Archiwa tagu: Fabrice Luchini

subtelność

Subtelność (L’hermine), reż. Christian Vincent, Francja 2015Subtelnosc

Subtelność pojawi się w polskich kinach latem. Krótko mignęła na przeglądzie filmów nagradzanych: WIOSNA FILMÓW. Zacznę więc od tego, kogo nagrodzono i za co. W Wenecji Fabrice Luchini zdobył za rolę sędziego Racine`a Puchar Volpi, a Sidse Babett Knudsen za rolę jego muzy, doktor Ditte, otrzymała Cezara. Gdyby istniała taka instancja, która honoruje aktorskie duety, tych dwoje miałoby spore szanse.

Wyznaję (by nikt mi tego nie zarzucił, bo przecież nie udaję bezstronności), że Luchini jest moim francuskim ulubieńcem. Pan Jourdin z Zakochanego Moliera, Germain, nauczyciel literatury w U niej w domu, Serge, aktor-mizantrop z Moliera na rowerze. Role są różne, Luchini ten sam. On nie z tych, którzy w jednym filmie są intelektualistami, w drugim szefami mafii, w kolejnym wyuzdanymi skandalistami. I nie o wąskim emploi tutaj mowa. Bo Luchini pewnie mógłby wyzwanie podjąć. Ale potrzeby takiej nie ma, skoro subtelną grą ma do przekazania ogromną skalę tęsknot, obaw, aspiracji i zagubień, w które wikłają się jego postaci. Gdy pierwszy raz oglądałam film, w którym grał, Luchini wydał mi się nieco karykaturalny. Z naiwnie bezbronnym uśmiechem, z powagą, która aż śmieszy, z niedoborem spontaniczności i luzu, bez genu gwiazdorskiej zgrywy, jakby amator. Tymczasem mistrz. Wchodzi w każdą ze znanych mi kreacji jak najprościej. Jak człowiek znikąd. Złamany, bo coś mu tam nie wyszło lub ugrzązł na mieliźnie. Z nadziejami, które wydają się na wyrost, więc nic dziwnego, że zamiast sunąć lekkim krokiem, włącza czujność i zgodę na ewentualną porażkę. Choć do końca, nawet z poczuciem własnej śmieszności, gra o najwyższą stawkę. Na przykład o miłość lub rację.

W Subtelności jest sędzią orzekającym w trudnym procesie. Po pierwsze: trzeba ustalić, czy aby na pewno ojciec przyczynił się do śmierci 17-miesięcznej córeczki. Po drugie: słyszy, jak o nim plotkują koledzy, więc czuje się rarogiem. Po trzecie: wśród ławników pojawia się Ditte, która podoba mu się bardzo (w której zakochał się przed kilku laty, lecz nie wywalczył jej wzajemności). I jak tu trzymać trzy sroki za ogon, skoro dopadło go grypsko?

Polski tytuł jest trafiony. Francuski, o ile nie ma podwójnego dna, odnosi się do sędziowskiego stroju. A w subtelności sedno.

Pojawiają się na starcie różne tropy, lecz nie mogą się wybić na plan pierwszy. Choćby motyw sądowej rozprawy. Tak wiele zależy od przysięgłych, a oni są przypadkowi. Ten ma gen podrywacza, tamten plotkarza, w dodatku sędzia esemesuje z ławniczką. Cienka linia wyznacza granicę procedur. Jeśliby ktoś pomyślał, że to francuska wersja Dwunastu gniewnych ludzi, musi zgasić oczekiwania. Tylko poniekąd. Sędzia Racine na spotkaniu z ławą przysięgłych wtajemnicza w ograniczenia. Dotrzeć do prawdy niełatwo. Zna ją oskarżony. Reszta jest domniemaniem. Chodzi więc o to, czy istnieje możliwość niewinności i o to, by zabrać głos w sprawie tego, co wolno a czego nie. Margines przypuszczeń można lekko zwęzić, ale nie da się go zmienić w szeroki trakt oczywistości.

Może więc jest to opowieść o teatralności sądowych procesów. Do pewnego stopnia – owszem. Córka Ditte, bezpośrednia siedemnastolatka, nazywa sąd sceną, co dziwi Racine`a. Nie oponuje jednak, bo czyż nie można tak nazwać sytuacji, w której z jednej strony mamy „widownię”, z drugiej przebranych w kostiumy występujących? I kwestie powtarzane ze zgodnością równą aktorskiej recytacji. 

Można uznać, że jednym z tematów jest odmienność generacji. Ditte ma 45 lat, sędzia jest od niej starszy, oboje – choć budzą w sobie świeże uczucia – są z generacji niewiosennej, innej niż ich dzieci. Trzeba dodać, że nie tyle o wiek chodzi, co o galaktykę i orbity, po których ludzie krążą. Nastolatka emanuje takim luzem, bezpardonowością, spontanicznością, pewnością siebie i przenikliwością, że pozostaje tylko ustąpić jej pola. Bo choć nonszalancja, z jaką przerywa rozmowę, by odebrać SMS-a, może przyprawiać o zawrót głowy, jest znakiem czasu i jednak stemplem niepodważalnej racji.

Nade wszystko zaś film opowiada o pięknie subtelnej obecności, za którą tęsknimy, bo nadaje życiu sens. Historia miłosna, jeśli w ogóle można zakwalifikować relację między sędzią a panią anestezjolog do tej kategorii, jest utkana z delikatności. Paradoksalnie – w tym tkwi jej siła i ciężar. Zaczęło się, gdy Racine – po wypadku, na OIOM-ie – doświadczył czułych dotknięć i ciepłych spojrzeń opiekującej się nim Ditte. Subtelność nałożyła się na emanację piękna i kobiecości. Dotyk i jasna aura. Tylko tyle, za mało, by pozwolić sobie na snucie planów, a wystarczająco, by mieć w pamięci i to w tych często używanych skrytkach. 

Los sobie stroi żarty, zbliża ze sobą tych dwoje i narzuca im ograniczenia. Rozprawa ma trwać tylko kilka dni, role, jakie w niej odgrywają, raczej utrudniają wskrzeszenie naturalnej relacji. Lecz nie doszukujmy się w Losie złośliwości, bo on się chętnie daje pokonać tym, którzy znajdą na to sposób. Sidse Babett Knudsen jest tutaj zjawiskowa i rozgrywa swoje bezbłędnie.
A naprawdę jej rola osadzona jest w drugim planie. Czekałam aż będzie mogła wybić się na plan pierwszy, lecz nawet wtedy, gdy mówi najgłośniej, mówi spojrzeniem, uśmiechem i sukienką z jasnej koronki. 

Sukienka jest ważna, tak samo jak czerwony szalik Racine`a. Ditte twierdzi, że jest okropny, bo ekscentryczny, sędzia zaś, że to świetny kamuflaż – wszyscy patrzą na czerwień, on może za szalikiem się schować. Świetnie ograny rekwizyt. Podobnie jak wszelkie (wyłapałam kilka, węszę, że jest ich więcej) aluzje do biografii aktorów. Gdy mówią o swoich postaciach, dodają im coś od siebie (np. kopenhaskie korzenie Ditty). 

Po seansie nie do końca wiadomo, o czym był film, bo żaden wątek nie zdobył rangi pryncypalnej. Nie będę więc upierać się przy historii Racine`a i Ditte. Ale wyszłam wzruszona subtelnością tęsknoty za kimś, kogo chcemy mieć przy sobie, bo jego spojrzenie nadaje wagę naszym czynom i myślom. Tym, że ta szczypta subtelności zmienia totalnie wszystko.

***
Taki traf, że piszę o filmach spoza głównego obiegu, lekko żałując, że gdy nadejdzie ich czas, wszystko, co napisałam pokryje już kurz. Taki los. Akurat to mnie porusza.

wiosna filmów

molier na rowerze

Molier na rowerze (Alceste à bicyclette), reż. Philippe Le Guay, Francja 2013

Molier na rowerze. Luchini i Wilson

Ach, bo też seans był spontaniczny, a potem się posypało. Główną akcję filmu tworzą próby molierowskiej sztuki, odsłaniające analogie między charakterami z komedii a bohaterami filmu. Wróciłam do domu i przeczytałam Mizantropa. Pierwszy raz w życiu.  Świetny! A potem wstęp Tadeusza Boya-Żeleńskiego (bo już w kinie chodziło mi po głowie, jakie świeże są frazy w jego tłumaczeniu). Nazajutrz, zachęcona rozmową, kupiłam eseje Tomasza Łubieńskiego Molier nasz współczesny(Poprzestanę na pierwszym i ostatnim eseju). Moment…, czyli tak: od filmu do sztuki, do tłumacza (aż mnie nosi, by zapoznać się z biografią Boya) i do interpretatora.

Dalej. Grający w filmie Fabrice Luchini odegrał rolę pomostu między Molierem na rowerze a Zakochanym Molierem (Molière, film Laurenta Tirarda z 2007), cudowną komedią, w której biografia mistrza francuskiej sceny utkana jest z reminiscencji z jego sztuk. W roli Jean-Baptiste Poqueline`a wystąpił Romain Duris, a Fabrice Luchini był tutaj panem Jourdin, czyli postacią bezpośrednio wziętą z Mieszczanina szlachcicem. A jak się okazało: kompilacją Jourdina z Alcestem, tym z Mizantropa. I tyleż o zbieżność postaci i aktorów mi chodzi, co o ten splot biografii i sztuki, z którego komedie Moliera wyrosły, a który w obu filmach tak pięknie się prezentuje. Stąd był już tylko kroczek, by przypomnieć sobie ubiegłoroczny film Ozona: U niej w domu. Primo, ze względu na rolę Luchiniego. Secundo, ze względu na przeplatanie się literackiego tekstu z realnym życiem tych, którzy go czytają.

Tak, posypały się skojarzenia, wpadłam w pułapkę intertekstualności. Nie istnieje tekst w izolacji, zewsząd atakują hiperłącza. Wiem, Czytelniku, że można dostać kręćka od tego, co piszę. Więc: hejże na rower, przewietrzyć głowę, poodcinać splątane synapsy powiązań i na spokojnie, brać tyle tylko, ile się chce. A w celu terapeutycznym chwycę się Mizantropa, by znaleźć grunt. Jakiś początek i koniec, jakąś ramę. Bez ramy ani rusz.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini i Lambert WilsonMolier napisał Mizantropa będąc u szczytu sławy, z bagażem doświadczeń i rozczarowań, które zapewne uzasadniały gorzkie prawdy o blichtrze salonów, o płytkości relacji, o fałszu i słabości ludzkiej natury. Swoje przeszedł (wcześniej – włócząc się z teatrem obwoźnym po prowincji, później – chroniąc się pod skrzydła Króla-Słońce przed atakami małostkowych świętoszków, pyszałków, pozerów i hipokrytów).

Wątki, choć zbieżne, dotyczą kilku spraw. Pierwszy skupia się na intrydze miłosnej. Panna Celimena ma adoratorów wielu, wszystkich zwodzi (czyli: źle), być może po prostu szuka (więc: nie osądzajmy). Jednym z zalotników jest Alcest – trochę dziwak, bo natrząsa się z dworskiego lizusostwa i obłudy, a kocha się w kobiecie, która jest generatorem intryg. Cnotliwy Alcest cnotliwych panien nie dostrzega. C`est la vie. Drugi wątek to konfrontacja Alcesta z Orontem, kiepskim wierszokletą, któremu wypalił ostry osąd bez pardonu, czym napytał sobie biedy. Nie dość, że kłócą się o wartość sztuki (Alcest niezmiennie odrzuca schlebianie czyimkolwiek gustom), to jeszcze zetrą się w szrankach o serce panny C. Trzeci wątek to po prostu plotki i obgadywanie każdego, kto się odwróci, a następnie przygarnianie w ramiona, gdy wypadnie rundka towarzyskich powitań. Szermierka na cyniczne bon moty. Wątek czwarty to dialogi między Alcestem a Filintem – których stawką jest akceptacja gierek lub niezgoda na ludzką wredność. Zgadzać się na zło? O, nie, zwracam bilet, uciekam na pustynię przed bandą salonowych prymitywów. Mówi Alcest niczym Hamlet w swoim odwiecznym „to be or not to be”. Filint obstaje przy kompromisach, przy opakowywaniu prawdy w ładne papierki i woale, słodzeniu i przemilczaniu. Jest w tym dwuznaczne przyzwolenie na słabość, ale też ludzka wielkoduszność wobec grzechów, od których samemu nie jest się wolnym. Pojedynek to wcale nieprzesądzony.

ALCEST
Patrzeć co dzień na ludzi, jak żyją ze sobą,
To grozi melancholią lub ciężką chorobą.
Gdzie spojrzeć, wszędzie zgraja pochlebców przebrzydła;
Podstęp, niesprawiedliwość; zdrady, fałszu sidła;
Dłużej już nie wytrzymam; dławię się; a zatem
Wolę do upadłego walczyć z całym światem. (…)

FILINT
Słabą naturę ludzką sądzisz zbyt surowo.

ALCEST
Nienawidzę jej, powiedz: to zbyt wątłe słowo.  (…)

Nie odmienisz mych uczuć nazwaniem niczyjem:
Jednymi gardzę, bo są źli i niegodziwi,
Drugimi, że na podłość ludzką zbyt cierpliwi
I że nie płoną dla niej tym gniewem wieczystym,
Jaki winien występek budzić w sercu czystym. (…)

Do kroćset! to są dla mnie rany nazbyt krwawe 
Patrzeć na tę uprzejmą z łajdactwem zabawę
I doprawdy czasami bierze mnie ochota
Uciec gdzie na pustynię od waszego błota.

FILINT
Mój Boże! mniej się troszczmy o moralność cudzą,
A błędy świata tyle gniewu w nas nie zbudzą;
Nie wnikajmy w naturę ludzką zbyt głęboko,
Na słabostki jej uczmy się przymykać oko.
Być szlachetnym, rozumnym, to jeszcze za mało:
Bądźmy ludzcy, gdy z ludźmi wciąż nam żyć przystało. (…)

I ja, jak ty, spostrzegam co dzień rzeczy tysiąc: 
Że mogłyby iść lepiej, gotów jestem przysiąc,
A przecież, choć spotykam złe na każdym kroku,
Gniewu z tego powodu nie dojrzysz w mym oku.
Biorę człowieka za to, czym on jest w istocie;
Nie potępiam słabości, nie dziwię niecnocie
I mniemam, że filozof podzieliłby ze mną
Raczej mój chłodny spokój, niż twą żółć daremną.

Film Philippe Le Guaya, Molier na rowerze, w centrum umieszcza przyjaźń (i wrogość) Alcesta i Filinta, pozostałe wątki zepchnięte są na dalszy plan lub wycięte. Jak wynika z powyższych wierszowanych ripost (trzynastozgłoskowiec zastępuje francuski aleksandryn) obaj panowie są mizantropami. Złudzeń nie mają, różnią się swą reakcją na znane im status quo. W sztuce Moliera byli to bohaterowie dość młodzi, w filmie Le Guaya – to mężczyźni w połowie drogi (albo ciut dalej).

Żeby w temacie była pełna jasność: dałam mu na FilmWebie dziewięć gwiazdek, co oznacza film „rewelacyjny”. Niszowy, bardzo teatralny, może nie najlepszy na weekendowe wyjście z paczką przyjaciół… Dla tych, co odrzucają mowę wiązaną może trudny do przełknięcia… Odczytywane fragmenty Moliera to ważny składnik struktury fabularnej. Na pewno nie dla wszystkich tak samo jak dla mnie rewelacyjny, ale ja mu niższej noty dać nie mogę. Bo nie dość, że temat i Molier, to jeszcze 104 minuty wpatrywania się w Fabrice`a Luchiniego. Super sprawa.

Molier na rowerze. Alcest i Filint

Molierowski Alcest odgrażał się, że opuści Paryż i będzie wiódł samotne życie. Voilà! Serge (Fabrice Luchini) realizuje tę groźbę. Niegdyś wzięty aktor, dziś odżegnuje się od zawodu, w zaniedbanym domu, bez fajerwerków, upływają mu kolejne dni. Źle wspomina wielki paryski świat. Przegrał jakiś proces na własne życzenie. A tak! – żeby mieć dowód, że świat jest podły. Spokój naruszy Gauthier (Lambert Wilson), dawny przyjaciel, aktor u szczytu popularności, któremu marzy się powrót na sceniczne deski. Na co dzień gra gwiazdę serialu telewizyjnego Dr Morange. Na prowincji kogo spotka, ten opowiada mu swój ulubiony odcinek. Każdy schlebia, ale czy to jest prawdziwe uznanie? Obaj są nieufni wobec świata. Na pozór Serge to Alcest, Gauthier to Filint. Jednak gdy dojdzie do prób z Mizantropem, obaj chcą grać Alcesta. Uzgadniają, że innowacyjnie wyreżyserują spektakl, grając zamiennie obie role, tymczasem rzucają monetą kto jest kim na kolejnej próbie. A później życie pokaże swoje…

I trwają przymiarki, recytacje, analizy. Komiczne w tym samym stopniu co Mizantrop. W zasadzie wszyscy są tu serio, lecz komizm wchodzi szczelinami. Jest zadziorny taksówkarz, adeptka aktorstwa, doskonaląca warsztat w filmach porno, piękna Włoszka porzucona przez męża, właścicielka restauracji z zamiłowaniem do jacuzzi etc. Są próby, rowerowe przejażdżki i wypady samochodem do miasta. Wielkie entrée (fot. poniżej), fiasko i triumf.

Co z tego wynika? Z jednej strony śmieszność naczupurzeń. Niechby Alcest miał najsłuszniejsze racje, idealizm ciągnie ze sobą wredność. Świetna scena, w której we troje (z Franceską) zamierzają oglądać serial z Gauthierem. Ten niby się wstydzi, ale jest ciekaw reakcji, gotów wysłuchać oceny. Serge „ogrywa” tę sytuację bezlitośnie. O, nie, nie krytyką – to byłoby godne, lecz nonszalanckim zlekceważeniem. Inna rzecz, że ta satysfakcja jest przemyślnym rewanżem i „na niewinnego nie trafiło”. Małe triumfy Serge`a pokazują, ile teatralności jest w jego grze ze światem (że to chłopięca gra). Mistrz kompromisu nie jest dojrzalszy ani ciut bardziej. Filozoficzny spokój i akceptacja słabości ma swe granice i – tak jak w Molierowskiej sztuce – okazuje się, że dopóty się sprawdza, dopóki ukłucie nie staje się bezpośrednie. Kompromisy są zawsze podejrzane. A jednak coś tu trzeba wybrać. Więc komizm komizmem, ale i pytań serio nie braknie. Dodajmy, nie wszystko odsłaniając, że potyczki ze światem mocno stymuluje fart lub niefart sercowy. Co wiele przekonań ujmuje w cudzysłów.

Molier na rowerze to świetne studium gry aktorskiej, rozłożone na warstwy. Jedna z nich to popis Luchiniego i Wiliamsa. Druga, jakby wydzielona, to odgrywana na naszych oczach próba, w której pewne kwestie padają po wielokroć, nasycone różnym stężeniem emocji, sztuką aktorską in statu nascendi. Wzajemne przenikanie gry i życia. Każdy gra sobą, tym, co sam uzbierał i kim się stał. I to już naprawdę nie ogranicza się do sceny. Bo w życiu jest analogicznie.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini jako Alcest

Zaczynam kolekcjonować sceny ze śpiewem w samochodzie. W Molierze na rowerze jest scena pierwszorzędna. Włoszka prowadzi, więc płyną włoskie piosenki. A ona śpiewa, z pasją, która zarazi zdezorientowanego Serge`a. Miniasty Serge z początku nie dowierza. Coś go jednak porusza, bo niemrawo, półgębkiem, nieporadnie próbuje wskoczyć w ton. Być Alcestem i śpiewać? Niepodobna. :)
Pamiętam inną z Pokoju syna Morettiego. Cała rodzinka zapakowana do auta i tata-kierowca rozochocony przy miłosnej melodyjce. Śpiewa na całego, mimo uśmieszków żony, córki i syna. I kto wygra? Po chwili dołączają do niego ochoczo, lekko się wygłupiając. Na moment przed tragedią ten obrazek ilustruje rodzinne szczęście i bliskość.
Początek kolekcji. Innych scen chwilowo nie pomnę.

u niej w domu

U niej w domu, reż. François Ozon, Francja 2012

U niej w domuZ Ozonem nigdy nie wiadomo, ale zawsze warto sprawdzić. 

Moje spotkania z jego filmami to silne emocje po 5×2, kilka mocnych nut uruchomionych Czasem, który pozostał (Jeanne Moreau, ona jest niezniszczalna!) i dziwna irytacja irracjonalnymi zagraniami psującymi dobrą obyczajówkę w Rickym

A wczoraj: dałam się uwieść. Tylko komu?czemu? Może to sprawa „francuskiej” reżyserii Ozona, może mistrzowskiej gry Fabrice`a Luchiniego albo kobiecych sztuczek Emmanuelle Seigner i Kristin Scott Thomas? Ale niewykluczone, że to działanie warsztatowych tricków – tyleż filmowych co literackich, bo pisanie i uzależnienie od słownej kreacji to w U niej w domu temat numer jeden. Wielka literatura (na stół rzucane woluminy z prozą mistrzów), warsztat (co wolno i jak to robić skutecznie), doświadczenie tworzenia (nierozłączne z podglądactwem i manipulacją). Myślę, że to mnie uwiodło, bo podatna jestem na wtajemniczenia w sztukę pisania i już podjęcie tematu obudziło moją ciekawość. Nie bez znaczenia pozostają okoliczności. Pozornie niekorzystne, choć tym razem w sam raz: seans dla dwojga w pustej ogromnej kinowej sali. Dlaczego ludzie nie wybierają właściwych seansów?

Sytuacja
Germain (Fabrice Luchini) jest nauczycielem francuskiego w Liceum im. Gustawa Flauberta. Patron szkoły staje się poniekąd patronem fabuły. Literacki rzemieślnik, ten, który w drobiazgowym opisie zwykłego życia chciał utrwalić jego esencję – czyli uruchomić literacką magię. Pisał o innych, ale wchodził w ich skórę (aż po słynną deklarację: „Pani Bovary to ja!”). Nasz Germain jest w wieku mocno średnim, w wieku podatności na kryzys, który nadchodzi. No bo co też teraz za młodzież: nie myśli, prawie niepiśmienna, niewyraźna. Germain sprawdza prace 2c, ziewa i marudzi, aż tu nagle… 

Dygresyjnie muszę napomknąć, że intrygują mnie francuskie filmy o szkole. Podglądam – nie pierwszy już raz – jak bardzo inaczej rozmawia się tam o literaturze. Nie wiem, czy filmy oddają rzeczywistość. Ale nigdy nie słyszę o historii literatury, a zawsze o jakichś niuansach, które potem przenosi się na doświadczenia uczniów. Piszą niebogi eseje – nie literaturoznawcze, lecz „intymnie filozoficzne”. Jakby nie wiedza, lecz sam akt pisania i introspekcji miał podlegać doskonaleniu. Tu pojawiają się dwa tematy: pierwszy jest opisem tego, jak przeżyli weekend, drugi nakazuje wykorzystanie w pracy zestawu podanych przymiotników. Nauczyciel ocenia „literackość” uczniowskich prac. 

… aż tu nagle igła w stogu siana, tekst, który czyta na głos swojej żonie i który ich oboje wciąga. Niby nic – kawałek realistycznej prozy, po którym aż chce się postawić sygnaturę „cdn”. To esej Claude`a. Germain i Claude tworzą główną parę antagonistów. Nauczyciel i uczeń, czytelnik i pisarz. Ta podwójność ma inaczej rozłożone akcenty: raz ten, raz tamten jest na silniejszej pozycji. I nie wiadomo, kto tu pociąga za sznurki. 

U niej w domu. Esther i Claudezapach kobiety z klasy średniej ;)
„Cdn” to nie żart. Claude naprawdę pisze ciągi dalsze, Germain czyta je na głos swojej żonie, potem udziela Claude`owi rad, które ten wprowadza w życie – z niezbędną modyfikacją, która inspiruje Germaina do kolejnych pouczeń (i wewnętrznych ekscytacji).

Co jest sednem opowieści? Dom normalnej rodziny (Claude zafascynowany życiem rodzinnym swego przyjaciela, Rapha, usiłuje przeniknąć do środka). Kobieta (matka Rapha – Emmanuel Seigner – nieuchwytna, pachnąca, o skórze „delikatnej jak jabłko do schrupania”). Podszewka (bo „idealna” rodzina nie istnieje, a wtargnięcie do – jakiegokolwiek – domu wcześniej czy później obnaży rysy i niezgrabne ślady szwów). 

U niej w domu. Claude i GermainDodajmy, że para Claude – Germain to niejedyny duet wzięty pod lupę. Jest przecież relacja Esther (matka Rapha) – Claude (jakże literacka: młodzieniec podkradający się w pobliże kobiety starszej, lecz ponętnej, zakazanej). Jest przyjaźń Rapha i Claude`a (interesowna, dramatyczna, z nutą homoseksualizmu – to przecież film Ozona!). Jest małżeństwo Artole`ów: Esther i Raph senior oraz małżeństwo Germaina i Jeanne. A przecież ciekawszy od relacji małżeńskich jest kontrapunkt kobiecości tworzący się tam, gdzie zbiega się kobiecość Esther i Jeanne (skrzyżowanie sex appealu z krytyczną inteligencją). 

wojeryzm
Wniknąć do czyjegoś domu, podsłuchać toczące się w nim rozmowy. 
Wywąchać zapachy. Przestudiować obrazy na ścianach i bibeloty.  Naruszyć i sprawdzać, co się stanie. Czy nasze gesty i słowa mają moc kreowania nowych zdarzeń. Czy mamy taką moc, by zaklęta w słowa rzeczywistość budziła emocje, wręcz ekscytację w tym, kto ją za pośrednictwem słów poznaje.

To może się wydawać ekstrawagancją. Ale czym innym jest literatura? 

Germain podczas spotkań z Claudem wykłada kluczowe strategie pisania. Mówi o budowaniu konfliktu. O wprowadzaniu scenerii. O nadawaniu życia postaciom drugiego planu. O punktach zwrotnych. Miejscach niebezpiecznych (naruszających jakieś etyczne granice). O budowaniu zakończenia. Polecam! Świetne warsztaty literackie. Zwłaszcza, że powieść pisze się in statu nascendi. A Germain przypomina trochę Woody Allena z filmu Jej wysokość Afrodyta – gdy wchodzi w wymyślony świat i wyrasta między bohaterami niczym diabeł z pudełka.

A na stół rzucane są powieści mistrzów. Tych największych podglądaczy i manipulantów. Którzy z maestrią włamywacza wkradali się do domów i wyciągali na światło dzienne tajemnice i udręki. Musi być wśród nich Tołstoj ze swym memento: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.
Jest Czechow, Musil (Niepokoje wychowanka Törlessa), Céline (Podróż do kresu nocy), są Francuzi: Maupassant i nade wszystko Flaubert (Madame Bovary).

Manipulacja i podglądactwo. Tak, tak, do tego to się sprowadza. Tym jest literatura (szerzej: sztuka). I tylko pytanie o to ile życia w fikcji i jaką cenę płaci pisarz, główny manipulator, pozostaje pytaniem otwartym.

Dla mnie: świetne. Coś dla tych, którzy lubią podglądać lewą stronę haftu.