Archiwa tagu: imigranci

paryskie tło

Proces przywykania i odwykania od bloga to mocny temat. Z kategorii uzależnień i rozleniwień. Do wzięcia. U mnie krawędź: w tę albo we w tę, trzymam się krawędzi. I w tej niewygodnej pozycji biorę się za kilka filmów naraz. 

Czy mnie się wydaje, czy wszystkie filmy są o Paryżu? Może niektóre dzieją się gdzie indziej, to wówczas o Paryżu się tylko coś mówi, śpiewa lub śni. Tak mi się trafia. I jeszcze to, że co oglądam, to jakby cytat z czegoś, co już było. 

Pierwsze: Frankofonia. Aleksander Sokurow, nazwisko-stempel. Żadnej pogoni za akcją. Wprowadzenie postaci z historii. Gatunek pogranicza – najtrafniej chyba nazwać go filmowym esejem. Reżyser sam prowadzi narrację, sam się pojawia w opowieści i subiektywnie sugeruje, co jest dziwne, co warte refleksji i w jakim świetle widzieć to, co podsuwa obraz.

FrankofoniaBohaterem jest Luwr. Zwłaszcza z czasów II wojny światowej, gdy dzielny dyrektor Jacques Jaujard i inteligentny, rozmiłowany w sztuce niemiecki oficer Wolff-Metternich prowadzili z sobą grę o dużą stawkę. Można by przyjąć, że „bardzo francuski” Jaujard (który tą francuskością tłumaczy nieznajomość niemieckiego) i podporządkowany hierarchii Metternich będą wrogami. Jeden chce ocalić skarby Luwru dla Francuzów, drugim kieruje niemiecki pietyzm i egocentryczne przekonanie, że piękno trafi do zwycięzców. Obu łączy potrzeba ocalania, która katalizuje wzajemne kontakty. 

Film jest refleksją o sztuce w czasie zawieruch wojennych, o grabieży, o tajnych akcjach ocalających narodowe skarby. Malarskie arcydzieła są przynależne nam wszystkim, lecz w czyjeś ręce złożone. Historia pisze spektakularne koleje losu statycznym z natury dziełom sztuki. Barbarzyńską kradzież przeprowadzają humaniści z nazistowskiej armii. 

Mnóstwo archiwaliów: filmy, zdjęcia, animacje sięgające do prehistorii (tu: do początków Luwru). Sos refleksji Sokurowa. Gęsty, subiektywny, prowadzony tonem „filozoficznym” (uszczypliwie powiem: monumentalno-poetyckim). Nie wszystko zostaje w pamięci, trzeba by notatki sporządzać, ale dla wyprawy w głąb Luwru – warto. Również wtedy, gdy Luwr jest niemal pusty, bo zostały w nim same rzeźby. Gdy Géricault i Leonardo zmieniają lokum na mniej reprezentatywne, za to dużo bardziej ryzykowne dla faktury i stanu arcydzieł. Czasem Sokurowa przywołuje zew ojczyźniany i przenosi się myślą nad Newę. Losy muzeów są w burzliwych czasach podobne. Zaskoczyło mnie rozżalenie, że Niemcy, którzy z pokłonem przyjmowali (czytaj: przywłaszczali) dziedzictwo francuskie, nie mieli uznania dla kolekcji ze wschodu. Aż nie dowierzam, ale za mało wiem, by podważać, że Ermitaż nie był wyzwaniem równie kuszącym i budzącym (ocalający) żar pożądania.

Paryż: Film o Paryżu wojennym, o Luwrze, więc o jednym z paryskich punktów stałych.
Cytat: Z jednej strony dokumenty o sztuce zagrabionej, z drugiej (bo jednak Sokurow jest filmowym eseistą) – nawiązania do wcześniejszego filmu tego reżysera: Rosyjskiej Arki (2002). Arka była niezwykła, emocjonalnie mi bliższa, choć również mocno koncepcyjna. Była nakręconą w jednym ujęciu (!) podróżą przez 300 lat historii carskiej Rosji rozgrywającej się w salach Ermitażu. Dziwny ten Sokurow. Po Luwrze chyba ponownie ruszę do muzeum w Petersburgu. Nawet jeśli miesza mi się zachwyt z irytacją, zaciekawienie z podejrzeniem o manieryczność.

Drugie: Wszyscy albo nikt. Na faktach oparta komedia. Reżyser (Kheiron) opowiada o własnym ojcu, Hibacie Tabibie, który – jeśli wierzyć opowieści – stał się symbolem pozytywnego uchodźcy. Najpierw trafiamy do Iranu za czasów szacha Chomeiniego. Dyktatura, prześladowania i z humorem pokazane perypetie opozycji. Czysta komedia. Gra toczy się o wartości, ale Hibat zyskuje sławę, gdy odmówi zjedzenia ciastka. Poświata heroizmu bije po oczach, do czasu gdy na oczach kolegów ustawi go do pionu świeżo upieczona żonka. Są we troje: Hibat, Fereshteh (żona) i synek Nouchi, który zakazane dokumenty nosił w pieluchach i wiedział, kogo obrzygać. Trzeba z Iranu uciekać i wtedy padają słowa: „Nous trois ou rien”, które są oryginalnym tytułem filmu. Będzie niejeden zakręt, ale bycie razem jest tym, co nadaje życiu sens, a działaniom moc.

Wszyscy albo niktHibat wybierze życie we Francji, gdzie nostryfikuje swój prawniczy dyplom i gdzie z całych sił będzie budował wspólnotę na przedmieściach. Tytuł nabiera rozszerzonego znaczenia. My troje, ale w ogóle: my, którym przyszło żyć obok siebie. „Obok” trzeba zastąpić słowem „razem ze sobą”. Piętrzą się komediowe sytuacje, rozgrywane w szemranym środowisku paryskiego przedmieścia, w które wplątani są tubylcy (Francuzi różnych etnicznie domieszek) i świeżo przybili imigranci. Ufność i nieufność splecione są w warkoczyk. A Hibat mówi: jak możesz niszczyć, co twoje? I przydziela łobuzom odpowiedzialność. 

Film się we Francji podobał, jeśli można sądzić po nominacji do Cezara (2015). Zgrabnie punktuje poważne społeczne tematy, dotyka węzełków (splotów), które choć przypieczętowane latami współżycia, to przecież – choćby z powodu różnorodności, która jest bogactwem i punktem zapalnym zarazem – nigdy nie będą gładkie jak lustro. Mądra, pozytywna przypowieść z happy endem.

Dla mnie z gatunku rzeczy raczej słodkich niż treściwych. Deser. Bo mięso i węglowodany to w tym samym czasie powstały film Imigranci (Dheepan) Jacquesa Audirarda, zdobywca Złotej Palmy (2015). Tu bohaterem jest „rodzina” ze Sri Lanki, niemająca tej magicznej bliskości co rodzina Hibata, bo będąca in statu nascendi. Troje nieznanych sobie ludzi: on (partyzant), ona (dwudziestolatka uciekająca z piekła) i dziecko (9-letnia, oderwana od rodziców, grzeczna, zdana na dorosłych dziewczynka) zdobywają dokumenty rodzinne i nimi posługują się we Francji. Zrastają się jakoś, nie bez bólu. Podobnie jak asymilują się we francuskiej społeczności paryskiego przedmieścia. Z oporami. Dheepan, po nieudanych próbach handlu świecidełkami w centrum, przenosi się w podminowaną strachem i gangsterką społeczność podmiejską. Jest dozorcą. Nie ma złudzeń, nie jest optymistą, nie ufa przedwcześnie i na zapas. To, co się wydarzy, jest nieprzewidywalne. Inaczej niż w filmie Wszyscy albo nikt, gdzie nawet Legia Honorowa dla Hibata jest zgodna z krojem oczekiwań.

Paryż: jak najbardziej, ten spoza widokówki, bez Luwru, Wieży Eiffla i Katedry Notre Dame. Francuskość tworzy się w etnicznym tyglu. I w opowieści Kheirona zwycięża – nie ujednolica społeczeństwa, lecz pozwala ludziom dojrzewać do trójkolorowych wartości: wolności, równości i braterstwa. Nie zajmuje się podszewką. Ale może i dobrze. Przecież koncentracja wyłącznie na supełkach i podszewkach też nie ma glejtu na słuszność.
Cytat: rewersem dla tego filmu są Imigranci (ww.) a trochę też animacja Persepolis, w której Marjane Satrapi serio i półżartem opowiadała o szukaniu wolności w kraju talibów. Humor podobnego gatunku.

Trzecie: Me Before You, angielski tytuł brzmi lepiej niż polski: Zanim się pojawiłeś. Anonsuję: me-lo-dra-mat. Więc pewne sprawy muszą się ułożyć według wzorca. On, ona, miłość, przeszkody, jakaś totalna niemożność i jakieś metaforyczne zwycięstwo – pomimo okrutnego losu i dzięki charakterowi bohaterów. Amerykańska sceneria (skąd tam się wziął taki baaardzo stary zamek?, może teleportowany z Europy…) i aktorzy z Gry o tron: Emilia Clarke (matka smoków, Daenerys Targaryen) i Charles Dance (Lord Tywin Lannister). 


sprostowanie: to nie USA, to Anglia! Patrz: komentarz dee4di

Me Before YouAle opowieść współczesna i jeśli cytat, to z kina gatunków lub z Nietykalnych – jako że amant jest bogatym tetraplegikiem (uszkodzenie rdzenia kręgowego z paraliżem ciała od ramion w dół), a amantka – bezpretensjonalną, radosną dziewczyną, niewtajemniczoną w arystokratyczne snobizmy, za to świeżą i dowcipną. Wariant związku Phillippe`a i Drissa.

Chyba nie będę opowiadać? On – niegdyś wysportowany i zabójczo przystojny, teraz – sparaliżowany, marudny i … zabójczo przystojny. Ona: ładniutka, niezdolna do złych emocji, rekompensująca sobie całą mieliznę prowincjonalnego życia barwnością strojów. Jeśli ktoś umie oglądać melodramat, nie koncentrując się na perypetiach miłosnych, to za wątek zasadniczy uzna przebieranki Lou Clark. Buciki w kwiatki, sweterki w kropeczki, rajstopy w paski (furorę robią rajstopy-osy). Można rozważyć kategorię Oscara doceniającą noszenie z wdziękiem rzeczy, z którymi ciało kobiety ma pod górkę. Emilia Clarke jest stuprocentowo urocza. A uroczość jest gwarantem melodramatycznego sukcesu. I choć od bohaterki pozytywne emocje biją na odległość i transformują świat na lepszą modłę, to i panicz ma uśmiech, który pozwala nie widzieć niczego poza nim. To Sam Claflin (ja kojarzę z komedii romantycznej Love, Rosie).

Uczciwie przyznam, że nie sposób się nie wzruszyć. Nic nie szkodzi, że to ekranizacja książki z typu tych, których nie czytam. Może trzeba oddać honor literaturze krzepiącej głodne serca, uwrażliwiającej, dodającej skrzydeł, mówiącej, że nie ma rzeczy niemożliwych i opowiadającej te niestworzone historie, jakby czekały na nas tuż za rogiem. Literatura jedno, film drugie. A życie trzecie. Polecam sprawdzić swą podatność na charyzmę aktorów grających wdziękiem. :)

Paryż: no właśnie, dopiero w epilogu. Pojawia się wcześniej we wspomnieniach najszczęśliwszych chwil, zapamiętanych przez Willa z czasów, gdy był młodym bogiem. A potem staje się preludium dla samodzielnego życia Lou. Bo gdzie ona ma nosić swe koszmarno-śliczne sukienki jak nie w Paryżu? Gdzie ma się uczyć mody, pić kawę, kupować perfumy? Tylko w Paryżu. Paryż jest wszędzie, choćby w minimalnym stężeniu, we śnie czy innej jakiejś mrzonce.
Cytat: Nietykalni są kontekstem trafnym, choć zawyżającym poprzeczkę. Ostatnim melodramatem, który mi się podobał, był Brooklyn. Przywołam więc właśnie ten tytuł. Oba filmy przynoszą role dziewczyn, które po prostu się lubi. Irlandka z Brooklynu jest delikatną, nabierającą kobiecej świadomości dziewczyną, postawioną przed wyborami, z których każdy ma swoje konsekwencje. Lou z Me Before You to wariatka, Ania Shirley w wydaniu trzpiotowatym. I tak są opowiedziane ich historie, że decydujesz na starcie: lubię, wybaczę wszystko lub no nie! – a wówczas czepiasz się o wszystko. 

brooklińska bajka

Brooklyn, reż. John Crowley, Irlandia&Wlk.Brytania 2015

Co by tu… jak by tu… od czego zacząć…? Ale ładna ta bajka. Ech…
Między światami. Między sercami. Między zagubieniem a odnalezieniem. Może jeszcze warto przywołać Rodziewiczównę – „między ustami a brzegiem pucharu”. Melodramat na sto dwa, jak się patrzy i z przytupem. Dlatego ci, którzy lubią horrory, kino polityczne czy jakieś slow cinema, powinni się mieć na baczności. Rzecz uszyta wedle miary gatunku. Wzrusza, budzi uśmiech i nostalgię. Mnie się Brooklyn podoba. I wierzę, że to będzie film o zasięgu Pretty Woman, że będzie wracał na jakichś wieczornych domowych seansach, że będziemy się uśmiechać, widząc go w telewizyjnej ramówce (o ile mamy telewizor) i że może kiedyś, na pewno nie od razu, zastąpi nam Znachora

Saoirse Ronan as "Eilis" in BROOKLYN. Photo by Kerry Brown. © 2

Serio: może się spodobać, nawet jeśli na co dzień hołdujemy innym gustom. Ale trzeba pamiętać, że wiele potencjalnych tematów zostało przyciętych przez scenarzystę, by było ładniej. Drapieżność kwestii społecznych, głębia wyobcowania imigrantów, zawiłość podwójnej tożsamości uległy stemperowaniu. Za scenariusz odpowiada Nick Hornby (który ma różności na koncie, ale też cudeńko: Była sobie dziewczyna). To adaptacja powieści Colma Toibina, Irlandczyka. 

Co do konstrukcji opowieści: jest nieco banalnie. Lata 50. Młoda Irlandka – Eilis – nie ma perspektyw. Tacy jak ona muszą szukać szczęścia za wielką wodą. Ma farta, bo płynie do Nowego Jorku z adresem i namiarem na pracę w sklepie. Będzie jej trudno, dopóki serce nie znajdzie drugiego serca. A później nagły powrót do Irlandii i wybór: który powrót ma być tym ostatecznym. Ten z Brooklynu do Irlandii, czy może z Irlandii na Brooklyn. Serce bije tu i tam.

Ciekawie się robi, gdy spojrzeć w skali mikro – na konkretne sceny i sytuacje. Sporo tu przerysowań, całkiem zabawnych, nieco Dickensowskich. Straszna właścicielka sklepu w Irlandii, to jędza, która każdemu chce dogryźć. Nawet klientom, jeśli w niedziele kupują nie to, co najpotrzebniejsze. Mniej karykaturalna, lecz również zarysowana humorystycznie, jest właścicielka „pensjonatu” na Brooklynie i współlokatorki młodej Eilis. Scenki rozmów kolacyjnych, w których starsza pani jest to szeryfem, to kaznodzieją, to wyciągaczką plotek są niezłe. Świetna jest potańcówka organizowana dla młodych przez irlandzki kościół. Na podium dobrze wymyślonych scenek stawiam tę z nauką jedzenia spaghetti. Eilis została zaproszona na rodzinny obiad w domu swego chłopaka. Tony jest Włochem, więc można obstawiać makaron. Ale jak go jeść elegancko? Lokatorki uczą Eilis  na sucho, czyli bez sosu, bo tak oszczędniej. I odgrywają, jak zachowa się sos, gdy makaron nie zawinie się jak trzeba. „Pluuum! Właśnie opryskałaś suknię jego matki i zostawiłaś plamę na ścianie”.

Walorem jest dobór aktorów. I pomysł na główne postacie, które ujmują bezpretensjonalnością, niepewnością siebie i świata. Główną bohaterkę uwielbiam. Wciela się w nią 21-letnia Saoirse Ronan (jak wymawiać?!), cudna Agatha z Grand Budapest Hotelu. W Brooklynie ma co najmniej tyle wdzięku, co u Andersona, gdy wyrabiała ciastka u Mendl`sa. I cudowny jest nieśmiały zakochany Tony (Emory Cohen). Tony jest hydraulikiem, Eilis chodzi na kurs dla księgowych. Rozmawiają niewinnie o tym, co wypełnia im dzień. To całkiem wielka sprawa móc podzielić się tym, co najprostsze. Tony jest zauroczony od początku. Eilis nie może nie ulec uroczemu Tony`emu. A wszystko jest niewinnie zwykłe i w tej zwykłości dramatyczne, że aż łza się kręci. Bo jednak z perspektywy świata, w którym – choćby potencjalnie – każdy może mieć kilka awatarów, profil na fejsbuku i na kilku randkowych portalach, takie cudowne spotkanie dwojga dopiero mających przy sobie rozkwitnąć osób wzrusza i już.

Brooklyn 1

pieprz, pępowina i Paryż

Leïla Marouanne, Życie seksualne muzułmanina w ParyżuWydawnictwo Claroscuro, Warszawa 2012

Co by tu spieprzyć? 

Jest tak czasami, że czego się człowiek nie tknie, to wypaczy. Więcej: jak już mu się to zdarzy, to powinien się spodziewać serii. Ja to mam, jestem w środku, już się zaczęło, a nie wiadomo kiedy koniec. Najlepiej byłoby solidną kwarantannę przejść. Jakiś czas się nie ruszać, nie komentować głupio, nie pisać niepotrzebnych e-maili, napisać te sensowne, nie przygadywać niewinnym, nie słuchać pokornie winnych, nie brać na siebie zadań, które wykonać jestem w stanie drastycznie tnąc potrzebę snu. Kropka tylko dla interpunkcyjnego oddechu, wyliczam dalej. Trzeba by – asekuracyjnie – nie wpraszać się, gdy nie sposób stawić się na czas, nie zamawiać Kindle`a, gdy ma się głupią kartę debetową, nie „umawiać się na lekturę”, której samemu nie zdąży się wchłonąć. Nie angażować się w niezaangażowanych, dostrzegać dostrzegających, być tyle samo minut „przed”, ile zazwyczaj jestem „po”. 

Wszystkie te grzechy mam na koncie, ale żaden nie nadaje się do rozwinięcia, chyba że ten. No bo co jeszcze można spieprzyć? – co, o czym można opowiedzieć i trochę się w ten sposób zrehabilitować? W moim katalogu spieprzeń jest lektura książki lekkiej, bystrej, spostrzegawczej i sprawnie napisanej, która trwała – zamiast dwa dni – ze dwa tygodnie. I uważam, że tą metodą co nieco zamordowałam. Ok, sama książka pozostaje nietknięta (dlatego jest idealnym obiektem, który niczego mi nie zarzuci, bo stoicko zniesie każdą bylejakość). To mój odbiór się rozparcelował, więc rzutem na taśmę, po doczytaniu ostatniego zdania, próbuję go scalić i zreanimować. 

Paryż 

Czytam o Paryżu, bo skusiła mnie paryska Czara, która rekomendowała tę książkę u siebie. A ja polecam Wydawnictwo Claroscuro. Primo: za dbałość edytorską i cud-okładkę (tytuł znaczący linię kobiecego ciała, dwuznaczność i naga czytelność). Secundo: za pomysł serii „Z innej perspektywy”, obejmującej twórczość imigrantów, a więc to, co napisano w drodze do własnej tożsamości i w starciu z tym, co dominujące. Życie seksualne muzułmanina w Paryżu to powieść Leïli Marouanne, mieszkającej we Francji Algierki. Opowieść snuje czterdziestoletni Mohamed Ben Mokhtar (wersja dla swoich) a zarazem  Basile Tocquard (wersja dla świata), rozdarty między imionami, obyczajami, tym, co oferuje mu tradycja (osadzona na przedmieściach) a tym, czym kusi nowoczesność (umiejscowiona w centrum). 

Trochę zdrajca, trochę zdobywca. Wykorzeniony, ale nie do końca zasymilowany. Co z tego, że wyrugował z image`u  wszystko, co mogłoby być tropem: akcent, kręcone włosy, zbyt ciemną karnację. Wygląda jak „tubylec”, jest nieprzyzwoicie bogaty i ma ochotę używać życia na wszelkie sposoby. Być bardziej francuskim od Francuza (choć korzenie ma algierskie), być tak niezależnym i samosterownym jak arcysingiel (choć tysiące tasiemek wiąże go z rodzinnym domem), a nade wszystko: być sercołamaczem i wirtuozem erotycznych gier (pomimo braku seksualnych doświadczeń i krępującego piętna „prawiczka”). Stoi w rozkroku i jest to źródłem komizmu. Do czasu aż spoza zasłony dymnej wychodzi na wierzch tragizm rozdarcia. Jakby atrament sympatyczny, ogrzany, wykrztuszał zapis tego, co w tożsamości pierwotne.

Nie do przecenienia jest lekkość, otwartość spojrzenia, brak kompleksów – jako cechy pisarstwa Marouanne.  Owszem, w Algierii książka spotkała się z cenzurą. Ale zdolność pisania o tragizmie zagubionej tożsamości z taką dozą autoironii i dystansu… to jest naprawdę coś. To nie jest rękawica rzucona w twarz cynicznej cywilizacji Zachodu. I nie jest to lament niedocenionego imigranta (Mohamed jest rekinem finansjery). Po prostu: życie seksualne muzułmanina w Paryżu. Opowieść z perspektywy pustego łóżka, które ktoś za wszelką cenę chce zaludnić, w czym przeszkadza mu głównie własna niezgrabność, błędna strategia i przesadne staranie.

Gdyby w Polsce rzucić na wokandę analogiczny temat… Źle, gdyby podjął go ktoś reprezentujący większość (każda wada imigranta urosłaby do rangi ataku). Źle, gdyby oddać głos mniejszości (zarzut panoszenia się w nieswoim świecie i domaganie nienależnych praw, kalanie własnego gniazda etc…). Vide: Pokłosie

pępowina: „moje ty oczko w głowie”

Zaczyna się tak, jak lubię. Gdy w powszedni dzień, w środku codziennych zajęć, komuś przychodzi do głowy myśl, że coś nie gra, że niby jest, a jakby go nie było. Mohamed postanawia, że od tej pory będzie bardziej – a wiadomo, jeśli chce się coś zmienić, trzeba zacząć działać inaczej niż dotąd. Na przykład wyprowadzić się od mamy, wynająć luksusowe mieszkanie i spotykać się z dziewczynami z częstotliwością odwrotnie proporcjonalną do dotychczasowej. 

Mama. Rany boskie! Życie mu oddała, oczkiem w głowie nazywa, szuka narzeczonej i się zamartwia. Budzi go z erotycznych snów, nagrywa się na automatycznej sekretarce, zaprasza na obiadki. „Moja matka jak rzep, jak lep, jak łatka”. Zdzieranie łatki to jak zdzieranie plastra, boli do czerwoności. 

Lekiem na matczyny rumianek ma być pieprz. Pieprz, pieprzność, pieprzny… Czasowniki pomijam, bo działanie jest hipotetyczne. Wyobraźnia rusza w tan. Już cała piękna płeć ściele się gęsto na ekskluzywnych kanapach w marmurowych wnętrzach. Mohamed obmyśla i wybrzydza. „Piersi pani Papinot podskakiwały jak małe gołąbki”, ale ona sama wydała mu się zbyt ironiczna i na pewno za bardzo samotna jak na jego gust. Cóż, o męska naiwności!:
„Zaznaczam, że interesowały mnie wyłącznie białe kobiety, oswojone z pigułką i prezerwatywą, wyzwolone obyczajowo i światopoglądowo, które świadomie, z radością i w dobrym samopoczuciu, bez skrupułów i wyrzutów sumienia wybierają życie bez małżeństwa”. 

Bardzo mi się podobały korepetycje z męskiej interpretacji kobiecych zachowań. Nie ma takiego gestu odmowy, rezerwy, dystansu, którego nie dałoby się wytłumaczyć zawoalowaną aprobatą. Może ona mówi „nie”, bo nie może uwierzyć w swoje szczęście, „nie spodziewała się, że taki przystojniak będzie ją uwodził i nie zrobiła sobie depilacji”, boi się, że będzie zbyt łatwa?
„W praktyce nie bardzo znałem się na kobietach. To prawda. Ale w teorii wiedziałem wystarczająco
dużo”.

Jedna tylko zdecydowanie (tak w praktyce, jak i w teorii) wymyka się jego rozpoznaniu. To „złodziejka opowieści”, Loubna Minhar. Pisarka, ktoś, kto wysysa soki ze swoich ofiar, z tych, którzy zawierzyli jej opowieść. Bo muszę dodać, że cała książka jest niczym konfesja – spowiedź Mohameda Ben Mokhtara vel Basile`a Tocquarda – czyniona „w świecie ognia i lodu. Tam, gdzie wyją wilki i milkną ludzie„.  A każda opowieść – jeśli usłyszał ją pisarz – zaczyna żyć swoim życiem, trochę stygnąc w słowach, a trochę dzięki nim pulsując. Od tego bym zaczęła, gdyby nie ten pieprz.