Archiwa tagu: Harvey Keitel

Dym

Opowieść Auggiego

Dym Wayne`a Wanga i Paula Austera obejrzałam tuż przed świętami cztery razy. A zaczęło się od tego, że nie obejrzałam go na czas. Przyjaciółka prowadzi kurs „Fotografia w filmie”, jestem kursantką, staram się być grzeczna i pilna. Z trzech zadanych filmów przypomniałam sobie, niestety, tylko Powiększenie Antonioniego. Dym powinien mi wyskoczyć z pamięci, ale zatarł się na amen. Jak to tak?!

Film sprzed dwóch dekad (1995). Na rogu nowojorskiej 3. ulicy i 8. alei jest niewielka trafika, którą prowadzi Auggie Wren (Harvey Keitel). Axis mundi. Tu zbiegają się drogi, krzyżują plany i wybrzmiewają opowieści, w których co rusz ktoś inny staje się narratorem i bohaterem. 

  1. Paul Benjamin – pisarz, któremu skończyło się szczęście, gdy żona zginęła w bandyckiej strzelaninie; czekający na powrót weny.
  2. Rashid – czarnoskóry siedemnastolatek, konfabulator poszukujący ojca i okradający złodziei.
  3. Ruby – niegdysiejsza narzeczona Auggiego, z pirackim okiem.
  4. Cyrus – którego Bóg najpierw sprowadził na złą drogę, później ukarał; bezręki ojciec Rashida.
  5. Auggie Wren – właściciel sklepu z cygarami i artysta-fotograf, który codziennie wychodzi przed trafikę o ósmej rano i robi jedno zdjęcie.

Oczywiście, niejedno z tego wynika. Ja jednak o tym, co na końcu. A na końcu jest opowieść wigilijna. Paul Benjamin ma tylko cztery dni, by napisać opowiadanie. Żadnego pomysłu i warunek, żeby w tle były święta. Auggie ma propozycję: znam tony takich historii, opowiem, a ty stawiasz obiad. Wszystko będzie najprawdziwsze…

dym-paul-i-auggie

I choćby dla tej opowieści (a nie tylko!) warto obejrzeć Dym. Paul zna fotograficzny projekt Auggiego, więc to jest początek. – Powiem ci, jak zdobyłem mój pierwszy, właściwie jedyny, aparat fotograficzny. A było to lata temu…

Mówi więc o tym, jak wkurzył go nastolatek, kradnący pisma z jego sklepu (pornograficzne, uściślam). Jak go gonił, a z pogoni został mu portfel, który złodziej zgubił. I jak nie miał serca dzwonić na policję. Jak o sprawie zapomniał – do czasu. Święta odkurzają zakamarki wspomnień, więc Auggie – miał przecież adres chłopaka – wybrał się z wizytą, by dokumenty oddać. Sam spędzał święta, nic innego nie miał do roboty. Jak niespodziewanie poznał babkę chłopaka, staruszkę-dziwaczkę. I jak dwoje samotników, on i ona, różniących się tym, czym tylko można, spędziło razem świąteczny dzień. Jak ni stąd ni zowąd został posiadaczem nowiutkiego aparatu. Co może się wydawać szczęśliwym trafem, choć niekoniecznie trafem. 

Powiedzmy, że pominęłam ze dwie trzecie tej opowieści. Czuję się jak Auggie, kradnąc mu jego historię. Gdy pytanie ze startu opowieści wypełniło się odpowiedzią, obaj panowie, Auggie i Paul, nasyceni obiadem, zaciągnęli się dymem tytoniu. Patrzą sobie w oczy z uśmiechem. – Masz swoją historię – mówi Auggie. Paul uśmiecha się, łagodnie acz szelmowsko. Bo chyba uznał, że historia jest ujęta w cudzysłów. Auggie zna ich krocie i wszystkie są jego, choć żadna nie musi składać się z faktów. 

Paul Benjamin: Zmyślanie to prawdziwy talent, Auggie. Żeby opowiedzieć dobrą historię, trzeba wiedzieć, jak trącić wszystkie właściwe struny. Muszę przyznać, że należysz do grona mistrzów. (…)
Auggie Wren: Jeśli nie możesz dzielić się z przyjaciółmi sekretami, to co z ciebie za przyjaciel…
Paul: Właśnie.
Życie bez tego nic nie byłoby warte. 

Właściwe struny

auggie

W czym tkwi siła tej opowieści? Pytam, bo zgadzam się, że Auggie jest mistrzem.

Może w trickach literackiego rzemiosła? Pierwszoosobowa narracja uwiarygadnia zdarzenie. Klamra kompozycyjna (skąd mam aparat? ano stąd) i rola rekwizytu tworzą ramy i wprowadzają konkret (lejtmotyw). Zwroty akcji budują napięcie i zaskoczenie. Bohater nie jest statyczny, a to, co mu się przydarza sprawia, że rozumie więcej (lub uświadamia sobie, że czegoś nie rozumie). Jest suspens, qui pro quo, nostalgiczny epilog. No ale mistrzostwo to nie tylko receptura.

Może siła ukryta jest w emocjach?
Święta Bożego Narodzenia zderzone z samotnością. Mężczyzna bez rodziny i zapomniana przez rodzinę niewidoma 80-latka. Pomyłka (babcia bierze Auggiego za wnuczka), z której po chwili oboje zdają sobie sprawę, mimo to brną dalej, grając swe role z rozmachem. Spędzają dzień na opowiadaniu – Auggie zmyśla, co u niego słychać, babcia chwali i wierzy przykładnie w każdą fikcję. Jeśli więc więzy krwi są na niby, to więź łącząca opowiadacza ze słuchaczem jest najprawdziwsza. Bohater kieruje się dobrą wolą, lecz nie jest święty. Zrobi zakupy i podzieli się czasem. Potem nakłamie ile wlezie i ukradnie aparat. Co do emocji – cała gama. Wkurzenie, odpuszczenie, ciekawość, zaskoczenie, empatia, bliskość, trochę wstyd i zakłopotanie, trochę smutek i zgoda na kolej rzeczy.

Ale niewykluczone, że sedno tkwi w sztuce opowiadania.
Paul i Auggie, których znajomość przebarwiła się w fabule filmu na przyjaźń, przypieczętowują swą relację obiadem z opowieścią. Auggie niczego nie relacjonuje z drugiej ręki, lecz – nawet jeśli zmyśla – buduje sytuację zwierzenia (od tego są przyjaciele, by im powierzać „sekrety”). Mówi nieśpiesznie, z wyczuciem. Sam ulega wzruszeniom, do których słuchacz nie musi, ale może (!) dołączyć. Na przykład gdy opowiada o zdjęciach znalezionych w portfelu złodzieja, które rozbrajają zew sprawiedliwej kary. Dzieciak ze szkolnym pucharem, którym cieszy się jakby wygrał w Totka… Albo gdy dostrzega, że babcia, choć „wariatka”, to jednak rodzinę od obcych odróżnia, więc podjęła grę z jakiejś naturalnej potrzeby. I że choć tego wtedy nie wiedzieli, były to jej ostatnie święta. 

Opowieść zbliża i świetnie to podkreśla zarówno scena milczenia wśród papierosowego dymku, jak i robota operatora. Większość ujęć to półzbliżenia, przeplatane zbliżeniami (twarz mówiącego i twarz słuchacza). Fenomenalne jest przejście w detal: usta Auggiego – oczy Paula. Pars pro toto. Szczegół zastępuje całość. Jedna opowieść urasta do lustra, w którym jak w kropli przeglądają się inne opowieści. I samo życie. Opowieści są niezliczone i piętrowe. Czy istnieje film, który mówi o tym równie przekonująco i „naocznie” jak Dym?

Ja sobie życzę wielu mistrzowskich opowieści w nadchodzącym roku. Mogę je wchłaniać oczami lub uchem. Mogę spróbować się nimi dzielić. Bo chyba w opowiadaniu to też jest ważne, że raz się bierze, raz daje. Na cały 2017 zamawiam RÓWNOWAGĘ. W każdym temacie i pod każdym względem.

Młodość

Można by się spodziewać, że pod takim tytułem znajdzie się solidna notka o Sorrentino, a raczej tak się nie stanie. Trochę na złość. Owszem, widzę, jak reżyser się stara, jak pręży kulturalne muskuły i szasta cytatami, i synkretyzm sztuk uskutecznia. Słowo. Obraz (malarstwo i fotografia). Muzyka (w tym klasyka i opera). Gra aktorska. Wszystko wycyzelowane i podniesione do potęgi. Warto zobaczyć. Myślę, że można odebrać bezpośrednio, a jeśli ktoś potrafi, to i aluzje sobie rozczyta. W Młodości do tych najczęściej dostrzeganych kontekstów należą Osiem i pół Felliniego i Czarodziejska góra Tomasza Manna. Oczywiście, muszę się przyznać, że jeden ogląd nie wystarcza mi na wychwycenie wszystkich smaków. Może nawet nie poczułabym ich po dziesięciu seansach. Ale też zaziewałabym się na śmierć, gdybym miała wynotowywać te wygibasy. Prawda jest taka, że mam z Sorrentino problem ten sam co z operą. Nie wzrusza mnie. A kilka tytułów widziałam. Wczoraj Młodość, rok temu (i dziś) Wielkie piękno, niegdyś Wszystkie odloty Cheyenne`a i siedem lat temu Boskiego.

Młodość

Młodość. SorrentinoNiezmiennie od 20 lat Fred i Mick spędzają urlop w tym samym sanatorium. Jest luksusowo i elitarnie – przyjeżdża tu w nagrodę nawet Miss Universe (choć starsi panowie podejrzewają, że to za karę). Trochę tu uciekają przed życiem, ale też przywożą je ze sobą, zrośnięte symbiotycznie z  ich naturą. Druga natura to nawyki. 

Mick Boyle jest reżyserem i z grupą młodych adeptów dopracowuje scenariusz do (proroczego) Ostatniego dnia życia. Fred manifestuje swój emerycki stan i nawet posłaniec królowej nie może na nim wymóc powrotu do dyrygentury. Tak na pozór, bo pokątnie chodzi na podalpejskie łąki dyrygować krowimi dzwoneczkami. Te sceny bardzo lubię. Panowie przyjaźnią się od zawsze. Rozumieją się w pół słowa (zwłaszcza, gdy wyliczają krople moczu, które z racji prostaty są niezadowalające). I tak gadają ze sobą – dowcipnie, błyskotliwie, nostalgicznie i ostatecznie, bo są w takiej fazie, że przeglądając karty życia, weryfikują ich wartość. O tym, czym jest dla nich sztuka, ile dla niej poświęcili, i czy było warto. O kobiecych archetypach, rozpiętych między  Lindą, żoną i Brendą (platonicznym westchnieniem, związkiem zatrutym egoizmem i chodzącym sex appealem). O więzach z dziećmi – całkiem niezłych (Fred i jego córka-asystentka, która co nieco mu jednak wygarnie) i całkiem zdystansowanych (Mick o wybrykach syna powie, że to spuścizna po matce). Sporo o zapominaniu i o minionej młodości. O ważnym i nieważnym. Byle odegranym przez mistrzów: Harveya Keitela (Mick) i Michaela Caina (Fred)

Dialogi to mocna strona filmu. Słabszą stroną jest jego epizodyczność. To, że poszczególne sceny, choć interesujące, błyszczą własnym światłem, niewiele do całości dodając. Na przykład: scena, gdy do młodego aktora (Paul Dano) podchodzi nastolatka, która umie docenić kunszt gry w niszowych filmach, podczas gdy miliony zachwycają się rolą Rycerza Q, stworzoną dla chałtury. W ogóle – wszystkie niemal sceny z Rachel Weisz (piękną skądinąd, więc zasadnie obecną) są mało istotnym dodatkiem.  

I jak z operami bywa, to, co się może podobać, bywa też nieznośne. Trudno z Sorrentino dyskutować,  że lubi rozbuchane formy. Nie wystarcza mu opowieść prosta, skupiona na losie dwóch osiemdziesięciolatków (tak się składa, że artystów), na tym, co w nich wciąż trwa, co minęło, z żalem lub ulgą. Nie wystarczy. Jeszcze muszą wybrzmieć archetypy, senne figury, kawałki arcydzieł muzycznych czy filmowych. Musi się wymieszać starość z młodością. Błędy życiowe z tym, co krystalicznie czyste. Jeszcze trzy deko muzyki, pięć gramów malarskich impresji. 

Najzabawniejsze, że Wielkie piękno tętniło bogactwem dużo bardziej barokowym, wciągało w wir jak rollercoaster. I ani mru mru. Przeżyłam z zachwytem. Co podważa zasadność krytycznych argumentów. Ale potwierdza, że w filmie (i szerzej – w sztuce) nie tyle komponenty się liczą, ile końcowe flow. Drugie, co z tego wynika, dotyczy widza, który jednego wieczoru jest otwarty i przyjmie wszystko ze smakiem, a kolejnego dnia marudzi i wydziwia.

Młodość, reż. Paolo Sorrentino, Włochy (& co) 2015