Archiwa tagu: dziecko

w imię dziecka

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

Bohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

W imię dzieckaAle to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

Reklamy

Ludwiczka :)

Anna Świrszczyńska, O wesołej Ludwiczce, ilustrowała Janina Krzemińska [w:] Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

Ludwiczka w tarapatach

…I każdy powinien ją mieć! … Jak konika na biegunach!

Mowa o pierwszej książeczce, czytanej jeszcze bez znajomości liter, mimo to samodzielnie, siłą pamięci i częstych powtórzeń. Była wydana przez Naszą Księgarnię. W formacie A-4, z twardą okładką w kolorze czerwieni i ciemnego miodu. Pewnie na tylnej okładce był stempel z czarnym kotem w czerwonych butach, z napisem na brzuszku: „Moje książeczki”. Na wklejkach miała kwadraty z figurkami z piernika (król i serduszko). Wewnątrz obrazki – na pół strony tekstu, półtorej strony ilustracji. Litery dość duże, lecz nie kulfony jak dla smarkaczy – to był już tekst do czytania.

„Była sobie wesoła, bardzo wesoła Ludwiczka. Jak się myła, to śpiewała. Jak szła, to podskakiwała. A jak spała, to się uśmiechała przez sen i wtedy na policzkach robiły jej się dwa ładne, zabawne dołeczki. Nie płakała nawet wtedy, kiedy miała wziąć lekarstwo albo kiedy stłukła sobie kolano”.

Jeszcze ten etap, gdy wychowywała mnie Babcia. Skąd wzięła się książeczka i kto mi ją czytał? Mógł każdy, bo pewnie zadręczałam wszystkich wspólną lekturą. Nie pamiętam, ale to do mnie pasuje. Może jeden z drugim (siostry Mamy i ich znajomi) mieli pokątnie dość, podsuwali coś nowszego lub w ogóle sugerowali, żeby pobiegać lub pogadać z psem? A mnie było dobrze z Ludwiczką i piernikowym królem. Nie była lekturą tygodnia czy miesiąca, czytałam ją przez całą wczesną fazę dzieciństwa.

„Chcę mieć kolegę takiego wesołego jak ja. Żeby miał zawsze słodki humor, żeby się nigdy nie złościł i żeby mnie słuchał. Chcę mieć za przyjaciela króla z piernika. I poszła w świat szukać króla z piernika”.

Pamięć miałam wówczas wyśmienitą, wyćwiczoną ornitologicznie. Rozpoznawałam 100 gatunków polskich ptaków. Za sprawą gry planszowej: dziesięć plansz A-4, na każdej po dziesięć ilustracji. Nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w grze, ale te ptaszki przykrywało się tekturowymi kartami. Miałam więc sto fajnych, niegnących się kart z numerkiem i ptaszkiem. Mogłam sama je sobie przekładać i powtarzać who is who. Moja ówczesna specjalność. Co się porobiło z pamięcią? Nie pamiętam już tych ptaków, no część – bo gil był cudny albo sowa pójdźka, rudzik czy remiz. Tyle jednak uciekło. I proszę sobie wyobrazić, że zapomniałam również, co się zdarzyło wesołej Ludwiczce. Książka długo była w domowej biblioteczce. Porysowała ją długopisem młodsza siostra (niemożliwe, że ja!). Wciąż do użycia, więc któregoś dnia zniknęła. A mnie pozostał sentyment i gdy przeprowadzałam się do obecnego mieszkania, z którego okien mam widok na przedszkole imienia Wesołej Ludwiczki, pomyślałam, że może być,  to dobry znak.

” – Puk, puk!
 – Kto tam?
 – Czy tu mieszka król z piernika, co się nigdy nie złości?
 – Nie, tu mieszka strach na wróble.
I strach na wróble wyszedł ze swojego szmacianego domku. Miał włosy ze starej szczotki i głowę z dyni, ale był bardzo sympatyczny.
 – Strachu na wróble, czy lubisz wędrować?
– Bardzo lubię, chociaż mam tylko jedną nogę.

 – To chodź z nami szukać króla z piernika. We troje będzie nam weselej”.

Cóż więc u Ludwiczki? Opowiem, bo właśnie sobie przypomniałam, za sprawą wydanego przez Naszą Księgarnię zbioru książeczek dla dzieci. Bardzo udana rzecz, bo są to reedycje różności z oryginalnymi ilustracjami. Wśród autorów, oprócz mojej Anny Świrszczyńskiej, są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska. Ilustratorką Ludwiczki i jej przyjaciół jest Janina Krzemińska. „Artystka szczególnie chętnie posługiwała się barwną plamą, a jej prace charakteryzują ekspresyjność i groteskowa deformacja przedstawianej rzeczywistości”. – czytam na stronie wydawnictwa. Nawet się cieszę, że tak wcześnie miałam serce do groteski. Uwielbiałam te obrazki! Babcię zająca, starą Zajączkę-Siwą Łapkę, bujającą się przez sen na fotelu. Ludwiczkę podtapianą w strumieniu, gdy jej przyjaciele biegną co sił na ratunek, a ona uśmiecha się od ucha do ucha, jak wśród najlepszej zabawy. Jest ilustracja zająca pod krzesłem, bo nabroił. Tort z kapusty. I oczywiście ta okładkowa, z piernikowym królem o brązowej twarzy, z koroną i harmonią w ręku.

„Gospodarz posadził ich przy stole i dał im miodu na ślicznych, malowanych spodeczkach. Siedzą, jedzą, oblizują się. Dobrze im.
 – Czy to prawda – pyta Ludwiczka – że ty się nigdy nie złościsz?
 – Prawda. To pewnie dlatego, że mam serce z miodu.
 – Serce z miodu! To nadzwyczajne! – wykrzyknął zając i z podziwu tak podskoczył, aż przewrócił stół. Wszystkie śliczne, malowane spodeczki z miodem spadły na podłogę. Oj, co to było! Spodeczki się potłukły, podłoga się zabrudziła. Biedny zając ze strachu schował się pod krzesło.
A król się uśmiecha jakby nigdy nic.
 – Głupstwo, niech pan zając się nie martwi. Zaraz wszystko posprzątam.
 – Widzę – mówi Ludwiczka – że masz naprawdę dobry charakter”.

Opowiadać zbyt wiele nie trzeba, można wydedukować z cytatów. Ludwiczka miała cel, więc wyruszyła, by go realizować. Spotkała zająca, stracha na wróble, ślimaka i świnkę. Każdemu proponowała wspólną podróż, a czasem trzeba było pomóc uporządkować obowiązki przed wyprawą. Rzecz jasna – zgodnie z przekonaniem, że światem rządzi jakiś Ład i Sprawiedliwość – na końcu drogi czekał król z piernika. Co ja mówię! Mam nadzieję, że nie był to koniec drogi, lecz początek.

Co zostało we mnie z bajki o Ludwiczce? Owszem, nie wszystko poszło z dymem, bo to nie przypadek, że się coś lubi i kojarzy machinalnie z pewnym etapem swego życia. Choćby historia nie miała głębi przepastnej mądrości. Obstawiam, że Ludwiczka zadziałała jak archetyp. Później, dzięki innym tekstom i okolicznościom, przyswajałam sobie zniuansowane prawdy o niełatwym optymizmie, podejrzanym (choć czasem uzasadnionym) czarnowidztwie i o samotności, która nie dość że się przydarza, to po prostu zawsze jest blisko. Wszystko to nakładało się na dobrze wyprawione werniksem płótno z przekazem: wybieram dołeczki w policzkach i błysk w oku. 

I jeszcze jedno. Bo pozytywny przekaz jest z definicji przypisany literaturze dziecięcej. Otóż, mnie do zbyt słodkich treści było daleko. Moja Ludwiczka była wesoła, lecz bliska ludzi (to znaczy ślimaka, stracha, piernika i zająca). Nie dość, że trafiała na pozytywne typy, to świadomie właśnie takich poszukiwała. Szósty zmysł. Nie ma mowy o wspólnocie w biadoleniu i smęceniu. Cwana była – krótki teścik: lubisz wędrować? szukasz tych, co się nie złoszczą? chcesz iść razem?
Dobry humor niezależny od pogody. 

” – Jeśli chcesz – mówi Ludwiczka – możesz zostać moim kolegą. Szukam kolegi, co się nigdy nie złości.
– Doskonale. Będziemy kolegami na całe życie – odrzekł z zapałem król z piernika.
– A czy będziesz także kolegą stracha na wróble, świnki, ślimaka i zająca? To są moi przyjaciele.
Wtedy król z piernika, co miał miodowe serce, uśmiechnął się i powiedział:
 – Przyjaciele naszych przyjaciół są także naszymi przyjaciółmi”.

O wesołej Ludwiczce

prezent

Dziewczynka w trampkach (Wadjda), reż. Haifaa Al-Mansour, Arabia Saudyjska 2012

wadjda3Wadjda (czytaj: Ważda) ma dziesięć lat i jedno wielkie marzenie. Zielony rower, wypatrzony w sklepie, namacalny, choć nierealny zarazem. 

Jesteśmy w Arabii Saudyjskiej, gdzie kobietom nie wolno prowadzić pojazdów. Dlatego mama Wadjdy co dzień rano wyczekuje aż do pracy zawiezie ją kierowca, nieokrzesany Iqbal, który pasażerkom swej furgonetki daje w kość swą gburowatością i pretensjami o każdą chwilę spóźnienia.

wadjda2O, upierdliwi faceci! O, mężowie, dla których pichci się smaczne potrawy (z których pozostałości można spałaszować po kryjomu). O, panowie serc i myśli, dla których cudne-powabne Arabki stroją się, kołyszą biodrami i każdym gestem roztaczają opium kobiecości. Mówmy o jednej, bo przecież każda jest inna: Wadjda twierdzi, że nie ma piękniejszej niż jej mama. Nnnooo, taaak, oliwkowa cera, czekoladowe oczy, krągłości, które w oprawie czerwonej sukienki mogą przyprawić o palpitacje serca. Spojrzenie, w którym jest pokora i gotowość walki. Jest o co walczyć?  I tak, i nie. Legalna poligamia sugeruje, że kobieta nie ma mężczyzny na wyłączność. Mama Wadjdy wierzy, że zatrzyma przy sobie męża swym oddaniem, urodą, miłością („oryginał to ja, po co ci podróbki?”). Ale skoro nie może dać mu syna, to jej wiara na kruchym fundamencie stoi. A gra niewarta świeczki.

Ok, szkołę trzeba przetrwać. Dziewczynka w trampkach

Wadjda jeszcze przez chwilę jest wolna od tych lęków, ale już umie wnikliwie patrzeć, słuchać i wyciągać wnioski. Jest sprytna i wolna. Jak to możliwe, że dziewczynki potrafią to, co za kilka lat zapomną i utracą? I czy koniecznie ta strata musi stać się faktem?

Wadjda chodzi w trampkach, zakłada kiedy musi abaję lub hidżab, ale w zawadiackim stylu. Jakby przeczuwała, że to kostium w teatralnym spektaklu, który trzeba odegrać, nie utożsamiając się z rolą. Jakimś cudem wymyka się spod kurateli surowych nauczycielek. Dostrzega szczeliny, którymi spod skorupy ulatnia się życie. Dziwi się, że piękny głos jej matki rozbrzmiewa tylko w kuchni. „Głos to nagość”, nie można obnażać się przed obcym. W domu obserwuje matkę w obcisłych dżinsach, w zalotnie upiętych włosach, tę wersję postrzega jako prawdziwszą. Na zewnątrz matka wychodzi jak inne: wystrojona w burkę, nikab lub przynajmniej szajlę. 

Recytacja Koranu. Dziewczynka w trampkach

Jesteśmy w Arabii Saudyjskiej, gdzie na rowerach wolno jeździć tylko chłopcom. Chyba że jest się pyskatą dziewczynką, która nie dba o pozory. Zaprzyjaźnia się z Abdullahem, z daleka omija kółko religijne, nie ucieka, gdy na horyzoncie zamajaczy mężczyzna i postanawia zarobić na wymarzony, odwiedzany codziennie rower. Może z religii notę dostaje niską, ale liczyć potrafi i ma zmysł biznesu. 

Cóż, człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Punkt zwrotny w filmie następuje, gdy szkoła ogłasza konkurs na recytację Koranu. Zwycięzca ma otrzymać sumę wystarczającą na rower: ponad 800 riali. Czarna owieczka podejmuje wyzwanie i nie muszę chyba dodawać, do czego jest zdolny zdeterminowany człowiek (zwłaszcza dziewczynka!). A kto obejrzy film, nie będzie mógł wyjść z podziwu, jak pięknie brzmi melorecytacja świętej muzułmańskiej Księgi.

wadjda6

Ujawniam chyba ciut za dużo, bo film jest tu raczej pretekstem. Wadjda wygrała, lecz gdy wyznała, na co przeznaczy riale, natychmiast pozbawiono ją nagrody. Cały więc trud nie wystarczył na osiągnięcie celu, choć nie był daremny. Splotem przeróżnch okoliczności dostaje prezent. Jest zielony, o dwóch dużych kołach, w sam raz.

I tak ta bezpretensjonalna historia, odległa kulturowo, jest całkiem uniwersalna i jak ulał pasująca na czas rozpakowywania prezentów. Mama Wadjdy nie „wypracowała” sobie wzajemności u mężczyzny, którego kochała, a Wadjda tuż przed osiągnięciem celu wszystko traci. A jednak w ostatniej scenie śmiga ku szerokiej drodze. Więc może czas postawić na to, czym nas los obdaruje. ;)

wadjda7

Niech każdy dostanie swój Zielony Rower! Niech go sobie najpierw z całych sił wymarzy. I szuka, zabiega, uruchamia wszystkie możliwe talenty, by do niego dotrzeć. A potem niech przyjmie jak prezent. Jak dar. Bo wszystko, co najcenniejsze, jest darem.

A Boże Narodzenie tuż tuż, więc z Koranu przeskoczę do Biblii, gdzie „naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. Nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” (Iz.).

Bo to już dziś pamiątka tamtego Błysku. I coroczna okazja do Życzeń, wśród których te o radości i świetle wybijają się na plan pierwszy. Na radość też można sobie zapracować. Ale najlepiej jest się na nią po prostu otworzyć.

DUŻO PIĘKNYCH PREZENTÓW OD LOSU!

ODWAGI, BY MARZYĆ.

I WDZIĘCZNEJ RADOŚCI ZE SPEŁNIEŃ.

:)

zmiana obiektu uczuć

Jak ojciec i syn (Soshite chichi ni naru), reż. Kore-eda Hirokazu, Japonia 2013
Płynące wieżowce, reż. Tomasz Wasilewski, Polska 2013 

13 MFF T-Mobile Nowe HoryzontyTe filmy wiele różni. Na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty umieszczono je w odrębnych sekcjach: japoński w PANORAMIE światowego kina, polski w KONKURSIE głównym, czyli wśród filmów „nowohoryzontowych”, coś w temacie i formie przełamujących. Inne tempo (montaż) i barwy, inny rodzaj napięcia.

…wieżowce są ostre, eksplodujące, z emocjami szukającymi ujścia, domagającymi się haustu powietrza i tym haustem – szarpanym i gwałtownym – krztuszące się.  Fraza zamknięta w tytule pada podczas rozmowy Michała z ojcem, który przypomina synowi szczeniacki wybryk. Taniec na parapecie, przy otwartym oknie, gdy zdawało mu się, że świat razem z nim faluje, wieżowce płyną. Czyli? Stan niebezpiecznej wolności? Krótkotrwałe szczęście? Zatarcie konturów, rozmycie stałych kształtów? Interpretacja chyba nie jest konieczna, zresztą mogłaby iść innym tropem: płynięcia, zanurzenia w wodzie, która jest w filmie eksponowana, nie tylko dlatego, że obaj bohaterowie trenują pływanie i to jest ważna sceneria ich rozpoznań.

Jak ojciec i syn już w tytule jest bardziej zachowawczy. Kontekst uruchamia sugestię, że chodzi o istotę relacji między ojcem i synem, o tę odwieczną mantrę: krew z krwi, kość z kości, więź, której się nie kwestionuje.  Staroświecki tytuł, dość jednoznacznie ogniskuje temat w pytaniu, czy sedno relacji ojca z synem tłumaczy się genotypem, kodem biologicznym czy raczej tym, co wynikać mogłoby z obecności i czuwania. Film jest subtelny, emocje intensywne, z wektorem dośrodkowym. To, co się przydarza jest wystarczająco sugestywne, by o tym już nie rozprawiać.  To trzeba przeżyć, patrzeć, jak wszystko się rozsypuje i po omacku z rozsypanego budować na nowo.

W „Gazecie Festiwalowej” czytałam wywiad z ubiegłoroczną laureatką Konkursu, Domingą Sotomajor (Od czwartku do niedzieli), w którym pada zdanie: „W kinie nie powinno chodzić o fabułę, a o umiejętność przeniesienia widza w emocjonalny stan postaci”. I to jest łącznik między filmami, o których piszę. Najważniejsze są domagające się wyrażenia (lub stłumienia) uczucia, rozpoznanie ich, radykalna wolta (ewentualnie obrót dookoła własnej osi). „Przeniesienie widza w emocjonalny stan postaci” – to się naprawdę udało.

Zaznaczam: oba filmy mają fabułę. Wyraźnie prowadzoną, z punktami zwrotnymi, kulminacją etc. Temat z pozoru inny, lecz dający się sprowadzić do niechcianej, zaskakującej „zmiany obiektu uczuć”.  Inaczej: pojawia się ktoś trzeci, choć uczucie do osoby obdarzanej nim wcześniej nie znika.

Jak ojciec i syn. Do dwóch japońskich małżeństw przychodzi list z sądu, informujący, że sześć lat temu, przy narodzinach ich synów, doszło do zamiany dzieci. 
Płynące wieżowce. Kuba i Sylwia są ze sobą od dwóch lat. Dla obojga ta relacja jest ważna. Michał pojawia się jak grom z jasnego nieba. Węzłem wiążącym te relacje jest Kuba. (Kuba-Sylwia, Kuba-Michał).

JAK OJCIEC I SYN

Jak ojciec i syn. ZdjęcieOpis kadru

Po lewej stronie rodzina Nonomiya, po prawej Saiki – nie w komplecie, bo mają jeszcze dwoje młodszych dzieci.

Chłopczyk w białym kołnierzyku grzecznie wpatruje się w obiektyw. Lubi być grzeczny, tak trzeba. Nie śmiałby przeszkadzać czy łobuzować, bo woli, gdy wszystko jest jak ma być. Mama i Tata wiedzą co i jak, a on się tego trzyma. Często uwiecznia się w ich rodzinie ważne chwile. I wtedy ładnie się uśmiecha, zgłasza się (na pierwszej lekcji w szkole) i patrzy ufnie czernią swych dziecięcych oczu w obiektyw.  Słodki maluch, ale już wprawiony w rytm obowiązków – choćby regularne ćwiczenia gry na fortepianie. Gdy później mama zapyta, czy może chce przestać, odpowie, że nie, on będzie się starał. Chociaż wie, że innym gra przychodzi łatwiej i radośniej.

Drugi sześciolatek jeśli stanie na baczność, to przypadkiem. Umie się bawić i wygłupiać. Nigdy nie jest sam. W domu jest młodsza siostra i braciszek, jest Tata, który włącza się do każdej zabawy albo wskakuje z nimi do wanny. Co tam! Jak się coś zepsuje, to nic. Tata wszystko naprawi, bo umie i lubi. Nie ma sprawy, że się człowiek ubrudzi albo spontanicznie je palcami. Najważniejsze, że można puszczać latawce, gonić za nimi, spać w namiocie, przytulać się, kiedy się tego chce. Gdy później pan Nonomiya będzie mu tłumaczyć, że ma do rodziców mówić Wujku i Ciociu, nie da sobie niczego wmówić i będzie uparcie pytał: – Dlaczego? – Bo tak po prostu jest (Nonomiya jest zaskoczony, ale też widzi w tym buncie samego siebie). – Ale dlaczego?…

Obaj są tacy jak stojący za nimi ich „pomyłkowi” rodzice. Nonomiya mieszkają w dużym mieście, on buduje swą karierę, jest wykształcony i taki będzie też jego syn. Wysoki standard życia, stawianie sobie celów i zadań, ustalanie zasad wspólnego bycia. Gdyby nie list z sądu i absurdalna informacja o zamianie dzieci, nigdy by nie spotkali drugiej rodziny. Saiku żyją poza aglomeracją, prowadzą mało dochodowy sklepik, żyją w ciasnym mieszkaniu i nie potrzebują granic, są blisko, na wyciągnięcie dłoni, ogarnięcie ramieniem, przytulenie. Teraźniejszość ich dzieci jest ważniejsza niż przyszłość, której nie próbują aranżować. Styl i klasa Nonomiya kontra spontaniczność i luz Saiku. 

***

Jak ojciec i syn... Synem jest ten, przy którym jesteś. Bycia ojcem nie unieważni żaden szpitalny dokument. Ale co z nieznanym dzieciakiem, rzuconym przez los w przypadkowe ręce? Czy ma znaczenie, że traf jest pomyślny? Trudno się z tym zgodzić. Chyba nie sposób nie próbować dotrzeć do tego, który nosi nasze geny, w którym one wcześniej czy później dadzą o sobie znać. Będzie miał smykałkę do tego, co Ty, jego twarz i sylwetka będą Cię przypominać, a on niezrozumiale dla postronnych powtórzy reakcje, których nikt tak jak Ty nie rozszyfruje. I co byś poczuł, gdybyś był bohaterem tego absurdu?
– To nic nie znaczy. – Jak mogłam nie zauważyć. – Wiedziałem.
Powyższe odpowiedzi to pułapki.

Co sensownego można zrobić w sytuacji absurdalnej? Jak to doświadczenie ludzi zmienia i przede wszystkim: co przeżywają dzieci? Świetnie zagrany film, niesamowite wręcz role sześciolatków, mądrze prowadzonych przez reżysera i zaskakujących ekspresją. Bo niby wszyscy starają się ich chronić, lecz intuicja pozwala im wiele z tej dramatycznej zmiany pojąć i bez osłon się z tym zmierzyć.

Premiera światowa miała miejsce w maju. Nie wiem, kiedy trafi do polskich kin. Gdy trafi, warto obejrzeć. 

PŁYNĄCE WIEŻOWCE

Płynące wieżowce. Plakat

Opis kadru

Kadr to zarazem plakat, przemyślany, metaforyczny. Reżyser, Tomasz Wasilewski, w wywiadzie dla „Gazety Festiwalowej”: „Pod wodą jest bezpiecznie, ale nie ma tlenu. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, żeby przeżyć, ale to wiąże się z niebezpieczeństwem i koniecznością konfrontacji z problemami”. Dlatego sceny poprzedzające wybór Kuby pokazują głębokie zanurzenie. Podczas zawodów, mimo że prowadzi, zaprzepaszcza zwycięstwo, schodząc w głąb.  Odruch obronny, w którym jest zarówno asekuracja, jak i świadomość, że ta ochrona nie może trwać wiecznie, przyspiesza potrzebę oddechu na powierzchni. 

Jeśli uznać, że wypłynięcie jest „konfrontacją z problemami”, to z jakimi? Zakończenie związku z Sylwią. Owszem, nieco rozchodzącego się w szwach, ale uszytego z dobrej materii, wciąż nie są sobie obojętni, jak dotąd niejedną trudność (vide: matka Kuby) przetrzymali. Dalej: przyznanie się przed sobą, że jest się gejem. Wbrew pozorom sobie samemu wyznać to jest najtrudniej. Wreszcie: zdecydować się na związek z Michałem. Skala lęków i przynagleń jest dość rozległa.

Miłość rodzi się na naszych oczach.  To trudne, ale możliwe do pokazania. Od jakichś zapatrzeń i ożywień, chęci rozmowy, ukradkowych obserwacji, przypomnień… Po zbliżenia erotyczne, zaskoczenie ich intensywnością, nieporównywalnością z niczym innym. Niepewność „co to jest?” i czy obaj czują to samo, i czy tego „nie spieprzą”. Nie chcą spieprzyć. Są prawie gotowi wypłynąć – jeden bardziej, drugi trochę mniej.

***

Powtórzę, co słyszałam podczas rozmowy z reżyserem, bo nie jest to instrukcja odbioru, lecz wpisana w film rzeczywistość. To film o ich trojgu. Pierwszoplanowa postać Kuby (Mateusz Banasiuk) nie zasłania emocji Michała (Bartosz Gelner) i Sylwii (Marta Nieradkiewicz). Ktoś kocha, ale poznaje silniejsze przyciąganie. Ktoś kocha, ale nie wie, czy może wejść w miejsce już zajęte. I nie wie, jak mógłby nie wejść. Ktoś kocha, walczy, przygląda się, jak traci bliskość, zostaje porzucony. Dlatego prawda, że to nie jest film gejowski, choć pewnie tej etykiety nie uniknie. Emocje, dojrzewanie, nieuchronność, odwaga i tchórzostwo to jest na pierwszym planie.

Komplikacje mogłyby mieć inny kontekst. Podobno na etapie szkiców scenariuszowych – miały. Trzecia postać mogłaby być kobietą, kimś starszym/młodszym, kimś zobowiązanym do lojalności wobec kogoś innego. Nagła zmiana kierunku, nieplanowana i nie oferująca ułatwień. 

To, co dzieje się między Kubą i Michałem ma swój kontekst społeczny, to drugi plan. Wiadomo, że gejowskie pocałunki działają jak płachta na byka na różnych osiedlowych twardzieli. Sprzeciw. Jasne, że rodziny chłopaków będą miały do przełknięcia trudną prawdę. Świetne drugoplanowe role Katarzyny Herman (partnerska i toksyczna zarazem mama Kuby), Izy Kuny i Mirosława Zbrojewicza (rodzice Michała, scena kolacji i zagadywanie wyznania pobocznymi tematami jest świetna). Sprzeciw. Ale – to walor – kwestie mentalnego szoku nie przysłaniają tego, co rozgrywa się wewnątrz głównych bohaterów.

Erotyka. Za Chiny Ludowe nie powiem, że „odważna”, bo irytuje mnie ten przymiotnik zestawiony z seksem. A zewsząd do mnie docierał. Płynące wieżowce mówią o odwadze wielowymiarowo i nie klasyfikowałabym odwagi jako sposobu podejścia do ukazywania miłosnych zbliżeń.  Bardzo wprost, bezpruderyjnie, gwałtownie, bez poetyckich skrótów. Tak, że fizyczne doznania stają się częścią opowieści o tym, co łączy – tych dwoje, tych dwóch. Zagęszczają emocje, zostawiają im intymność i zachłanność.

Film jest spójny, zdjęcia, muzyka, ta będąca wciąż na podorędziu woda… Dlatego w pierwszym odruchu mówię: Wasilewski robi dobre kino. Reflektuję się jednak i dodaję: miał rewelacyjnych aktorów! Nazwiska jeszcze przed chwilą mi nieznane. Skąd się wzięli tacy gotowi? Marta Nieradkiewicz niedająca się zepchnąć w cień, choć cicha i czująca co się święci, jak nieodwracalnie raz na zawsze znika jej poczucie stabilności. Świetne.

Festiwal – o czym już wspomniałam – tematy relacji lesbijskich i gejowskich przemycał w wielu tytułach. Ok. I tak nie widziałam tych najgłośniejszych – między innymi otwierającego Nowe Horyzonty zwycięzcy z Cannes (Życie Adeli). Płynące wieżowce mają ten ważny atut, że nie czynią z tego tematu sztandaru, nie są żadnym manifestem czy głosem w sprawie. A w mej subiektywnej (nielubiącej indoktrynacji) opinii naprawdę poruszają.

Dziś już wiadomo, że film otrzymał Nagrodę Publiczności w nowohoryzontowym konkursie. I ja to rozumiem, nie rozumiejąc, niestety, dlaczego Nieznajomy nad jeziorem został uhonorowany nagrodą FIRPRESCI. Niebezpiecznie jest rozumieć zbyt wiele, więc mnie to nie martwi. W kinie …wieżowce popłyną w listopadzie.

nie było aż tak

13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, 18-28 lipca 2013

13 MFF T-Mobile Nowe HoryzontyTym razem marginalnie uczestniczyłam w festiwalu, pokątnie i fragmentarycznie. Trzy dni, dwanaście filmów. Były wrażenia mocne, było zmęczenie i aż dziwne rozpoznawanie tych samych klisz, a przynajmniej tematów, w kolejnych tytułach. Albo widzę to, czego nie ma, albo wybrałam sobie coś podświadomie ze zróżnicowanej bądź co bądź oferty, albo (naprawdę: niewykluczone!) nowohoryzontowi twórcy podlegają modom i porywają się na słońce z motyką tej samej marki. Dźwięki (jako temat) – 2,7, śmierć i odreagowywanie utraty – 1, 2, 3, 6, 10, związki homoseksualne – 1, 2, 12, zmiana obiektu uczuć – (1), 11, 12, manipulacja odbiorcą (a przynajmniej studium perswazji) – 4, 5, 7, 8, 9, dziecięca wrażliwość – 6, 10, 11.

Warunki oglądania nie są bez wpływu na to, co się widzi. Karnetowcy, podłączeni do filmowej kroplówki na dni jedenaście, nabywają w cenie karnetu ponadnormalną cierpliwość, uważność i podatność na trans. U mnie z tym było krucho.

I tak: mogłam sobie darować Nieznajomego nad jeziorem [1] i Noc [2] (oba są filmami konkursowymi). Jasne, ten pierwszy był momentami dowcipny, a drugi miał świetną scenę otwierającą i dobrze się słuchało taśm dźwiękowych, nagranych przez bohatera przed samobójstwem (odgłosy świata). Ale po tych filmach mam na wieki wieków dość oglądania nagich facetów orientacji przeważającej (geje są w przewadze liczebnej, tak?), którzy wykonują jakąś nadprodukcję erotycznych zbliżeń w celu nadrobienia braków tychże w  kinie starohoryzontowym. I dość będę mieć (na jakiś czas) postaci snujących się w poszukiwaniu autora (jak u Luigiego Pirandella, i chyba też było ich w Nocy sześcioro). 

Bardzo mi się podobał film Spokojni [3] – siedziałam jak w transie. Ale nie mogę sobie przypomnieć: dlaczego? Czy to była ta cisza i skromność obrazu, czy sugestywność, czy twarz bohaterki (Węgierka, Orsi Toth)… A może mój trans miał przyczynę w czymś organicznym i osobniczym.  Śnił mi się film inny niż innym? Zagadka, nie przypomnę. W zasadzie nie mam nic przeciwko takim tytułom jak 3x3D [4] (trzech reżyserów, trzy nowele rozgrywające się w portugalskim Mieście Kultury 2012, Guimarães). Greenaway wskrzeszał historię, bawiąc się obrazem i możliwościami filmowej techniki (sztuka dla sztuki), Jean-Luc Godard trafił na moją obniżoną percepcję, natomiast Edgar Pêra, przyglądał się ewolucji człowieka-widza (Cinemasapiens) i ta część niebywale mnie ożywiła, bo była lekka, dowcipna, nawet autoironiczna, przy czym i widz mógł się autoironią wykazać. Już to, że na Nowych Horyzontach oglądałam film, do którego potrzebne są „bryle”, jest mocno ironiczne.

Gratuluję sobie właściwego wyboru filmów takich jak: Nie [5] (o wojnie dwóch obozów przygotowujących spoty wyborcze w kampanii reklamowej w Chile. Opcja „Si” chce Pinocheta, opcja „No” ma go dość) oraz amerykańskiego Nie uśmiechaj się [6] czy brytyjskiego Berberian Sound Studio [7]

kino nowe horyzontyNa chwilę zatrzymajmy się przy tym ostatnim. Sytuacja wygląda tak: Anglik, inżynier dźwięku, Gilderoy przybywa do Włoch, zaproszony przez reżysera Santiniego. Okazuje się, że czeka go współpraca przy horrorze. Oj, będzie to horror w stylu lat 70. (a la filmy Daria Argento). Spokojny, angielski (!) Anglik mocno nadwyręży swoje nerwy i co nieco w nim popęka. Mężczyzna to introwertyczny, radość czerpiący z listów od Mamy, żyjący w świecie, w którym realizuje się obietnice i przestrzega bon tonu. A włoski świat krzykliwie te jego drobne przyjemności zagłusza. Wątkiem pobocznym, zabawnie powracającym, jest dopytywanie się przez Gilderoya o zwrot kosztów za przelot. – Oczywiście, ale nie teraz. – Tak, ale, na Boga, proszę mieć do nas zaufanie. – Jasne, ale to nie moja działka. Zgłoś się do Iksa, Ygreka etc. – Naprawdę, to niegrzecznie się tak pytać. Pieniądze to nie wszystko. Trochę pomoże Gilderoyowi pewna Włoszka, każąc mu zmienić ton. – Tu nie płacą, jeśli nie muszą. Trzeba o swoje wrzeszczeć. A jak w tym filmie krzyczą, jak krzyczą! 

Kręci się film, o którego treści się rozmawia, słyszymy dialogi, nade wszystko podglądamy nagrywanie dźwięków, krzyków, efektów towarzyszących akcji. Brutalny obraz jest nam podany w kuchni dźwięków, więc rozbrojony. Krwawa jatka to siekanie arbuzów. Roztrzaskany kabaczek przypomina odgłos spadającego z wysokości ciała, odrywanie natki od rzodkiewki brzmi jak wyrywanie włosów podczas tortur, a ciachanie nożem kapusty… och, to morderstwo!

Peter Strickland (reżyser Berberian Sound Studio) w wywiadzie mówi: „żaden dźwięk nie jest niewinny”, „dźwięk korumpuje obraz”. „Berberian Sound Studio to niewinny film. Nie ma w nim sceny morderstwa, nie rozlewa się nawet kropla krwi, nie widać tam ani jednego dźgnięcia nożem, ale to wszystko pojawia się w dźwiękach, przywodząc na myśl konkretne obrazy Na ekranie widzisz faceta krojącego kapustę i czujesz, że ten dźwięk zostanie podłożony pod scenę krojenia ciała. Nagle boisz się zwykłej, codziennej czynności, bo ten przeciętny, niegroźny dźwięk zmienia kontekst”. Tym ciekawiej, że dźwięki przenikają do codziennego życia i przestają być dodatkiem do obrazu, one działają bez niego, dodają podtekst do tego, co zwykłe. Szaleją i zarażają. 

Obejrzałam z dwóch powodów: bo to i warsztat filmowy, film podglądany in flagranti, i druga możliwość spotkania z brytyjskim reżyserem, który niegdyś bardzo poruszył mnie opowieścią o kobiecej zemście (Katalin Varga).

Nie uśmiechaj się – bo nie do śmiechu są „beztroskie” czasy dzieciństwa. Dwaj bracia, ich koledzy, tragiczna śmierć jednego z nich. To zaglądanie pod podszewkę dojrzewania (widziałam już filmy dokonujące podobnych penetracji i bywają one niezwykle zaskakujące). Pole graniczne między dzieciństwem a dorosłością to najbardziej egzotyczna z powszechnie znanych krain. Śmierć jest na wyciągnięcie ręki. Martwy ptak, martwy kot, pies, człowiek. Pragnienie śmierci i lęk przed nią. Dotykanie jej i niemal organiczny lęk. Tu w oderwaniu od zgiełku, w spowolnionym rytmie prowincji, leśnej głuszy, miejsca, w którym nie dzieje się nic szczególnego, rozmowy i „akcje” ograniczone do minimum. Dorośli niemal wyeliminowani (nie przekraczają granicy, poza którą rozgrywa się natężony dramat ich dzieci). Lakoniczność wymusza banalną konstatację: bardzo dobry film, osadzający się obrazem w pamięci. Niewykluczone, że wszystko zdarzyło się w czasach naszego dzieciństwa, że już wtedy dotykaliśmy tajemnic, które powrócą w kolejnych odsłonach i w innych dekoracjach w naszym dorosłym (nie znaczy, że dojrzałym) życiu. 

Co jeszcze? Przekonałam się, że nie mam powołania do objawień podczas filmów z sekcji Trzecie Oko (filmy o sztuce). Nie mam nic istotnego do powiedzenia ani o Ciągłości [8], ani o Fire Followers [9], po którym sobie szalenie dużo obiecywałam.

Zupełnie nie wiem, co mnie zwiodło, by wybrać się na film Leszka Wosiewicza Był sobie dzieciak [10]. Tytuł będzie miał swoją premierę 1 sierpnia, co nieprzypadkowe, bo opowiada historię osiemnastolatka, wędrującego ulicami Warszawy, gdy trwa powstanie i gdy wszystko inne przestaje trwać. Marek, niestety udziecinniony, bo jednak sposób oddania jego emocji sugeruje jakby nie miał lat więcej niż dwanaście. Wędruje piwnicami i czyta „średniowieczną” książkę: Gargantuę i Pantagruela Françoisa Rabelais`go. Czepiam się, ale primo: XVI wiek, secundo: pisarz-humanista, tertio: rozbuchana renesansowa parodia chanson de geste  – jak by nie patrzeć – nie jest dziełem średniowiecza. A taka informacja pada z offu, więc nie może jej wytłumaczyć brak matury Mareczka.

Otóż, głos z offu jest rozwiązaniem, do którego autor miał pełne prawo, bo to jego film, ale ten wybór czyni mnie dalece obojętną i budzi reakcje obronne. Mamy bowiem taką sytuację, że bohater, wędrując ruinami-piwnicami, napotyka warszawskich cywilów, partyzantów i niemieckich bandzorów. Ale patriotyczny zew przesunięty jest na plan drugi, na pierwszy natomiast wstępuje piękna, intrygująca Niemka (Magdalena Cielecka, patriotka, tyle że lojalna wobec swoich). Jasna sprawa, że piękna kobieta – młodzieniec – motyw drogi sumuje się jako opowieść o inicjacji. W życie. Duży walor filmu to ten, że nie podejmuje wątków gejowskich. Inne walory zabił głos z offu. „Jest 12 sierpnia, czyli 12 dzień powstania…” – kawa na ławę, kto jest kim, dlaczego Niemcy są w Warszawie a nie w Berlinie, dlaczego Rosjanie stoją na brzegu, zamiast pić czaj u siebie, trochę bardziej na wschód. No, nie wiem… Ale chyba zanadto poddajemy się sondażom na temat słabej orientacji Polaków w historii najnowszej. 

Na koniec wspomnę o filmach, którym poświęcę więcej uwagi w następnej notce. Bo one wywarły na mnie wrażenie najsilniejsze. Film japoński: Jak ojciec i syn [11], daleki od eksperymentów formalnych, subtelny i wstrząsający, obyczajowy i psychologiczny. Film polski: Płynące wieżowce [12], mocny, niejednoznaczny, świetnie zagrany, działający na emocje. Myślę, że oba trafią wkrótce do kin, ale było warto zobaczyć je już teraz.

Nie uśmiechaj sięNieJak ojciec i synSpokojniNocPłynące wieżowceBył sobie dzieciakNieznajomy nad jezioremBerberian Sound Studio3x3D

coś do kochania i podwójne frytki

Bejbi blues, reż. Katarzyna Rosłaniec, Polska 2012

Krótka notka o tym, że warto zobaczyć Bejbi blues. Drugi film Katarzyny Rosłaniec (po Galeriankach) obejrzałam kilka dni temu, nieuzbrojona w uprzedzenia, ale i bez oczekiwań na kino. Wiedziałam, że to film o nastolatkach mających dziecko i o tym, co z tego wynika. Przyszedł mi na myśl film braci Dardenne (Dziecko z 2005 roku), ale słusznie przeczułam, że to będzie coś innego. 

Bejbi blues.Najkrócej: 17-letnia Natalia ma sześcio- miesięcznego synka z Kubą (maturzystą). Mają dziecko i chcą je mieć, bo to jest fajne. A nawet podobno modne – inspiracją dla reżyserki był artykuł oparty na obserwacji młodocianych mam, na studium blogów i komentarzy pisanych przez nastoletnie mamusie. Dziecko-gadżet, dziecko jak zamówienie w McDonaldzie. Rosłaniec wymyśla dla swego filmu hasło: „coś do kochania i podwójne frytki” i w tym duchu prowadzi opowieść. 

Rola gadżetu jest ciekawie rozpracowana (i wyjaśniona przez reżyserkę w wywiadach – strasznie dużo wyjaśnia!). Natalia chce Antosia, bo może pokochać „swoją własną małą istotkę” tak, jak sama nigdy nie była kochana. Poza tym: maluch super wygląda w bajeranckich okularach, można z nim iść na zdjęcia do reklam i w ogóle… jest milutki i zmienia look dziewczyny. Antoś (jak frytki) zaspokaja pewien głód – i tu znów zapożyczę myśl wyrażoną przez reżyserkę w explicite – ten mechanizm nie jest wcale  tak niszowy jak sytuacja. Bo dzieci są obsadzane w tej roli od zawsze. 

Łatwo osądzić małolatów, rzucić zdawkowe „dzieci mają dzieci”, ale analogicznie zdarza się postępować ludziom bardziej wyrośniętym. Dziecko dla ratowania związku, dziecko dla sformalizowania relacji, dziecko jako recepta na własną samotność lub image… i wcale nie lepiej brzmi deklaracja: dziecko dla nadania sensu własnemu życiu. Jasne, że różnej miary mogą być nadużycia, a idąc tym tropem można popaść w absurd. Nigdy pewnie nie jesteśmy tak dojrzali, by wskoczyć w rolę rodzica jak mistrz. Zawsze jest ryzyko, jest coś na wyrost i jest nadzieja – każde dziecko jest ekstraktem nadziei na cokolwiek: na ratunek lub na szczęście.

To można było odgadnąć: nie skończy się dobrze. Choć właśnie ostatnia scena jest rewelacyjna! I w ogóle: ten film naprawdę dobrze prowadzi widza, zawłaszcza uwagę.

Moje oglądanie zaczęło się od pewnego dystansu do rzeczywistości, w której rozgrywa się ta historia. W tym świecie jest chaos, nieodpowiedzialność, potworna naskórkowość relacji, powtarzalność błędów (dorośli są beznadziejnie niewzorcowi – to role epizodyczne, ale obsadzone bezbłędnie: Magda Boczarska, trzydziestoletnia babcia, Danuta Stenka, czyli babcia nr 2., Jan Frycz, milczący tatuś-dziadek i świrnięta pani z pieskiem, czyli Katarzyna Figura). Świetni są młodzi aktorzy – i ta charyzma Natalii (rola Magdy Berus) czy chłopaczkowatość taty-skejta (Nikodem Rozbicki) sprawiają, że film wciąga naturalnością, językiem, autentyzmem. Niektóre sytuacje mnie śmieszyły, może irytowały (najbardziej drażniącą rolę zagrał bezbłędny Mateusz Kościukiewicz). Świat wydawał się zaskakująco barwny: hipsterski, modowy, jak dziecięca zabawa w przebieranki. Lecz od pewnego momentu kończy się zdystansowana obserwacja. Wydawałoby się, że nie ma tu dobrej „scenografii” do tragedii, a jednak ona się zdarza, widz wstrzymuje oddech, bezradność (ile by tam w niej było głupoty – nieważne) rodzi współczucie i empatię. Przynajmniej mój ogląd był taki, że wydaje mi się jakby napięcie prowadziło mnie nieuchronnie ku kulminacji.

Zastanawia mnie teraz, że to bardzo dziwne, by tak zgrywało się ze sobą opowiadanie o „laleczce z saskiej porcelany” z kinem społecznym.

Czy to źle czy dobrze, że Bejbi blues nie przypomina filmu braci Dardenne, mimo zbliżonej tematyki? Nie wiem, ale na pewno nie ma co oczekiwać, by film Rosłaniec niósł kameralność, stonowanie, cichą, lecz uchwytną przemianę bohatera. By świat zyskiwał twarz i wracała wiara w utracone poczucie odpowiedzialności. W Bejbi blues nie ma prostoty relacji, jest jej spłaszczenie, histeryczność, jest dużo niewyrośnięcia. Bo to jest zakalcowaty świat… Barwny, bez treści. Reżyserka zaryzykowała porównanie swej opowieści do bloga. Nikt tu nie pisze go wprost, ale sposób prezentowania bohaterki ma go przypominać. Tym bardziej, że Kasia Rosłaniec zainspirowała się prawdziwą  blogerką: Tavi Gevinson, nastoletnią szafiarką (o tym na portalu Stopklatka).

Napomknęłam wcześniej, że Katarzyna Rosłaniec, udzielając wywiadów, dołącza pewien klucz interpretacyjny. Można go przyjąć lub odrzucić. Polecam wysłuchać. Na Filmwebie są miniwywiady z twórcami filmu. A na Stopklatce (zakładka O filmie) jest ciekawy wywiad z reżyserką (m.in.).

A zupełnie inaczej film odebrał (a) Zwierz popkulturalny. Polecam, jeśli ktoś już film widział (bo są spojlery). Dowcipne i subiektywne. 

Bejbi blues. Natalia z Antosiem

wzruszenia

Roy Jacobsen, Cudowne dzieci, Dodoeditor 2012

Pierwszy odcinek przejdę okrężną drogą. Zmierzam do książki Jacobsena, jest niezwykła. Pewnie nie raz już o tym pisano (doświadczenia graniczne, przekraczanie progu dorosłości, żegnanie się z beztroskim, nieświadomym dzieciństwem). Temat ma wiele wcieleń i odsłon. Dziecięce odczuwanie. Jaskrawość dostrzeganych kompromisów, niechęć do zawodnych dorosłych. I przeżywanie jakichś dziwnych (kluczowych) wtajemniczeń, zrzucanie dziecięcej skórki. Wiele razy: w filmach, powieściach, w mediach wszystkich kategorii. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo t a k  nie robiono tego albo nigdy, albo nie za często. Skandynawowie mają w tej materii jakiś szósty zmysł. Może generalizuję? W każdym razie – jeśli nie jest to krew plemienna, to przynajmniej rodowy gust  i smak. Jeśli nie cecha wrodzona, to może wyćwiczona na wypisach szkolnych (uczyli się od najlepszych – to owocuje). Krótko, żeby nie wyliczać innych, wspomnę o skojarzeniu, które wydaje mi się najbliższe Jacobsenowi. Jeśli uda mi się zrozumieć to podobieństwo, to samej sobie wyjaśnię, dlaczego Jacobsen jest ciekawy i inny.

Otóż: Dziewczynka – debiutancki film Szweda Fredrika Edfeldta z 2009 roku.
Co zapamiętałam (bo minęły już trzy lata od oglądu)? Nie była to opowieść powalająca niezwykłością. Świat widziany był oczyma dziesięcioletniej dziewczyny, bez jakichś offowych komentarzy, bez kokieteryjnej maski dowcipu, gonienia za spektakularnym zdarzeniem. Punktem wyjścia jest właśnie rezygnacja z oczekiwanych atrakcji. Oto rodzina wyjeżdża na wakacje. Chcą uczestniczyć w misji charytatywnej w Afryce. Dziewczynka żyła tym projektem i marzyła o nim, ale z pewnych powodów nie może wyjechać – rodzina jedzie bez niej, ją powierzając ciotce, która na pierwszy rzut oka jest z kategorii tych, które same potrzebują natychmiastowej opieki. 

Jest więc lato, czas bez ograniczeń, bo w tym wieku dwa bezkresne miesiące mogą być przedsionkiem wieczności. Trzeba sobie radzić: z poczuciem odrzucenia (pojechali bez niej!), z organizacją codziennego życia (ciotka nie ma pojęcia ani o gotowaniu, ani o zapędzaniu młodej istoty do łazienki), z hipokryzją świata dorosłych i głupawką koleżanek (ciut starszych, ale już będących po drugiej stronie linii – tam, gdzie jest mizdrzenie się, podryw, szminka i perfidia). Takie lato ma się w życiu tylko jedno. To jest ten moment przejścia. Mówią do ciebie jak do dziecka, nie przeczuwając, ile rozumiesz. A to jest krótki czas pogranicza. Już za dużo przenikliwości i sceptycyzmu, ale wciąż jeszcze egzaltacja, nadwątlona naiwność i nieporadność. Taka jest tytułowa, bezimienna Dziewczynka, i taki jest Finn z powieści Jacobsena. 

Są tu i tu podobne tropy: * lato inicjacji (jeszcze nie seksualnej, choć ten temat pojawi się, gdy Dziewczynka podpatruje koleżanki, a Finn podgląda Przejedzoną – golaskę na plaży), * zaskoczenie zmianą relacji z bliskim dotąd rodzicem (zaczynasz poddawać w wątpliwość dotychczasowe pewniki, mama staje się trochę obca i trochę bardziej prawdziwa), *doświadczenie odrzucenia (odniesione po części do siebie, po części do tych, których wykluczają jeszcze dobitniej: biedny, przedrzeźniany chłopczyk czy upośledzona lub opóźniona w rozwoju siostra).

Fenomen polega na tym, że gdy oglądam lub czytam, nie włącza mi się żaden brzęczyk, że powinny to poznać jakieś znajome dzieci albo że to taki uroczy – magiczny – sentymentalny świat arkadii, z której (jak z raju) wszystkich nas wygnano. Sedno w tym, że nie dystansuję się od dziecięcych spostrzeżeń. Jestem dorosła, ale na czas opowieści jestem w tej granicznej strefie, „pomiędzy”. Bo to mi się podoba najbardziej, że w pewnych momentach przed dziećmi otwiera się naprawdę mocna dawka prawdy o świecie. A one mierzą się z nią nie gorzej niż dorośli. Coś jest za trudne i mocno nie fair – ale nigdy nie będzie wyglądało inaczej i bardziej zrozumiale. Słowem: dla dorosłych ta książka i film.

Powiedziałam, że powieść Jacobsena jest niezwykła, lecz i bardzo zwyczajna zarazem. Narracja oddana w nadzór 10 (czy 12)-letniemu Finnowi, epilog dodaje wszystkim około siedmiu lat. Ten szczególny rok, o którym będzie można powiedzieć np.: „rok, w którym pojawiła się Linda” – to rok 1961 „rok Muru Berlińskiego, Kennedy`ego i Gagarina”. Norwegia, Oslo, raczej uboga dzielnica, gdzie wynajmuje się pokoje lokatorom, by wiązać koniec z końcem. Naprawdę niezwykłych scen jest niewiele, ale one wzruszają, aż ciarki przechodzą po plecach. Nie dlatego, że taka groza czy niesamowitość. Po prostu staje się jasne, że takiego lata się nie zapomina, że ono naznacza. Czym? Bezradnością i buntem, odpowiedzialnością i poczuciem winy, bliskością i obcością najbliższych…

Wiem, czas by z okrężnej drogi wejść na prostą. No ale co mi zostaje do powiedzenia? Kto występuje? Finn i jego Mama (trzydziestoletnia kobieta z pęknięciem, wcale nie taka prosta jak się zdaje). Lubią słowa i wspólnie czytane książki. Przyjaciółka mamy (Marlene), bracia, tajemniczy lokator – Kristian. Oczywiście, koledzy Finna (z niepowtarzalnym w swej gamoniowatości Freddym 1) i jedna koleżanka – Tanja. I oczywiście Linda, siostrzyczka, która pojawia się pewnego dnia jak grom z jasnego nieba, z niebieską walizeczką… Gdy małą piąstkę zaciska na dwóch palcach nowej mamy, to jest to „uścisk na śmierć i życie”. A przynajmniej: wieczna będzie pamięć tego uścisku, gdy on sam zostanie siłą rozplątany.

Gdzieś tam, na marginesie, migną też trzej bezdomni: Czerwony, Niebieski i Żółty. Nadejdzie czas, to się ich usunie, zdegraduje jeszcze bardziej, zaorze ślad po szałasach. Społeczeństwo usuwa wykluczonych. Z zaskakującą determinacją. To się – rzecz jasna – zmienia. Dzisiejsza Norwegia (czytaj: świat) ma inne metody, może inaczej interpretuje odmienność i niedostosowanie. Pewne kategorie odmienności są absorbowane, a pojawiają się nowe. Coś się zmienia, choć tak naprawdę niezbyt wiele.

Kluczowe jest pytanie, jak daleko sytuuję siebie od tego, co niepopularne, z ciemną smugą, wykluczone. I zastanawiające jak blisko naznaczonych jest Finn. Kobieta po nerwowym załamaniu, ktoś, kto się boi ciemności, bo przywołuje w nim dawne lęki. Dziewczynka z cygańskiego taboru, która może jeszcze nie wie, że nigdy nie będzie jak inne dziewczynki, choć biegnie do gromady z nadzieją. Duży, nierozgarnięty chłopak, pośmiewisko wszystkich dzieciaków, słoń w składzie porcelany, który „inspirował otoczenie, żeby go wykluczało”. 

Mój ulubiony cytat z powieści Jacobsena to ten:

„Linda była nie z tego świata, ja też miałem to kiedyś zrozumieć. Była Marsjanką, która przybyła na Ziemię, aby mówić językami do pogan, mówić po francusku do Norwegów i po rosyjsku do Amerykanów. Była przeznaczeniem, pięknem i katastrofą. Ułamkiem wszystkiego. Odbiciem mamy i mamy dzieciństwem. Jeszcze raz od początku. Śladem tego, co nigdy nie mija. Bóg prawdopodobnie miał w tym jakiś tajny plan – ale jaki?” (s.169)

Jeśli mój tekst był w zamierzeniu szukaniem tego, co wspólne w opowieści o Dziewczynce i w historii Finna i Lindy, to coraz mniej podobieństw widzę na koniec. Więc raczej fiasko. Chyba, że chwycić się tej myśli o słabości, której nagle doświadczasz i możesz się od niej albo odciąć, albo kurczowo chwycić – i tylko z tą słabością iść dalej. Słabość może obrosnąć dziwną mocą – taką, jakiej nigdy nie znajdzie ten, kto szuka nieskażonej niczym siły.

****

Powieść Jacobsena pięknie wydał Dodoeditor, a w radiowej dwójce można było posłuchać fragmentów. Wciąż można. Nie wiem tylko, czy to są moje ulubione fragmenty. TUTAJ.