Archiwa tagu: humor

trzy billboardy…

Trzy billboardy za Ebbing, MissouriJeden z dziewięciu nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. O trzy nieba bardziej trafiający w mój gust niż Czas mroku. Nierozsądnie porównywać takie różności, chyba że według kryterium kinofilskiej sytości. Odludny amerykański Ebbing syci bardziej niż londyński Westminster.

Trzy mocne punkty pomysłu:
1) Prowincjonalna mieścina staje się axis mundi – mikroświatem – w który wchodzimy niechętnie, spodziewając się, że spod naskórkowej poprawności wyjdą demony fobii, frustracji i podłości. Tymczasem… zadomawiamy się i – choć opuszczając Ebbing nie łudzimy się, że świat jest dobry – mamy nadzieję, że na horyzoncie świta.

2) Poczucie humoru i dystans do siebie. Co wynika, rzecz jasna, z dobrze rozpisanego scenariusza – z dialogów i sytuacji. Przyprawionych leciutko absurdem, hojniej ludzką nieporadnością, a już całkiem bez skąpstwa – autoironią. 

3) Postacie – trudno przesądzić, czy mocniej oklaskiwać scenarzystę czy aktorów. Po co rozdzielać, właśnie zgodność jest tu w punkt. Najpierw pierwszoplanowa Mildred Hayes (Frances McDormand) – matka Angeli Hayes, „zgwałconej na łożu śmierci” i spalonej 17-latki. To ona – po siedmiu miesiącach bezczynności policji – podrywa stróżów prawa do działania. Wykupuje trzy billboardy i wypełnia je trzema komunikatami:

* Raped while dying * And still no arrests? * How come, Chief Willoghby?

Miasteczko oburzone, bo choć współczuje matce, to nie pochwala szkalowania znajomych. Policjanci mają ochotę przyłożyć każdemu, kto się nawinie, nie tylko Mildred, wszystkim, zwłaszcza gdy ktoś „kolorowy”, rudy lub mały. Posterunkowy Dixon (Sam Rockwell) ma tę chęć w takim stężeniu, że śmieszy nawet potencjalne ofiary. Role łamią stereotypy. Skrzywdzona matka jest zaczepna i nieprzewidywalna, złośliwie dowcipna.  Nawet zakochany w Mildred miejscowy karzeł potwierdza, że nie jest miła (a przecież wiemy, że Frances McDormand nie uśmiecha się, gdy nie musi). Niewiele jest scen, w których żałoba Mildred ma ton liryczny i kruchy. Na przykład ta, gdy pielęgnując kwiaty pod billboardami, Mildred zauważa sarnę: piękną jak nieżyjąca Angela, budzącą nadzieję, że jej obecność jest znakiem, lecz przecież nadzieję, która pryśnie, gdy włączy się rozsądek. Jakim cudem w ten ból wpleciony jest dowcip, szorstkość i gniew zdolny mimo wszystko do miłosierdzia – wie scenarzysta i reżyser, Martin McDonagh

Rządzi tym filmem liczba trzy, więc czas wspomnieć o trzecim ważnym bohaterze, szeryfie Willoughby (Woody Harrelson) i jego trzech listach, w których zostawia adresatom nie tylko wskazówki i siłę do walki, nie tylko swą pamięć i świadomość może mniej dostępną tym, którzy nie muszą się jeszcze ostatecznie żegnać. W tych listach jest zachwyt nad niedoskonałym i niezaprzeczalnie pięknym światem. Tym większy, gdy dostrzeże się w nim potencjał miłości. 

By nie kończyć sentymentalnie, wspomnę o trzech (jest ich więcej, ale wybieram wierność trójce) bohaterach drugiego planu. Robbie, nastoletni syn Mildred, zrównoważony  i cichy, czysty kontrast nieokiełznanej matki. Księdza napoi herbatką, zniesie owsiankę we włosach, ekscentryczne wyrównywanie przez mamę  rachunków z całym światem. Świetny Lucas Hedges – aż nie do wiary, w ilu świetnych filmach grał ten 21-latek. Niezapomniany z roli Patricka w Manchester by the Sea. James (Peter Dinklage) – najpopularniejszy aktorski karzeł, tu – jak zawsze – z wdziękiem, szarmancją i dowcipem ogrywający swą wyróżniającą się posturę. Niech będzie, że trzecią postacią jest matka posterunkowego Dixona (Sandy Martin), której ten opowiada się, o której wróci do domu. Rasistka podsuwająca Dixonowi niewybredne rozwiązania. Ale rasizm, zaściankowość, małostkowość i podłość niespodziewanie stają się własną podszewką. W każdym siedzi poczciwota, potrzebujący impulsu, by odpuścić. 

Smutna historia z tragicznym punktem wyjścia staje się opowieścią kojącą i zabawną. Szeryf Willoughby powiedziałby, że napisał ją sam Szekspir albo może Oskar Wilde. Nie powstydziliby się, choć tym razem to nie oni. 

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – reż. Martin McDonagh, USA 2017

Reklamy

Manchester by the Sea

manchester-by-the-sea

Bank rozbity. Najlepszy film w oscarowym wyścigu. Aż trochę żal innych dobrych, które muszą zejść na drugi plan. Film nie do przeoczenia. Najlepiej bez wcześniejszych rozczytań. Pójść do kina, obejrzeć tę opowieść, pośmiać się, poczuć ból, oniemieć, zdziwić tym, ile emocji i dramatu nosimy pod skórą – wszyscy, choć Lee Chandler ma historię szczególną. 

Nie spojleruję, gdy nie muszę, ale po gwiazdkach tekst na „po seansie”.
Swoją drogą: piszę, żeby się zmierzyć, ale żaden komentarz niczego do filmu nie wniesie.
Wszystko już w nim jest.
Fenomenalnie rozpisane, zagrane, wyreżyserowane.
***

Można założyć, że kluczowy dramat dotyczy postaci granej przez Caseya Afflecka – Lee Chandlera. Dotknęła go tragedia, naznaczyła traumą, rozwaliła życie. Wypaliła do cna. Ale to życie nadal trwa – rozgrywało się „przed” i wciąż dopisują się nowe wątki „po”. Tragedia jest punktem zwrotnym, lecz wcale nie w niej umieszczone jest centrum opowieści. 

Zanim dowiemy się, co się stało, jesteśmy wciągnięci w teraźniejszość. Przeszłość powraca w reminiscencjach (które dopowiadają, co w danym momencie potrzebne i budują napięcie). Okazuje się, że teraźniejszość i różne tonacje wspomnień są tak samo ważne, jak ten jeden punkt z przeszłości. Lee (dozorca z Bostonu, człowiek od każdej roboty i od żadnych pieniędzy) wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w stanie Massachusetts. Zmarł jego brat – Joe, trzeba więc pilnie działać i organizować nową rzeczywistość. I jeszcze zmierzyć się z absurdalnym testamentem, w którym Joe zawierza bratu opiekę nad swym 16-letnim synem, Patrickiem. Lee ma potężną blokadę przed wejściem w tę rolę, choć bratanka nie sposób nie lubić.

A więc nie tylko Lee. Są świetnie stworzone postaci drugiego planu. Pojawiający się we wspomnieniach starszy brat, Joe (Kyle Chandler) – dowcipny, zaradny, lubiany przez wszystkich, znany z dowcipów o rekinach. Randi (Michelle Williams), eksżona Lee, wspólniczka bólu po śmierci ich dzieci, gotowa zaczynać nowe, mimo że to, co minione, wciąż rani. Wspomniany już Patrick (Lucas Hedges), wrażliwy i przebojowy zarazem, mający przyjaciół, dwie – niewiedzące o sobie – dziewczyny (i tabun chętnych), niby pośród ludzi, lecz sam, zdany na nieswoje decyzje o swoim życiu. Miałby opuścić Manchester? Tu gra w drużynie hokejowej i w muzycznym zespole. Jeśli do tematów głównych wrzucić związek z miejscem i z ludźmi tworzącymi lokalną społeczność, to nie będzie to nadużycie. 

Jednak przede wszystkim Lee, (genialny, oszałamiający, fenomenalny) Casey Affleck. O nim też dowiadujemy się sporo z lakonicznych komentarzy innych. „TEN Lee Chandler!”. Gość, z którym chętnie poromansowałyby klientki z Bostonu i mamusie z Manchesteru. I na którego się skarżą, że nierozmowny, nietowarzyski, nie do życia. Jak „dorosły” nie pogada o wszystkim i o niczym. Może natomiast przyłożyć i wdać się w bójkę. Te barowe kontry to chyba jego jedyny sposób na danie ujścia emocjom i napięciu. Poza tym jest zgodliwy, jak człowiek z pustką w środku. 

Sceny, w których bezpośrednio odnosi się do tego, co utracił są nieliczne. 1) Reminiscencja pożaru, gdy wtapia się w obserwujących, nic już nie mogąc zmienić. Tylko obraz i oratorium Haendla w tle. 2) Scena na komisariacie – apogeum rozpaczy, gdy relacjonuje zdarzenia i czeka na sprawiedliwość. A gdy usłyszy, że zapomnienie o postawieniu ekranu przed kominkiem to nie zbrodnia i miliony ludzi robią podobne rzeczy każdej nocy – uleci nadzieja na karę. Weźmie to w swoje ręce. A skoro nie da się przeciąć od razu, to zafunduje sobie karę niepomiernie większą. Życie z poczuciem winy niewybaczalnej. Jest jeszcze 3) scena spotkania z Randi, o niezwykłym ładunku emocjonalnym. Gdy próbuję przypomnieć sobie, co mówi Lee, wydaje mi się, że nic – zaprzecza i ucisza Randi. Ale w tym poszarpanym dialogu dużo się mieści. Na przykład desperacja i pewność, że Lee już sobie nie zaufa, na żadną nową kartę od losu nie czeka. 

Dramatyczne wydarzenia, smutek oratoryjnej muzyki, okoliczności żałobne i ludzie poranieni życiem – to jedno. Można by po tych słowach zgadywać, że tonacja jest patetyczna. A wcale nie! Genialne jest właśnie to przemieszanie tragizmu i zwykłości, powagi i dowcipu. Affleck dokłada do tego swoją grę, Hedges – energię nastolatka, ale mistrzostwo trzeba przyznać scenarzyście-reżyserowi. Podziw dla Kennetha Lonergana! Trwam w zachwycie nad dialogami! Żadnej szarży. Affleck się chyba ani razu nie uśmiechnął, choć źródłem dowcipnych sytuacji czy słownych rozgrywek jest wielokrotnie. Rozmowy o grobie, wizyta w kostnicy, przejęzyczenia czy banalna wymiana codziennych komunikatów… Jak się to miesza! Nastolatek, który po śmierci ojca kombinuje, jak namówić na seks dziewczynę i wyprowadzić w pole jej mamusię, chwilę później przeżywa atak paniki po otwarciu lodówki. Ten balans daje szansę, by unieść dramat opowieści. Nie otwiera optymistycznej perspektywy, bo jej nie ma. Za to pozwala na dostrzeżenie wspólnoty doświadczeń. Bo zarówno więzi między ludźmi, jak i codzienne krzątanie się, mimo śmierci jakoś dzieją się nadal. Czas dalej się toczy, biegnie, upływa, czy jak to tam nazwać. 

Tylko Lee czuje, że czas niczego nie leczy i nie ulepsza. I że mógłby popełnić te same błędy wciąż na nowo. Brak samorozgrzeszenia połączony z sympatią, jaką budzi jego postać działa naprawdę mocno. Nie przynosząc katharsis.

Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan, USA 2016

l`air de panache

Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, USA & co. 2014

Wygrany Złoty Glob dla najlepszej komedii 2014 i dziewięć (!) nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu i reżysera. W odróżnieniu od konkurencji, która dopiero co wchodzi na polskie ekrany, film Wesa Andersona można było obejrzeć niemal rok temu. Ja dopiero co, przed kilkoma dniami, za to dwukrotnie. Komedia? Komedia kryminalna, ale też miks gatunków, cytatów, aluzji. Doborowa obsada – i nie w tym nawet rzecz, że główną rolę powierzono Ralphowi Fiennesowi, ale że tu każda scena, każdy epizodzik ma swego gwiazdorka. Spośród aktorów z plakatu wymieniam tych największych dla mnie: Ralph F., Tilda Swinton, Harvey Keitel, Jude Law, Wilhelm Dafoe i Bill Murray. 

Cacko. Piękna muzyka Alexandre`a Desplata. Obraz – scenografia, zdjęcia, dopieszczenie wyglądu postaci – bajeczny. Ot, domalowywany co rano przez boya hotelowego wąsik, piękna Agata ze znamieniem w kształcie Meksyku na twarzy, Jopling (Dafoe) z dziesięcioma metalowymi sygnetami, gotów przyfasonować uzbrojoną dłonią w jakieś niepokorne ciało (lub obciąć paluchy!). Każda postać odszyta jest na miarę. Każda scena wykadrowana z namysłem. Zarówno plener (Zubrowka leży na wschodzie Europy, więc to chyba podrasowane Karpaty), jak i wnętrza Hotelu przyjemnie prowadzą oko. Schody. Winda. Hol i korytarze. I miejsce konsjerża, który ma na oku wszystko i gwarantuje, że nikomu nie przydarzy się nic niemiłego. No chyba że świat się zawali, co przecież się zdarza i to wcale nierzadko.
Grand Budapest HotelZ fabułą podobnie: w szkatułce szkatułka ze szkatułką, klamra ramy niczym kurtyna odsłania się i opada, a w środku opowiadacz snujący retrospektywną narrację.

Rama mówi: ten film to książka. Biegnie piękne dziewczę na cmentarz, na grób pisarza i składa votum wdzięczności (klucz hotelowy), otwiera książkę i zamyka ją w ostatnich kadrach. A pisarz to niegdysiejszy hotelowy gość, któremu właściciel zawierzył historię, by on po latach noszenia jej w sobie w końcu wydał i tym samym uwiecznił dawno miniony świat. 

I tu bardzo ciekawa rzecz: jak dawno miniony? Hotel, podupadły w latach 60., tętnił życiem w latach 30. W nich ulokowana jest skoczna i pełna wdzięku główna osnowa opowieści. To czasy, kiedy legendarnym konsjerżem był M.Gustave H. (Ralph Fiennes). Działo się wtedy, oj, działo! Morderstwo, kradzież, pościgi, więzienie (otoczone fosą z krokodylami!), podstępy i intrygi w białych rękawiczkach. Dopóty, dopóki żył Gustave H. Potem  wszystko z wolna blednie. Żyje jego sukcesor, Zero Moustafa, ale nie ma już dawnego świata. Zniszczyła go może wojna, a może po prostu fala bylejakości, obniżenia poziomu usług, oczekiwań, standardów. Ciekawe zdanie pada na koniec zwierzeń p.Moustafy, gdy sugeruje pisarzowi, że chodzi o mityczne „dawniej”. Nie ma już świata M.Gusave`a? A kiedy był? – „jego świat zniknął, nim on sam się w nim pojawił”. Ronimy więc łzę sentymentu za iluzją. Trzeba przyznać: iluzją, którą niektórzy potrafią „z niewypowiedzianym wdziękiem” podtrzymywać.

O tym jest film. Gdy oglądałam po raz pierwszy, pomyślałam: niedużo, ale ładnie. Tym ładniej, że nie tylko świat był kiedyś inny, lecz i kino. Grand Budapest Hotel wskrzesza jedno i drugie. Można nakarmić oczy iluzją starego kina. Wiązka lejtmotywów – mistrz i uczeń, romantyczna opowieść, ucieczka przed złym bogaczem, wykradanie się z więzienia, pościg nieposkromionej bestii (ten osygnetowany Dafoe!), kradzież cennego obrazu etc. Garść starych chwytów aranżacyjnych – staroświeckość, elegancja, coś jakby reanimacja obrazów, które już kiedyś oglądaliśmy, lecz pewnie nigdy wszystkich naraz i w takiej obróbce.

Za drugim razem film zyskuje na wartości. Bo to film wielokrotnego użytku, do aplikowania sobie w całości lub w porcjach. Wyobrażam sobie taką sytuację, że oglądam i z sekundowym wyprzedzeniem mówię filmowe dialogi. Poszczególne kwestie padają w niezależnych od siebie scenach:
„Dlaczego znowu stajemy na polu jęczmienia”. (Tak zapowiada się wtargnięcie barbarzyństwa. Wojskowa kontrola pociągu).
„Breja, panowie. Są chętni?” (Gustave rozwożący więzienną zupę).
„Wchodzę do łóżka z wszystkimi przyjaciółmi”. (G. oskarżony o romans przez syna zmarłej D.).
„Nie wiem, jaki krem stosują w kostnicy, ale chcę go mieć”. (G. pochylony nad leżącą w trumnie Madame D. – by ją pocieszyć, że dobrze wygląda).
„Wybacz, ale mamy mały nożyk na gardle” (G. w beznadziejnej sytuacji sięga po pomoc klanu konsjerżów).
Grand Budapest

Nie tylko riposty, również sceny, sekwencje i ich tempo. Mistrzowski szyfr dla tych, dla których Grand Budapest Hotel będzie filmem kultowym. Utrwalę kilka moich ulubionych.

* Ot, rozmowa kwalifikacyjna, w której M.Gustave diagnozuje młodziutkiego boya – tego z dorysowanym wąsikiem i wiecznie zdziwionymi oczyma. Pyta go o doświadczenie – słyszy mizerną wyliczankę, że zmywak, sprzątacz, kuchenny… Notuje: zero. Pyta o kwalifikacje. No, szkoła się spaliła… Notuje: zero. Rodzina? Tu boy poważnieje, bo stracił biedak wszystkich: zero. Puenta podwójna. Boy ma na imię Zero. I ostatecznie zgarnia całą pulę punktów, bo prawidłowo odpowiada na kluczowe pytanie: – Dlaczego chcesz być boyem? – A kto by nie chciał?! Grand Budapest Hotel to prawdziwa instytucja!

 * Gustave w więzieniu, boy Zero Moustafa i jego piękna zdolna narzeczona cukierniczka starają się mu pomóc. Wysyłają do więzienia paczkę z ciastkami od Mendla, tak pięknymi, że strażnik nie odważy się ich zepsuć, nie wykryje więc obtoczonych wypiekiem narzędzi. A wygląda to z grubsza tak. Kontroler przy taśmie, na której przesuwają się dary dla więźniów. Ser – ciach, pach, siup. Jedzie dalej w kawałkach. Chleb – pach, bach, bach. Pokrojony. Kaszanka – w plasterkach. Ciasteczka – „miód malina”, tego nie wolno zbezcześcić.

Grand Budapest Hotel1* Nie, no cały więzienny rozdział jest bezbłędny! Kompletnie absurdalna ucieczka. Jeszcze zanim zaczęto kopać tunel kilofkami, Gustave H. wysłuchuje projektu. Autorem jest Ludwik (Keitel!). Rozkłada mapkę przekopu. Na co Gustave z podziwem:
– Kto to narysował?
– Jak to kto? Ja – odpowiada Ludwik.
– Świetna kreska, Ludwiku! Masz zadatki na artystę – wzdycha ze znawstwem Gustave.

Ucieczka w stylu slapstickowym (dużo zamieszania, spontanicznych reakcji, w którym nie o efektywność chodzi a o fason). Ot, pokonywanie bieżących przeszkód – cięcie kraty w oknie. Przekradanie się przez sypialnię strażników i przeskakiwanie przez nich jak przez płotki. Tekścik rzucony w podzięce więziennemu olbrzymowi, który na czas uciszył donosiciela: – Dzięki, przemiły, życzliwy człowieku.

 * I tu muszę wymienić późniejszą o chwilę sekwencję alarmu wśród konsjerżów. Gustave w szczerym polu znajduje budkę telefoniczną i jednym telefonem uruchamia ratunek. Jeden ruch Gustve`a i długi łańcuch priorytetowych telefonów w branży.
Albo: równie zorganizowana akcja mnichów, potajemnie przemycających go przez pola, lasy, góry – do konfesjonału. Z co chwila padającym pytaniem: – M.Gustave H. z Grand Budapest Hotel? – Tak. – potwierdza oczywistą oczywistość Gustave.

* Ale wrócę do więziennej ucieczki, której finał uświadomił mi, co jest kluczem do postaci legendarnego Gustave`a H. A może i kluczem do filmu. Mogę po kolei, a mogę z ratardacją: kluczem jest zapach. L`air de panache.

Otóż, gdy zbiegli więźniowie uścisnąwszy sobie dłonie, rozeszli się spod więzienia każdy w swoim kierunku, Gustave i Zero stali tam jeszcze pod osłoną nocy dłuższą chwilę. Konwersując. Cierpliwość Gustave`a mocno została nadwerężona, ale pękł dopiero przy perfumach. W skrócie wyglądało to tak. 

grand-budapest-nose

 – Którędy do kryjówki? – Gustave spokojnie liczy na zmysł organizacyjny boya.
– Nic nie znalazłem. Rozpytywałem, ale…
– Nie ma kryjówki? Serio? Jesteśmy zdani na siebie? (…)
– Czas założyć przebranie.
– Jesteśmy przebrani – odpowiada Zero.
Gustave przypomina, że mieli sobie dokleić nosy i brody, na co Zero:  – Sądziłem, że pan zapuszcza.

Gustave przełyka rozczarowanie, które wzmożoną falą zaleje go za moment.
– Trudno. Spryskaj mnie trochę l`air de panache.
(ośla mina kochanego boya) Zapomniałem zabrać – mamrocze Zero.
– Co?! Zapomniałeś zabrać l`air de panache? Niewiarygodne! Jak mogłeś?! – wpada w „lekką furię” najcierpliwszy z konsjerżów. Nim  jednak zaczną w te pędy zmykać, trochę pogaworzą. I zasłuchają się w słowa wiersza, które przerwie alarm. – Zapamiętaj, gdzie skończyłeś – rzuca Gustave. Bo łasy jest na poezję jak inni na pączki (np).

Zapach, który poprzedza pojawienie się Gustave`a i zostaje chwilę dłużej niż on. I choć jako widz pozostaję poza zasięgiem, wyobrażam sobie tę intensywną, emanującą, ubraną w komunikat o sobie postać. Właściwie nie muszę zgadywać – marka GBH oferuje szyprowo-kwiatowe perfumy dla mężczyzn. Mają dość złożoną recepturę. Najnowsze (2014) zawierają: bazylię, bergamotkę, mandarynkę, petitgrain i zielone jabłko (nuty głowy); jaśmin i różę (nuty serca) oraz żywicę bursztynową, kastoreum, cedr, mech dębowy, paczulę i piżmo (jako bazę).

Mężczyzna w oparach zapachu. Ten perfum to lejtmotyw, nie mniej ważny od obrazu „Chłopca z jabłkiem” czy ciasteczek od Mendla. Znak rozpoznawczy, po którym szef policji wywąchał, że Gustave H. podróżował zatrzymanym pociągiem. Coś, co wśród największego zamieszania dostarczy jeden z konsjerżów, pamiętający, że choćby 15 mililitrów, ale zawsze. Gustave bez zapachu, byłby jak Grand Budapest Hotel bez Gustave`a. Nieco uogólnię: film Wesa Andersona jest uperfumowany. Dla spragnionych chleba z masłem, czystej wody i deszczu o świcie ta opowieść może mieć za dużo dodatków. Ale wiadomo: czasem właśnie dla dodatków ma się ochotę obejrzeć film. I nie ma nic złego w hojnie wrzuconych do sernika rodzynkach.

***

aneks
Grand Budapest Hotel zdobył sporo oscarowych nominacji (najlepszy film, reżyser, scenariusz oryginalny, zdjęcia i montaż). Wygrał w kategoriach: najlepsza scenografia, kostiumy, charakteryzacja i fryzury oraz muzyka oryginalna.

dzikie historie

Dzikie historie, reż. Damián Szifrón, Argentyna, Hiszpania 2014

Oscarowy rywal Idy. Film argentyński. Złożony z sześciu nowel, które łączy to, że ludziom (cytuję dystrybutora) – w różnych sytuacjach i z odmiennych powodów – „puszczają nerwy”. Pyszna zabawa – komedia, którą można obejrzeć na poważnie, jeśli taka wola i gust. Śmieszność jest z gruntu przewrotna, bo człowiek spokojny i zrelaksowany, gdy ogląda doprowadzonego do wkurzenia nerwusa, zawsze pod nosem się uśmiechnie. Całkiem dowolnie wybierając stronę, której kibicuje. Nerwus bywa niekiedy wyjątkowo długo spokojny. Ale taki się jeszcze nie urodził, w którym coś-kiedyś-gdzieś nie wzbudziłoby potrzeby dzikiego rewanżu. Albo na poszczególnym osobniku, albo na „całokształcie”.

Polecam. Działa odprężająco. Muzyka ładnie prowadzi akcję. Napięcie i suspensy przednie. I tu, niespodziewanie, ulatnia się wena recenzencka. Bo co tu pisać, by nie zdradzić najważniejszych konfrontacji? Ludzie, idźcie, zobaczcie. Pozdrawiam.

Rzecz jasna nie oddam klawiatury bez próby. Najpierw zajrzałam na Filmweb, by sprawdzić, czy ktoś coś mądrego napisał (zadziałałoby odstraszająco). Przeczytałam tekst zgrabny, z kilkoma spojlerami, a pod nim burzę komentarzy, odżegnujących Autorkę od czci i wiary. Bo odsłania fabułę, a nie wolno. Widzom „puściły nerwy”. Ktoś rzucił propozycję, by wprowadzić nową klasyfikację gatunkową: recenzje dla tych, którzy filmu nie widzieli i recenzje dla wtajemniczonych. Cudne, jak z komedii. :) Mam w tyle czaszki takie przykazanie, by nie spojlerować. Teraz doszło mi nowe: nie pisać pitu-pitu. Doprecyzuję (bo komentarze usunięto): unikać ogólności, które nie rozpatrują filmowych sytuacji, skupiając się na mądrościach czy intensywności przeżyć recenzującego. Oj tak, bądź tu mądry i pisz wiersze. Albo recenzję.

Dzikie historieNo to piszę. Tytuły nowel (z parafrazą translatorską):
1) Pasternak (Ręka w górę: kto nie zna Gabriela  Pasternaka?)
2) Las ratas (Czy przeterminowana trutka na szczury szkodzi bardziej czy mniej?)
3) El más fuerte (Nie wiesz co znaczy uścisk namiętności)
4)Bombita (Inżynierze Bombka, prosimy zająć się skarbówką!)
5) La propuesta (Są granice)
6) Hasta que la muerte nos separe (Śliwka w kompocie – do popicia tortu).

Wcale nie jest jasne, którą stronę trzymać. * Wyobrażam sobie, że można wspierać gościa, mającego chęć wyprawić wszystkich, którzy mu podpadli, w kosmos. Choć siebie widzę raczej wśród tych „podpadłych”. * Wielu będzie się puszyć, że należy utrzeć nosa cwaniakom w wypasionych autach, a mnie bardziej irytują drogowe żółwie. * Co do trutki, oficjalnie powiem, że nie stosuję. Chociaż nie wykluczam, że gdyby była pod ręką, tak samo blisko jak ktoś, kto zalazł za skórę moim bliskim, to korciłoby mnie złączenie tych bliskości. * Są podobno propozycje nie do odrzucenia. I są wyjątkowo sprawni negocjatorzy (vide: Mauricio). Ja kibicuję olśnionym jeleniom zrzucającym przyprawione rogi. * Bombeczka to mój ulubieniec, więc z trudem przyjmuję do wiadomości, że ktoś widzi w nim agresora. Gdyby Franz K. obejrzał Dzikie historie, kto wie, czy jego Józef dałby się wyprowadzić do kamieniołomu. * Ślub traktuję wyjątkowo: obie strony mają tej samej rangi ambaras. Boy to przewidział: …żeby dwoje chciało naraz.

I można robić – po seansie – licytacje na najlepszą nowelę. Uśmiecham się przy Bombeczce, ale prawdziwą wisienką na torcie (nomen omen) jest opowieść ślubna, finałowa. 

Oczywiście, poddaję się. Szyfrogram zamiast recenzji. Może i da się napisać sensowniej. Ale lepiej po prostu obejrzeć. 

aneks
Dzikie historie zdobyły oscarową nominację w kategorii film nieanglojęzyczny. Konkurowały z Lewiatanem, Timbuktu, Mandarynkami i zwycięską Idą.

słowa

Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wydawnictwo Czarne 2014

Świąteczne nastroje? U mnie nostalgia*. Otuliłam się nią i tak już będzie. Nawet jak przybędą pasterze, zwłaszcza w Cichą Noc, pomimo anielskiej Glorii. Boże Narodzenie, choć naznaczone radością i weselem, podszyte jest też smutkiem tęsknoty. Raczej za czymś nieuchwytnie minionym niż za tym, co może nadejść. Może to rozczulająca tęsknota za dawniejszą nadzieją, w której przegląda się nadzieja świeża, niemogąca tej dawnej dorównać intensywnością? Sprzyja temu nuta Preisnerowskiej kolędy, która w moim domu rozbrzmiewa zawsze chwilę przed Wieczerzą (o milknących głosach tych, których zabrakło).

Zapomniane słowaNic bez przyczyny. Zrzućmy całą winę na książki. Tę jedną czytałam tego roku w październiku. Potem w listopadzie. I w grudniu – hasła na „s” i dalej. Rzuciłam się na nią łapczywie i wyobrażam sobie, że można rzecz połknąć w weekend. Czyta się świetnie. Alfabetycznie ułożone eseje, szkice czy notki. Każda innym piórem pisana – znam większość autorskich nazwisk: Szczygieł, Bator, Komorowska, Ogórek, Miodek, Bereś, Młynarski, Chutnik, Bralczyk, Stasiuk, Grynberg, Tokarczuk, Milewicz, Łobodziński, Glińska, Chwin, Różycki etc. etc. Dziewięćdziesiąt krótszych-dłuższych wskrzeszeń.

Chodzi o słowa zapamiętane i ważne, które dziś trudno spotkać. Niektóre odeszły wraz z obyczajem czy cywilizacją, gdy zniknęły nazywane nimi przedmioty bądź zjawiska. Krachla (butelka z porcelanowym korkiem i metalowym kabłąkiem, wypełniona „szampanem dzieciństwa” – oranżadą) lub cnota, kukuruźnik, szmizetka czy podkurek.

Inne wyparła moda lub – co istotne – trendy tyleż językowe co dyktowane obyczajem i światem wartości (nobliwy, krnąbrny, kostyczny, charakterny, zacny czy taktowny). Ale mnie przyciągnęły właśnie te zawadiackie, rewelacyjnie rekomendowane przez tęskniących za dziecięcą psotą autorów: hecny, ancymon, urwis, facecjonista, trzpiot czy pieczeniarz.

W niektórych notkach szeleszczą stare słowniki, tropimy etymologię i ewolucyjne przesunięcia semantyczne. W innych bryka anegdota. Mariusz Szczygieł hecnie relacjonuje dowcipy sprzed lat, a Olga Tokarczuk wspomina przeklinającego dziadka (psiakrew!). A tak! Bo choć wydawać by się mogło, że słów z tej kategorii nie brakuje, to tylko pozór – w użyciu mocno nadwerężone trzy wyrazy, a dawne zaklęcia więdną i schną.

Lekko odsłaniam więc kurtynę i przemycam słowa, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Miglanc (Anda Rottenberg)
„Inaczej: sprzedawca wiatru. (…) Serdeczny i życzliwy. Elokwentny, choć raczej przytakuje i uwypukla, niż polemizuje. Wszystkich zna, wszystko umie, chętnie oferuje pomoc. Dopuszczony bliżej, zalęga się w domu i w obejściu. W zasadzie nieszkodliwy, lecz trudny do usunięcia”

Awanturnik (Ziemowit Szczerek)
„Kiedyś, dawno, dawno temu, ten polski awanturnik oznaczał nie tylko wyżej opisanego pajaca, ale również kogoś, kto poszukuje innego rodzaju przygód: podróżuje, szpera, jeździ po ciekawych, dziwnych miejscach, jest ciekaw wrażeń. A później tak się jakoś porobiło, że z tego porządnego i zacnego człowieka, awanturnika, typ pozostał paskudny. Ogr jakiś niewychowany, chamidło, bydlę wręcz. Brr. (…)”

Czuczeło (Małgorzata Szejnert)
„(Każde wypchane zwierzę to czuczeło. Nazwa oficjalna.)
W naszym domu w Białej nie było wypchanych zwierząt. Ale przypominam sobie coraz lepiej krążenie tego słowa po pokojach i kuchni i jego domowe znaczenia. Były kąśliwe, kpiące lub czułe. „Czuczeło” to ten, co wstał zaspany i jeszcze się nie uczesał. „Czuczeło” to ktoś, kto przyszedł, kiedy nie trzeba, stoi jak kukła i nudzi. „Czuczeło” to czyjś niewyraźny cień za oknem. „Czuczeło” to strach na wróble w ogrodzie sąsiadki (i sama sąsiadka). „Czuczeło” to stara miotła i zerwana firanka, która o zmroku przybiera widmowy zarys postaci. „Czuczeło” to uparte dziecko, które dopomina się bajki przed snem, gdy nikt nie ma czasu, bo jest przecież wojna, a dom pełen ludzi, z których większość przybyła ze wschodu. (…)”

Nie wiem, czy da się przywrócić, co odeszło. Czasem wystarczy choćby krótkie zapatrzenie, a pojemność świata niepomiernie wzrasta. Mimo nostalgii…

*Nostalgia, choć w słownikach wciąż przypisywana jest zadumie nad utraconą ojczyzną, dla mnie ma dużo większą pojemność. To siostra Melancholii, tylko mniej smętna, lekko uśmiechnięta i – w razie dobrego pretekstu – gotowa odnaleźć sprężysty krok i jasne spojrzenie.

 Z okazji Świąt,
lecz niekoniecznie z ich powodu,
życzę
wszystkim Gościom tamaryszka:
SŁÓW
co nazywają celnie i z precyzją,
koją i inspirują,
przenoszą góry, budują mosty, kierują wiatr w żagle naszych marzeń,
snują opowieść, w której można zamieszkać.

I tego, by SŁOWAMI się cieszyć,
(mieć w zanadrzu swoje „czuczeło” „krachlę”, „łapserdaka” )
ufać im i pokładać w nich nadzieję

na to,
że jeszcze może zdarzyć  się (niejedno!)

spotkanie, oczarowanie i zrozumienie.

I by wśród wielu słów nie zgubić tych najważniejszych
(tych, co to były na początku, a bez nich nic nie jest „tak naprawdę”).

globus przepity…

Geograf przepił globus, reż. Aleksandr Veledinsky, Rosja 2013

Globus przepity,  a świat i tak się kręci. Może nie byłoby źle: włożyć kij w szprychy i zablokować obrót. Pchnąć kulę po linii prostej, by zamiast bezcelowo śledzić własny ogon, spróbowała się dokądś dokulać. No ale jak? Codziennie ten sam poduralski pejzaż za oknem, sino-buro-szara tonacja, zmęczenie tubylców i drętwa robota. 

A ziemia toczy, toczy swój garb … i niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony... (Stachura). Dużo tęsknoty. Za „nie tu”, „nie teraz” i „nie tak”. I gdyby nie to, że główny bohater wzbudza przeogromną sympatię, mogłoby być za smutno. Tymczasem można przetrwać, skoro Geograf, dzielnie dzierżąc tarczę-buteleczkę, daje jakoś radę.

Geogrf przepił globusFilm dowcipny, ludzki, melancholijny, skupiony na tym, jak być szczęśliwym w świecie, który wiruje wokół osi „beznadziejność”. Nie, nie daje żadnych recept, więc wychodzi się z kina, myśląc: nie można. Albo: można, nawet tu i teraz, bo do szczęścia nie trzeba niczego specjalnego. No, odrobiny znieczulenia….

Wiktor zostaje geografem w miejscowym liceum – akurat ten etat jest wolny.  Z wykształcenia jest biologiem. Praca w szkole ma swój początek i koniec (przyjmą go i zwolnią), co jest w gruncie rzeczy optymistyczne. Historia  rozgrywa się tam, skąd wszyscy chcą wyjechać. Nie dziwota, że lejtmotywem jest wyjazd na wycieczkę. Najpierw po okolicy. Zamiast dyktowania  danych o miejscowym przemyśle, Wiktor ciągnie dzieciaki w plener. Podpuszczony obiecuje wspólną podróż. Ach, co to będzie za wycieczka! Niech nikt nie wątpi, że zawód nauczyciela to profesja dla ludzi o mocnych nerwach. 

Powiedziałam „dzieciaki”? A to mi się zdarzyło eufemistyczne przejęzyczenie. Nie byłoby dalekie od sedna użycie słowa „szuje”. Wejście do klasy to jak wtargnięcie hordy tatarskiej, tępota i tumiwisizm uderzające i jeszcze to siusianie na ściereczkę do mazania tablicy. Czas ostrzec potencjalnych widzów (zwłaszcza zatrudnionych w oświacie): są sceny brutalnie gwałcące nieskalaną wiarę w chłopięta i dziewczęta. Geograf nie wyznaczy w tym świecie nowych granic, ale swoje sposoby na nich ma. Do końca przy tym nie będzie wiadome, kto kogo trzyma w szachu. 

Na wycieczce:
Geograf pyta uczniaka o datę urodzenia. „A wy – do pozostałych – też ten sam rocznik? No to uwaga, żebyście nie mieli tej samej daty końcowej. Ja rządzę, za niepodporządkowanie kara śmierci”.
Po kilku perypetiach role się odwracają i to Geograf musi powtarzać dziesięć razy: „Jestem leszczem”. 

Duże wrażenie zrobiła na mnie pewna mocna (głęboko słuszna) scena, w której Wiktor, nie przebierając w słowach, mówi młodocianym, co o nich myśli. „Nie szanuję was, wy sami też się nie szanujecie”. „Nie tylko geografia, nic was nie obchodzi, nic nie jest dla was ważne”. Nie należy oczekiwać, że to jakaś kulminacja, ale słowa przynoszą ulgę.

Film nie kręci się wokół szkoły, bo jest przecież opowieść o mającym wzięcie u pań przyjacielu Wiktora. O jego żonie, kilku koleżankach, w tym ślicznej germanistce. O tym, jak się żyje, gdy wszyscy mają nie to i nie tyle, ile by chcieli. 

Wydaje mi się, że trudno opowiedzieć o filmie Veledinsky`ego i nie rozminąć się z tym, co nadaje mu urok. Może to coś da, gdy wspomnę o świetnym tle muzycznym, które czasem zabawnie, to znów romantycznie puentuje perypetie? Albo inaczej. Proszę zapomnieć o wszystkim, co powyżej, a zapamiętać jedynie puentę.

Nieprawda, że opuszcza nas romantyzm, bo życie mu nie sprzyja. On tylko zmienia sposób ekspresji. Licealistka Masza (podkochująca się w Wiktorze) nosi w zeszycie fotografię zachodu słońca podpisaną: „Wielki Wybuch”. Wiktor robi komórką zdjęcie namakającego w rzece listu z daremną prośbą o uczucie (nie jest ani nadawcą, ani adresatem). Wywołuje fotkę i podpisuje „Zwykła Woda”. Ale czy róża nazwana inaczej mniej by pachniała?… (oczywiście, kradnę tę różę od Szekspira). Czy nieszukanie ckliwości miałoby znaczyć, że nie ma popytu na uczucie? Czyż…? No nie, oczywiście, że nie. ;)

kisiel na wakacje

Marta Kisiel, Nomen omen, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2014

Kierunek: Wrocław

To dziwne jest. Jakby mi brakło jakiegoś genu. I to nie w sferze percepcji bezpośredniej, lecz tej przetwarzającej. Czytam z przyjemnością. Tak, to jest jazda bez trzymanki! Styl zakręcony jak korkociąg. Aż chce się go naśladować i mówić à la Niedaś, pić herbatki do wtóru z siostrami Bolesnymi, może nawet wywinąć orła temperamentnie jak Salka albo zapleść włosy w gruby warkocz i rozejrzeć się kogo przywabię.

Szalenie mi się podobały blogowe recenzje książek Marty Kisiel (Nomen omen i wcześniejszego Dożywocia). Aż kipi w nich od zachwytu, dziękczynnej radości i nadwyżki wygibasów, które jak nic wskakują w idiolekt piszących za sprawą kontaktu z Autorką. Może do dwóch odeślę, bo ja tak fajnie nie napiszę.  Bo we mnie przyjemność nadzwyczaj szybko się ulatnia. Nie odmienia mnie i nie przymusza do wyczekiwań na następny tytuł pani Marty. Rdza jest raczej po mojej stronie, gdyż zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Taki rozkrok. Przyklaskuję zachwyconym recenzjom – bo wymienione w nich atuty są adekwatne. Niemniej jednak… wakacyjny szlagier nie będzie mi towarzyszył zbyt długo. Odsyłam do Bazyla i do Padmy.

Nomen omen

Drążenie tematu, czyli szukanie słabych stron, by uzasadnić swój brak uniesienia, byłoby grubą nieprzyzwoitością. Co mnie cieszy? Dlaczego warto było zająć lekturą dwa popołudnia?

Hmm… za moment wybiorę się do Wrocławia, by oglądać nowohoryzontowe kino. Tymczasem tu, po krótkim preludium w Kotlinie Kłodzkiej, trafiam wraz z Salką na ulice tego miasta, niejedną rozpoznaję i choć axis mundi, czyli domek czarownic na Lipowej 5, jest mi nieznany, to i tak wrocławskie tło jest dużym atutem. Zwłaszcza, że to i Wrocław, i Breslau zarazem. Współczesność i historia (los uchodźców) przyprawione gotycką fantastyką. 

Bohaterowie są wyraziści. Nie da się powiedzieć, że pełnowymiarowi, bo nie taka intencja przyświeca humorystycznej powieści. Coś z Chmielewskiej pobrzmiewa na drugim planie, i może coś z Niziurskiego. To także walor, który przeniósł mnie do czasów, gdy uhahanie* podczas lektury i adrenalinka przygodowa były mi bliższe niż dziś. Wszyscy są do polubienia. U mnie numer jeden to Jadwiga Bolesna-Tupatajkowa, czyli środkowa z 85-letnich „sióstr ksero”. Zaraz na drugim miejscu – starsza od niej o trzy minuty – Matylda, niegdysiejsza profesor od łaciny, sypiąca jak z rękawa sentencjami, a przy tym poważna, przenikliwa i nie do zdarcia. A Jaga i tak górą – za młodzieńczość. Za potańcywanie w kuchni i za pstrokate stroje („niczym reinkarnacja Isadory Duncan na ostrym haju”). Za to, że nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i budzi popłoch na każdym szpitalnym oddziale (jako że wieki świetlne temu szkoliła medyczną kadrę na uniwersytecie). No i rzecz jasna – za buńczuczną miłość do komputerowych nowinek, zwłaszcza do gier z serii Warcraft, w które angażuje się niczym roznamiętniona nastolatka. 

Salka Przygoda, od pierwszej sceny budząca sympatię i chęć udzielenia wsparcia, może aż nadto często się przewraca, a jej młodszy brat Niedaś, mówiący rezolutnym językiem, tak jak mnie oczarował, tak później nieco umęczył. „Seryjnie”. ;)

Powiedzmy, że to jest karkołomne do potęgi: wplatać w przygodową fabułę wątki z polskiego romantyzmu! Aż trudno uwierzyć jak zgrabnie to wyszło. Słowacki i Mickiewicz, ale jacyś wyzwoleni z brązu wieszczów, choć przywołani z pełną świadomością, że zna ich tak naprawdę ledwie ułamek gnębionego szkolną wersją narodu. W roli tegoż ułamka wystąpił Bartek, doktorant polonista. Jakżesz świeżutko wskakują na scenę dziady i Upiór! Jak pięknie Juliusz S. snuje myśl o melancholii… Cytat nieodzowny. Rozmówcy: ojciec Salki, Paweł Przygoda i Bartek, jej „fatygant”, tekst wyjęty z Anhellego.

„– Miło mi poznać młodego człowieka! – huknął, chwytając dłoń Bartka i ściskając ją serdecznie. – Przygoda! Technik elektronik, agnostyk, empirysta!
– Tokarski! – odhuknął Bartek odruchowo. – Filolog polski, ateista, romantyk.
– Romantyk? – Brązowe oczy aż się roziskrzyły. – „Chorobą zgubną mówię: jest melancholija i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy…”
– „Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się” – Bartek dokończył gładko.
Paweł Przygoda o mało nie pęknął, czując, jak wraz z tym cytatem łączy ich marynarskimi węzłami lina okrętowa w postaci całego dziewiętnastego wieku z przyległościami.
– Synu! – wydusił przez ściśnięte wzruszeniem gardło. – Mów mi ojcze”.

Długo by można wybierać, które fragmenty najlepiej oddadzą aurę językową powieści Marty Kisiel. Samotny cytat mówi niewiele. Ten styl ma swadę, energię, upodobanie do neologicznych zawijańców, do zdań poskładanych wielostopniowo, lecz tak lekko, że czytelnik sunie jak z górki, bierze wszelkie zakręty i w ogóle go nie bolą biodra. Cecha priorytetowa: zmysł humoru. I to w różnych tonacjach. Bo inaczej jest, gdy Niedaś (student) mówi szyfrem żargonu, inaczej gdy fatalistyczny dowcip uruchamia Salomea, a inaczej gdy od niechcenia odbiją piłkę panie starsze. A przecież nuta dominująca to sama narracja. 

„– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!”

„– Siostra, tobie też tak to zryło beret? (…) Ta myśl pomału torowała sobie drogę przez zryty beret Niedasia. Zamrugał, gdy w końcu dotarła do celu i padła tam wycieńczona”.

„Piątka z plusem, blok i kredki”. Bez względu na to, „o co kaman?”. To był rollercoaster. Doceniam, smakuję, ale w głowie mi się kręci. O, jak miło będzie znów pospacerować. I jeśli to prawda, że gdzieś nad brzegiem Odry stoi krasnoludek i pierze sobie portki – to ja go znajdę! 

***************

* Istnieją dwie wersje zapisu, podobnie jak z onomatopeicznym „ha! ha!” i „cha! cha!”. Zdaje się, że ta z „ce-ha” jakby bardziej lansowana, ale obstaję przy dźwięcznym „ha”. Sprostowanie ma mnie rozgrzeszyć z ewentualnych posądzeń o dysortografię.

podsłuchane, podczytane

Właściwie bez komentarza. Wystarczyłby link, lecz przepisuję to sobie i innym – dla pomnożenia dowcipu. Rzecz oparta na zapiskach dziewczyny („księgarnianki”) pracującej we wrocławskiej księgarni. Dialogi z życia wzięte. Nic nie przebije „dziesiątki”. ;)

Całość można przeczytać pod wskazanym linkiem: TUTAJ

4

1. 

– To prawda, że nie macie skakanek? 
– Prawda. 
– No wie pani, właśnie mi sąsiadka powiedziała, że nie macie i przyszłam sprawdzić, bo to strasznie dziwne, nie uważa pani? 
– Nie widzę nic dziwnego w braku skakanek w księgarni. 
– A ja widzę. Do widzenia.

2. 

– Szukam przewodnika, ale chyba go nie ma. 
– Jakiego przewodnika pan szuka? 
– Geograficznego. 
– A dokładniej? 
– Szukam przewodnika państwa.
– Jeśli mi pan nie powie, jakie to państwo, to nie będę mogła panu pomoc. 
– Boże, jaka pani jest wścibska! 

3. 

– Dzień dobry w czym mogę pomóc? 
– Mój kolega słuchał audiobooka XXX. Ale ja chcę książkę, bo podobno książka jest lepsza. 

4. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc?
– Szukam mapy Wrocławia.
– Proszę, ma Pani do wyboru.
– Ale na każdej z nich jest napisane, że to na Euro, a ja szukam mapy po Euro, takiej bez stadionu. Po co mi stadion, ja ulic tylko potrzebuję.

5.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak. Dostanę nową książkę Dana Browna „Piekło”?
– Oczywiście, proszę. 
– Ale tu jest napisane „Inferno” a ja chcę „Piekło”! 
– To ta sama książka – „inferno” z włoskiego to „piekło”. 
– Pani jest chyba pomylona jakaś. 

6. 

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Ja mam tylko jedno krótkie pytanie. 
– Tak, słucham.
– Czy ten „Ulisses” Jamesa na wystawie to jest ciąg dalszy „50 twarzy Greya”?

7.

– Dzień dobry, szukam książki. Teraz żeby nie strzelić gafy…Stanisław Lem napisał takie książki „O kobiecie”, „O mężczyźnie…” 
– Znaczy Lew? Lew-Starowicz?
– O, tak właśnie! Prawie mi się udało.

8.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, poproszę trzecią część trylogii El Greya.

9.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Tak, szukam lektury. Chwileczkę tylko znajdę kartkę, bo dziecko mi zapisało…o jest: tytuł: „Szekspir”, autor Hamlet. Macie na stanie? 

10.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? 
– Szukam książki. Ale nie pamiętam tytułu. 
– A może pamięta pani nazwisko autora? 
– Tak. Pamiętam, że miał w środku nazwiska taką kreseczkę. Proszę po tym wyszukać. 

11. 

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Szukam najnowszej powieści tej pisarki. 
– Której? 
– No tej…, no tej z włosami. 

12.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 
– Widzi pani, wczoraj słyszałem recenzję książki. I bardzo mi się spodobała. 
– A może pan podać autora albo tytuł, to sprawdzę czy mamy. 
– Nie pamiętam. Ale ma kosztować 29.90 albo 39.90. Może po cenie pani znajdzie?

fugazi (wilk z wall street)

Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, USA 2013

„- Wiesz, co to jest fugazi?
– Lipa.
– Fu-gah-zi, fu-gay-zi, czyli ściema, pic na wodę”.

Nowojorska knajpka, gdzie przy stoliku maestro wtajemnicza adepta. Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio) jest początkującym brokerem, Mark Hanna (Matthew McConaughey) to wyluzowany, cyniczny szpaner. Piękna scena! Mistrzostwo McConaugheya, wystukującego swoiste mruczando i z uśmiechem filozofa objawiającego elementarne reguły gry. Brak skrupułów przy drenażu kieszeni klientów. Narkotyki, by nakręcić haj intelektu. Seks dla odreagownia napięcia w ciele. Psychosomatyczny savoir vivre. Popisowy epizodzik. Ale cichutki DiCaprio (z rozrośniętym apetytem na kasę), onieśmielony, lecz podrajcowany i pytający nieśmiało: czy używki nie przeszkadzają w pracy? – też zapada w pamięć.

Wilk z Wall Street. plakat

Zaczyna się jazda bez trzymanki (bez zasad, bez hamulców, bez refleksji).
Z hiperspożyciem i megaodlotem.
Z „towarem” w ilościach hurtowych. Dużo dragów, ekscesów i przekrętów. Łukasz Muszyński na FilmWebie (dobra recenzja) nazywa ten świat „królestwem zwierząt w rui”, a sam film brokerską wersją Chłopców z ferajny. Dodajmy: to komedia! Choć rzeczy same w sobie śmieszne nie są.

I za jedną z głównych myśli po seansie uważam tę o niesamowitej sile perswazji (gra aktorska, tempo i ton), która hibernuje refleksje. Scorsese nie tylko trafia tym filmem do czołówki niegrzecznych tytułów, ale bez najmniejszej dozy moralizatorstwa pokazuje, jak łatwo się wkręcić. Widzieć żenadę, ale bić brawo dla stylu. Rozumieć, że by mieć, trzeba komuś zabrać, ale zapominać o wydrenowanych w okamgnieniu. Nie mieć złudzeń, że zachłanność może cokolwiek naprawdę dawać, ale uśmiechać się na widok nonszalancko rozrzucanych zielonych banknotów. Można widzieć w Jordanie Belforcie żałosnego kabotyna i nie móc oderwać oczu od wcielającego się w tę rolę DiCaprio. 

Grany przez niego Jordan Belfort to postać autentyczna. Ambitny typ. Zaczynał od zera, bez rodzinnych koneksji. Na przełomie lat 80. i 90. zdobył licencję maklera dzień przed krachem na giełdzie. Porażka stymuluje sukces. Swój dom maklerski (Stratton Oakmont) stworzył, przekształcając giełdę spółek groszowych. Sedno operacji polegało na sprzedaniu klientom nic niewartych akcji za niską cenę, ale z wysoką (50%!) prowizją. Kto umie wykreować popyt, ten zyskuje. Innowacja Belforta, która przyniosła mu prawdziwe kokosy, opierała się na dotarciu do bogatych inwestorów. Trzeba było oferować im poważne akcje, ale nic nie stało na przeszkodzie, by dorzucać w pakiecie ofertę akcji śmieciowych (tych, na których klient straci na pewno, a makler zawsze zyska). Nazwano to techniką „Kodak pitch” (Kodak na przynętę, śmieci w aneksie). Sława fałszywego Robin Hooda, który zabiera bogatym, daje swoim, przyciągała ryzykantów. Margines działań nielegalnych był szeroki jak wezbrana rzeka. Co doprowadziło do więziennej odsiadki, a przedtem do spektakularnej gry z prawem i konkurencją. Belfort – jak kot – ma siedem wcieleń. Siedem znaczy nieskończenie wiele. Dziś jest cenionym trenerem sprzedawców. Niższe loty, ale wciąż nie brakuje chętnych, by uczyć się u mistrza przekrętu. Biografia, która porusza wyobraźnię, a wyobraźnia hollywoodzkiego scenarzysty operuje paletą insywnych barw.

Wilk... Leonardo DiCaprioDiCaprio jest genialny.
Film ma wiele mocnych stron, ale świeżo po seansie w głowie szumi aktorstwo Leonarda. Poniżej kolaż kilku moich ulubionych scen – czytelny dla tych, którzy Wilka… już widzieli.

Najpierw szopa, bez komputerów, z której maklerzy wydzwaniają do listonoszy z wiadomą ofertą. I Jordan przy słuchawce (pozostali z wrażenia odkładają własne). Oferuje śmieć niczym złotko w celofanie. Mnie przechodzi dreszcz, by nigdy nie wierzyć sprzedawcom. „Listonosz” (chodzi o kategorię ubogich klientów) kupuje za wszystko, czym dysponuje. Widok miny współmaklerów – bezcenny.

Dalej: rozmowa z agentem FBI na jachcie. Belfort skąpany w luksusie, usiłujący wzbudzić zaufanie cnotliwego agenta, który podejmuje grę i nie da się osądzić, kto kogo bardziej nabiera. Dla tego dialogu, warto powtórzyć seans.

DiCaprio jako gość z charyzmą. Sama już nie wiem, czy mam mówić, że on tak gra, czy że naprawdę tę charyzmę w sobie nosi. Jego Belfort jest ćpunem z fantazją, obsadzonym w szeregu komicznych scen. Ale gdy w kryzysowym momencie staje naprzeciw wpatrzonych w niego maklerów, którym szefuje, staje się mistrzowskim retorem. Ja wiem, że Amerykanie mają to wpajane od dziecka: sztukę autokreacji i przemawiania do wspólnoty. Na ogół twierdzę, że na mnie by to nie działało. Tu jednak mogę przynajmniej zrozumieć, dlaczego działa. W ogóle: choć komediowa konwencja filmu operuje przerysowaniem, jest też wnikliwie demaskatorska i celna.

Wreszcie: sekwencja z narkotykami. Jordan i Donnie są w impasie, na pociechę biorą ponoć legendarnie mocne piguły. I nic. Mija kwadrans, drugi, trzeci, czwarty, i nic. Ale nadszedł moment, gdy jednak coś. I to, w jaki sposób DiCaprio gra pełzającego kierowcę z językową afazją, to jest  crème de la crème Wilka z Wall Street. Białe ferrari mknie, lawirując, niczym sterowany boskim zamysłem celnie wymierzony pocisk. Choć, gdy z chorej jaźni zdejmie się jedną warstwą i kolejną, to zdarzenia odzyskują alternatywną wersję. Można powiedzieć, że gra aktorska ma wiele aspektów i niekoniecznie najwyżej cenić takie spektakularne wygibasy. Jasne, prostota pozostanie szczytem wyrafinowania. Ale DiCaprio w roli Belforta na haju działa oszałamiająco.

***

Podobno percepcja filmu ostyluje między skrajnościami, do mnie dotarły zachwyty, wręcz peany na cześć reżysera. Jeśli więc mówią, że to jeden z najlepszych tytułów Scorsese`a, to jest powód, by osobiście to sprawdzić. Dodatkowym argumentem niech będzie kontekst, w jakim Wilka z Wall Street można osadzić. Z jednej strony Ziemia obiecana, z drugiej Tarantino!

Triumwirat golców, którzy nie mając nic, „mają w sam raz”, aby osiągnąć wszystko („zbudować fabrykę”) rozgrywa się w XIX-wiecznej Łodzi, gdy pieniądz przewartościowuje dotychczas obowiązującą etykę. Może nie na taką skalę jak w Nowym Jorku sto lat później, ale chodzi o to samo. Pieniądze trzeba kochać bardziej niż zasady, to cudowny katalizator wszelkich karier. Tyle że świat Wajdy (ściślej: Reymonta) ma jednak wciąż czytelne punkty odniesienia. Borowiecki jest cynikiem, lecz jego ojciec, narzeczona Anka, nawet Maks Baum (ogniwo trójcy) są ludźmi honoru. Są tu tacy, którzy strzelą sobie w łeb, gdy zawiedzie ich fart (Trewiński, czyli Łapicki), choć bardziej giętkie karki nagięłyby się do nowych trendów. Scorsese ten równoległy świat unieważnia.

I tu – do opisania Wilka z Wall Street – przychodzi w sukurs Tarantino. Beczka przypraw: przekleństwa, nagość, żądze i przyspieszenie obrotów: tu wszystko ma tempo galopu. Akcja, montaż, wir pieniędzy. Od Tarantino zapożyczony (?) jest również żywioł parodii i groteskowość postaci. Garstka tych, z którymi Belfort rozkręca swoją firmę to skończone łapserdaki, banda frajerów, z których co jeden, to mniej rozgarnięty. Widać nie trzeba używać obu mózgowych półkul, by coś osiągnąć. Może nawet się nie powinno. Im bardziej ograniczymy przestrzeń, która wyznacza cele, tym mniej rozpraszających wątpliwości. Tarantino moralistą nie jest. Scorsese… morały zostawia za drzwiami, ale one chyba jednak wskakują przez okno. Po seansie. Diagnoza świata i temperatura ludzich żądz nie stygnie w sosie komedii. Bardzo intensywnie ten komizm przyprawia.

***

Oczywiście, gdy ktoś ma fazę na Domek na prerii, to po Scorsese wyjdzie znokautowany. Niemniej warto(!) przeżyć trzygodzinny seans z Leonardem, wśród szelestu pieniędzy, na 50-metrowym luksusowym jachcie, na sali maklerskiej z opętanymi użytkownikami telefonów, którzy raz po raz zamierają, by wejść w trans spotkania z charyzmatycznym przywódcą. 

Fugazi, wielka ściema, którą wprowadza się w obieg niczym ersatz na głód sukcesu. Ściemą są śmieciowe akcje i grubsze malwersacje, i ułuda kolorowego życia, i wykreowany w nas sztucznie popyt na bajeranckie życie. Co do wniosków, jakie wyciągnie widz: niechby zbyt wielu nie uczyło się rzemiosła Belforta zbyt dosłownie. Ale z pewnością każdy z widzów  przyswoi sobie elementarną sztuczkę – jak sprzedać długopis! ;)

zupa z gwoździa

Anna Onichimowska, Zupa z gwoździa, EZOP Agencja Edytorska, Warszawa 2013

Bardzo przyjemne, bardzo. Lekkie, wciągające, absurdalne, zabawne i otwierające moje czytelnicze serducho na faceta-narratora, który nie bez winy, a i tak całkiem ok. Słowem: polecam. Teraz właśnie jest najlepszy czas, by po Onichimowską sięgnąć. To już moja świecka tradycja: w ubiegłym roku w świateczne dni czytałam jej Pomiędzy. Teraz Zupę z gwoździa. Jeśli Autorka postara się na następne święta dostarczyć kolejny tytuł, to siłą rozpędu (i świadomego wyboru!) drogą kupna nabędę. Dobry tytuł na prezent. Trzeba tylko wyrachować komu go dać. Poniżej pomoc dla dedukujących.

Zupa z gwoździaRzecz rozgrywa się w Warszawie (skąd raz po raz bohaterowie wyjeżdżają do Krakowa). Zaczyna się w początkach grudnia – sporo mówi się o nadchodzącym końcu świata (21.12.2012!), co w pewnym sensie się ziści, bo jasna sprawa, że końce nie potrzebują nazywać się od razu Armagedon. Koniec czasami jest nieuchronny i niezbędny, by móc coś zacząć. Albo – jeszcze lepiej – wyrwać się z pętli czasu, z pogoni za przyszłością, z uzależnień od przeszłości i włączyć opcję Teraźniejszość. 

Małżeństwo niedoskonałe, acz bez frustracji i jadu. Marysia i Jan. Ze stażem ponaddwudziestoletnim (w dorobku córka Zosia i zięć Wiktor, omyłkowo zwany Franciszkiem). Kilkoro spowinowaconych (osiemdziesięcioletni rozamoryzowany wuj, siostrzeniec zbierający żołnierzyki dla partnera, amerykańska siostra bohatera, która kocha krokodyle etc.). Kilkoro bliższych i dalszych znajomych: zdystansowany Kurdeblaszka, moherowy Rycerzyk lubiąca krówki-ciągutki, bosostopa Murzynka, która na balu wystąpi w duecie z Janem (jako „kapusta” przy „schabowym”). Mądrze gadający pies i bez sensu trujący szef. Tu uściślę, że małżeństwo ma niezbyt intratne wykształcenie: polonista (zaczepiony w redakcji prasowej) i psycholog (sprzedająca lodówki). 

Nie wchodząc w szczegóły, o czym to jest? O tym, że gdy codzienność skrzeczy rozlicznymi brakami, praca z dnia na dzień wydaje nam się bardziej durna (przekraczając limity naszej odporności), gdy to wszystko wkracza inwazyjnie w bliskie relacje, zaniedbywane od niechcenia i bez premedytacji – to wtedy ocalający jest humor, dystans i swing. Swing rozumiem jako melodię własną, ze splotu naszych osobistych skłonności wypływającą, która pozwala nam nawet w chórze śpiewać swoje. Precyzyjniej: jeśli się rozbuja, to nauczy nas żyć poza chórem, solo lub w parze. 

I jeszcze jest o tym, o czym mówi blurb Macieja Wojtyszki: „Tę wnikliwą, dowcipną i mądrą książkę powinna przeczytać każda normalna kobieta, która pragnie zrozumieć współczesnego mężczyznę, i każdy współczesny mężczyzna, który i tak nigdy nie zrozumie, w jaki sposób się w to wszystko wpakowujemy. (…)”
Na potwierdzenie wyciągnę kilka nitek z osnowy. Marysia mówi z niepokojem do Jana, że gdy śpi, to wygląda, jakby śnił nieswoje sny. Jan najpierw się nieopatrznie dziwi (bo też czyje jak nie jego?), a potem po męsku radzi, żeby się nie przyglądać, wziąć coś na sen. (Arcymęskie! Usunąć bodziec zamiast próbować zrozumieć). Marysia po babsku drąży dalej. Konstatacja Jana: „Problem między nami polega na tym, że przez 25 lat bycia razem ona często werbalizuje, czego nie chce, a rzadko, czego chce”.

I jak znam siebie, mogę przytaknąć, że brzmi znajomo taka oto sytuacja. Marysia zbiera się do rozmowy. Znienacka wciąga w nią Jana. Temat rozmowy zahacza o pyłek i księżyc („wszystko między nami”). Pytania są logiczne i konkretne, choć rzeczywiście przeskakują z planety na planetę. A facet nie nadąża, bo niepotrzebnie się asekuruje, próbuje zgadywać, co padnie za chwilę i idzie w zaparte, że żadnego problemu nie dostrzega. Dla mnie to bardzo esencjonalne, a przed pretensjonalnością ratuje zmysł absurdu (i humoru). W praktyce wygląda to tak. Zarzut głównego kalibru: miałeś romans. Marysia nie umie pojąć tego, co dla Jana oczywiste: że bez znaczenia skoro bez uczuć i dwie dekady temu. Dalej: nie zauważyłeś, że mam nową marynarkę, nie chcesz się poświęcić i wyjechać na wakacje gdzieś daleko, w roli telefonicznej tapety masz nosacza (małpę z Borneo – to obsesja Jana) a nie mnie, nie chciałeś wziąć kundelka ze schroniska, dlatego nie mogę spać… I znów większy kaliber: nie dbasz o grób rodziców, o mnie też zapomnisz bez żalu. Et caetera. Marysia – dla wspólnego dobra – mówi mu, co stoi na przeszkodzie, by było normalnie. Jaś próbuje poskładać puzzle i nic mu nie wychodzi. Podpowiadam (zgadując), że w takiej sytuacji po prostu trzeba bezdyskusyjnie zrealizować jedno z kobiecych pragnień i jeszcze jedno (ekstra) spoza listy. 

Trzy pasje ma mężczyzna (nadmienię, że to on prowadzi narrację). I w każdej z nich bardzo mu sekunduję. Jedną jest nosacz, którego podgląda dzięki mapom Google. I ja zajrzałam, dziwny dziw, zgodność nazwy z wyglądem niezwykła. Drugą jest gotowanie. Trzecią – pisanie. Jest blogerem! Niezbyt chyba poczytnym, ale nie o to w tym chodzi, pisać trzeba, nawet gdy brak chętnych odbiorców. Wiadomo: dziś czytelnik to skarb, a piszący jest tylko jednym z milionów. 

Zupa z gwoździa jest możliwa do upichcenia, przepis na blogu o tym samym co książka tytule. Sednem kulinarnego gustu Jana jest prostota. Nie wiem, czy jest to zamysł ironiczny, mnie akurat przekonuje. Gdy razu pewnego cała rodzina zamawia kolację w restauracji, wybory trafiają na frymuśne w nazwie dania: „wątróbki cielęce na gnieździe z brokułów, z pieczonymi kasztanami, nadziewanymi szynką parmeńską i wędzonym pieprzem, pod dymną osłoną” i inne, w których odrobina konkretu jest „pod kołderką” lub „wsparta na postumencie”…. Jan prosi o herbatę miętową. Jako jedyny zamawia „spaghetti z wody, osobno oliwa i parmezan”. 

Pisze Jan bloga i pisze listy. Zawodowo odpowiada za kontakt pisma z czytelnikami. Gdyby czekał aż listy same nadejdą, toby pracę stracił, więc pisze do siebie sam. Listy są cudnie absurdalne i świetnie komentują perypetie życiowe Jana. Skoro na niego coś padło, to mogło też paść na innych. Przykład: 
„Kochany Panie Redaktorze,
może mi pan odpowie, dlaczego jednym coś się udaje, a innym nie. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: zderzają się trzy samochody na pustyni. Zwykle tylko wielbłądy po niej biegają, a tu – takie zjawisko nadprzyrodzone. Że samochody, że trzy, no i wypadek. Dwa trupy, a trzeci nawet niedraśnięty. Kto tym kieruje? (…) U mnie póki co aż tak źle nie jest, ale odpukuję w niemalowane, unikam trzynastek, spluwam przez lewe ramię, nie przechodzę pod drabiną, robię, co mogę. Chociaż przesądny nie jestem. Gdyby miał Pan jakiś pomysł, jak oszukać przeznaczenie, albo chociaż przechytrzyć, proszę o kontakt.
Jarosław z Milanówka, skrytka pocztowa 33”

Cóż, z fatum nikt nie wygrał (vide: Edyp), ale dużo daje dobre przemycie oczu i odnalezienie tego, co już się ma. Nie przeczę, że satysfakcjonuje mnie taki przebieg fabuły, który wyjaśnia mężczyźnie, że nigdy dość doceniania kobiety i trzymania za rękę, by nie uciekła (bo też czasami każda ma na to ochotę). Choć, myślę sobie, że w swej lekkości książka Onichimowskiej jest jednak dość przewrotna.
(Jan o Marysi): „Ona nie ma takich lęków. Czasem wydaje mi się, że jest odważniejsza ode mnie. Nie boi się latać, przebiega na czerwonym świetle, chodzi na wysokich obcasach, no i w ogóle”.

odtrutka

[Ktoś mi podrzucił odtrutkę. Prosiłam o to Ktosia, bo czułam, że zna mnie na tyle, że (primo) znajdzie coś, co zadziała i (secundo) wpadnie na coś, co mi do głowy by nie przyszło. Ktosiu Drogi, ucieczka Eliasza jest świetnym remedium, jest niczym szpila przekłuwająca balon. Czyli ok, toksyna się ulatnia.]

TRUCIZNA
W moim przypadku to jedno małe spięcie, za mało, by opisywać. Ale temat toksyn jest smaczny i nęcący. Podejrzewam, że księga trucicielskich przepisów nie byłaby tak pękata jak zbiór receptur kulinarnych, ale kilka zaszyfrowanych substancji miałoby duże wzięcie. Oto kilkoro podejrzanych, cieszących się zasłużoną złą sławą gagatków.

cyjanek – chyba dość popularny, ja mam na wierzchu pamięci opowieści wojenne i biały proszek noszony przy sobie na wszelki wypadek; oferta szybszej drogi do kresu, z ominięciem tortur lub lagru;
cykuta (inaczej szalej lub blekot) – najsłynniejszą jej ofiarą był Sokrates, „pachnie pietruszką i ma słodkawy smak” – muszę uważać, jestem pietruszkolubna;
arszenik (wielu kosztowało – Madame Bovary na przykład, ale i tak nie sposób przebić gości częstowanych przez dwie nobliwe damy w Arszeniku i starych koronkach),
wilcza jagoda (czyli belladonna – wyczytałam, że „renesansowe elegantki używały jej do uzyskania efektu tzw. sarnich oczu, co było dalej z tymi elegantkami – nie wiem, na wszelki wypadek mrużę własne); padł od niej wielce ostrożny Oktawian August, który miał oko na pichcenie potraw, bo przeczuwał swój los – niewiasta przechytrzyła go wstrzyknięciem trutki w figi (wiszące na osobistym drzewie Oktawiana);
tojad (truje, ale też pomaga pokonać wilkołaki!, ma śliczne, niebieskie i granatowe kwiaty), myślę, że trucizny powinny być piękne lub smaczne, więc szanuję tojada;
strychnina (nie wiem, kto się truł strychniną, ale odstrasza już sama nazwa; wiem, że padały od niej szczury);
mandragora – ma najpiękniejszą nazwę z wszystkich trucizn, brzmi jak zaklęcie, bo i była stosowana w magii; korzeń mandragory przypomina kształtem ludzką sylwetkę (i podobno krzyczy, gdy się go z ziemi wyrywa), trochę truje a trochę uzdrawia (afrodyzjak „pełną gębą”!); nie prowadzę statystyk, ale to ulubiona trucizna literackiej klasyki.

Poza tym: uwaga na grzyby. Nie naśladować muchomorzej skłonności Wojskiego!

Ktoś powie może, że co tam wilcze jagody, lulki czarne czy blekoty, kiedy to tylko ingredienty a mikstura jest substancją wciąż tajemną. Ano jest. Trzeba by spytać Marhołta, czym smarował miecz albo Izoldę, jak leczyła rany Tristana. Pociągnąć za język ojca Laurentego, może by zdradził, jak skomponował truciznę, która działa 42 godziny (pozorowana śmierć Julii), bo ta toksyna wydaje mi się ciekawsza niż banalna trucizna aptekarza zakupiona w Mantui przez Romea. Nie pomnę – czy mistrz Wilhelm z Baskerville rozszyfrował substancję, którą brat Jorge umieścił na zakazanej księdze o śmiechu (mordując tym sposobem ciekawskich mnichów z Imienia róży)? Hmm… no tak, najlepiej wziąć na spytki detektywów z mrocznych serii kryminalnych, mogą być rozeznani w temacie. 

Jeśli kogoś naszła chęć na literackie tropy, to polecam konkurs na Biblionetce (niestety, przeterminowany, odpowiedzi już ujawnione, ale to nie odbiera sensu temu, by tam zajrzeć: TU) – „Trucizna w literaturze”.

ODTRUTKA
Co najlepiej pomoże na trującą sytuację nieorganiczną? Dawka humoru. Komu potrzeba sarkazmu i ironii, ciętej riposty i miażdżącej krytyki wroga, ten poszuka zjadliwej satyry lub cynicznej analizy. Jam nie z tych, mnie pomaga środek łagodniejszy. Tym razem wsparcie nadeszło z Czech: Jaroslav Hašek, Opowieści z piwiarni. Fotka wojaka Szwejka występuje wyłącznie w roli znaku firmowego. Głęboko wierzę, że kąciki niemal każdych ust wędrują w górę na ten widok. A książka, której fragment wysłuchałam, jest zbiorem humoresek. Tyle wiem: rozdział 09. to opowieść o proroku Eliaszu, konsekwentnie stylizowana na  humor żydowski.

Stało się bowiem tak. Zaginął Eliasz, prorok. Znalazł się po stuleciach apokryf i sprawa nabrała rumieńców. Także w tym znaczeniu,  że jest odrobinę wstydliwa. Eliasz (poważny gość, bądź co bądź), po zjedzeniu salami stał się nad wyraz wyrywny. Zaatakował dzieci, które przezwiskami zdiagnozowały stan jego czupryny (ściślej jej brak, był bowiem Eliasz łysy jak kolano). Sprawa toczy się w sądzie, który ku memu zaciekawieniu usiłuje bronić Eliasza. Już nie wiem, czy to biblijny nawracacz, czy działacz społeczny, czy nauczyciel. Nasłał na dzieci niedźwiedzie i zwiał. A były to dzieci na kinematografie wychowane, więc (!) niesforne i same się proszące o rozszarpanie.

Aj waj! Jaka piękna przemowa ojca w sądzie! Stracił syna, co może i dowcipne nie jest ani trochę, ale z każdym słowem jednak coraz bardziej. Bo co to był za syyyn! Wraz z nim zniknął olbrzymi, wprost niepoliczalny majątek Żyda. Bo przekornie policzmy: syn jeden, ale miał na sobie dziewiętnaście par spodni, tyleż kamizelek i marynarek, w kieszonce każdej marynarki zegarek albo dwa. Ha! nie zgadniesz, Czytelniku, dlaczego w ciepły dzień ktoś ma na sobie tyle ciuchów. Trzeba mieć  głowę do geszeftu, by coś takiego wymyślić. A koncept jest prawie wiarygodny. „Chłopiec przepadł, gacie przepadły, marynarki przepadły, zegarki przepadły!!!”. No. Należy się odszkodowanie. Sześć ton srebra! I nie przepowiesz takiemu, że przesadza, bo naliczy więcej. 

Lekarstwo ma kilka warstw: humor jedna, aktualność druga (znikający Eliasz i popadający w przesadę Żyd), nauczka, że oniemienie to stan nasz codzienny – trzecia.

W roli odtrutki wystąpiły również spojlery. Opowiedziałam 10 minut z ponadsześciogodzinnego audiobooka. I odreagowałam zwyczajowe omijanie fabuł tekstów, o których piszę. Choć akurat streszczenie dowcipu nie mogło mi się udać. Co przyjmuję z pokorą. Leczony czuje się lepiej. ;)

babski spryt i spleen

Karmel, reż. Nadine Labaki, Francja, Liban 2007.
Dokąd teraz? (Et maintenant, on va où ?), reż. Nadine Labaki, Francja, Liban,… 2011.

Nadine Labaki jest libańską aktorką i reżyserką dwóch filmów. W obu gra znaczące role kobiece. W obu mówi o kobietach i z kobiecego punktu widzenia patrzy na świat. Sercem Karmelu jest zakład fryzjerski w Bejrucie i ujawniane w jego tle babskie sekrety. Zabawne chwilami, ale i poruszające takie nuty kobiecej duszy, że melancholia przejmuje pierwsze skrzypce.

W Dokąd teraz? (wciąż na ekranach) to, co babskie, definiowane jest poprzez relację z tym, co męskie. A oba te pierwiastki są jak biel i czerń we wzorze w pepitkę: zespolone i nieprzenikalne zarazem. Z babskiej perspektywy męski świat wydaje się nieobliczalnie naiwny, chaotycznie zadziorny, z dąsami nie wiadomo o co. Gdyby ktoś nakręcił opcję męską, pewnie tak samo niezrozumiale wyglądałyby kobiece przekręty, nawiedzenia i cały ten babski swing. Nie pojmie jedno drugiego, ale czasem sobie w czymś pomoże, ocali nawet.

Dwa różne filmy, ale jeszcze kilka spraw je łączy. Na przykład kompozycja. Powiedziałabym: impulsywna. Owszem, zawiązanie akcji i finał są dość dobitne, ale opowieść snuje się od pomysłu do pomysłu, od sekretu do sekretu, od jednego diabła wyskakującego z pudełka po kolejnego. Nie wszystkie wątki mają swe dopowiedzenia, gdzieś dobrze po połowie pojawia się nowy trop, który zagarnia wcześniejsze. Można by to wytknąć, gdyby ktoś wolał opowieść bardziej uporządkowaną i zwartą. Ale po co komu jakaś żelazna spójność? Te filmy wciągają w krąg sąsiedzkiej zażyłości. Wszyscy uczestniczą we wszystkim, więc my też podpatrujemy to, co akurat się odsłania. 

Dokąd teraz? 

Głos z offu zapowiada, że będzie to „historia kobiet ubranych na czarno, z oczami malowanymi popiołem”.

Wioska na obrzeżach świata. Pop opiekuje się gromadką prawosławnych, imam sprawuje pieczę nad muzułmanami. Gdy w pierwszej scenie widzimy procesję kobiet na cmentarz – a jest to jeden z musicalowych epizodów – to nad kobietami unosi się duch tragedii. Idą na groby swoich mężów, braci czy ojców. Całują zdjęcia przystojnych chłopców, przynoszą kwiaty i opłakują niepotrzebną śmierć. Nie mają żadnego zrozumienia dla konfliktów, które raz po raz zbierają tu swoje żniwo. Mężczyźni są zapalni jak suche drzewo, w kobietach jest żyzność i soczystość życia. Gdy dochodzą do celu, rozdzielają się: po jednej stronie drogi są groby chrześcijan, po drugiej muzułmanów. 

Czego trzeba, by ta droga nie dzieliła? Jest na to sposób i ostatnia scena będzie klamrą, przynoszącą jeśli nie rozwiązanie, to przynajmniej unieważnienie podziału. Ale zanim do tego dojdzie, potrzebny będzie jeden dramat i wiele wariackich babskich pomysłów, by męskie konflikty spacyfikować.

O tym opowiada film, który wbrew cmentarnej klamrze jest komedią, trochę musicalem… z dramatem społecznym w tle. Bo – między jedną a drugą męską awanturą – w wiosce toczy się leniwe życie; gdzieś między kościołem, meczetem i knajpką prowadzoną przez piękną Amale (w tej roli reżyserka). W knajpce Amale plotkuje się i obmyśla plany działania. Szczególną mobilizację trzeba uruchomić, by „uchronić” mężczyzn przed informacją o konfliktach w sąsiedztwie. Oj, ach, uff… Gazety się ukradkiem rekwiruje, jedyny we wsi telewizor – zagłusza podczas transmisji informacji. Kobiety decydują się na sprowadzenie seksownych Ukrainek, by męskie rozproszenie scentralizować i unieszkodliwić. 

Są też ciasteczka z haszyszem. Na pewno smaczne, gdyż apetyczność kucharek musiała jakoś przeniknąć do wypieku. Lubię tę scenę. Ona również ma musicalowy charakter, jest energetyczna, zmysłowa, radosna. Kobiety są w niej razem (i w jedności ich siła), ale każda z nich ma sex appeal o samowystarczalnej mocy. Choć, oczywiście, haszysz już wspomagania nie wymaga. 

Cudna jest scena flirtu między Amale i Rabihem. Mężczyzna remontuje kawiarenkę Amale (cała wioska plotkuje, że dłużej niż trzeba) i wciąż ukradkiem na nią spogląda. A ona dyskretnie unika tych spojrzeń, ale przecież porusza się pod ich wpływem. Musicalowa scena (jest ich w filmie ledwie kilka) surrealnie to wydobywa.

Nadine Labaki robi coś ryzykownego, inkrustując film muzycznymi scenami. Piosenki łagodzą kanty, wprowadzają nastrojowość, nawet melodramatyczność. Pytanie, czy to nie spłyca problemu, nie infantylizuje autentycznych przecież animozji i dramatów? Myślę, że efekt jest świetny: mądra komedia, w której jest ból, jest nieodwracalne cierpienie, ale równie silna jest nadzieja i uparta chęć przechytrzenia losu. Źródłem nadziei są kobiety. Chyba najbardziej poruszający jest tu wątek Takli i jej syna, uwspółcześniony topos Mater Dolorosa. W filmie tych babskich pomysłów jest co niemiara, ostatni (przepraszam, spojleruję!) polega na absurdalnej zamianie ról: muzułmanki zrzucają chusty, chrześcijanki je zakładają. Owszem, komediowe qui pro quo, które wywoła nieco zamieszania. Ale ten pomysł jest genialny! I naprawdę jedyny słuszny: wyjść ze swej skóry, wejść w cudzą, zmienić perspektywę oglądu świata, uwolnić się od najświętszych przywiązań. Nie wiem, czy to jest możliwe (na pewno nie tak dosłownie jak w komedii), ale to jedno naprawdę leczy rany i chęć odwetu.

Karmel

Pod wpływem kinowego seansu sięgnęłam po film sprzed pięciu lat. Rozpoznaję w nim ten sam nerw humoru i wdzięku, przede wszystkim tę samą aktorkę-reżyserkę (tu w roli fryzjerki Layale), tę samą mieszankę sprytu i melancholii. Ale spleenu tu chyba więcej. Sekrety pięciu kobiet są takie, że pewnie żadnej z nas nie przydarzyłyby się wszystkie razem, ale przynajmniej jeden, choćby jakiś jego wariant… na pewno. Arcybabskie kino na wysokich obcasach. 

Jeśli na Dokąd teraz? warto wybrać się do kina w towarzystwie  Mężczyzny (vice versa: gdy się jest facetem to z Kobietą), to Karmel boli najsłodziej w towarzystwie przyjaciółek. Karmel, że słodki to wiadomo, ale w salonie kosmetycznym służy do zabiegów, które bolą jak wszyscy diabli. To bardzo adekwatny tytuł. 

Nie będę tu wtajemniczać w losy Layali, Rimy, Jamale, Rose czy Nisrine, wymienię tylko wyrwane z konteksty sceny, które mnie poruszyły. Dwie drobne, trzecioplanowe. Gdy jedna z bohaterek ścina włosy i później idzie ulicą przeglądając się w każdym lustrze – podoba się samej sobie i nie może nadziwić się zmianie… Bo rzeczywiście młodnieje jakoś i całe życie, nie tylko włosy, wygląda jak odmienione. Drugi epizodzik dotyczy Pana, któremu Rose skraca spodnie. Nic prawie nie mówi, przygląda się krawieckiej robocie Rose i wsłuchuje w jej dialogi z siostrą. A potem wraca. I każe sobie skrócić spodnie jeszcze trochę. Szarmancki pan w za krótkich spodniach rozczula swym dystansem do własnej śmieszności. Z resztą: nie jest śmieszny, budzi westchnienie.

A co tu dopiero mówić, gdy sobie człowiek przypomni czekającą na telefon Layalę? Albo Layalę, która przygląda się żonie mężczyzny, z którym chciała być i której z wolna przechodzi ochota na konfrontację. Że co? Że banał? Ale niech ktoś spróbuje obejrzeć film i nie westchnąć! Co najmniej kilkanaście głębokich westchnień pojawi się niezawodnie.