Archiwa tagu: festiwal

horyzonty

16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (21-31 lipca 2016)
NH 2016

Nowe Horyzonty, wiadomo. Moje jedenaste. Bardzo udana 16. edycja. Świeża, lecz z mnóstwem rozpoznawalnych elementów. Z fazą „pre”, „hic et hoc” i „post”. Najpierw przygotowania: studiowanie programu, namysł, co wybrać, jak pogodzić nachodzące na siebie czasy seansów. Potem gorączka oglądania.  Wreszcie: i żal, że już koniec, i sytość.

Tylko pięć dni. Mogłabym więc wyliczać, czego nie udało mi się wpisać w harmonogram. Na przykład tych wszystkich filmów, które są wyświetlane dopiero w drugiej połowie festiwalu. Najbardziej żal mi Komuny Thomasa Vinterberga (ukłon za Polowanie). Po macoszemu potraktowałam retrospektywy, którym na pewno warto było poświęcić czas: przegląd filmów Nanniego Morettiego  i Pippo Delbono. Każdy z nich miał tu 19 swoich filmów, a ja z tego wzięłam po jednym. Poza tym nie skusił mnie Konkurs NH. To znaczy kusił, ale nie uległam. Znaczy to, że mój wybór miał lekko stępioną „nowohoryzontowość”. Bo klucz był inny. Ani awangardowość, ani temat, ani przesuwanie granic, ani nawet unikalna okazja. Miały być dobrze skrojone opowieści. I właśnie opowiadacz interesował mnie najbardziej: jak buduje opowieść, co pomija, co uwzględnia, jak szerokie spektrum spraw zewnętrznych przywołuje, jaką ustala tonację, jak kończy. Oko ustawiłam na scenariusz, choć o „charakterze pisma” decydował i reżyser, i montażysta czy aktor.

Siedemnaście filmów i jedna opera

JULIETAKLIENTCMENTARZ WSPANIAŁOŚCITONI ERDMANNJA, DANIEL BLAKEMARTWE WODYEGZAMINSIERANEVADADOBRZE SIĘ KŁAMIE W DOBRYM TOWARZYSTWIEZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCIAQUARIUSBORIS bez BEATRICZEW PIONIE 224 TYGODNIEECCE HOMONIEZNAJOMA DZIEWCZYNABIANCAZagubiona autostrada

Pewnie większość tytułów trafi do kin. A ja niektóre obejrzę po raz drugi. Kto ciekaw prezentacji filmów, znajdzie ją na stronie festiwalu (TU). Rozdaję krótkie etykietki. Kolejność zgodna z hierarchią ważności.

1. Sieranevada – reż. Cristi Puiu, Rumunia
Przy stole spotyka się rodzina. Stypa, choć żałobnych akcentów niewiele. Rozmawia się w kuchni, pokoju, na korytarzu. Ciasna przestrzeń, kilkanaście osób, tematy zdawkowe, lecz obsesyjne. I totalna wiwisekcja tego, co nosimy w swoich głowach, tego, jak urządzamy swoje życie, jak wyglądają relacje z najbliższymi. Są pozory i jest podszewka. Trzy godziny i ani minuty nudy. Opowieść zbudowana dialogiem. Boże! Kto pisał te dialogi! Świetne! Dowcipne, polemiczne, takie wprost i zarazem z podtekstem. Reżyser wyznał na spotkaniu, że były w scenopisie, tekstów dodanych przez aktorów niewiele. A efekt budowany taką ilością dubli, że desperackie zmęczenie biesiadników oddaje 1:1 wycieńczenie odgrywających swe role aktorów. Wszyściutko tu jest: kłamstwa, zdrady, podejrzliwość, mania spiskowa, antyklerykalizm i tradycja. Ktoś zarzyga pokój, ktoś wyleje barszcz na nielubianą ciotkę, inna ciotka urządzi na oczach wszystkich sakramencką scenę małżeńską. Wszyscy są głodni, bo nie mogą się doczekać gołąbków. Arcydzieło. 

2. 24 tygodnie – reż. Anne Zohra Berrached, Niemcy
Ważny społeczny problem, z którym mierzy się dwoje ludzi. Widzimy też postawy otoczenia, ale śledzimy przede wszystkim reakcje Astrid i Markusa. Sympatyczna para, rodzice 4-letniej Nele, spodziewają się drugiego dziecka. Ona występuje przed ludźmi jako komik, ma cięty, inteligentny dowcip. Błyskotliwa, niezależna, silna. Mąż wspierający i partnerski. Budzą sympatię. Podobnie jak ich pierwsza reakcja na wiadomość, że oczekiwane dziecko to syn, z Zespołem Downa, z poważną wadą serca i rokowaniami na serię katujących organizm operacji. Minimum sentymentalnych wzruszeń, maksimum rzeczowego mierzenia się z problemem. I udzielający się widzowi strach, że osobista siła ma swoje granice, że bardzo trudno sprostać zasadom, które przekonują w teorii, a w praktyce wymagają heroizmu i nie do końca świętych poświęceń. Chodzi o możliwość aborcji w 6. miesiącu ciąży. Dopuszczalną prawnie (w określonych okolicznościach), ale przebiegającą drastycznie. Olśniewająca Julia Jentsch jako Astrid. Poza tym dwa walory: otwartość, z jaką się mówi o swoich decyzjach i napięcie, które sprawiło, że czułam się, jakbym obejrzała mistrzowski thriller. Świetne. 

3. Zjednoczone stany miłości – reż. Tomasz Wasilewski, Polska
Rzecz o kobietach. I o czasach, które na ekranie ogląda się jakby przedpotopowe, a to początek lat 90. Z Kieślowskiego wzięty jest podgląd historii rozgrywających się tuż obok, na jednym z prowincjonalnych osiedli (pierwowzór: Inowrocław, w którym dorastał reżyser).
Kobiety są samotne, jakby na moment przed zakrętem. Zmiany wiszą w powietrzu. Nie wiadomo, co zrobić, by mieć na nie wpływ i pokierować nimi dobrze.
Samotna jest Agata (Julia Kijowska), choć w domu córka i mąż. Wpatrzona w młodego księdza, o którym śni, gdy kocha się z mężem. Samotność Renaty (Dorota Kolak) jest namacalna: za chwilę straci pracę szkolnej rusycystki, kiedyś mieszkała z siostrą, teraz z papużkami, jest najstarszą z bohaterek. Zapełnia pustkę podpatrywaniem sąsiadki. Są jeszcze dwie siostry: młodziutka Marzena (Marta Nieradkiewicz), konkursowa miss i instruktorka aerobiku oraz Iza (Magdalena Cielecka), dyrektorka szkoły. Marzena męża widuje na kasetach video, na których mówi do niej z saksów w Niemczech. Iza jest kochanką miejscowego lekarza, przełykającą właśnie gorycz porzucenia.
Jest trochę perwersyjnie, bardzo smutno i szalenie kobieco – w takim sensie, którego patriarchalny świat nie dostrzeże. Zagęszczaczem jest tutaj połączenie niechcianej samotności i wymuszonej konieczności zmiany. Bardzo dobry film. Jak wiadomo: Srebrny Niedźwiedź berliński za scenariusz. Nie dziwne, że na mojej liście filmowych opowieści lokuje się wysoko. 

4. Klient – reż. Asghar Farhadi, Iran, Francja
Charakter pisma Farhadiego. Bliżej Rozstania niż Przeszłości. Relacja między Emadem i Raną jest w stanie constans i zdarzy się coś, co ją podważy. Nie unieważni, ale uruchomi nieznane wcześniej reakcje. To przyjdzie z zewnątrz jako trauma. Uwolni lęk, wstyd, nieufność, chęć zemsty i agresję.
Jeszcze raz: Rana i Emad są małżeństwem aktorów. Emad pracuje również jako nauczyciel. W teatrze wystawiają Śmierć komiwojażera Artura Millera. Próby i rekwizyty z teatralnej sceny ujmują filmową fabułę w klamrę. Wymuszona trzęsieniem ziemi przeprowadzka osadzi ich w nowym mieszkaniu, które niespodziewanie trudno będzie oswoić.
O tym, co się zdarzyło, nie będą umieli mówić. Pamiętliwość i zdolność puszczenia w niepamięć okażą się rozstrzygające o tym, co dalej. Tyle. Film zasługuje na uważne rozczytanie. Świetny i słusznie nagrodzony w Cannes za scenariusz i pierwszoplanową rolę męską (Shahab Hosseini). 

5. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (Perfect Strangers / Perfetti sconosciuti) – reż. Paolo Genovese, Włochy
Kolacja w przyjacielskim gronie i wyzwanie: karty na stół. Karty, czyli telefony, czarne skrzynki z tajemną wiedzą o naszych skrytych kontaktach i interesach. Przedmiot osobisty niczym pamiętnik. Gra polega na tym, by wszystko, co w czasie spotkania nadejdzie – emaile, SMS-y, MMS-y, połączenia – było odbierane jawnie. Reszta jest kaskadą katastrof. Kłamiemy, zatajamy, udajemy. Tak brzmi teza i może niepokoić, że jest dość banalna, a opowieść ilustruje ją i uzasadnia. Warto jednak obejrzeć. Film elegancki, mainstreamowy, przewrotny, pełen zwrotów akcji i precyzyjnie zaplanowanych skojarzeń. Zgodnie z czechowowskim postulatem, że skoro wisi strzelba, to po to, by wystrzelić.

6. Egzamin (Graduation / Bacalauréat) – reż. Cristian Mungiu, Rumunia
Fabuła kręci się wokół matury, która – zdana odpowiednio dobrze – ma otworzyć Elizie drogę do Cambridge. Alternatywą jest pozostanie w Rumunii i studia na lokalnym uniwersytecie. Między tymi opcjami jest przepaść. Ojciec widzi w tym sens życia, swojego i córki. Wyrwać się stąd, gdzie nic się nie zmienia, korupcja i bylejakość tłamszą szansę na normalność. Próbował, wrócił z zagranicy do kraju i żałuje. Żyje uczciwie, lecz nie chce, by córka mierzyła się z tym samym brudem, wobec którego sam zobojętniał i zbezradniał. Maturę zdaje Eliza, przed egzaminem z uczciwości stoi ojciec.
Reżyser, obecny we Wrocławiu podkreślał rolę pierwszej sceny. Jest chyba bardzo krótka, bo mi umknęła. Ktoś odremontował fasadę swego mieszkania na osiedlu. Odnowiony kawałek w bylejakiej całości. Pytanie: zmieniać świat, by samemu móc żyć, czy żyć po swojemu w brudnym świecie, który nieustannie będzie pomniejszał i szargał nasz kawałek prywatności.
W ogóle: kino rumuńskie rządzi! 

7. Toni Erdmann – reż. Maren Ade, Niemcy, Austria
Pomysł na opowieść jest prosty: ojciec obserwuje, jak bardzo spięta, podporządkowana korporacji jest jego córka. Jak nie wie, czym jest zwyczajność, humor i szczerość. Ines wypracowuje sobie sukces (ogromnym, karkołomnym poświęceniem). Ojciec żadnych spektakularnych osiągnięć nie ma na koncie. Ma za to dwa wyostrzone zmysły: zmysł humoru  i obserwacji. Inteligentnie poprowadzony dowcip sytuacyjny sprawia, że ogląda się świetnie. Film żadnych szczególnych (formalnych) horyzontów nie przekracza, ale uczy wracać do siebie. Warto.

8. Julieta – reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania
Jaki kontrast do filmów rumuńskich! Tam wszystko ma barwę szarą. Tu feeria kolorów. Julieta opowiada w szkole o greckich mitach. To preludium. A dalej będzie dużo archetypicznych sytuacji, w tym ta najważniejsza niczym z mitu o Demeter i Korze: utrata córki. Tajemnicze zniknięcie, po którym minęło już 12 lat i zabliźniły się prowizorycznie rany. Odżywają, budzą wspomnienia, stają się życiem właściwym. Raz: to jest film o znikaniu (i o tym, że jak ktoś odejdzie, to wcale nie znika z myśli i serca). Dwa: bardzo ładnie poprowadzona opowieść, w której czas teraźniejszy co rusz otwiera się na retrospekcje i wypływają nowe poszlaki. Klasycznie i przyjemnie. 

9. Martwe wody (Slack Bay / Ma Loute) – reż. Bruno Dumont, Francja
Dumonta miałam sobie raz na zawsze odpuścić (TU). Robi filmy nie dla mnie. Ale jak nie obejrzeć, skoro grają Fabrice Luchini i Juliette Binoche! Przerysowana arystokracja kontra „odrażający, brudni, źli” poławiacze omułków. Groteska pełną gębą. Nie wiem, czy kryje się za tym jakiś sens, ale wcale nie musi. Postuluję, by Dumont robił wyłącznie takie filmy, a problem niestrawnej metafizyki zniknie. Egzaltowana Binoche, garbaty, przymulony Luchini i gruby, baloniasty, ze skłonnością do przewrotek policjant. Flap bez Flipa. Gdy idzie, jakby ktoś balon o balon ocierał, tak to szumi. Zaskoczenie Dumontem. 

10. Ja, Daniel Blake – reż. Ken Loach, Wielka Brytania
Trochę niżej na liście niż Toni Erdmann, ale w podobnej tonacji. Mężczyzna z życiowym doświadczeniem mierzy się z nowocześnie absurdalną biurokracją, otaczając opieką młodą dziewczynę którą traktuje jak córkę. Ken Loach, więc kino społeczne. Demaskowanie tego, co życie społeczne zatruwa znieczulicą i co odbiera ludziom godność. Miałam podejrzenia, że będzie to film społecznie słuszny, oczywisty i nic ponadto. Dodatkiem jest humor. Hmm… może nie jest to kino wszech czasów, ale lepiej zobaczyć, niż przegapić. 

11. Nieznajoma dziewczyna – reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne, Belgia, Francja
Młoda dziewczyna (Adèle Haenel) pracuje na 200% jako lekarz i na 150% jako detektyw. Dlatego w ogóle nie znika z ekranu. Ma skupioną twarz, uważne spojrzenie, nakręca ją organiczne poczucie sprawiedliwości. Moja diagnoza: to kwintesencja młodzieńczości. Na pierwszy ogląd – niby nie, bo młodość szumi, eksperymentuje i wrze. Tu natomiast jest jasność, czystość, intuicja, nieustępliwość i upór. To nie musi z młodością przemijać. Zazwyczaj mija. Osią fabuły jest śledztwo. 

12. Cmentarz wspaniałości – reż. Apichatpong Weerasethakul, Tajlandia
Azjatycka prowincja z miejscem szczególnym: szpitalem, w który śpią żołnierze. Śpią nieustannie, raz po raz się wybudzając, by znów ni stąd ni zowąd zapaść w śpiączkę. Możliwe, że to ze względu na cmentarz, którym niegdyś był ten teren. Spoczywają tu generałowie, niestrudzeni w walkach, którzy teraz czerpią energię ze śpiących. Jenjira jest wolontariuszką i traktuje jednego z żołnierzy jak syna. Ich rozmowy (wyimaginowane?) są proste i baśniowe zarazem. Nie zrozumiałam politycznej metafory, którą sugerowały anonse. Ale ujęły mnie obrazy, poetyckość i cisza. Polecam miłośnikom Weerasethakula. ;) 

13. W pionie (Staying Vertical / Rester vertical) – reż. Alain Guiraudie, Francja
Reżyser zrobił furorę Nieznajomym nad jeziorem, którym mnie niegdyś odrzucił. Zadziwiająca obsesja filmowania genitaliów. We mnie budzi przesyt. Tym razem byłam w stanie docenić poczucie humoru i przewrotność. Absurdalne qui pro quo i inne niedorzeczności. Spokojnie można by zakwalifikować do kategorii „nocne szaleństwo” i oglądać mocno po zmierzchu, gdy już człowiekowi wszystko jedno, a chciałby się czymś zdziwić. 

14. Bianca – reż. Nanni Moretti, Włochy (1984)
Nanni Moretti opowiada po swojemu. Jak mówi: czasem dopracowuje scenariusz, a czasem woli improwizować, wplatać dygresje, happeningować. Sam przy tym świetnie sprawdza się jako ster, żeglarz i okręt (w jednym). Tu Moretti jako czterdziestolatek. Włoska wersja Dnia świra. Dobre. 

15. Ecce Homo – reż. Mirjam Kubescha (2001), Niemcy [dokument]
Film niemiecki, ale po włosku. Opowieść o Pippo Delbono i jego teatralnej trupie. Uzupełnienie retrospektywy twórczości. Matka Delbono, z którą był bardzo emocjonalnie związany, orzekła, że jest „prawdziwym łachudrą”. Poszedł więc szukać sobie podobnych: na miejskich placach, ulicach, w zakładach psychiatrycznych. Znalazł i poczuł się wśród nich szczęśliwy. I tworzyć teatr. Wielki, misiowaty Pippo, empatyczny i kruchy. Film ma jeden mankament: jest sprzed 15 lat, więc prezentacja aktorów z zespołu Delbono jest zamrożona w początkach. 

16. Aquarius – reż. Kleber Mendonça Filho, Brazylia
W zasadzie dobrze się ogląda, choć lekko irytuje. Epicka opowieść o Clarze, w którą wciela się Sonia Braga. Co tam będę mówić o filmie. Sonia Braga gra charyzmatycznie. Gra tyleż Clarę, co Sonię Bragę, która jest piękna, silna, zniewalająca, ani trochę mdła i dlatego wywołująca mdłości. Można by wyciąć te fragmenty (liczne!), w których rozwiązuje włosy albo właśnie je spina) i wykorzystać w reklamie szamponu. Dodam tylko, że postać, w którą się wciela, ma – rzecz jasna – rację i żaden termit jej nie podgryzie. Reżyser nakręcił wcześniej Sąsiedzkie dźwięki. W Aquariusie można to wyczuć. 

17. Opera filmowa: Zagubiona autostrada – reż. Natalia Korczakowska, Polska
Całkiem ciekawie, choć bez emocji. Podobał mi się David Moss (Mr. Eddy) w białym garniturze i Barbara Kinga Majewska (Alice/Renee). W ogóle: ekscentrycznie, eksperymentalnie, w bardzo interesującym miejscu (Narodowe Forum Muzyki). Moja percepcja nie doznała olśnienia i jeśli już, to jednak wybieram oryginał, film Lyncha. 

18. Boris bez Béatrice – reż. Denis Côté, Kanada
Przystojny aktor i jakieś echo powieści Mag Johna Fowlesa. Facet jest bufonem, niezdolnym do miłości. Więc trzeba mu to uświadomić i wymusić przemianę. Środki ku temu wiodące są przekombinowane. Tajemniczy decydent poddaje go próbom, rozdając prztyczki w nos. I tym mechanicznym sposobem Boris wychodzi na ludzi. Jedyna pomyłka tego festiwalu. Nudy.

Poza kanadyjską wpadką, pozostałe wybory warte były obstawienia. Zwłaszcza pierwsza jedenastka. Niewiele wiem o czasie dystrybucji, poza tym, że nr 3. już wchodzi do kin, nr 8. na początku września, nr 14. ma już 30 lat, więc trzeba go upolować gdzie indziej.

Reklamy

lata 30. i Bydgoszcz

30. Aff-Era Filmowa. Bydgoszcz. 22-25 września 2015

Jest taka impreza. Pulsuje w bydgoskim Pałacu Młodzieży przy Rondzie Jagiellońskim. Zawiadują nią „Dominikanie” – Dominika Kosińska i Dominik Wierski. Wspomagają filmoznawcy z bydgoskiego i poznańskiego uniwersytetu. I nie tylko, bo również ci, którzy prowadzą warsztaty (filmowe, fotograficzne, taneczne, literackie i te o savoir-vivrze). Słowem: coś dla tych, którym już ciało zdrętwiało od siedzenia w szkolne ławce i zamarzyła się podróż filmowa. Taki na przykład maturzysta, co to zabiera się do lektury Nałkowskiej albo pierwszak sięgający po Mistrza i Małgorzatę. Zanim przekona go Bułhakow do wysłuchania konsultanta czarnej magii na Patriarszych Prudach albo zanim zrozumie, dlaczego Zenon Z. desperacko oblał się kwasem, może wdać się w Afferę. Wehikuł – magiczny jak kino – przenosił w lata 30. za minimalną opłatą, z bagażem ledwie podręcznym, z instrukcją w postaci prelekcji.
Lata 30. plakat
Przeszkody były? Były. 
Ktoś nie spał w nocy, więc oko kleiło się, gdy zgasło światło. Ktoś dał się oczarować Hasowi i zajrzał do Sanatorium pod Klepsydrą, a drugi Ktoś wolał cyrk Braci Benzinich i Wodę dla słoni.  Mogło być tak, że nie każdy etap podróży był dla każdego jednakową atrakcją. Ale była jazda i kalejdoskopowy pakiet podróżny.

***

Przedwojenna Warszawa (i Zakopane)

Adolf Dymsza, „dziedzicznie obciążony” wielorakimi talentami fryzjer Czwartek, staje się kanadyjskim hokeistą Piątkiem, którym de  facto jest Aleksander Żabczyński.  Zabawne qui pro quo organizuje dziesiątki komicznych scen Sportowca mimo woli. Ten sam chwyt (najwidoczniej sprawdzony i niezawodny) przejął reżyser komedii Piętro wyżej. Tu myli się Hipolit Pączek (meloman) z Henrykiem Pączkiem (spikerem i jazzmanem). A ekran, oprócz fabuły, oferuje opowieść o tym, co w latach 30. było modne. Stroje, fryzury, piosenki, sport i jazz, i ówczesny bon ton. Również typy amantów i amantek: Dymsza, Żabczyński i Bodo oraz panie – Helena Grossówna czy Ina Benita.

Chaplinowskie Wielkie Miasto (LA/NY?)

Obszarpany tramp w meloniku, w podartych portkach i z laseczką wędruje ulicami, co rusz – przez przypadek, który jest duchem sprawczym wszystkich gagów – trafia na salony bogaczy, na ring lub do pokoiku kwiaciareczki. To połknie gwizdek, to zje serpentynę zamiast makaronu, to zatrudni się w firmie czyszczącej miasto i jak magnes przyciągnie stado koni i słoni, których kupy trzeba będzie usuwać. Może nielekkie to życie, ale warto się ogrzać burleskowym żartem, zanim zgasną ostatnie Światła wielkiego miasta.

Nowy Orlean 

Tutaj skok w przeszłość. Betty Davis przenosi nas w czasy wojny secesyjnej, na farmę na amerykańskim Południu. I chociaż wtedy panny chodziły w gorsetach, grzecznie dygały, a na Bal Debiutantek przywdziewały szumiące białe suknie, ona stroi się w szkarłatną, wydekoltowaną i zaczepną. I pokazuje, ile trzeba płacić za chęć bycia niezależną. Stracić można wszystko. Tym bardziej, że to melodramat, w którym zazwyczaj depcze się uczucia i łamie serca. Jezebel – Dzieje grzesznicy.

Norymberga

Leni Riefenstahl dokumentuje zjazd faszystowskiej partii i przez dwie godziny każe nam oglądać Hitlera. Z żabiej perspektywy, by wyglądał jak atletyczny wódz. Albo sam Pan Bóg lądujący z nieba na ziemię, z dobrotliwym uśmiechem i mocną pięścią na mównicy. Rzesze wielbicieli Trzeciej Rzeszy. Wszyscy wygimnastykowani w składaniu rąk do salutu, maszerujący, zwarci, nordyccy. Reżyserka nazwała dokument Triumf woli, choć ciśnie się na usta raczej „obłęd zniewolenia”. 

***

Tyle stacji przedwojennych, pozostałe pochodzą z lat późniejszych, nawet z ostatniego sezonu, ale rozgrywają się niezmiennie w trzeciej, przedwojennej dekadzie. Czasem w miejscach fikcyjnych jak Zubrowka z filmu Wesa Andersona, nierzadko w drodze (tam, dokąd prowadzi cyrk lub gdzie trzeba dotrzeć z trumną zmarłej matki). 

USA

W bliżej nieokreślonej przestrzeni. Chyba że komuś mówi coś miasto Jefferson w hrabstwie Yoknapatawpha (gdzieś w stanie Missisipi). Tam podążają żałobnicy z trumną, opisani wcześniej przez Williama Faulknera – Kiedy umieram. Nieco odrażający ojciec, czterech synów i córka. Atmosfera z pogranicza szaleństwa, groteski i ekscentrycznych objawień o samotności, bólu czy poplątanych pragnieniach.

Dużo prościej jest oglądać Jennifer Lawrence i Bradeya Coopera w melodramacie Serena. Jak już wspomniałam, melodramat łamie serca i depcze uczucia. A do tego lubi wysoką temperaturę (tu całkiem dosłownie, ogień wypala wnętrza i spełnia się w pożarze). Natomiast lata 30. lubią melodramat – i tak się kręci błędne koło. Cooper kocha Lawrence, a Robert Pattison wzdycha do Reese Witherspoon, choć Christoph Waltz krzywo na to patrzy (Woda dla słoni). Cała nadzieja w słonicy Rosie, która jest „dziedzicznie obciążona” niezliczonymi talentami niczym fryzjer Czwartek.

Zubrowka

W latach 30. wydarza się większość historii opowiedzianych w szkatułkowo skomponowanym Grand Budapest Hotelu. Zero kocha Agatę, a Monsieur Gustave wszystkie starsze panie, ale tym razem nie w tym rzecz. A w czym? W melancholii, w dowcipie, w muzyce Alexandra Desplata i zapachu l`air de panache. 

Hiszpania (a ściślej: Aragonia)

Ken Loach ma rękę dokumentalisty, więc Ziemia i wolność uderza realizmem. Przeniosła nas w sam środek hiszpańskiej wojny domowej. W temperamentne spory republikanów, tych sympatyzujących ze Stalinem i tych, którzy jak protagoniści u Loacha marzyli o alternatywnej wizji komunizmu. Słowo klucz to „marzenia”. O równości, wolności, sprawiedliwości (którą każdy rozumie inaczej). Rzecz również o mrzonkach idealizmu i o tym, że niepotrzebnie przedkłada bezkompromisowość nad miłość.

Anglia

Ryszard III w klimacie lat 30. – w obłędnej obsadzie, w tanecznym rytmie, w kostiumach XX-wiecznych. Ryszardem jest „Gandalf”, czyli Ian McKellen (wyprany z magii, wystylizowany na Hitlera). Kobiecy tercet tworzą:  Annette Bening, Kristin Scott Thomas i Maggie Smith. Jest nawet kamerdyner z Downton Abbey, czyli Jim Carter (tutaj grający Lorda). To się ogląda! Nawet jeśli słowa Szekspira chłoszczą miłośników prozy.

Drohobycz (?)

Nikt nie wie, gdzie znajduje się Sanatorium pod Klepsydrą. Gdzieś na granicy jawy i snu, życia i śmierci, w pętli czasu. Ale niewykluczone, że można tam dojechać z Drohobycza, z którego Bruno Schulz oglądał i kreował świat. Jest wszystko, w czym kochał się pisarz, jego bohater i reżyser. A więc: syn zafascynowany ojcem, kuszony egzotyką i erotyką; manekiny, ptaki i tajemnicza księga; ruina i rupiecie; starość i dzieciństwo, kobiecość i męskość. Zagubienie (tyleż samo bohaterów co widzów).

Bydgoszcz

W przedwojennej Bydgoszczy grasował seryjny morderca. Zwodził policję, ofiar szukał wśród dzieci, które mamił grą-zabawką z czarnym kotem. Sfilmował (i wymyślił) tę historię Tadeusz Chmielewski (tegoroczny zdobywca Platynowych Lwów na festiwalu w Gdyni). Dawno, bo w 1978 roku. A film – Wśród nocnej ciszy – się nie zestarzał, ogląda się go świeżo i z dreszczykiem.

***

Trzeba więc wrócić do początku. Wszystko zdarzyło się w Bydgoszczy. Anno Domini 2015. Niemal w centrum, dwa kroki od „linoskoczka” nad Brdą i Wyspy Młyńskiej. 

wroc+loves ameryka (2)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

Moich siedem seansów – jak zwykle nijak niereprezentatywnych dla całej festiwalowej oferty (70 tytułów) – rządzi się swymi prawami i zbieżnościami. Jedną z nich jest nastoletniość, progowe wkraczanie w dorosłość, definiowanie swej tożsamości. O tym jest Palo Alto, ale też Biały ptak w zamieci czy Whiplash. A każdy z ww.tytułów eksploruje inny aspekt czy inną granicę, którą trzeba przekroczyć. Na przykład ostatni z wymienionych przygląda się narastającej determinacji i życiodajnej/śmiercionośnej konfrontacji ucznia z mistrzem. 

Whiplash – reż. Damien Chazelle, USA 2014

Whiplash 4Sekcja: Highlights
Korci mnie, by wzorem polskich krytyków zamarudzić na nutę: „tu wszystko jest rozegrane według wskazówek podręcznikowej dramaturgii” albo: „to się nie może nie spodobać”. Bo tak jest. Od pierwszych taktów po ostatnie nie ma nudy, obniżenia napięcia, nie ma snucia się bez celu i działań nieuzasadnionych. Paradoksalnie: dla widza wrocławskich festiwali to niebezpiecznie zalatuje mainstreamem. Voilà! Niech będzie mainstream, ale naprawdę mistrzowski!

Andrew Neyman jest perkusistą – i chce być kimś. Kimś na miarę Charliego Parkera. Gotowy na wszystko, da z siebie stachanowskie procenty normy, by pokonać przeciętność, wyzwolić geniusz, zostawić w muzyce swój ślad. Cel numer jeden: dostać się pod skrzydła Terrence`a Fletchera, charyzmatycznego dyrygenta-mistrza. Na najlepszym amerykańskim wydziale, wśród wybrańców, w pocie i krwi (bardzo obrazowe: skrwawione, spocone bębny i talerze). Nie ma lepszej drogi, choć nie ma też drogi bardziej szalonej i destrukcyjnej. By sprostać wyśrubowanym wymaganiom i utrzymać się w podstawowym składzie jazz bandu, Andrew nie tylko musi przekroczyć własne ograniczenia (fizyczne, warsztatowe), ale  wytrzymać (a nawet wygrać!) ring z psychopatycznym rywalem. Takie archetypiczne „zabijanie ojców”, by uzyskać prawo do własnej pełni. Bo mistrz nie prowadzi ucznia za rękę ku gwiazdom. Mistrz niszczy, by wydobyć perły z najskrytszych głębi. O ile one tam są – jeśli adept sztuki potknie się lub wycofa, przegrana potwierdzi, że żadnych pereł nie było.

Whiplash-4868.cr2Można powiedzieć, że Damien Chazelle gra kliszami, pojedynek ucznia z mistrzem ma przecież tak wiele realizacji, że co rusz rozpoznajemy jakiś odwieczny trop.
1) Od fascynacji do nienawiści, od naśladownictwa do rywalizacji. 2) Pigmalion stwarza Galateę: mistrz lepi ucznia na modłę swoich wyobrażeń. 3) Lęk przed utratą zainteresowania mistrza, przed innym, który mógłby zająć miejsce lidera. 4) Fałszywa gra: manipulacja, rzucanie kłód pod nogi, emocjonalne tłamszenie. 5) Zależność od grymasu guru: aprobata daje szczęście, niezadowolenie – pasmo udręk. 6) Pęknięcie wizerunku – rozczarowanie idolem lub pupilem. 7) Kolizja interesów, konieczność podporządkowania sztuce wszystkiego: zabezpieczeń, innych celów, każdej strefy życia.  8) Ostateczna rozgrywka: walka o siebie i przekraczanie granic.

Nawet jeśli „wszystko już było”, to Whiplash ogrywa toposy fenomenalnie i brawurowo. Filarem sukcesu są mocne charaktery antagonistów, zagrane tak, że raz po raz ich sparingi wstrzymują dech. To esencja filmu. I linia dramaturgiczna: na tym budowane są zwroty akcji, kulminacje, wszelkie przesilenia emocji. Zostawiam bez komentarza, by – broń Boże! – nikomu nie zepsuć przyjemności. Daję jednak namiar na kuszący zwiastun filmu.  (TU).

Uff…kto fascynuje bardziej: Andrew czy Fletcher? Nie wiem, jakim cudem Miles Teller tak przekonująco zagrał perkusistę. Emocje to jedno, gra na bębnach i talerzach drugie. A mamy tu fascynujące popisy solówek. Z jazzowym backgroundem ujętym między mocne uderzenia standardów: Whiplash i Caravan. Jeszcze mam przed oczyma tę scenę, gdy Fletcher wybiera między trzema świetnymi kandydatami do podstawowego składu. Przerywa próbę bandu i do wycieńczenia każe grać rywalom na przemian, niemal do utraty przytomności, ze złośliwą mantrą: „przyspieszasz” – „spóźniasz się”. „Jest źle!” Bo Fletcher nigdy nie mówi: „good job”, takie ma przekonania. Pochwała premiuje średniactwo, to tępa ostroga, nic tak nie bodźcuje jak doprowadzenie adepta do furii i skrajności. No ale wracam do pytania: jak Teller to zagrał?! Nie podejrzewałabym samej siebie, że obserwowanie perkusisty może wzbudzić we mnie tyle ekscytacji.

Whiplash-6613.cr2

Terrence Fletcher, grany przez J.K.Simmonsa, wygląda jak chodząca charyzma. Wysportowany, sprężysty krok i ruchy emanują pewnością siebie. Czarna elegancja podkreśla osobowość (przypadkowy kolor wprowadziłby niuanse, elegancja nawet podczas prób czyni go nieskazitelnym, uzbrojonym po zęby w swój geniusz). Plastyczna twarz wygłasza świetnie zredagowane komunikaty. Żaden element wizerunku nie wymyka się spod kontroli – obojętnie, czy Fletcher w kuluarach zdaje się być wyluzowanym gościem, na scenie dystyngowanym dyrygentem czy agresywnym psychopatą zdolnym do rękoczynów i syczącego jadu podczas prób. Tak właśnie wygląda charyzma. Możliwe, że wcześniej myślałam inaczej, ale po seansie moje wyobrażenia skrystalizowały się w kreacji Simmonsa. Amen.

Skoro pomijam komentowanie pojedynku, sięgnę po sceny niezdradzające dramaturgii, po „interludia” dopełniające akty główne. Jedną z moich ulubionych jest kolacja rodzinna w domu Andrew Neymana. Trwa uroczystość, zjechali się krewni, każdy przechwala się sukcesami, reszta daje aplauz. Andrew jest tuż po nominacji do składu w prestiżowym konkursie. Ale tradycji muzycznych w rodzinie nie ma żadnych. Jego sukces (okupiony ogromnym wysiłkiem i potwierdzający talent) nie brzmi spektakularnie. Trwa więc licytacja: ktoś wygrał zawody sportowe (któraś tam z niższych lig), komuś się poszczęściło w pracy – nic, co zapowiadałoby wielkość, lecz przy rodzinnym stole wszytko zyskuje uznanie. Andrew pozostaje w tyle. Tu jest najciekawszy moment: gra pychy i pokory, niestety, wynik 1:0. Już mi się zdawało, że perkusista potrafi ujarzmić własne ego, dopuścić istnienie innych hierarchii, wytrwać bez napuszenia. Pokora nie jest mu obca, potwierdza ją na każdej z prób. Cóż, ekspansywność pychy przebija dobry ton i smak. Andrew wygłasza kilka uszczypliwych uwag i odsuwa się od towarzystwa do samotnej wieży domniemanego geniuszu. 

Whiplash-5547.cr2Stawianie na jedną kartę – na talent, niepowtarzalność, wybitność nie do zakwestionowania. Obaj adwersarze są lustrzanym odbiciem: ambicja, wiara w siebie, determinacja. Takich dwóch nie mieści się na podium. 

 Konsternacja. Niby nic nowego, ale dociera do mnie, że nie rozumiem, skąd to się bierze. Czy to jest męska potrzeba walki i udowadniania swej wartości? Czy raczej rzecz rozgrywa się na scenie sztuki, która żąda wyłączności i lekceważy przeciętność? Oczywiście, z jednej strony dostrzegam obłęd w takim podejściu do życia. Film Chazelle`a naświetla szaleństwo i pokazuje skrajność sytuacji. Mistrz w takim wydaniu jest dla mnie nazbyt psychopatyczny. Coś jednak przemawia za „racją” Fletchera. Co prawda jego metoda doprowadziła do chorób psychicznych, do złamanych nadziei i pustki w życiu wielu z odrzuconych adeptów. Ale też wydobyła z nich „nuty” najgłębiej ukryte, pozwoliła dotrzeć do wewnętrznych barier i przekroczyć je. Wstrzymuję się z jednoznacznym osądem, choć nigdy przenigdy nie byłabym zdolna wejść w podobną grę lub wytrzymać przyglądanie się, jak zatraca się w niej ktoś bliski. Tylko… lekko uśmiecham się na myśl, jak łagodnie postrzegam rolę mentora, ile skromności, taktu, cierpliwej mądrości kojarzy mi się z towarzyszeniem czyjemuś rozwojowi. Nie przekonał mnie Fletcher do swoich metod, ale nie mogę unieważnić wrażenia, że sztuka graniczy z szaleństwem. I w takim mniej więcej nastroju (rozstroju) wychodzi się z seansu Whiplash.

Warto sobie ten rozstrój zafundować, a potem długo pić rumianek na przemian z melisą.
(W kinach – od pierwszych dni 2015 roku). Nie do przeoczenia.

***

Dla porządku wyliczę tytuły obejrzane na 5.aff we Wrocławiu:
1) Palo Alto – reż. Gia Coppola
2) Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker
O obu pisałam w poprzedniej notce.

3)Whiplash – reż. Damien Chazelle
4) Mapy gwiazd – reż. David Cronenberg
5) Stópki – reż. Alexandre Rockwell
6) Czas niepewności – reż. Nathan Silver
7) Biały ptak w zamieci – reż. Gregg Araki.

aneks
Whiplash zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepszy film i scenariusz adaptowany) i zwyciężył w kategoriach: aktor drugoplanowy (J.K.Simons), najlepszy dźwięk i najlepszy montaż.

wroc+loves ameryka (1)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

 Ta-dam. Znów święto kina. Nielimitowany dostęp do kinowego narkotyku. Co poniektórzy pewnie będą na haju przez najbliższy tydzień. A ja ostrożnie, sztachnęłam ledwie siedem seansów. Taka się w ogóle jakaś ostrożna i racjonalna zrobiłam. Oczywiście, i ostrożność, i racjonalizm są względne. 

Jak zwykle problemem jest świadomość. Tym razem świadomość tego, że niewielu widziało ten sam zestaw filmów, więc katalogowanie wrażeń może nie znaleźć nabywców. Dwa tytuły będą w dystrybucji na pewno: Mapy gwiazd (od 7 listopada) i Whiplash (po Nowym Roku). Możliwe, że pozostałe (np. Biały ptak w zamieci lub Palo Alto) – również. Dla porządku posegreguję obserwacje według tytułów.  Choć mogłabym – zadawszy sobie więcej trudu – kierować się podziałem na eksperyment, kino autorskie, debiutanckie, kameralne i mainstreamowe. Kategorie nieostre i przenikające się. 

Palo Alto – reż. Gia Coppola, USA 2013

A313_C003_121626Sekcja: Festival Favorite Ale Kino +

Coś a la bombonierka, jeśli spojrzeć na nazwiska. Mój faworyt (ex aequo z mainstreamowym Whiplash). Kalifornijske miasto i nastolatki tuż przed progiem dorosłości. Bez problemów socjalnych – tak eufemistycznie określę ich życiowy entourage. Aktorzy, wcielający się w te role, z racji wieku mają nieopatrzone twarze, lecz znane nazwiska: syn Kilmera, bratanica Julii Roberts, córka Andie MacDowell. Reżyserka jest wnuczką Françisa Forda Coppoli (przywołać wypada powinowactwo z Sofią). Taki miks. Dorzućmy do niego hollywoodzkiego gwiazdora, Jamesa Franco – pokoleniowo oczko wyżej, więc wcielającego się w postać wuefisty z ciągotami do licealistek. Odnajduje się w tej roli jak ryba w wodzie. Trudno rozstrzygnąć, czy jest bardziej rybą czy wodą: scenariusz powstał na podstawie opowiadania, które Franco napisał.

Pomimo (!) wyżej wymienionych „gwoździ programu” film ujmuje atmosferą. Tworzy ją nieuchwytność, seria sytuacji i szans na określenie siebie, rozpoznanie ślepych uliczek i po omacku wycofywanie się z nich, jeszcze bez świadomości co dalej. Nastolatki: April, Teddy, Fred, Emily… April jest najważniejsza, skupia uwagę innych, jakby skromniejsza, ale też niewycofująca się z towarzyskich szaleństw. Oczko w głowie Pana B (wuefisty). Coppola przeplata wątki, więc April schodzi na dalszy plan, a wtedy w myślach jednak poganiałam reżyserkę, by powróciła do głównego nurtu. Konstrukcja fabuły nie zmierza do kulminacji, dryfuje od epizodu do epizodu. Mecz, trening, impreza, weekendowa opieka nad dzieckiem wuefisty, karna praca społeczna za spowodowanie wypadku, znów impreza i tak w kółko.

Najistotniejsze jest chyba to, że w Palo Alto wkraczanie w dorosłość wymaga nie tyle odcięcia od starszej generacji, tych paskudnych nic nierozumiejących dorosłych. Ważniejsze jest, by wydobyć się z szumu rówieśników. Z ekscentrycznego, zmultiplikowanego podkręcania doznań, przekraczania granic, żarłocznego picia i szukania seksualnych doświadczeń. Imprezy są – być może – manifestacją zblazowania i buntu, ale jeszcze bardziej być może: zagłuszaczem wątpliwości i sztucznym podtrzymywaniem transu przed przebudzeniem. Bo nikt jeszcze nie wie, w co chciałby się wbudzić.

Palo Alto Fred i Teddy prowadzą głupawe rozmowy: „- Kim chciałbyś być, gdybyś żył w dawnych czasach? – Królem. – Nie możesz, ja byłbym królem”. Albo: „- Kim chciałbyś być, gdybyś był Egipcjaninem? – Faraonem. – Nie, to ja nim byłbym”. etc. Kimkolwiek, byle nie sobą. Obaj chodzą na lekcje rysunku, Fred tylko dla towarzystwa, więc gryzmoli cokolwiek i raz po raz otrzymuje pouczenie od nauczyciela, na ogół zbudowane na aluzji do Picassa. A jedno z nich jest o Bobie. Wspomina instruktor jak sam przed laty, ujarany, pędził nieswoim autem przez jakiś tunel. Aż usłyszał w głowie głos: „-Bob, co się dzieje?” Nagły przebłysk: „Zaraz. Nie jestem Bob. To nie jest moje auto i wcale nie chcę się pakować w ten tunel. Zawracam”. Po czym instruktor mówi do Freda: „- To nie twój kierunek, Bob. – Nie jestem Bob!” No właśnie. Kilka sekwencji później trzpiotowaty Fred zademonstruje zawrót w tunelu na jednokierunkowej trasie. Szczeniackie, mimo to metaforyczne odłączenie się od szumu, który zagłusza.

Palo Alto 2

Tam, gdzie pojawia się April jest subtelniej. Trochę jakby wskrzeszono aurę z Między słowami, Sofii Coppoli. Nomen omen: słowami jej nie opiszę, ale proszę spróbować ją sobie wyobrazić. Scenka, którą lubię, bez puenty i w dowolnej parafrazie słów.

Tuż po meczu, April i dwie koleżanki siedzą na ławce, śledząc jak zwykle każdy ruch Pana B. (ciacho, mimo wszystko). Pan B. pociesza właśnie zapłakaną Rachel, która tym bardziej popłakuje, im bardziej chce być pocieszana. April, z zazdrością:
„- Nie jest wcale taka ładna, nie?
– No, jest ładna, niestety. Piękna.
– Nie, no może głupia, ale jednak jest ładna.
– (April) Wcale nie jest ładna”. I tak sobie po dziewczęcemu wymierzają i ważą. W sumie: ważne, nawet kluczowe, gdy trzeba się zmierzyć z rywalką.

Na szczęście nie muszę wyceniać, bo może nie wszystko jest w tym filmie arcydzielne ;). Pod „skórą” trudno wyczuć rytm podręcznikowych zwrotów akcji. Mimo pędu, jest nieśpiesznie. Tak, jak ma być, gdy trzeba się przesiąść – na inną linię, inną częstotliwość, bez GPS-a.

Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker, USA 2014

Łagodnie i czule 1Sekcja: Spectrum

Lubię ten film za siłę oddziaływania. Za irracjonalność, niepokój, mroczność i nawet za to, że gubię się w przeczuciach i rozczarowuje mnie finał. Nie jest to kino skrojone fabułą. Raczej obrazem, sensualnymi wibracjami, pierwotnością. A może perwersją? Egocentryzmem? Jakimś biologicznym pulsem. 

Wolę tego rodzaju filmy oglądać podczas festiwalu, gdy moje oczekiwania są otwarte na niedopowiedzenia, gdy dużo łatwiej mi o cierpliwość i tolerancję dla dziwności.

Opowieść obejmuje cztery osoby, toczy się na farmie w Kentucky. W letnie miesiące, gdy na najemną pracę zgłasza się do Jeremiaha i Sarah młody mężczyzna: Akin. Zanim wysiądzie z samochodu, zdejmuje z palca obrączkę. Przeczuwa, że jako człowiek bez zobowiązań ma większe szanse na zatrudnienie, czy może jest w tym geście dalej idąca kalkulacja? Jest małomówny, nieco niewprawny, Jeremiah nazywa go drwiąco „Ramionka”, podkreślając zbyt delikatną posturę Akina. Jeremiah jest ojcem Sarah, zazdrosnym, zaborczym, podejrzliwym. Akin ma żonę i dziecko – gdzieś daleko. Tuż przy nim jest Sarah, która rozpala zmysły i uwodzi. Czy bardziej on śledzi ją, podpatruje i pobudza nią wyobraźnię, czy natarczywiej ona zjawia się przy nim, omotuje czerwoną wstążką, roztaczając aurę pragnień?

Łagodnie i czle 2Bo właśnie Sarah jest postacią centralną. Naturalna, nieskrępowana, przynależna do podziemnych nurtów, zapachów i impulsów. Gdy w finałowych scenach zjawia się na farmie Drew, żona Akina, Sarah gościnnie otacza ją opieką, tuli dziecko, jest kojąca i poprawna. Wyczekiwana przeze mnie konfrontacja kobiet albo kolizja męskich potrzeb nie następują. Zamiast nich rozkręca się krwawa jatka, seria scen rodem z horroru. Wystarczająco przerażających, bym podskoczyła na fotelu, ale za mało sugestywnych, by dało się w nie uwierzyć. 

Reżyserka skręca w horror, na FilmWebie podają, że film jest komedią romantyczną. To jakiś żart. Najwięcej tu z ballady, poematu, lirycznych, gęstych impresji. Szkoda, że ta konwencja pęka, a wraz z nią znika to, co najbardziej mnie frapowało. Nie przypadkiem przecież opowieść rozpoczyna się i kończy głosem Sarah dochodzącym  z offu, jej pieśnią do kochanka. Tego, za którym tęskni, który ją zna i wie, czego jej trzeba. Jest urojeniem, autoerotycznym majakiem lub panerotycznym spojrzeniem na wszystko wokół. 

Tu jest ta dziwność i zastępowanie fabuły obrazem. Sarah wtulająca się w trawę, wyciągająca ręce w uniesieniu, któremu nie towarzyszy żadna bliskość, raczej rozbudzone, nieukierunkowane pragnienie (synonimicznie: pożądanie). Raz po raz bohaterami kadru stają się zwierzęta. Ich perspektywa widzenia ogarniająca ludzkie przypadki. Trafione: bo przecież gra instynktów ma tę zwierzęcą prowieniencję. Ale i ryzykowne: oczy krowy czy smutna mordka psa budzą lekko ironiczne podejrzenia, czy aby na pewno powinniśmy zgadywać, co czują zwierzęta. Na ogół ludzkie domniemania na ten temat są po prostu … ludzkie. I tyle.

Decker szaleje w jazdach kamery, w grze ostrością obrazu, w kadrowaniu i zanurzaniu się w ciemność (może się mylę – bo wiele scen rozgrywa się w penerze – ale zapamiętałam przewagę scen mrocznych, nocnych). I choć na koniec nie wiem wcale, czy zobaczyłam to, co trzeba, czuję, że wkroczyłam w opowieść niepokojącą, wibrującą, taką, której nie daje mi kino gatunku. Zanurzenie, z którego bardzo chętnie się teraz otrząsam. Bo „łagodnie i czule” brzmi tylko tytuł.

cdn.