Archiwa tagu: felieton

śmieszne słowo na „p”

A dwa tygodnie temu było święto! Dzień Języka Ojczystego (21.02).

Taki dzień ma prawo  być co dzień. Więc nic nie szkodzi, że ja piszę o tym pięć minut później.

To jest święto międzynarodowe, o mniejszej – niestety – renomie niż Dzień Kobiet. I młodziutkie bardzo, jeszcze niepełnoletnie.
Ustanowiono je w 1999 roku „na cześć studentów, którzy zginęli w Bangladeszu w roku 1952 podczas demonstracji, w czasie której domagali się nadania językowi bengalskiemu statusu języka urzędowego. Dzień ten ma promować różnorodność językową i pomagać w ochronie ginących języków”.

Rany! Ojczysty mógłby zginąć? Nie daj Bóg! Coś się w tej sprawie robi. Mówi się przecież. Pisze i czyta. Może nie zginie, póki my żyjemy.

Jest taka akcja (kampania), która budzi moją nadzieję, życzyłabym sobie, by kwitła i owocowała: ojczysty – dodaj do ulubionych.
Nie wiem, czy nie skostnieje, bo kampanie narodowe, podobnie w gruncie rzeczy jak przeróżne patronaty, jak idea Czyjegoś Roku etc. bardzo szybko się wypalają i kostnieją.
Przypadkiem obejrzałam Tego Dnia końcowy fragment uroczystej gali. W brodę sobie plułam, że nie całą. Bo prowadzili, błyskotliwie sobie gaworząc, panowie, których lubię: Andrzej Poniedzielski, Marek Kondrat i Maciej Stuhr. Goście piękni byli. Potoki słów perliste.
I podobno (bez mojego słuchowego udziału) odbyła się debata Polszczyzna czterech pokoleń. Tu rolę gospodarza pełnił Jerzy Sosnowski.

Jest specjalna strona internetowa, prezydencki patronat i są spoty reklamowe. Ale to po prawdzie lichota jakaś, powinno być intensywniej. Kto to w ogóle zauważył? Gdzie sarmacki animusz? Gdzie ułańska fantazja? Gdzie konspiracyjna przebiegłość wyssana przecież z mlekiem matki? Gdzie? Ech, niegdysiejsze śniegi…

Spoty zamieszczam. Są na trójkę z plusem. Z biglem, ale jednowątkowe jak nowela i po troszę jak bajka. Bo z morałem. A gdyby tak Kabaret Mumio trzymał gardę, to echo może nieco dłużej by żart powtarzało. Kabaret Mumio w sprawie słów ojczystych powiedział już niejedno (niegdysiejsze „kopytko”, „trudne słowo metafora i jeszcze trudniejsze – alegoria”, ech, czasy sprzed Ery i T-Mobile`a!). Zgłaszam akces i dziś kilka słów o słowach dorzucę.

Wymowny dialog

Protoplastą Taty jest – jak mniemam – Benedykt Korczyński i jego „ten tego tam”.

Zgrabne kopytka

Poniżej apel, by nie zatracać się w zapożyczaniu. W tej kwestii zajmuję stanowisko schizofreniczne. Zapożyczenia bardzo lubię – zapewne z powodu mej żarłoczności. Im więcej słów, tym pełniej. Gdyby jednak wchłanianie nowego miało staremu zaszkodzić, byłabym rozdarta. Proszę spojrzeć: co za rącze nogi! Jakie śmigłe kopytka! Oczywiście, że kopytka powinny wygrać! 

Co innego, gdy mowa jest o takich słowach, których polszczyzna nie miała czym zastąpić i po prostu usynowiła je i ucórczyła.
Wejdźmy w niszę kolorystyczną. Każde z poniższych określeń ma zagraniczne korzenie, ale po przeflancowaniu rosną zdrowo, gdzie tylko posadzić. Nazwy barw są jak poezja lub smakołyk.
Poezja: amarant, ametyst, szmaragd, karmazyn, cynober, cyklamen, ochra, marengo, kobalt, indygo (nade wszystko!), malachitowy (jak z wiersza Baczyńskiego: „Znów wędrujemy ciepłym krajem/ malachitową łąką morza/ Ptaki powrotne umierają/ Wśród pomarańczy na rozdrożach…”).
I może jeszcze ecru.  

„Ecru – jeden z kolorów nierozróżnialnych przez mężczyzn. Trochę różowawy, trochę beżowawy, dosyć jasny. Nadaje pomieszczeniom nutę romantyzmu (twierdzą tak wyłącznie przedstawicielki płci pięknej). Przez fachowców od produkcji świec nazywany zjebanym białym. Dla mężczyzn jest to doskonała alternatywa, gdy kobieta domaga się koloru na ścianie, a on wolałby jednak biały. Warto zgodzić się na ecru”.  [Nonsensopedia]

Oczywiście, specjaliści od świec powinni się jeszcze douczyć polszczyzny milszej dla ucha.

Co do rodzimych z gruntu nazw, mają one skłonność, by odwoływać się do rzeczy jadalnych i pitnych. Proszę bardzo: cytrynowy, bananowy, mleczny (kawa z mlekiem), kawowy i herbaciany (!), jagodowy, malinowy, buraczkowy, wiśniowy, brzoskwiniowy, miętowy czy groszkowy. I inne, liczne.

Serwus! Jestem nerwus

Słowa lekko omszałe, w codziennym użytkowaniu nieprzecierane… odchodzą do lamusa. Lamus też tam jest. Trudno je wytropić, gdy samemu się po nie sięga, a gdy już znikną z podorędzia, to nie sposób sobie przypomnieć. W spocie powracają: serwus, klawo i birbant.

Można przy tej okazji wspomnieć o spolegliwym. Niecnie mylonym z uległym (oj, faux pas). Spolegliwy, czyli budzący zaufanie, ktoś na kim można polegać. Dorzucę jeszcze: rubaszny, kuplety, kocmołuch (przypomniany mi niedawno przez Bradleya). Nie żal mi absztyfikanta, do epuzera jeszcze wracam.;)

Gdy słowa się starzeją, zanim ostatecznie znikną w skrzyni archaizmów, robią się śmieszne, odrywają się od desygnatu i dziwią swoim brzmieniem. 

À propos śmiesznych wyrazów. Najzabawniejsze słowa w polszczyźnie zaczynają się literą „p”. Taka moja miniteza.

Minidowód: pierworódka, pliszka i pierdoła, piżama, pipidówka, pępek, przyzwoitka i podżegaczka, pipeta albo pasikonik! I cudna piętka, podwiązka i passiflora.

Owszem, niezły jest również tupecik, kuśtykanie i wykidajło (z wagabundą pospołu). Ale prym wiodą słowa na „p”. Teza do obalenia, lecz trzeba sobie zadać trochę trudu.

MUMIO: Serwusowa na kawie. Wymownie, choć niemal bez słów!

http://video.google.com/videoplay?docid=-3515340758035753228

tak się złożyło, że jestem i patrzę

„Tak się złożyło, że jestem i patrzę”. [Może być bez tytułu]

I piszę. Czasami po to, by coś z siebie wyrzucić, nadać kształt myślom i jakoś się wobec nich zdystansować. Zwłaszcza wobec tych, które chodzą po głowie w tę i we w tę. Bezkształtne.
To mogłaby być recenzja, ale nie jest.

Róża była wydarzeniem na Festiwalu w Gdyni. Lwy przypadły wówczas filmowi Skolimowskiego (Złote) i Komasy (Srebrne). Później nadszedł Warszawski Festiwal Filmowy i laury trafiły do Róży (Grand Prix). I nie jest to pomyłka, moim zdaniem.

Minęło ponad pół roku zanim pojawiła się możliwość skonfrontowania tego, co niosła fama, z tym, jak na film Smarzowskiego reaguje nasza własna wrażliwość, wyobraźnia, potrzeba wejścia (lub nie) w losy głównych bohaterów.

Konfrontacja dotyczy z jednej strony tego, czy Smarzowski zaproponuje coś, co da się odebrać w łączności z Weselem i Domem złym. [Tak, choć dla mnie Róża jest odrębna. To pierwszy film reżysera, do którego nie pisał scenariusza. Cenię pozostałe, ten jest najważniejszy.]

Drugi aspekt konfrontacji wymaga rozpoznania, jak się mają deklaracje twórców, oceny krytyków, komentarze blogerów etc. – do tego, co czuję ja. Tu nie ma jednej tonacji, ale (operuję pewnym skrótem myślowym): reżyser mówi, że zrobił film o miłości, krytyka podkreśla, że film zapełnia białą plamę na mapie powojennych wydarzeń (wysiedlanie Mazurów) i uderza skondensowaną brutalnością („cios w podbrzusze”). W komentarzach znajomych często pobrzmiewa nuta zastrzeżenia: „wiesz, ale gdy po raz kolejny ją gwałcą,… to już za dużo”. I czy Smarzowski przesadził czy nie, i że o miłości to wcale, bo za dużo upodleń, chuci i bólu.

[Co do mnie, wiem jedno. Opowieść zadziałała nokautująco. Wszystko po niej boli. Nie wiadomo, co myśleć. Właściwie: myśleć przez jakiś czas nie można, dopóki nie uwolnią się emocje. Żeby nie przegadywać i nie szufladkować, nie psychologizować nawet, raczej pozwolić, by to, co irracjonalne miało swoją rację bytu.]

Smarzowski opowiada realistycznie, mocniej: naturalistycznie. Oczekiwanie, że ni stąd ni zowąd pojawi się confetti z pozytywnych uczuć jest naiwne i niczym nieuzasadnione. Sentymentalizm wyrugowany bezpowrotnie. A jednak jest  to film o miłości. Inaczej nie potrafię go odbierać. Bez tej warstwy zostałaby wyłącznie ludzka podłość, głupota historii i absurd. Nie przeczę, poczucie absurdu nie opuszczało mnie podczas seansu. Przez sporą część opowieści kołatało mi w głowie: wyjechać! zostawić w diabły tę ziemię, uciec od wszystkiego raz na zawsze.

Rok 1946. Mazury. I Mazurzy, którymi pomiata historia. Rosjanom i Polakom za bardzo przypominają Niemców. Próbuje się ich „uswoić”, ale tylko pozornie. Tak naprawdę wszystko zmierza do wyrugowania ich z tych ziem. A ponieważ nie odchodzą dobrowolnie, więc uprzykrza im się życie, na potęgę. Wyjechać, uciec stąd? A niby gdzie istnieje bezpieczny świat dla żołnierza AK, który nie poddał się weryfikacji i dla Mazurki, wdowy po żołnierzu Wermachtu?

Zawieszam recenzenckie tropy, bo tak naprawdę interesuje mnie tylko jedno, mało profesjonalne pytanie: czym jest miłość? 

Ok, zawężam: jaka jest miłość Róży i Tadeusza?

Nie dojdzie, kto chciałby dociec, dlaczego w ogóle się pojawia. Dwoje ludzi („wraki”, jak mówi reżyser), którym niespieszno do uniesień. Ogołoceni, z piętnem (zwłaszcza Róża), bez przyszłości. Musiał być w nich ogromny bagaż rozczarowań. Albo nie było już nic, jak po przekroczeniu zbyt wielu granic. Wydrążeni ludzie, którzy idą za czymś, co ich budzi z odrętwienia. To może być czyjaś obecność na co dzień. Obecność, która jest ważna. A potem już kluczowa.

Tyle dzieje się wokół, tyle zagrożeń, że o miłości ani się nie mówi, ani się jej nie pokazuje. Nie tak, by przykuwała uwagę. Wszystko inne zdaje się być głośniejsze. I to też cecha tej miłości: cisza, czasem czułość spojrzeń, rozjaśniona twarz Róży. Lub to jak Tadeusz ją widzi: kobiecą mimo hańby i wyczerpania.

Miłość jest lękiem. [Wiem, że w liście św. Jana jest zapisane coś na odwrót.] Jest niepokojem o tę drugą osobę. Strachem, że coś może jej się stać, że może umrzeć.  Tu przychodzą na myśl te sceny, gdy Tadeusz powraca do domu, po raz kolejny napadniętego przez „żołnierzy”. Bezradność, gdy rozumie, że nie ochroni jej przecież przed wyrokiem (to po wizycie i diagnozie lekarza). 

Ale rewelacyjna jest również scena, gdy wybuch miny budzi popłoch w Róży, że coś niedobrego stało się z Tadeuszem. Przybiega i krzyczy na niego. Że chyba oszalał i zupełnie niepotrzebnie odminowuje więcej niż trzeba, powinien natychmiast przyjść jeść. I wrzeszczy tak po niemiecku, pełna strachu o niego.

Wizualnie najpiękniejszy jest uśmiech Agaty Kuleszy jadącej na rowerze, radość, trochę wygłup. Bo miłość jest odprężeniem, chwilą pełni w choćby nie wiem jak pustym świecie. Pływaniem łódką po mazurskim jeziorze, gdy świat wydaje się naprawdę całkiem ładny.

Co jeszcze? Jest szacunkiem. Oj, to najlepiej obrazuje epizod z wilniakami, sąsiadami, którym Róża użycza dachu. Nieszczęśliwie, bo tym razem gwałciciele zmaltretowali i Różę, i jej sąsiadkę (Kinga Preis). Mąż zarządza, że trzeba się ewakuować, bo „zepsuli mu Amelkę!”. Idzie biedaczek, za nim dzieciaki, na końcu kobita objuczona bagażem niczym wół. Mężczyzna naburmuszony, i przestraszona, Bogu ducha winna, zgwałcona Amelka. Otóż, w relacji Tadeusza i Róży jest inaczej. Z dystansu patrząc, można powiedzieć – normalnie(!), ale dla obojga, z wielu powodów, ta sytuacja jest balastem, żywą raną.

Gdy wiemy, że nie ma przyszłości, chcemy pozyskać przeszłość tego, kogo kochamy. Bezcenne staje się każde wyznanie, które w jakikolwiek sposób przybliża coś, co miało swój wpływ na to, kim stała się ukochana. Róża opowiada Tadeuszowi o kilku mazurskich zwyczajach, których przestrzegano, gdy była dzieckiem. Mówi też o umieraniu, o stołku stawianym przy łóżku umierającego (dla duszy), i o otwartym oknie, które pomaga duszy odejść.

Wysłuchałam wywiadu z Agatą Kuleszą, w którym aktorka tę rozmowę nazywa sceną miłosną. Ja to tak właśnie czuję. Co więcej, scena wybrzmi w pełni dzięki kilku słowom i gestom, które nastąpią później. Niezwykłe jest to, w jaki sposób Smarzowski połączył tak różne rejestry, w moim odczuciu bezkolizyjnie. Ból, cierpienie duszy, podłość świata, okrucieństwo i brud historii z jednej strony. Z drugiej – coś głęboko ludzkiego, co ocala. Dla mnie kwintesencją delikatności i bólu miłości, czymś kruchym i mocnym jak tarcza jest scena, w której Tadeusz (wspaniały Dorociński) czyta fragmenty książki „duchowej”. Są takie dziwnie piękne księgi, niedzisiejsze, opisujące życie duszy. Ta chyba jest czymś takim właśnie.

Mam w głowie jeszcze kilka scen, które pamiętam, bo chcę pamiętać. Nie zapominam, że wokół ziało grozą, od tego przecież zaczęłam. Upiornie rozklekotana rzeczywistość to plan pierwszy. Miłość rozgrywa się w głębi. I ma wpływ na to, co z człowieka się wydobywa. Nie wiem, czy ma ona moc unieważnić absurd świata. Chyba nie. Ale bez tej soli byłby on nie do przełknięcia.

„A wszystko to pod niebem z natury bezniebnym”. [Widok z ziarnkiem piasku]

świąteczne paradoksy

skrawki (3) 

Ze skrawków ostatnio tworzę wszystko. Widać sztukuję całość tym, co mam – a mam przede wszystkim braki w czasie i powidoki tego, co już znam, a co wydaje mi się świeższe niż to, co nominalnie nowe.

Sięgam więc do dwóch tekstów, które bliskie mi są z racji mej specyficznej skłonności do wyszukiwania i wspierania paradoksów. Pierwszy jest stary, sprzed ponad trzystu lat (niemal czterystu). Powstał w kręgu poetów metafizycznych, wśród których George Herbert był postacią jedną ze znamienitszych. Religijne inklinacje nie przeszkadzały wówczas wprawiać w ruch nietypowe analogie: handlowe, mechaniczne, matematyczne, erotyczne. Aż tak? Tak. Żeby uciec od „oczywistych oczywistości”, żeby odświeżyć znane prawdy i ku zdziwieniu tych, którym się zdawało, że prawda jest stara, pokazać jej nową jakość. 

Święta idą, a wraz z nimi moc radości i łagodności.
Rodzinna aura i spokój zyskują rangę balsamu wygładzającego wszelkie duchowe zagniecenia, nieomal prostują się zmarszczki i szybciej płynie krew (od tego ciepła!). A przecież sprawy nie zawsze będą przebiegać tak gładko, według sprawdzonego scenariusza.  Jeśli dać wiarę, że magia działa naprawdę, to trzeba uruchomić paradoksy.

Może być i tak (jak u George`a Herberta), że największym darem jest brak daru, że ciężar zmęczenia unosi duszę ku „metafizyce”, że „niepokój niezaspokojenia” jest potrzebny, by chciało się nam szukać i wciąż od nowa wyruszać w drogę.

Dźwig

               Gdy Bogu się udało
Stworzyć człowieka, stworzenia koronę,
Czarę dobrodziejstw pełną chwycił śmiało,
Aby zlać dary, w świecie rozproszone,
               W ludzką duszę i ciało.

               Wprzódy więc siła płynie,
Piękno, myśl, rozkosz, cześć i inne dary:
Gdy niemal próżne już było naczynie,
Bóg wstrzymał nagle dłoń, bo na dnie czary
gggggggZostał spokój jedynie.

               „Jeśli”, rzekł Pan, „dołożę
I ten ostatni klejnot – ród człowieczy
Nie mnie czcić będzie, ale dary Boże,
Spokój Wszechrzeczy miast Pana Wszechrzeczy:
gggggTak szkodę wspólną stworzę.

            Choć mu dobra przystoją
Inne – niepokój niezaspokojenia
Niech pcha człowieka ku trudom  i znojom;
Jeśli nie dobroć, to ciężar znużenia
            Wzniesie go na pierś moją”.

(George Herbert)

Na oknie zakwitły dwa grudniki, towarzyszą im afrykańskie fiołki. Aż żal było wyjeżdżać i zostawiać ich kwitnienie bez aplauzu.

Tu, gdzie spędzam Święta, szykują się na podbój świata storczyki. Jednak powinno się używać alternatywnej nazwy: orchidee. Królewski przepych! – podziwiam, ale mam do nich żal. U mnie kwitły ledwo co, a tu proszę: oddane na reanimację wybuchają drugą młodością. Nie jest to fair, ale nie każde piękno muszę zawłaszczać.

Jeszcze została chwila do końca roku, jeszcze bilanse nie są konieczne. I całe szczęście, bo ten rok co nieco zabrał. Nie zawsze da się znaleźć zamiennik wśród tego, czym obdarował. Zadziwiająco łatwo przyszłoby mi dziś powiedzieć, co jest ciężarem i brakiem. Może dlatego tym bardziej doceniam paradoksalną siłę wierszy takich jak ten:

To, co tak ciąży
i pcha w dół,
to, co boli jak ból
i pali jak policzek,
to może być kamień 
lub kotwica.

(Adam Zagajewski, To, z tomu Oda do wielości)

Świątecznie, serdecznie, bezgranicznie

pozdrawiam!

próbka stylu

Cały czas czytam, ale to, co czytam, literaturą z pewnością nie jest. I tym eufemizmem puentuję wartość tysiąca elaboratów, z których wyskakiwały na mnie i obłapiały za szyję składniowe łamańce, stylistyczne horrory i leksykalne trywialności.

Nie, żebym miała jakieś anse. Prawda czasem przedziera się przez szatę zgrzebną, a wykwintne esy floresy mogą być puste jak orzeszek (na przykład ten orzeszek, który w wierszu Szymborskiej oznaczał serce wyzbyte miłości do ojczyzny… „bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek….”). Ale udręczona jestem estetycznie i intelektualnie jak zmordowany pies.

Skoro o orzeszkach mowa… Niech mnie prowadzi strumień świadomości. Może dokądś doczłapię. Orzeszki to kwiaty zimy. Wiem, że tandetne określenie, ale tymi słowami odreagowuję to, czym mnie nafaszerowano.

Wydaje mi się, że teraz jestem już mniej podatna na stylistyczną huśtawkę, ale dawno temu zdarzało mi się ulegać sile stylistycznej perswazji twórców, których czytałam. Sięgnęłam po Jacka Londona lub Hemingwaya i mówiłam jak facet. Krótko, węzłowato, o konkretach i z jednej perspektywy. Czytałam Żeromskiego – i dopadała mnie gorączka roztrzęsionych emocji, chora liryzacja, błotniste opisy, rozdarcia sosnowe i gorączkowa „uroda życia”. Tylko Schulz mnie nie zarażał, bo tak jak on, to nie da się niczego opowiedzieć. On to mnie zmuszał do milczenia. Bo cudzy styl albo się przykleja jak gęba, zapożyczona od Witolda G., albo zarządza ciszę i posłuch (casus Brunona), albo po prostu odbija się od niewzruszonej ściany stylu własnego – niczym jedna od drugiej piłeczka bilardowa w czasie rozgrywki.

Pomyślałam, że można by zrobić dwa założenia: pierwsze – że większość z nas ma jednak styl podatny na wpływy, jeszcze choć odrobinę al dente; drugie – że dawkując odpowiednio dobraną prozę, możemy podpowiadać swoim myślom jakieś kształty stylistyczne. Owszem, gdyby coś komuś narzucać, zapachniałoby dyktaturą, ale jeśli bez gwałtu a z wyboru…  ależ by było!

Chcesz coś rzeczowo opowiedzieć, tak żeby i prosto było, i mądrze: łykasz dawkę Myśliwskiego.

„Rozłożywszy talerze, przystępuje babka do dzielenia koguta, z powagą i namysłem, jakie przystoją sprawiedliwości. Temu udo, temu drugie udo, temu pół piersi, temu drugie pół, tam kuper, tu skrzydełko, drugie skrzydełko, szyja, za mało tych skrzydełek, za mało tych ud, więc tu coś ujmie, tam dołoży, przełoży, uszczknie, zamieni, doda, przepołowi, medytując, że taki wielki wydawał się ten kogut, taki wielki, póki chodził po obejściu, a tu nie ma czym dzielić. (…) Tylko dziadek spokojny, bo ma zapewnione udo, i nie z woli babki, lecz sprawiedliwszej sprawiedliwości, kto wie, może Boga, który wraz z ziemią i to udo przypisał mu z każdego koguta na niedzielę.”

Pomyślisz, że dobrze by było powiedzieć coś tak, by wszyscy pobiegli po słowniki, proszę: sięgasz po Umberto Eco i mówisz jak struty dekadencją vel postmodernizmem starzec. Przydatne, bo wysysa energię z ewentualnie buńczucznych słuchaczy.

„Im dłużej czytam ten spis, tym bardziej się przekonuję, że jest dziełem przypadku i nie zawiera żadnego posłania. Lecz te niekompletne stronice towarzyszyły mi przez resztę życia; często zaglądałem do nich niby do przepowiedni i kiedy zapisywałem karty, które ty teraz odczytujesz, nieznany czytelniku, prawie miałem uczucie, że nie są niczym innym, tylko kompilacją, symbolicznym poematem, ogromnym akrostychem, powiadającym i powtarzającym to jedynie, co podsunęły mi owe fragmenty; gdyż nie wiem już, czy to ja o nich opowiadałem, czy to one przemawiały przez moje usta. (…)
Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus.”

Mniejsza o sens powyższych cytatów, chodzi o rytm, oddech, formę, którą narzuca myślom styl.

Gdyby ktoś miał ochotę opowiadać serdecznie, pogodnie, rozbrajająco – sięgamy do Czechów: najlepiej Hrabal, ale może być i Hašek. Gdyby trzeba było z niemiecką solidnością i pedanterią, to jednak najlepszy Mann. Po pijacku przemówić – Jerofiejew, miłośnie – [muszę się zastanowić… może pan od Mudżiburków?], dowcipnie – sprawdzony Mrożek, genderowo – „biegająca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés albo Laura Mulvey (filmolożka).

Niech będzie jeszcze próbka z Pilcha. To dla kogoś, kto chciałby powiedzieć coś z zakrętasem, tak, żeby ludziska goniły początek zdania, gdy wybrzmi końcowa kropka. 

„Kiedy słyszę, jak w telewizyjnej audycji książkowej pewna literacka nieboga poczciwie paple, że język, jakim pisze Masłowska, «słyszymy na co dzień w tramwaju», wzruszam jedynie z politowaniem ramionami i nie chce mi się nawet fundować wątpliwego dowcipu i pytać: jakim to też tramwajem jeździsz niebogo?”

Albo skądinąd:

„Byłem w Krakowie na jubileuszu pięćdziesięciolecia Wydawnictwa Literackiego zwanego powszechnie Wuelem i pobyt ten wywołał we mnie lawinę wspomnień. Jak wszystkie moje lawiny jest ona raczej postna, mało ruchawa i umiarkowanie masywna, toteż żadnego stanu zagrożenia nie ogłaszam, ogłaszam jedynie, co pamiętam. 

Fraza «tomik w Wuelu» czy ściślej «wydać tomik w Wuelu» była jedną z elementarnych fraz mojej młodości. Zaczynały się lata siedemdziesiąte, studiowałem polonistykę, marzyłem o literaturze, trawiły mnie wyniszczające gorączki pisarskie, obracający się w ruinę Kraków przygniatały żółtawe masy upalnego powietrza, czas stał w miejscu, wyobrażałem sobie, że ruszy z miejsca, kiedy wreszcie wydam tomik w Wuelu

Wydanie tomiku w Wuelu było wtedy podstawową kategorią, wedle której dzieliła się ludzkość. Ludzkość mianowicie dzieliła się na tych, co od lat wydają tomiki w Wuelu (…), na tych, co właśnie wydali swoje pierwsze tomiki w Wuelu (…), na tych, co jak wreszcie złożą swoje teksty w tomik, złożą ten tomik w Wuelu i na tych (zdecydowanie to była większość ludzkości), co niejasno marzą o wydaniu tomiku w Wuelu.”
[felietony, z „Polityki”]

I tak bez końca. Aż zatęskni człowiek za własnym głosem, nieporadnym, łamanym, wytartym na tych bardziej zużytych zakrętach.
Czasami to dobrze jest tak… tak nie musieć czytać niczyich słów, żadnych gotowych fraz, elaboratów o czymś obcym. Żeby nie trzeba było się wsłuchiwać w cudze jęki, skoro swoje osobiste są wystarczająco dławiące.

herbata i rogale


herbata

Na bramce, przed koncertem:

– Rekwirujemy napoje. Coś do picia – zostawić.
– Niby nic. Ale mam herbatę.
– Oj, zostawić.
– Ale w torebkach…
– Aaa… to nie… [Spojrzenie zdezorientowane: albo tego nie było na szkoleniu z procedur. Albo nie mieści się w głowie bramkarza, że można przyjść na koncert z paczką herbaty na sucho].

***
Nudno mi
Ze wskazówki sekundy kapią
Leje się
Za godziną godzina
Z zegara do wiadra
Z wiadra do cysterny – czas

Nudno mi
Z kalendarza się doby sypią
Ziarnka lat
Zwały dekad, stulecia
Furgony z erami
Wagony eonów – czas       (Czas)

Koszmarne naręcza czasu, który skapuje z zegara… Naręcza, bo zostają z niego badyle jakieś. Gdzie to wszystko wykapało? Dlaczego tak się zdeformowało, upodobniło kropla do kropli… ?  I teraz wydaje się, że niby mnóstwo czasu, zwały dekad, aż szuflami można zgarniać i usypywać górki-pagórki. Pokapany ten czas.

Nuda idzie w parze z nawałem pracy i rymuje się z frazą refrenu: nie wyrabiam.
O nie! Nie taka nuda jest najdokuczliwsza, gdy człowiek nie ma pomysłu, co ze sobą zrobić. Gorzej, gdy wie, ale musi się najpierw wyplątać z dziwnie monotonnych pnączy, które odrastają jak głowy Hydry. Niezmordowanie.

Mam na półce zbiór esejów o nudzie, pokłosie naukowej konferencji na powyższy temat. Lubię jedną z anegdotek, które pełnią tu rolę motta:

„Niejaki pan Geduldiger, co go napadło, nie wiem, wybrał się raz na Parsifala Wagnera. Na drugi dzień spotkał go znajomy i pyta, jak było. „No jak było…”, powiada pan Geduldiger. „Co mam Panu opowiadać? Kwadrans przed północą patrzę na zegarek, a to była dziewiąta”.

Inna rzecz, że w tekstach Kasi Nosowskiej nuda sąsiaduje z „monstrum, co wysysa ze mnie miąższ”, „wysysa szpik”. Z potworem, co go sobie człowiek własną krwią wykarmił, wyhodował.

ziarenko i strzępy

Regularnie podlewasz
Pobudzasz do wzrostu
Ziarno rozpaczy
Co kłączem sprężystym
Pnie się spod żebra
Wysoko ku nozdrzom
By tam się rozdwoić
By trysnąć z otworów

I sznurem podwójnym
Wzlecieć ku nocy
Przez obręcz Saturna
Ku Ziemi z powrotem
By pętli zawijasem
Na szyi zastygnąć
Śmiertelnym…
Śmiertelnym…    (Ziarno)*

Coś równie trafnego powiedzieć o nadziei…? Zabrzmiałoby jak rewers. Najpierw olbrzymi balon, potem strzępy, które zostają po przekłuciu. I cóż…, te strzępki sobie są. Więc jest i nadzieja, choć do spójnego kształtu jej daleko. Nie wiem też, czy równie zachłannie puszcza pędy. Ale to już kwestia metody podlewania i dogodnego wystawienia roślinki na słońce.

dwie minuty narzekania

Patent, ale mogę się podzielić. Są takie dni (a nie jest ich mało), że drętwotka, znużenie bądź wypalenie zakrada się do sali i robi rozrubę wśród 45 zaprogramowanych na wysokie obroty minut. Spojrzę w lewo: mina mopsa. Spojrzę w prawo: tłumione ADHD. Na wprost: wzrok nie nadąża za myślą albo ją dawno przegonił, bo myśl wysiadła na wcześniejszym przystanku. Jedyne, co jednoczy, to ochota na pomarudzenie. Zarządzam dwie minuty tylko na to. Okazuje się, że dłużej trudno wytrzymać, dzienna dawka antywitaminy wyczerpuje się niezwykle prędko. Czas na coś pożywniejszego. Odrobina słodyczy po łyżce dziegciu. Czas na merytoryczny konkret.

rogale marcińskie

I jak księżniczka Anna zawsze w maju spada z konia, tak każdego listopada Marcin przepycha się przed Rena. Niby ma wyznaczone, że jego dzień to jedenasty, ale długo przed i sporo po moszczą się na jego cześć wypasione rogale. Detronizują sernik, szarlotkę i drożdżowy placek. Niełatwo jest świętować The Day After.

Zwłaszcza w Poznaniu. Gdzie (niegdyś) główna ulica to Święty Marcin (w takiej właśnie mianownikowej, nie dopełniaczowej formie). Gdzie 11 listopada Marcin konno penetruje ulicę, a wszyscy zjadają przynajmniej jeden pokaźny, nafaszerowany białym makiem (w tajemniczej kombinacji) rogal. Komercja rozciągnęła żniwa rogalikarzy z jednego dnia bodajże na miesiąc. Więc i 12 dzień miesiąca nie jest w stanie marcińskich słodyczy odegnać. A skutki są zgubne. I ja się ich w tym roku zarzekam.

Wszystkie reny nucą to, co słyszą najczęściej. A 12 listopada największą częstotliwość zyskuje stara toastowa melodia Sto lat! Oczywiście, zmyślam. Nikt mi nie życzy dogorywania przy Alzheimerze, nikt nie podrywa mnie do boju tą melodią. Ale: choć Marcin zawłaszcza Święto Niepodległości, dwunasty dzień miesiąca jest (będzie) niepodzielnie mój.


* Teksty piosenek z najnowszej płyty Nosowskiej: 8