Archiwa tagu: Hanna Krall

biała Maria, czarna Hania

Hanna Krall, Biała Maria, Świat Książki, Warszawa 2011.

W starciu bieli i czerni szalę przeważa czerń. Nic dziwnego. To opowieść o Żydach, o Żydach i Polakach, trochę o Niemcach – oczywiście zadzierzgnięta w czasach Zagłady, ale doprowadzona do lat nam współczesnych, więc ma w sobie naleciałości powojennych dekad. Opowieść o naznaczeniu, jakim jest przypięcie komuś etykiety człowieka, który musi coś udowodnić. Naznaczeniem jest wygląd (zbyt czarne oczy, włosy, rysy twarzy), konieczność ukrywania się, potrzeba znalezienia pomocnej dłoni pośród tych, którym bliżej do wytknięcia proszącego palcem, do wskazania: oto jest, a nie powinien być.

Stara walizka przypominająca szafę, z dziwną plamą  w środku. Okładka jest tekstem, logo łączącym tyle już spisanych opowieści o tułaczce, godności zduszonej wstydem, że się istnieje. O irracjonalnym lęku i trwającej dłużej niż samo zagrożenie niepewności.

Logo to również nazwisko autorki, piszącej przecież wciąż o tym samym, własnym charakterem pisma, bez końca zbierając okruchy opowieści, strzępy znikających wraz z ludźmi historii.
I piszącej o bieli i czerni.

Pamiętacie jasnowłosą, umierającą wśród słoneczników Krystynę Krahelską i ciemną, potarganą, pozbawioną bohaterskiej aury Rywkę Urman z reportażu Zdążyć przed Panem Bogiem? Albo Izoldę z Opowieści dla Hollywoodu, która długo po wojnie, żyjąc w bezpiecznej Kanadzie, gdy stawiała koszyk z zakupami na stole, zastanawiała się, czy robi to jak Żydówka. Czy wciąż jest w niej ta rozpoznawalna, nierozłączna, niezawiniona czerń.

I teraz pytanie: dlaczego w Białej Marii jest tak samo i dlaczego jest jednak inaczej?

Lejtmotywem są dwa epizody z życia Jadzi i jej córki.
Pierwszy. Spacer ulicami miasta kończy się aresztowaniem. „Gdybym ja miał dziecko z takimi oczami, nie chodziłbym z nim po ulicy.” – powie policjant. A później obie usłyszą coś, co brzmi jak nawiązanie do Wyboru Zofii Styrona, ale żadnym nawiązaniem nie jest, bo zdarzyło się naprawdę.  Mówi dalej: „Jedna z was jest Żydówką, a druga nie jest. My nie wiemy, która jest która, więc wy to nam powiecie, wy same.” Miały przez noc podjąć decyzję, która z nich przyjmie śmierć, a która będzie żyć z obciążeniem ocalenia. Na szczęście Maria zdążyła. Polska krawcowa, wcześniej obdarowała Jadzię fałszywymi papierami na nazwisko swej siostry, teraz przybywa z oburzeniem, że ktoś śmie wytykać jej rodzinie żydowską krew. „O, panowie.” I ta emocja irytacji (albo co innego, bo motywy nigdy nie są jednoznaczne) wystarczy, by uwolniono obie.

Drugi. Szukają polskiej rodziny, która przechowa córkę Jadzi, rodziców chrzestnych dających szansę na azyl pewniejszy niż miłość i oddanie prawdziwej (lecz żydowskiej) matki. Małżeństwo S. nie może jej przyjąć. Musieliby złożyć fałszywe świadectwo. Krzywoprzysięstwo jest grzechem, a oni chcą być fair wobec Pana Boga.

Biała Maria. To nazwa porcelanowego serwisu Rosenthala, o wyjątkowej bieli. Pojawia się delikatnie w kilku historiach, przechodzi z rąk do rąk. Gdy drugi epizod Krzysztof Kieślowski adaptuje na scenariusz Dekalogu VIII, białe filiżanki postawi na stole państwa S. Mała dziewczynka o pofarbowanych na żółto włosach mogłaby napić się herbaty, skoro już nie może otrzymać nic więcej.

Biała Maria to również – dla mnie najważniejsza – bohaterka książki. Hanna Krall zawdzięcza jej życie. Polka spontanicznie wyczuwająca czyjąś prośbę o pomoc, ryzykująca wiele, nierozsądnie. Gdy mówi o tym po latach nie ma pewności, czy było warto, czy było wolno wciągać w tę grę swych bliskich – niczego niepodejrzewającą siostrę czy sąsiadkę. Te wahania uświadamiają, że biel jest przełamana, że oba kolory się przenikają. Nie do końca biała Maria, czarna – ale przepracowująca całe życie swą czerń – pisarka, tutaj mała Hania, córka Jadzi. Po raz pierwszy Hanna Krall w takim stopniu pisze o sobie samej. „Wiem, znałam tę małą dość dobrze.”

To wszystko zapisane jest charakterem pisma znanym z wcześniejszych książek autorki. Jest jednak inaczej – nie tyle dlatego, że wkracza jakieś nowe, ale intensywność pewnych chwytów zagęszcza się. Tak bardzo, że chwilami tekst jest nieznośny, ciężki, irytujący(!), hermetyczny. Najbardziej czarny spośród znanych mi tekstów Hanny Krall.

Aluzje do wspomnianych autobiograficznych epizodów nie stanowią bynajmniej odsłony treści. Książkę wypełnia mnóstwo innych historii, a ściślej: fragmenty, strzępy, napomknienia, opowieści zaczęte i porzucone, bez zakończenia, bez doprowadzenia do punktu, w którym czytelnik mógłby zrekonstruować łańcuszek przyczyn i skutków. Wszystko to rozgrywa się na kilku płaszczyznach: są wspomnienia, jest śledzenie dalszych losów (np. niedoszłego ojca chrzestnego, pana S.), pojawi się i Milena Jasenska (narzeczona Kafki), i Żona Stalina, i Edelman z Grażyną Kuroniową, jacyś żołnierze AK, Niemcy przeżywający powojenne życie w Polsce, postacie zdawać by się mogło z czwartego planu, ale Krall jednym określeniem potrafi powołać je do życia i wprowadzić w naszą pamięć. Genialny pod tym względem jest rozdział Wiatr. Często przywoływani są zaprzyjaźnieni z autorką scenarzyści. Należy się domyśleć, że chodzi o Kieślowskiego i Piesiewicza. Odpryski rozmów, ich filmy, które można by potraktować jako uzupełnienie tekstów Krall: Dekalog VIII, Podwójne życie Weroniki. To, że Kieślowski jest przede wszystkim tym, który szuka sposobu na opisanie, jest znaczące. Biała Maria to zmaganie się z pisaniem. Dlatego jest tak mało spójna i potoczysta.

Sedno sprawy to forma. Ważniejsza od samych historii, będących kolejnymi, jednymi z wielu, zawsze trochę zamiast tych pozostałych, które też warto by utrwalić, lecz już się nie zdąży.

Ci, którzy piszą o tekstach Hanny Krall, poszukują najtrafniejszej formuły. Reportaż literacki, opowiadanie dokumentalne, baśń dokumentalna. Nie od dziś wiadomo, że jej „reportaże” są hybrydyczne, niechronologiczne, pełne dygresji, asocjacyjne, pisane ze skłonnością do stosowania figury pars pro toto, która każe w szczególe upatrywać okienko na wszechświat.
A narracja? Nieprzezroczysta. Hanna Krall po prostu jest w swoich tekstach: jako naoczny świadek, po części bohater, czasem ghost writer. W Białej Marii te techniki nakładają się na siebie. *


Przeczytałam i uważam, że warto. W ogóle: warto czytać wszystko, co zapisze Hanna Krall. Ale umęczyła mnie ta książka niemiłosiernie. Podsycała moje zdenerwowanie gubieniem wątków, niemal złośliwym rozsypywaniem puzzli. Wiem, że złośliwość to cecha bardziej losu
niż pisarki, a nieporadność bywa mistrzostwem. Możliwe, że tak jest i w tym przypadku. Końcowy monolog Marii zapada w pamięć.

Tutaj link do 10-minutowego fragmentu Dekalogu VIII. Konfrontacja niegdysiejszej pani S., obecnie profesor etyki, z kobietą, która była tą małą Żydówką, dla której nie odważyła się skłamać.

* Świetnym tekstem o pisarstwie Hanny Krall jest książka (rozprawa doktorska, ale napisana językiem przystępnym i wciągającym) Katarzyny Mąki-Malatyńskiej: Krall i filmowcy, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006.