jest śmiertelne. Zaczynać z nadzieją, choć bez złudzeń, że uda się uniknąć rozpadu. 

Nie mam patentu na wyjaśnianie tytułu, ale wrócę do zapowiedzi, że uznaję go za znaczący. Nie w tym rzecz, że po „przybyciu” Istot z Kosmosu zmieniło się życie na Ziemi. Nie trzeba by było wówczas dodawać przymiotnika. Tymczasem „nowy” znaczyć może „inny niż sądzisz”, taki pra-, pra-, prapoczątek. Niewykluczone, że wszystko ma swój początek gdzie indziej niż się zdaje.

 ***

Są dwa filmy, które z przekonaniem dedykuję na nadchodzące Święta. Nowy początek jest jednym z nich. Niech będzie, że potwierdzę to życzeniami, do których mnie zainspirował.

∼ DLA TAMARYSZKOWYCH GOŚCI ∼ 

By czas sacrum sprzyjał szczęściu i pozwalał ujrzeć niejedno w innym świetle.
By dało się wierzyć, że nie każda inność jest inwazją.
By odkryć język, którym możemy mówić do siebie pięknie i zrozumiale.

Niech teraźniejszość ma swój czas,
pomimo cieni z przeszłości i obaw o przyszłość.
Może jeszcze…, by dało się zacytować postać z tego filmu:
– Niesamowite! Nie to, że spotkałem kosmitów, lecz że udało mi się spotkać Ciebie –

z pozdrowieniami świątecznymi,

tamaryszek

sicario

Sicario, reż. Denis Villeneuve, USA 2015

Coraz częściej zdaję sobie sprawę z prawdy w zasadzie oczywistej: nie da się pisać o filmach, nie wpadając w pułapki. Bo co komu po spojlerach, żadna przecież mądrość w tym, że widziało się wcześniej i można jakieś wątki z osnowy wypruć. Gdy się zaś balansuje i tuszuje tropy, nie niszcząc niespodzianki, to znów niczego nie da się powiedzieć. Może więc niespecjalnie warto, ale wciąż kusi, by spróbować.

Sicario. plakatWERSJA A (minimalistyczna)
Siły amerykańskiego wywiadu walczą z kartelem narkotykowym, którego korzenie rozrastają się w Meksyku. Akcja rozpoczynająca się w Arizonie, wkrótce przeniesie się do Juaréz – stolicy ciemnych interesów. Ku zaskoczeniu Kate Macy (Emily Blunt), agentki FBI, która zgłosiła się do grupy z własnej woli. Dotąd „sprzątała” po jatkach, teraz chce im zapobiec, usuwając najgrubsze ryby. Sama w męskim świecie. Coraz silniej hiszpańskojęzycznym. Bez zrozumienia kto jest kim, co jest dopuszczalne i co jest celem głównym.
S
zlachetna, pozornie krucha. Jej zaskoczenie wynika z przywiązania do prawa. Amerykanie nie powinni na obcym terenie działać tak bezpardonowo. Nie powinni wchodzić w układ ze złem, prowokować, działać nieczysto i nieproceduralnie. Granice dozwolonego są niewyobrażalnie (a przecież namacalnie) elastyczne.

Kate Macy to plan pierwszy, bohater-protagonista, wiemy tyle, co ona, czyli prawie nic. Cały film zbudowany jest na dezorientacji. Kate nie może się doprosić, by prowadzący zdradzili jej swe plany. Dostaje strzępy informacji. Resztę musi wydedukować z obserwacji i nasłuchu. Uważność, napięcie, przerażenie, niedowierzanie. Skupiona twarz i zwięzłe wypowiedzi.

Figury numer dwa i trzy (w dowolnej kolejności) to Matt (El Araña – Pająk) i Alejandro (La Muerte – Śmierć). Matt (Josh Brolin) jest gościem z CIA. Gracz niezdradzający reguł, wyga bez złudzeń. Uśmiech, guma do żucia, nogi na biurku (o ile jest biurko) i klapki do długich spodni. Alejandro (Benicio Del Toro) ma zmęczoną twarz, jest znużony i czujny jednocześnie. Małomówny, tajemniczy, podminowany – inicjacyjna scena podczas lotu, w której zrywa się z drzemki jak z traumy, zdradza nieobliczalność. Przede wszystkim – nigdy się nie przedstawia i nie odsłania swojej rangi. A sądząc po tym, co robi, można mu przypisać najdziksze konotacje. 

Wersję minimalistyczną „otaguję” trzema wskazaniami – odpowiednio do kart, które są w grze: dezorientacja, cynizm, desperacja. Dodam, że „sicario” znaczy „płatny zabójca”.

Sicario. Emily BluntSicario. Josh BrolinSicario. Benicio Del Toro

WERSJA B (powściągliwa)

Powściągliwie, lecz z zachwytem! Świetne tempo. Nie twierdzę, że akcja wiruje, raczej się zagęszcza. Eksploduje raz po raz w spektakularnych „kotłach”. Każdy z nich to jakby piętro niżej w piekle. Choć nie jestem pewna, czy Dantejska wizja dziewięciopiętrowego leju ma tu rację bytu. Może piekło to magma, mocno obniżony rozległy parter?

Więc raz: mamy bojowników FBI szturmujących podejrzany przyczółek narkotykowego biznesu. Z porażającym odkryciem, po którym większość zaangażowanych wpada w trans wymiotny.

Więc dwa: mamy pięć czarnych samochodów eskortowanych do Juaréz i masakrę na autostradzie.

Więc trzy: na pozór wyluzowaną scenę w pubie, bez obcych, w tanecznym rytmie, który zaciska na szyi ręce kochanka in spe.

Więc cztery: nocne łowy na grubą rybę z przynętą w postaci policjanta. Skorumpowanego, bo innych chyba nie ma.

Więc pięć: odsłona motywacji, czyli wyjaśnienie, dlaczego bezwzględność Alejandra i tak nie dorównuje tym, na których się mści.

Więc sześć: kolacja, podczas której dosiada się do rodzinki płatny zabójca i robi swoje.

Więc siedem: dwie konfrontacje z wymierzoną w siebie nawzajem bronią i jedno pouczenie: prawo – jeśli istnieje – to tylko w małych miasteczkach.

WERSJA C (hulaj dusza)

Świetna jest Emily Blunt i Josh Brolin, ale najlepszy Benicio Del Toro. Ma do zagrania tyle, ile trzeba. Pozostaje na drugim planie. Ale każde jego wkroczenie do akcji jest paraliżujące. Jak by to wyrazić bez emfazy? No, po prostu, jest Del Toro, zapominasz oddychać. Scena, w której każe dzieciom jeść kolację, a dorosłym zachować biesiadny nastrój na moment przed strzałem, łączy w sobie oczywistość z totalnym zaskoczeniem. Niby Del Toro robi to, co zamierzał i czego byłam świadoma. Ale to, że nic go nie powstrzymuje, że fala wzruszenia czy analogii z własną traumą nie budzi w nim jakiegoś veta, to jednak szokuje. Del Toro gra znużeniem, nieobliczalnością. Tym, że nigdzie nie przynależy i rozgrywa prywatną wojnę – mógłby pracować dla wroga, dla obu stron, dla diabła, byleby rozegrać rewanż.

Dlatego tak istotny i świetnie wkomponowany jest wątek zamieszanego w przemyt narkotyków meksykańskiego policjanta. Wątek przez długi czas poboczny, dygresyjny. Ojciec, matka i syn wpatrzony w ojca. Tata, odganiający małego od strzelby (jakby chciał wierzyć, że brudu się nie dziedziczy i synowi dany będzie jaśniejszy los). Gdy w końcowych scenach oglądam chłopaka idącego na mecz z matką, widzę w ich twarzach tę samą desperację, którą nosi w sobie Alejandro – potrzebę pomszczenia ojca. I poza wszystkim innym (w skrócie: poza milionami dolarów płynącymi z narkotykowego biznesu) chodzi również o to: to się nie skończy. Bo nie działają prawne mechanizmy – to raz. Bo są otwarte rany, które nie pozwolą skupić się na racjach „uniwersalnych”, o ile będą w niezgodzie z prywatną zemstą.

Bardzo dobry film – niewykluczone, że mogłam się do tego zdania ograniczyć – WERSJA D (ze wskazaniem). 

na horyzoncie

14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty – Wrocław, 24.07 – 3.08

nowe-horyzonty-2014-plakatFestiwal trwa, dotknęłam go tylko po skraju. Trzy weekendowe dni i wygrany voucher na 12 filmów. Obejrzalam 11, prawie zgodnie z tym, co zaplanowałam, choć kilka tytułów przeszło mi koło nosa. I tak: nie obejrzałam Zimowego snu Nuri Bilge Ceylana, Bezpańskich psów Tsai Ming-lianga, izraelskiej Śruby oraz  Żony policjanta Philipa Gröninga. I – rzecz spodziewana – nie dostalam się na Swobodne opadanie György Pálfiego. Ale i tak zestaw, który wytypowałam był – z grubsza – wart obejrzenia. Gdybym była oddała festiwalowi duszę na 11 dni, to mogłabym wybierać spośród większej puli tytułów. Co tu mówić! – tyle dzieje się wokół tego, co główne, że chyba każdy ma problem z odcinaniem nadmiaru.

Moje résumé jest więc bardzo mało reprezentatywne. Jeden film z sekcji Filmy o Sztuce (Siewca), jeden z Konkursu Nowe Horyzonty (Biały cień), coś z retrospektywy Rehy Erdema (Kobiece pieśni) i takie tam. Uwagi zestawiam według kolejności oglądania, starając się je minimalizować. Bo przecież jedenaście zamaszystych omówień w jednej notce byłoby nazbyt absorbujące (uwagę i cierpliwość czytelnika).

Spoiwem może być podróż. Do filmowych światów, ale często również dosłownie, do wyznaczonego w przestrzeni celu. Przemierzanie miast, pustyń, dróg przecinających lasy, nawet przestworzy nieba… to niemal wszechobecny trop.

1. Ten ostatni rok – reż. Oksana Bychkova, Rosja 2014
Moskwa. Od sylwestra 2012 do sylwestra 2013, mniej więcej. On jest taksówkarzem, ona pracuje w reklamie. Młode małżeństwo. Tak różni, że aż dziw jak na siebie wpadli. Żenia lgnie do ludzi, lubi się bawić, potrzebuje bywać na koncertach, oglądać i czytać to, co jest w obiegu w jej środowisku. Igor mówi: „ja jestem głuptak, Ty – królewna”.  Czasem się mijają, gdy Komar wraca z nocnej zmiany. A Żenia wtedy przytula się, wygrzewa, mości się w życiu. Tak po nazwisku zwraca się do męża: Komarku, Komarze… Skoro awers i rewers to można zgadnąć, że Igor jest dość tradycyjny, praca nie inspiruje go do większych odkryć, imprezy woli kameralne, wieczorami chętnie siedziałby w domu, z Żenią. Żeby nie było skojarzeń z negatywnym stereotypem, dodam, że ma poczucie humoru, a gdy jest przy Żeni, świat nie jest w stanie ich rozdzielić.

Bardzo naturalna więź, podkreślona symbiozą seksu – czułego, zatracającego – pierwszą scenę przyjęłam jako ilustrację jeszcze jednej sfery życia, potem było już jasne, jak nie do pominięcia to spoiwo. Serio: nie o namiętność tu chodzi a o bliskość, która unieważnia drobiazgi i daje siłę. 

Ten ostatni rokTrzy sceny. Jedna jest wyprawą do galerii handlowej, by kupić Komarowi kurtkę. Komar chce tylko czarną albo granatową. Żenia namawia: kup żółtą, takiej nikt nie ma, ładna. Komar: nie, nie będę wyglądał jak semafor! Druga dotyczy wieczornego seansu przy laptopie. Komar marudzi, że kopia słaba, beznadziejne przebarwienia, zero akcji. Żenia wyjaśnia, że to Kieślowski, filtr koloru specjalnie właśnie taki, że to wysublimowane etc. Trzecia – impreza w pracy Żeni. Ona szaleje, on siedzi w kurtce bez ruchu. 

Ok. Różnice, które naturalnie doprowadzą do napięć i próby. Gusty, potrzeby, zainteresowania – odmienne. Mimo to nie sposób nie obstawać za taką wersją losu, w której ta bliskość będzie trwać. Bo o co chodzi? Przecież tysiąc wspólnych poglądów nie daje żadnej gwarancji na dopasowanie. Ten ostatni rok jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o tym, że bliskość wymyka się logice i prawdopodobieństwu. Jest też filmem o Moskwie, o jej kontrastach, o tym, że na każdym kroku zderzają się w niej różne światy. 

To film z sekcji Ale Kino+, nie nazbyt nowohoryzontowy, ale świeży. Najsympatyczniejszy z tych, które obejrzałam.

2. Wróg – reż. Denis Villeneuve, Kanada, Hiszpania 2013
WrógToronto
Hmm… za dwa tygodnie wchodzi do kin. Mnie przyciągnął duet reżyser-aktor. Gyllenhaal zagrał niedawno w Labiryncie Villeneuve`a, pomyślałam, że to dobry znak. Tym razem aktor gra podwójną rolę. Jest sobą i sobą. ;) Bo rzecz o sobowtórze. Wykładowca (czego? dwukrotnie słyszę fragment jego wykładu o manipulacji, o totalitaryzmie odbierającym indywidualność) rozpoznaje siebie w aktorze. Świadomy absurdu dąży jednak do kontaktu. Dwa odrębne (?) życia zaczynają na siebie nachodzić. Scenariusz powstał na podstawie powieści José Saramago, a czuje się, że podszewkę tkał Franz Kafka. Niepokój, kolejne odkrywane analogie, niepewność swego życia… Poruszył mnie na tyle, że miałam nadzieję dobrnąć do kulminacji. Gyllenhaala świetnie się ogląda, lecz – nie wiem dlaczego – wrażenia rozpryskują się jak bańka tuż po seansie.

W katalogowym opisie znalazłam diagnozę: „utwór upajający się własną tajemnicą”. Lepiej, gdyby obyło się bez tego upojenia. I bez pająków. Słowem: na liście widzianych przeze mnie filmów tego reżysera miejsce drugie. Wyżej niż Pogorzelisko, niżej niż Labirynt. A klimat każdego tytułu zupełnie inny.
Sekcja Panorama.

3. Ścieżki – reż. John Curran, Australia 2013
Australia (od Alice Springs do Oceanu Indyjskiego, wskroś australijskiej pustyni, 1 700 mil)
Znów sekcja Panorama i film bez formalnych eksperymentów. Fabularnie nieco jednowymiarowy, więc nie zostawił we mnie śladów, z którymi musiałabym się mierzyć. Ale obrazy wchłonęłam – zresztą wybrałam ten tytuł właśnie dla wizualnej podróży. 

Ścieżki. bMia Wasikowska wciela się w postać Robyn Dawidson, młodej „Wielbłądziarki”, która postanowiła przemierzyć pustynię samotnie i dokonała tego w 1977 roku, co odnotował i nagłośnił „National Geographic”. Podróż trwała 7 miesięcy. Końcowe zdjęcia prawdziwej Robyn niesamowicie odpowiadają fizyczności Mii: krucha, drobna blondynka z wielbłądem u boku. Dziewczyna jest zdeterminowana: by wyruszyć (choć wszyscy pukają się w czoło), by przetrwać, by dotrzeć. To się musi dobrze skończyć, więc dramaturgia niczego tu nie nakręca. Mia jest ładna, gdy się uśmiecha i gdy umorusana i brudna jak diabeł opada z sił. 

Groteskowy fotograf, dojeżdżający co kilka tygodni na trasę, by uwiecznić jej wysiłek, irytuje tyleż charakterem co schematem. Świetny jest epizod z Aborygenem, który towarzyszy Robyn, by przeprowadzić ją przez święte miejsca, dla samotnych kobiet niedostępne. Opowiada całym ciałem, buzia mu się nie zamyka, nic nie szkodzi, że jest nieprzetłumaczalny. 

Sedno filmu to obrazy. Piękna, zmienna, niekończąca się pustynia. Nie bardzo wiem, po co wyruszyła w tę podróż Robyn Dawidson (są różne deklaracje), ale dla mnie, siedzącej bez ruchu w fotelu, było to odświeżające, przenoszące w dziewicze rejony piachu i horyzontu rozsuniętego bez granic. Cóż, z wielbłądami nie dałabym sobie rady. Nawet nie podjęłabym próby.

4. Biały cień reż. Noaz Deshe, Tanzania, Niemcy, Włochy 2013
Tanzania
White ShadowO, tak. Wreszcie Nowe Horyzonty (konkurs główny). Zdecydowanie trafiony tytuł i choć mam w głowie luki, potknięcia, choć trochę się gubiłam w odbiorze, to nie na tyle, by się w niego nie wkręcić. Moja literacka podróż do Afryki z Chimamandą Ngozi Adichie dostała obuchem po głowie. W filmie Noaza Deshego Afryka jest zdolna do najdzikszych, obłędnych posunięć, jest nieprzetłumaczalna. 

Biały cień jest kinem społecznym, ważnym, interwencyjnym. Dotyczy sytuacji albinosów (w Tanzanii jest ich podobno 150 tys.), którzy wedle wierzeń świetnie nadają się na amulety. Ten przesąd napędza biznes. Zabić albinosa, poćwiartować, dobrze sprzedać – to  nie thriller, to się dzieje naprawdę. Na dużą skalę. 

Bohaterem jest Alias, dorastający chłopak, którego ojciec w jednej z początkowych scen pada ofiarą napaści. I ojciec, i syn to albinosi. Naznaczenie w Afryce niesamowicie mocne i nawet bez opętańczej akcji odcinania kończyn i genitaliów byłoby trudne. Matka wysyła syna do wujka, nie potrafi ochronić Aliasa przed agresją. Świadomość zagrożenia i zagubienia, totalnej dezorientacji narasta i podskórnie oczekuje się na zwiększenie absurdu. Sceny kręcone były z udziałem lokalnej społeczności, czuje się siłę tłumu i jego bezwzględność.

Nie przeszkadzałoby mi, gdyby fabułę nieco uprościć. Natomiast sposób opowiadania jest szalenie sugestywny. Intensywna muzyka,  montaż zaskakujący i to, co podobało mi się najbardziej: mieszanie dosłownej brutalności ze scenami surrealistycznymi, oddającymi wewnętrzną ucieczkę, niemal dziecięcość chłopca.

5. Jauja – reż. Lizandro Alonso, Argentyna & inne 2013
Argentyna
Jauja
Moje pierwsze spotkanie z Lizandrem. Na wrocławskim festiwalu natrafić na film, który snuje się z wolna, nie dba o akcję, dialogów prawie nie potrzebuje… no, naprawdę nietrudno. Ale kilka nazwisk to twórcy tyleż skrajni, co mocno samoswoi i uznani za tutejszą specjalność artystyczną. Wysoko oceniani, nawet jeśli z seansu ciurkiem wychodzą ci, którzy weszli nieświadomie albo chcieli się zmierzyć i nie dali rady. Carlos Reygadas (Meksyk). Lubię. Nuri Bilge Ceylan (Turcja, tu snucie jest jednak przyspieszone). Bardzo lubię! Nieżyjący już, więc mniej obecny Theodoros Angelopoulos (Grek). Lubię, nieczęsto wracam. Béla Tarr (Węgry). Tak. Tsai Ming-liang (Tajwan). Absolutnie mam dość. I – nieostatni przecież na liście – Lizandro Alonso (Argentyna). Lubię? Nie lubię? Raczej tak, byle nie po obiedzie.

Patagonia. Obszar pustynny, urozmaicony roślinnością i skałami, przecinany akwenami wodnymi. Niezwykła przestrzeń, która wchłania bohatera. A bohaterem jest pewien duński oficer, wypełniający tu jakąś misję, ale gubiący chyba wszystko, co możliwe: 15-letnią córkę, której desperacko szuka, cel zleconego mu zadania, kierunek poszukiwań, konia etc. Jest schyłek XIX wieku. Legenda przypomniana w tytule mówi, że Jauja jest mityczną krainą szczęścia, której nie sposób znaleźć; szukając, nie znajdujesz, a gubisz to, co masz. Inna legenda, przytoczona w filmie straszy dezerterem, polującym na zbłąkanych. Nie jest więc bezpiecznie. Im bardziej w głąb, tym bardziej wiadomo, że droga donikąd nie prowadzi. Póki żyjemy, idziemy. Samotni. Spotkanych ludzi jest niewielu i nie na długo dają nam swoje wsparcie.

Co ja o tym myślę? Że poetyckie to bardzo. Piękne i dręczące. Z tajemnicą, o której od początku wiem, że się nie wyjaśni. Ale oglądałam, nie podsypiając.

6. Kobiece pieśni reż. Reha Erdem, Turcja, Niemcy, Francja 2013
Turcja
Kobiece pieśni
Reha Erdem ma we Wrocławiu swoją retrospektywę. Znam kilka jego filmów (mój ulubiony to Kosmos), obejrzałam najświeższy. Bardzo dziwny i gdybym musiała interpretować, co wynika z tak ukazanego świata i międzyludzkich relacji, to miałabym problem. Nie dlaego, by trudno było odebrać tę opowieść. Wciąga, jest momentami zabawna, czasem baśniowa, to znów podsuwa nam pod nos ludzkie słabości, irytując lub budząc chęć kopnięcia bohatera w tyłek. Jakoś zbyt jednoznacznie przydzielone są energie: kobieca i męska. Tytułowe kobiece pieśni są niczym rzucane czary, uzdrawiają duszę, dodają wiary w siebie, rozanielają. Kobiety potrafią się w nich schronić, może dzięki temu widzą w świecie znaki (np. jelenia na leśnej dróżce), które przywracają mu sens i czystość. Mężczyźni tak nie potrafią. To marudy, hipochondrycy, podstępni choć naiwni starcy lub żółtodzioby głupie i nieopierzone.

Podział energii ze względu na płeć jest naiwny. Reżyser potwierdza w rozmowie, że tak właśnie widzi świat. Nie będę dyskutować, drzwi są dawno wyważone. Chyba że nie dostrzegam innych, bardziej egzystencjalnych? Drzwi to drzwi. Schemat to schemat. Ale naiwność bardzo dobrze współgra z całością. Otulona jest i nostalgią (dosłownie i w tym rozszerzonym znaczeniu, gdy mowa o tęsknocie za utraconym życiem) i gotowością do ofiary, zdolnością przemiany. 

Rzecz rozgrywa się na wyspie, z której ewakuuje się mieszkańców, bo nadciąga trzęsienie ziemi. Niektórzy mimo to zostają. Albo nie mają pieniędzy na rozpoczęcie nowego, albo liczą na szczęście, albo nie wierzą w telewizyjne wiadomości, bo przecież zawsze rządzą nami jacyś złodzieje, którzy chcieliby, byśmy coś zrobili, a my im pokażemy figę z makiem! Wokół umierają konie. Padają zarażone chorobą, przeczuwają kres? Jeśli więc świat wokół jest zielony, momentami piękny, to jednak podszyty apokalipsą.

 7. Masaż niewidomych reż. Lou Ye, Chiny, Francja 2014
Pomyłka. Opis w katalogu zwiódł mnie na manowce.

8. Dziewczynka z kotem – reż. Asia Argento, Włochy, Francja 2014
Rzym. Też podróż, jeśli uwzględnić jak często 10-letnia Aria, córka aktora i pianistki jest wyrzucana z domu i wędruje z kotem w klatce to tu to tam. Groteska, przerysowania, coś, co kojarzy mi się z kinem Paola Sorrentino (wyjątek dla Wielkiego piękna, bo świetne) tylko słabsze. Może da się tę poetykę wytłumaczyć spojrzeniem dziecka. Nie kupuję. Szkoda, że oglądałam na początku dnia – gdybym była zmęczona, ucięłabym sobie drzemkę.

9. Zrywa się wiatr – reż. Hayao Miyazaki, Japonia 2014
Japonia
Zrywa się wiatr
W samą porę, po dwóch niewypałach trafiłam na animację. Baśń o marzeniach, nagrodzonych miłością, okupionych utratą i kontrowersją, której nie sposób od zrealizowanych marzeń odłączyć.

Jirô jest chłopcem w okularach, który już wie, że słaby wzrok nie pozwoli mu zostać lotnikiem. Postanawia, że będzie projektował piękne jak ptaki (albo ości makreli) samoloty. We snach rozmawia z włoskim mistrzem,  panem Caproni, który choć od niego starszy, gdy mówi o samolotach, jest rówieśnikiem Jirô.

Śledzimy dzieciństwo, młodość, dorosłość… Jirô żyje swą pasją, jest szlachetny i skromny. A czasem potrafiący zaryzykować wszystko, gdy wymaga tego miłość. Wątek melodramatyczny dodaje tej historii gorzkiej słodyczy. Słodkie jest przeznaczenie i sama miłość, gorzka choroba i rozłąka. Ukochana ma gruźlicę, nic więc dziwnego, że pojawi się kontekst Czarodziejskiej góry, która przywołana w rozmowach odnosi się tyleż do leżakowania i czekania na zdrowie, ile do sytuacji tuż przed nadchodzącym kataklizmem. Nadciąga wojna. Druga światowa.

Jirô ma swoj pierwowzór w autentycznej postaci. Padają określenia: film biograficzny. Nie wiem, jaki jest stopień wierności i czy aby wątek melodramatyczny tu czegoś nie lukruje. Ale lukry topnieją, gdy uświadamiamy sobie kilka konfliktów natury politycznej i moralnej, które nękają bohatera. Konkretnie: mówimy tu o legendarnym japonskim konstruktorze, którego dziełem był myśliwiec Mitsubishi Zero. Piękne maszyny sunące niebem, zwiększające swą prędkość, zapierające dech w piersiach – to bombowce, które m.in. zniszczą Pearl Harbor. Jirô Horikoshi obmyślił je w 1940 roku. 

Zrywa się wiatr, więc trzeba żyć, poderwać się do lotu, mimo ciężaru doświadczeń czy rozczarowań. W tej opowieści jest taka czystość i dobro, że wcale nie chcę zakłócać tej aury rozmyślaniem, że samoloty bojowe może i bywają piękne, ale na ogół są też diabelnie skuteczne. Marzenia materializują się z dużym hukiem.
Film z sekcji Panorama.

10. Siewca – reż. Julie Perron, Kanada 2013
Kanada, prowincja Quebec.

SiewcaDokument z sekcji Filmy o Sztuce, którego bohater – niegdysiejszy kabereciarz i mieszczuch – osiada na wsi i żyje z produkcji nasion. Film powstawał w ciągu czterech lat i jest portretem Patrice’a Fortiera, a także jego pracy – żmudnej przecież, systematycznej, fizycznej, ale wykonywanej z dużym artystycznym zacięciem.

Patrice Fortier uprawia rośliny, z których później selekcjonuje ziarno (bardzo dba o jakość) i sprzedaje. Bez żadnej nadbudowy jestem gotowa zaliczyć pracę ogrodnika do działań artystycznych. :) W tym przypadku wszystko zaczęło się od artystycznego projektu i chyba wciąż jest przeplatane działaniami przypominającymi performence.

Performence, czyli na przykład wystąpienia z przyjaciółmi w perukach z kopru, skanowanie marchewek, kreowanie uścisku roślin, z których jedna jest podporą drugiej etc. – jest efektowny i zabawny. Mnie jednak najbardziej interesuje praca. Wyszukiwanie ziaren rzadkich roślin, przywracanie ich do obiegu, pogaduszki z klientami o słodyczy buraka czy ogórka, którego nasiona są dokładnie takie, jakie sprzedawano w latach 40. Taka na przkład kucmerka. Popularna w XVIII wieku – ona jeszcze może powrócić! Ja się na to piszę. Zjadłabym kucmerkę. Trzymam kciuki, film bierze udział w konkursie.

11. Wędrówka na Zachód – reż. Tsai Ming-liang, Francja, Tajwan 2014
Marsylia
Wędrowka na Zachód
Tsai Ming-liang jest przereklamowany. Moim zdaniem: król jest nagi. Rzecz o niczym, pod którą można podłożyć dowolnie rozbudowaną filozofię, można też przeżyć objawienie, wszystko można. Ale to nie jest immanentną cechą dzieła, lecz dobrych chęci odbiorcy lub jego podatności na impuls.

Na festiwalu głośno o Bezpańskich psach tegoż twórcy. Mnie było dane obejrzeć 56-minutową Wędrówkę na Zachód.

Nie ma dialogów, chyba że jakieś przypadkowe słowa wyłowione z ulicznego gwaru. Nie ma fabuły i żadnej przyczynowo-skutkowej logiki wiążącej sceny. To informacja, nie ocena. Choć im bardziej wpatruję się w w obrazy Tsaia, tym bardziej tęsknię za opowieścią. 

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, na film składa się 10 scen, więc na każdą przypada statystyczne 5 minut; nie są jednakowej długości, najdłużej trwa „przejście podziemne”. Scena rozpoczynająca: twarz mężczyzny wypełnia cały ekran, on patrzy wprost na mnie, ja na niego. Proszę: ludzka twarz. Jest jak księga, można z niej wyczytać niejedno. Skoro jednak nie mam żadnych danych, wszystko, co wyczytam, sama w tę twarz włożę. Uruchomię myśl interpretującą, która rzeczywistość zniekształca. Trzeba więc raczej być przed tą twarzą i czekać. Jeszcze dwukrotnie wrócą męskie oblicza, tym razem z profilu i na tle morza. 

Motywem przewodnim jest wędrowanie mnicha. Ok, taki performance. Idzie sobie mnich. Tak wolno, jak tylko można, a nawet bardziej. Każdy krok uruchamia te same mięśnie, zawiesza się, ruch jest statycznością niemalże. Świat wokół żyje jakimś swoim tempem, mnich zachowuje niezależność. Zdecydowanie bliższe jest to prowokacji niż „byciu sobą”. Ludzie mijają go, czasem się obejrzą, nic szczególnego się nie wydarzy. Tylko w jednej scenie dołączy do mnicha mężczyzna. To znany z Holy Motors Denis Lavant (vide: zdjęcie). Spektakularna jest scena schodzenia w podziemne przejście. Trwa najdłużej. Może akcja dzieje się w Marsylii, ale schody wszędzie wyglądają podobnie, więc jestem przez circe 10 minut nigdzie. A mnich się gimnastykuje: lewa, oddech, prawa, oddech. 

Ok, jest jeszcze motyw lustra, jest motyw odwróconego obrazu i padają wygłoszone z offu słowa sutry. Nie przykładam do nich wagi, bo są dołączone jak metka do towaru. Coś o ułudzie, że działanie zawsze są ulotne jak bańka mydlana czy podmuch wiatru. Uff, nie szastajmy szlachetnym słowem minimalizm. To jest mniej niż minimum. 

Wróciłam nieuwiedziona żadnym filmem, lecz nasycona. Żal, że nie biorę udziału w całości, bo to inna jakość oglądania. Ale też spokój, szansa na wyprostowanie i rozruszanie ciała. Bez pośpiechu, ale szybciej niż mnich. ;)

labirynt

Labirynt, reż. Denis Villeneuve, USA 2013 

Labirynt. plakat 2

Pater Noster

Ekspozycją jest scena polowania. Dla mnie dwuznaczna. Ojciec i syn przyczajeni w lesie, nastawiający cel na sarnę, która przystanęła. Modlitwa Ojcze Nasz jest prośbą o błogosławieństwo, wciągnięciem Pana w obieg ziemskich spraw. Strzał celny, będzie świąteczna dziczyzna. Ojciec mówi do syna coś w rodzaju memento: że trzeba być zawsze gotowym, czujnym, że jeśli wszystko się wali, ty masz być gwarantem bezpieczeństwa.

Sytuacja próby nadejdzie bardzo szybko. Jest późna jesień – Święto Dziękczynienia – sąsiedzi odwiedzają się i celebrują czas. Dwie zwyczajne rodziny czterdziestolatków, ich nastoletni syn/córka i dwie małe dziewczynki – słodkie, kochane, zajęte szukaniem czerwonego gwizdka. Dzieci zginą: Anna i Joy potrzebują pomocy; cokolwiek się stało – zabłądziły, utknęły gdzieś, czy ktoś je uprowadził – trzeba je ratować, ktoś powinien przy nich stać i pozwolić im znów na beztroskę. Rodzice są przerażeni. Wspomniany już ojciec Anny (Hugh Jackman) nie pozwoli sobie na bezradność. On ma być tym, który – nawet gdy wali się świat – da swym najbliższym wsparcie i rozwiązanie.

Modlitwa kilkakrotnie powraca. To nie jest szczególnie religijny świat, a pojawiający się na drugim planie ksiądz to niebudzący zaufania pijus. Lecz Ojcze Nasz samo ciśnie się na usta tym, którzy szukają wsparcia. Czasem coś się zacina: „i przebacz nam nasze winy jako i my….”. Nie ma przebaczenia, litości, tolerancji, ani domniemania niewinności. Jedni mówią Pater Noster, inni wypowiadają Bogu wojnę i sieją rozpacz. Ci modlący się wcale nie są czystsi i bliżsi racji. Choć dopóki ratują dziecko, mają po swojej stronie mój doping.

Prowincja

Najmocniejsza strona filmu to sceneria. Tak, można się sprzeczać, czy nie stawiać wyżej gry aktorskiej, ja jednak daję priorytet nastrojowi. Prowincjonalność. Miasteczko, raczej miasto, jego nie najzamożniejsza strona. Doverom brakuje funduszy na remont odziedziczonego domu, nie żyje się zbyt wygodnie, nic nie jest wypucowane na błysk. Trochę nieporządku we wnętrzach, zdezelowane samochody, prowizoryczne drzwi, opuszczona rudera w stanie zastraszającej rozsypki, piwnice. Klimat jesieni i ogołocenia na zewnątrz. To nie jest miejsce dla herosów, ludzie popełniają błędy, dopuszczają się zaniedbań, poszlaki wymykają się z rąk. Policja goni w piętkę, zresztą sprawy się piętrzą – do zaginionych dziewczynek doczepia się śledztwo w sprawie zbrodni na plebani i poszukiwanie młodego mężczyzny o inteligencji i emocjach dziesięciolatka. 

Na tym tle desperacja Kellera Dovera (Jackman), ojca Anny i detektywa Lokiego (Jake Gyllenhaal) ma w sobie coś z gorączki. Zmęczenie, bezsenność, samotność, wściekłość (ojciec) i upór zmieszany ze zwątpieniem (detektyw). Nerwowe tiki mrużonych oczu (Loki) i gwałtowność ruchów, obsesyjne trzymanie się tropu, który nie daje się rozpracować (ojciec).

Poszukiwania

Wiadomo: toczą się dwutorowo. Szuka policja, detektyw Loki choć błądzi po omacku, to błądzi z oddaniem. Szuka ojciec, który nie wierzy, by policji zależało na czymś naprawdę. Tydzień – tyle to trwa, szanse z każdą chwilą są wątlejsze. Widz wie odrobinę więcej niż każdy z poszukujących, ale też prowadzony jest mylnymi tropami. Thriller w dobrym gatunku. Do końca trzymający fason. Zaznaczam, bo zwykle happy endy amerykańskie lubią serwować podwójną porcję cukru. Tu jest w sam raz i – jak mawiano o dobrze skonstruowanej sztuce teatralnej – strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie, wystrzeli w ostatnim. W tej roli czerwony gwizdek.

Pojedynek

Mierzą się z sobą ojciec i detektyw. Pojedynek nie jest dosłowny, dążą przecież do tego samego, choć trudno powiedzieć, by stanowili drużynę. Gdy oglądałam, coś we mnie rozstrzygało co chwila: Jackman czy Gyllenhaal? 

Niby więcej tragizmu widzę w Jackmanie, bo jego postać przekracza wiele granic. W imię dobra czyni zło. Niby jest tak, jak z tą sarną z preludium: zabijanie jest konieczne, czasem słuszne. Ale nie uwierzę, że niewinne. Keller Dover wchodzi w rolę oprawcy i gdyby wszystkie puzzle poskładały się w obrazek, zła metoda wręczyłaby mu order skuteczności. Ale nie. Więc to zatracenie jest naprawdę świetnie zagrane i mam nadzieję, że czerwony gwizdek będzie jak dobry omen.

Jednak obstawię Gyllenhaala. Pomimo kilku spektakularnych chwil zwycięstwa. Bo najciekawszy jest, gdy węszy, gubi tropy, łazi nie za tym, za kim trzeba. Gdy pytany „czy znajdzie…”, odpowiada, że znajdzie, choć nikt jak on nie wie, że zła ze świata nie usunie.  Detektyw Loki to ten typ, który docenia się za dobrze zmiksowane składniki. Nie ma naiwności, zapału, poczucia misji właściwego początkującym. I nie jest na tyle rozgoryczony czy zobojętniały, by móc spać, gdy wie o czyimś bólu. 

Słowem, niezły film.